14 czerwca, środa

Ja, moja droga, mam podobnie. W odmętach roboty w ogóle nie zauważyłam, kiedy ten czerwiec się zaczął i połowicznie przeleciał, a dziś w dodatku, po chłoście mżawką (przeklinam czasem tę moją namiętność do roweru), jestem mu wroga.

 

W dodatku prawie nie gotuję, po prostu łączę obok siebie różne rzeczy na moim talerzu. Młode ziemniaki, masło, koper, jajka sadzone. Pomidory, ogórki małosolne, cebulka, feta, wypijam sok z dna miseczki. Róże kalafiora (z masłem) w misce, mimo że zawsze planuję go upiec albo chociaż przyprawić. Truskawki ze śmietaną, truskawki na toście z ricottą (piąteczka), truskawki w śniadaniowym smoothie (jeszcze z morelą i bananem dla gęstości, a na to łyżka jogurtu porzeczkowego z Mlecznej Drogi i masła orzechowego z kokosem), truskawki niemyte prosto z reklamówki, wreszcie jest odmiana Konfitura, zdradziła mi szeptem pani, faktycznie dobre. Lody (śliwka z fiołkiem, masło orzechowe z bananem, gruszka z wanilią, czekoladowe Haagen Danz). Kanapki z comté, pomidorem, ogórkiem małosolnym i górą sałaty, którą nam z zielonogórskiego ogrodu przywiozła Ula (ta Ula, nie ta nowa). No właśnie, bo miniony weekend upłynął nam razem, ale bez większych uniesień kulinarnych, niestety. Na śniadanie nieśmiertelne syrniki (z Mamushki) z siekanymi truskawkami, śmietanką z miodem i cukrem pudrem, potem dwa bochny całkiem udanego chleba (i rzeczone kanapki), na kolację czipsy solone na trawie parku Skaryszewskiego i wegański ramen z Saskiej Kępy – całkiem, całkiem! A następnego dnia Nocny Market, który bardziej nas zirytował, niż nakarmił. To kolejne miejsce, któremu się wydaje, że młody Warszawiak zje wszystko i za każde pieniądze, acz frytki z batata i japoński szarpany burger w pampuchu całkiem mnie porwały. Z kolei poniedziałkowe popołudnie spędziliśmy w Mące i Wodzie, dzieląc się raviolo z ricottą i żółtkiem i obracając każde swoją pizzę (ta z buratą, mrrr). Wyszliśmy zadowoleni, ale chyba nie o to mi chodziło. Dawno nie przeżyłam żadnego smakowitego wstrząsu, może jutro?

 

Bo jutro jedziemy przez Poznań (życzę sobie kaczki w pyzie w Modrej Kuchni, może pyr z gzikiem w Yeżycach Kuchni, zapewne zjem też sernik lub croissanta z Piece of Cake) do Wielenia, do domku nad jeziorem, wśród pól i alergenów. Biorę słoik małosolnych, kawiarkę i radio, a także płaszcz przeciwdeszczowy, bo pogoda ma być niewdzięczna. Już widzę te niezliczone kubki kakao wypitego na werandzie i gorące młode ziemniaczki pieczone w popiele. Dopisać: masło, wino, zgrzewka mleka.

 

k.