15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.