20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.