17 czerwca, trzecia sobota w tym tygodniu

dziś manifest krzątania.

 

mam z tym kłopot. zdarzają się dni, kiedy nie mam czasu pomyśleć, wszystko wokół narasta, a na obiad zjadam jajko sadzone. ale są też dni, gdy nie mam dużo pracy, i kiedy matko pyta wieczorem „co dzisiaj robiłaś, jak twój dzień?”, ja odpowiadam, niezmiennie z zakłopotaniem, że głównie się krzątałam, bo wiem, że ten termin nie jest dla niego do końca zrozumiały (choć czynności, które się w nim zawierają, już przecież tak). dla mnie to słowo-bezdennik, kręgosłup domu, stelaż codzienności. worek bez dna- segregowanie prania, pranie, składanie prania. przegląd i porządki w lodówce, zakupy, rozpakowywanie zakupów, pakowanie ziół i sałat, tak, żeby wytrzymały jak najdłużej w dobrej kondycji. gotowanie bulionów. układanie, przekładanie, rozkładanie, składanie. odkurzanie, kurze, parkiety. kuchnia. mycie i nabijanie kawiarki, rano płukanie kieliszków po winie sprzed snu. stół, na którym bałaganię głównie ja. myślenie o gotowaniu, przygotowania do gotowania, wreszcie gotowanie, sprzątanie po nim. podlewanie ziół. kupowanie kwiatów, rozstawianie ich w słoikach, eksterminacja tych, które zwiędły, szorowanie tych słoików i butelek. karmienie zaczynów, krzątanina przy chlebach. pralnia, krawcowa, szewc. sprawunki pod nosem, sprawunki na hali targowej, spacery na kleparz, podjazdy do większego sklepu. trzepanie kap, koców i łazienkowego chodnika. przygotowanie i organizacja pracy, jednej i drugiej, często w jakimś międzyczasie i po kawałku (przecież pracuję w domu i z domu). rozmieszczanie, planowanie, reorganizowanie. codzienne, mozolne, cierpliwe.

 

to wszystko zajmuje czas, uwagę, siły. wobec tego chciałabym, żeby ten wysiłek brzmiał poważnie i ważnie, żeby „krzątałam się” miało w społeczeństwie taki sam wydźwięk i odbiór jak „pracowałam” czy „odpoczywałam” (których to aktywności nikt nie kwestionuje i nie podważa). chciałabym też odpowiadać i opowiadać o swoim krzątaniu z taką samą swobodą i dumą jakie towarzyszą relacjonowaniu dnia w pracy czy dnia pracy albo udanego wyjazdu, wyzbyć się zakłopotania na jego temat. mnie właściwie niespecjalnie interesuje moja praca (jestem jak bronisław maj, który podobno od dziecka marzył, żeby być emerytem- to o mnie. nigdy też, z wyjątkiem niedługiego etapu pod tytułem „jak dorosnę zostanę weterynarzem”, nie marzyłam o zostaniu kimś szczególnym. nie wiedziałam co ze sobą zrobić ani w gimnazjum, ani w liceum i potem na i po studiach. dziś też nie umiałabym powiedzieć, kim chciałabym być, nie mam marzeń ani ambicji na ten temat, zupełnie mnie to nie interesuje), za to naprawdę lubię się krzątać. to jest dla mnie ważne, codzienna krzątania mnie prostuje i sadowi. wścieka mnie szpagat i brak środka między pożyciem zawodowym a żywotem kurki domowej (jeśli o mnie chodzi, to gdybym mogła- pewnie byłabym kurką domową pełną gębą)- jeśli sprawdzasz się w tym pierwszym, to wszystko w porządku, jeśli w tym drugim, to już mniej, ale przynajmniej wszystko jest jasne. ale jeśli stoisz w rozkroku między jednym a drugim wyborem i dzielisz życie na równe pół, nie będąc nikim konkretnym i nikim naprawdę, a w dodatku nie masz dzieci- biada ci, lud ci tego nie wybaczy.

 

jestem wiecznie krzątającą się córką wieczne krzątających się mamy i taty. moja mama właściwie nie siada, a jeśli już usiądzie, to od razu wstaje; tata siedzi cyklami. codzienny ruch wokół domowej orbity i wokół swojego małego życia jest dla mnie tak naturalny, jak dla innych leżenie na kanapie (czego ja na przykład robić nie potrafię, leżenie mnie męczy, nie lubię). wcale nie twierdzę, że to jedyna droga i jedyna słuszna, ale ja, mimo licznych prób, inaczej nie potrafię.

 

i jestem tak szczęśliwa. tylko istnieje jedna sprawa, która wyjątkowo mnie drażni i nie daje mi spokoju- mianowicie dlaczego bałaganienie i brak ogłady gospodarskiej uznawany jest dziś za nonszalancję i nowoczesny styl życia, a dbanie o ład i dbałość w ogóle stanowią świetną podstawę do złośliwych żarcików i przyjmowane są z pobłażliwością, jako coś niewłaściwego i frajerskiego?

 

wiele osób daje mi do zrozumienia, że mój sposób to starta czasu, że zamiast zmyć podłogi czy zetrzeć kurz z książek lepiej zrobić coś dla siebie. kiedy to właśnie jest coś dla mnie- o ile przyjemniej czyta się wśród kwiatów i z kawałkiem placka z rabarbarem i truskawkami, zerkając jak słońce tańczy na czystym parkiecie. jak miło żyje się w porządnej, jasnej przestrzeni, gdzie nic nie przykleja się do stóp, a zlew i blat kuchenny nie straszą ulepkiem. jak dobrze wejść po przebudzeniu do kuchni, w której wszystko leży na swoim miejscu, a ja zaczynam dzień z czystym kontem. i wreszcie jak przyjemnie wrócić do domu, który pachnie świeżo i czysto. mieszkam tu, gdzie mieszkam i płacę nie najniższy czynsz właśnie dlatego, że dobrze i ładnie mi się tu żyje, robię to dla siebie. z tego samego powodu dbam o ten nie mój dom i wykonuję szereg może nie zawsze przyjemnych czynności- ale one też są dla mnie, żeby dobrze mi się żyło. nie stoi za tym żadna ideologia (że praca uszlachetnia, choć to przecież w końcu też; ani czynniki natury psychicznej- że jak czegoś nie zrobię, to niechybnie szlag mnie trafi, chociaż kto wie. gdy coś przylepia mi się do stopy to rzeczywiście cholera mnie bierze), robię to co robię przede wszystkim z pobudek egoistycznych- żeby było mi i nam dobrze, przyjemnie, wygodnie.

 

w związku z powyższym mam dość zbywania uwag z serii „o, że też ci się chce”, „ajajaj, że nie szkoda ci czasu”, „o matko, też bym tak chciała, ale to tyle pracy”. nie, nie zawsze mi się chce; nie, nie szkoda mi czasu; a tu fifty-fifty- pewne czynności wymagają więcej czasu i przyłożenia, inne zajmują trzy minuty. nie przypominam sobie, żebym komentowała czyjś sposób prowadzenia domu, żebym krzywiła się na widok stert ubrań do prasowania (ja nie prasuję) i wykrzykiwała o mamo, że też ci się chce!, albo wyrażała niesmak na temat lepiącej się podłogi czy kuchni- bo co mnie to właściwie obchodzi, choć bywa, że czuję się gdzieś niekomfortowo, a jedzenie z trudem przechodzi mi przez gardło. życzyłabym sobie, żeby to działało w dwie strony.

 

mam też taką teorię, że doglądanie porządku w domu to jeden z elementów składających się na wielki worek pod tytułem „troska i dbałość”, za którym wyjątkowo przepadam i według którego staram się żyć. jestem fanką dbałości w ogóle, to moja linia programowa. w myśl tej samej zasady według której doglądam domu nie śmiecę na swojej klatce schodowej, ulicy ani w swoim mieście, nie zostawiam po sobie bałaganu w hotelach czy w przez chwilę wynajmowanych mieszkaniach, nie zostawiam pustych butelek po wodzie w pociągach i autobusach, odwieszam na wieszaki przymierzane w sklepach ubrania, choć zwykle okropnie mi się nie chce. nie lubię się spóźniać, lubię wiedzieć, gdzie mam klucze i dokumenty, lubię zasady. moim zdaniem to system wzajemnych powiązań, spójna linia programowa, która ma właściwości oczyszczające i która mi imponuje. jasna, sensowna plama w brudnych, chaotycznych czasach. jak wiadomo i jak powiada klasyk- tonący brzytwy chwyta się byle czego. moje „byle co” to jako taki porządek. uważam, że bez dbałości zginiemy.

 

koniec. rąbanie opuszkami w klawiaturę niewątpliwie pomaga na wątpliwości i irytację. baba z wozu, koniom lżej.

 

a.

  • Długa droga do Domu

    Wydrukuję sobie i powieszę na ścianie.

    I właśnie odkryłam, że można u Was komentować ♥