18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.