16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.