15 listopada, czwartek

okazuje się, że z herbertem mamy wspólne nie tylko zadarte nosy i policzki jak na drożdżach, ale smakują nam te same rzeczy. na przykład taki jadłospis posłany żonie z olevano romano w lacjum- „rosół z jarzynami i parmezanem i risotto z jajkiem i szynką”, a także „ratatouille- oberżyny, zucchini, pomidory, cebula- w oliwie to wszystko- pycha”. franaszek odnotowuje dodatkowo, że herbert chętnie gotował też barszcz i że najbardziej przepadał za kuchnią francuską i prowansalską. bardzo jestem rada. poeci niezahaczeni w codzienności zawsze wydawali mi się podejrzani i niepełni.

 

a propos jadłospisów i życia codziennego. w sobotę poszliśmy odebrać z le rond odłożony krążek sera mont d’or (śliczny, z niepasteryzowanego mleka, sosnowy i mleczny), więc na obiad było święto. jesteśmy pionierami sezonu, bo z kolei w tym tygodniu oglądam kolejne parujące krążki na profilach licznych brytyjskich restauracji o zacięciu francuskim i starozachodnioeuropejskim. upiekłam go z białym winem i pieprzem i zjedliśmy go jak pan bóg przykazał- z ziemniakami, chlebem i dojrzewającą wędliną, a także z talerzem zielonych liści, marynowanych buraczków i kiszonych ogórków. pyszna zabawa, wyjątkowo przepadam za takimi party, lubię jeść rękami. zahacza mnie to też jakoś w cywilizacji, do której jednak tęsknię i do której się poczuwam. w ogóle europa w buzi- ser, chleb, wino, jarzyny, podstawy, czystość smaku- to interesuje mnie ostatnio w jedzeniu najbardziej, w jedzeniu i w ogóle.

 

w niedzielę byliśmy na śląsku z wizytą u borkowskich, na rogalach marcińskich i gęsinie.

w poniedziałek jedliśmy dynię  (acorn, nie wiem, jak ona ma na imię po polsku) pieczoną w maśle i miodzie kasztanowym, z chrupką szałwią, orzechami laskowymi i burratą. wczoraj na kolację upiekłam kalafiora romanesco, oblałam go potem masłem z anchois, rodzynkami, szafranem, chili, czosnkiem i usmażonymi okruchami chleba- ku chwale sycylii. poza tym jemy w koło gorgonzolę dolcelatte, matko z gruszkami, ja z jabłkami, orzechy, cierpki miód z kasztanów. obejrzeliśmy w sąsiedztwie takich talerzyków ostatnią partię „house of cards”, oglądamy „bodyguarda”, a w poniedziałek zorganizowaliśmy sobie seans „rzymu”, i piliśmy do niego i do dolcelatte polskiego „szampana” z winnicy miłosz- grempler sekt- który sprawiliśmy sobie z okazji stulecia wolnej polski w krakowskim standardzie. całkiem to udane- ziołowe, ostre, kryształowe.

 

na okazję święta narodowego wraca do mnie jeszcze myśl, że i ja należę do tej grupy rodaków, o której rozpisują się ostatnio gazety- ofiar zaniedbań ze strony szkoły i domu rodzinnego, gdzie nikt nie mówił ze mną o polsce, obywatelskości, historii. jest to prawda i to gdzieś kłuje i zasmuca, nie wyrobiono we mnie wielu nawyków, a tego co wiem nauczyłam się sama, lekcje historii czy wos-u w moich gimnazjum i liceum były komedią (która często w ogóle się nie odbywała). ale dziś przynajmniej wiem, jakie to istotne, na ilu sprawach to waży. nawet biografia herberta to istotna lektura w tym kierunku, dużo do myślenia, giedroyc magdaleny grochowskiej był ważny. może coś ze mnie jeszcze będzie.

 

a.