17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

  • Rita Proćków

    gratulacje!