19 sierpnia, sobota

zmarł janusz głowacki. nie mogę wyjść ze zdziwienia, wydawał się nieśmiertelny, od zawsze górując nad innymi śmiertelnikami w wiecznie niedopiętej koszuli i łypiąc na nich ironicznie. gdy byłam podlotkiem kochałam się w nim na zabój- w tej jego cierpkiej ironii, worku historii i zbiorze sztuk teatralnych. jest mi więcej niż smutno.

ten dziennik bardziej przypomina ostatnio dziennik żałobny niż dziennik kuchenny, ale i ja jestem ostatnio bardziej żałobna niż kuchenna, choć jem sporo i z ochotą. jakoś brak mi słów, żeby objąć ten zwichnięty, niepełnosprawny świat. dużo we mnie strachów o charakterze globalnym, głowa spuchnięta od niepokoju. ameryka, która zatacza jakieś straszne koło, miłosz, który pewnie przewraca się w grobie. świat, do którego strach wyjechać i wyjść, rzeź drzew, natura, która mści się na nas za te wszystkie bezmyślne lata, a ja się jej nie dziwię. dużo myśli o polsce. w domu mamy oddział szpitalny- każde pilnuje swojego antybiotyku, zasypiam jak dziecko jeszcze przed północą, jestem zupełnie bez formy. wiadomości o odejściach, chorobach i rozstaniach, zawsze wtedy myślę sobie, że właśnie teraz jest mój czas- moi bliscy są zdrowi, w polsce nie wybuchają bomby ani pożary, nie mamy większych trosk, mamy siebie, mieszkamy w pępku świata, powinniśmy co dzień budzić się z zachwytem i podzięką na ten temat; nie robimy tego. wydaje nam się, że wszystko jest dane raz i na zawsze. nie jest.

 

jem, gotuję, czytam,  sporo biegam, dokądś wyjeżdżam i skądś wracam, trochę pracuję, robię coroczne duże porządki, ale mam wrażenie, że to wszystko za mało, że to wszystko nie to. z drugiej strony w głowie wciąż odzywa się zagajewski- „spróbuj opiewać okaleczony świat”, „musisz opiewać okaleczony świat”- to przywraca proporcje. może to ten moment, kiedy człowiek, nierozumiejący i nierozumny, zaczyna szukać rady i pociechy w słowach i w wierszach? nie bez powodu mamy tylu wieszczów narodowych i chyba nie bez powodu przypominają mi się ostatnio te wszystkie wersy, które przez całe lata nie były mi potrzebne.

 

w myśl prób opiewania okaleczonego świata- letni tryb życia. jemy kwiaty cukinii faszerowane ricottą i oregano, bagietki z pesto, pomidorami i mozzarellą, naleśniki z jagodami, bakłażany duszone w pomidorach i tahinie, niezliczone kubki sierpniowych owoców zmiksowanych z maślanką konecką, fasolę szparagową w pomidorach. wczoraj siedzieliśmy do nocy- ostatniej ciepłej przed ochłodzeniem- na szpitalnej, piliśmy wino i jedliśmy sery, dziś usmażyłam „courgette and manouri fritters” ottolenghiego, na deser mamy prosty placek ze śliwkami (moist spelt and damsons cake, „tender”). tydzień temu byliśmy też w dyskutowanej ostatnio gęsi w dymie pod limanową, ale nie ma właściwie o czym dyskutować. jedno co mnie na ten temat cieszy- to to, że może pojawiające się w takich miejscach przybytki to odpowiedź na przydrożne motele, które poznikały lata temu, choć z drugiej strony ciężko nazwać codziennym i „przejazdem” miejsce, w którym na posiłek (nietani) czeka się grubo ponad godzinę, w dodatku w przedziwnej atmosferze.

 

sporo jeździmy ostatnio po małopolsce- szukam dla siebie miejsca i zastanawiam się, co w gruncie rzeczy o niej myślę. czy chciałabym tu żyć, czy właściwie nie bardzo. trochę się do siebie zbliżyłyśmy, lubię o sobie myśleć, że jestem teraz ze wschodu, coraz więcej miejsc budzi moją sympatię.

 

w zeszłym tygodniu obejrzeliśmy wszystkie dziesięć odcinków „ozark”, ja z entuzjazmem, chce mi się teraz do jezior i lasów.

pierwszy raz doczytałam do końca „małą apokalipsę” i cieszę się, że w końcu do niej dojrzałam. czytam teraz „jazz” toni morrison, ona po prostu cholernie dobrze opowiada. zerkam z radością na tyjący kopczyk książek na wakacje.

 

ze spraw, które bawią i wywołują błogosławiony śmiech- ostatnia okładka „new yorkera” albo jimmy kimmel, który ma pomysł na to, jak uratować stany zjednoczone- „instead od president, we make donald trump king”- wspaniałe! sugeruje, żeby zafundować trumpowi pałac na przykład na takiej florydzie, zamknąć go tam w cholerę i w ogóle „let`s make america great britain again”. wspaniałe.

 

i jeszcze zadania na deszczowy weekend dojrzałego sierpnia- chcę zrobić rabarbarowy gin i usmażyć konfiturę z rabarbaru i białych brzoskwiń, zasuszyć zioła na gorsze czasy, trzeba przesadzić rozmaryn. i trzeba „opiewać okaleczony świat”.

 

a.