16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.