13 lipca, czwartek

doroczny obóz pracy w studzience u rodziców- długie dni pod niebem wypełnione pracą: oberwałam porzeczki (40 kilogramów czarnej i 10 czerwonej, dwie miski taty, reszta moja, nieźle. z części tato zrobił sok na zimę, z drugiej transzy będzie nalewka, a z tego co zostało mama smaży konfitury z dodatkiem słodkiego czerwonego wina), szypułkowałam porzeczki, zbierałam poziomki (obalam twoją teorię, my zawsze mamy za dużo poziomek, rośnie tam jakieś szalone poziomisko), ścinałam lawendę (niekończąca się historia). zabrakło dnia na zbieranie jagód. w ramach czasu wolnego- spacery po lesie, czytanie, długie rozmowy przy białym winie w towarzystwie robaczków świętojańskich i zapachu sosen (ulubiony), wyprawy przez wielki deszcz po kwiaty cukinii w kaloszach i pelerynie taty, zbiorowe dywagacje na temat tego, jakie wino dodać do tej czy innej konfitury, albo czy agrestowi będzie bardziej do twarzy z wanilią czy z imbirem. napadły nas dwie wielkie burze, słońce pogryzło mnie w szyję i przedramiona, widziałam wielkie mgły nad łąkami i górami, takie od lata i takie od deszczu. po czterech dniach na leśnej wsi wszystko mi teraz oddycha- skóra, głowa, serce. już mi brak mi tego poczucia odłączenia od tego, co mam na co dzień.

 

prosta praca i proste jedzenie- tłuste malinówki z mozzarellą, sałata i zioła z grządki, poziomki i czarne porzeczki z moim ulubionym ostatnio jogurtem nabużańskim i cierpkim miodem kasztanowym, fasola szparagowa, młode ziemniaki, jaja na miękko i zsiadłe mleko, szczupłe kolby kukurydzy z masłem i zachodami słońca, bób z oliwą i ziołami, kruchy placek z owocami lipca. a w krakowie- botwinka, zielona fasola szparagowa na sposób libański, duszona z pomidorami, koprem włoskim, przyprawami i ciecierzycą (przepis gdzieś na stronie saveur), wyjątkowo przepadam za takimi potrawkami do gryzienia. sporo ottolenghiego- bo i lawendowy placek, i ricotta utarta z pieczoną główką czosnku, z bobem z czupryną z mięty i cytrynową oliwą („plenty more”), a dziś na obiad makaron z „jerusalem”- muszle z sosem z jogurtu greckiego, młodego groszku, czosnku i oliwy, z garścią bazylii, pokruszoną fetą i usmażonymi na oliwie z chili piniami, super orzeźwiające i wciągające. pizza w nolio, naleśniki z pieczonymi truskawkami i twarogiem, młode cukinie szczupłe jak palce dobruni, usmażone na złoto z miętą, cząbrem i piniami, omlety z kwiatami cukinii. usmażyłam też pierwsze w życiu konfitury- na pierwszy ogień z pieczonych truskawek, z octem balsamicznym i porto, szaleję za nimi. w najbliższą sobotę planuję natomiast przetwórstwo agrestu i może wiśni.

 

w ostatnich dniach skończyłam czytać „wolność” franzena i ze zdwojoną intensywnością pieję, jaki jest znakomity i jakie to ma trzecie oko do patrzenia na ludzi (z zabawnych zbiegów okoliczności- wczoraj guardian podsunął mi pod nos artykuł pod tytułem „want to fight climate change? have fewer children”, to tak a propos). w pociągu do kłodzka doczytałam natomiast „terminal” bieńczyka i nie umiem pozbyć się wrażenia, że to jakaś wariacja na temat „gry w klasy”- on nie umie powiedzieć nic „normalnie”, ona neurotyczna i zaganiania, jest jakiś trzeci, on koniec końców kocha ją tak jak horacio magę, oboje bez grosza przy duszy, no a w tle paryż. chyba przeczytam sobie cortazara po raz kolejny. póki co idę sobie przez świeżutko wydany tom dziennika osieckiej z roku 1953 i to jest nad wyraz przyjemna sprawa, bo przypominam sobie jak to jest mieć siedemnaście lat i myślę o jakichś sprawach, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam- na przykład że ja też całe życie piszę jakiś dziennik, a częściej dzienniki, i jeszcze o chłopach z tamtych lat. a ponad wszystko- to niebywałe, że to napisała siedemnastolatka, ja w jej wieku nie potrafiłam tak myśleć.

 

wakacje, więc obok lektur mam też lekturki- podczytuję sobie serię o ani z zielonego wzgórza i zaczęłam od końca, bo u rodziców znalazłam jedynie „rillę ze złotego brzegu”, resztę wywiozłam do krakowa. przywiozłam też sobie z domu „koniec wakacji” i „wojnę domową”, mam ochotę na wyprawy w przeszłość.

 

i tyle. dziś pół dnia lało, a później pół nie. na czas wakacji mam nową szkołę jogi i chyba podoba mi się tam bardziej niż w tej pierwszej instancji. róże pod teatrem słowackiego jeszcze prężą rumianą pierś. na plantach tłumy, przemykam bocznymi ścieżkami. lipiec, a już po lipach. a jutro rano będę piekła drożdżówki z wiśniami. aha, dziś kupiłam pierwsze genewy i zjadłam od razu trzy i jeszcze jedno na dobry sen. jabłko, mój ulubiony owoc.

 

a.