17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach