18 września, niedziela, rano

to może ja to powiem- hummus we wrocławskim w kontakcie pod każdym względem przyzwoity, ale nie wywołał głębszych emocji u żadnej ze stron, to znaczy ani u ciebie, ani u mnie, ani u buni. my dwie zgodziłyśmy się, że każda ma swojego faworyta gdzie indziej- ty w warszawie, ja wyznaję krakowski amamamusi albo proporcje z „jerusalem” yotama. nie wiem tylko, na co zgodziła się bunia. w hummusie wrocławskim problem leżał chyba w smaku- ty miałaś go w swojej porcji za dużo i dominował ją głównie chrzan, moja porcja miała smaku niewiele, i gdyby nie oliwa, natka pietruszki i papryka byłoby mi pewnie smutno. bardzo podoba mi się za to wszystko wokół hummusu, ta cała zastawa i wystawa- to że dostaję na zagryzkę ciekawy ser, za czym przepadam i co stanowi kręgosłup właściwie wszystkich moich posiłów, albo że mogę domówić miseczkę z plastrami awokado, za którym więcej niż przepadam. lubię, gdy posiłek ma jeden front i liczne oddziały pomocnicze. że jajo sadzone pyszne, a to wcale nie taka oczywista i częsta sprawa. że ta ceramika, ciekawa herbata, że wczesny poranek i że jemy razem śniadanie. szkoda, że laik nie może się napić w tym miejscu zwykłej kawy z pianką i że moje ciało nie reaguje na podawany tam do hummusu chleb.

 

i że świeżo otwarte ragu, w którym zdążyłyśmy zjeść obiad przed pociągami w różne strony polski, to też właściwie szkoda. cztery osoby przy stole obojętne na temat swojego obiadu to chyba nie jest najlepsza prognoza. ja zjadłam klasyczne ragu bolognese, które okazało się mało klasyczne i smakowało jak sosik do placków po węgiersku. wiesz, bo też je zamówiłaś. dla porządku- bunia słabo zadowolona ze swoich gnocchi z mięsnym sosem, że jak kopytka i nie ma co o nich mówić, a pierożki marco smakowały jak ruskie pierogi z podlasia, bo z miętą. twoje dodatkowe ravioli z mięsem znowu  a la bolońskim i z rozmarynem było najciekawsze. jedzenie, które nie jest ani dobre, ani niedobre. które ani smakuje, ani nie smakuje. staram się unikać takiego stanu rzeczy (i ducha!) w każdej dziedzinie życia. nie lubię nie wiedzieć, co myślę. i lubię sznyt.

 

kotlina jeleniogórska jak zawsze urocza i miło-znajoma, miejsca, które znam od zawsze. pociągi o czasie, przynajmniej moje. czwartek i piątek w złocie, pewnie ostatnie picie wina pod niebem i do później nocy.

 

a od wczoraj koniec- ciemne poranki, deszcz, mokro, cicho. wróciła oprawa jesienna, która obowiązuje do później wiosny- nagle sobota przebyta w domu, wysłuchana w całości markomania, „tygodnik kulturalny” (dokładnie trzy odcinki) akompaniujący krzątaninie, czytanie w łóżku, ciasto w porze kolacji.

 

wczoraj na obiad ulubiona ratatuja z przepisu z bon appetit- na wpół smażona i duszona, na wpół pieczona (przepis). to mój ulubiony przepis i pewnie najlepsza ratatuja, jaką jadłam. miękka, wielowarstwowa, ze świeżymi ziołami, bardzo ładna. na kilka minut przed wyjęciem z piekarnika układam jeszcze na wierzchu plastry mozzarelli. ma jedną wadę- pływa w oliwie, co jest atrakcyjne, ale źle robi na sumienie. zjedliśmy prawie cały garnek, z odsmażonym na oliwie chlebem natartym czosnkiem i z gęstym jogurtem utartym z listkami oregano.

a to ciasto w porze kolacji to był jabłecznik z semoliną (pani walecka), z jabłkami z sadu rodziców, które tak ci ostatnio smakowały. wyszedł nadzwyczajnie, piekę to ciasto bez ustanku, raz jest lepsze, raz gorsze, raz najlepsze, a to z wczoraj jest w naszej opinii najlepsze z najlepszych. zostało jeszcze na dziś.

 

a.