10 lipca, poniedziałek

Zaraz połowa lipca, a ja ostatnio wiedziałam na czym stoję chyba w maju. Są takie dni, które widzę tylko w kalendarzu.

 

Czasami stoimy na podwórku w rezydencji ambasadora, w samym środku złotego snu nastolatka – otaczają nas pryzmy burgerów, stojaki z czipsami, aleje pizzy, lodówki coca-coli, stoisko Starbucksa. Kucharze wtykają nam w ręce talerze żeberek w sosie barbecue, płynie na majonezowej fali coleslaw, chwytamy kolejne plastikowe kubki z kalifornijskim winem. Wije się wstęga gości, gra orkiestra wojskowa, ktoś śpiewa hymn, a ktoś inny kroi wielki tort w kolorach flagi, z wiśniami i kremem – niedobry, nadgryzamy cupcakes z masłem orzechowym i konfiturą, trufle, kolejne kawałki pizzy pepperoni. W basenie pływają balony, modlę się, żeby do niego nie wpaść, rozkołysana na swoich brokatowych obcasach, troszeczkę pijana absurdem i rozproszona przez te wszystkie drogie garnitury i twarze znane z wiadomości w telewizji (które oglądałam regularnie chyba tylko wtedy, gdy następowały po wieczorynce). Po zmroku wybuchają fajerwerki, po fajerwerkach wracamy na Grochów, do naszego pełnego treści mieszkania bez balkonu.

 

Czasami dni są pełne treści, nie pracy – jak miniony weekend, z pierwszą w sezonie wyprawą na Wiatrak – po najpiękniejsze w świecie pomidory z Janowa, ostatnie piwonie, jagody, morele – i pierwszą w ogóle wyprawą na Plac Szembeka – odkryliśmy tym samym Azję w środku Pragi, obwieszoną kablami, krzykliwą, kolorową. Nie dość, że można tam kupić absolutnie wszystko, to jeszcze na drzwiach sklepu mięsnego wisi rymowanka (zapomniałam zanotować, a była taka soczysta!), a na głównym placu najdłuższa kolejka wije się do ormiańskiej piekarni, przed którą staruszki zajadają chaczapuri z serem i wołowiną, polecając sobie nawzajem stragany i debatując na temat słuszności krojenia arbuza. Chaczapuri zjedliśmy i my, drugi placek chowając do torby dla Piotrka gwatemalskiego i jego dziewczyny Uli – bo w weekendowych planach zmieścił się tym razem nawet piknik w parku Skaryszewskim. Punktem wyjścia było kimchi, którego nadmiar miałam w lodówce, a punktem kulminacyjnym hot dogi, do których Piotrek kupił jagnięce kiełbaski u rzeźnika, a ja upiekłam maślane bułki z czarnym sezamem, zamarynowałam plasterki kalarepy i ukręciłam majonezowy sos ze srirachą. I niech się schowają Pogromcy Meatów! Na deser zrobiłam blok niby czekoladowy, ale matcha, na który przepis dała mi Marianna i który będzie w jej klującej się książce. Wrzuciłam do środka pieczone migdały i suszone wiśnie i było to, jak można się spodziewać, rozkoszne.

 

I w takie dni, ukołysani winem śliwkowym i mlekiem w proszku wracamy sobie powoli przez te jeziora i zagajniki Skaryszaka, których niektórzy lewobrzeżni warszawiacy nie widzieli na oczy i wcale im nie współczuję. To nic, że jest ładna pogoda – zawsze można sobie uciąć umysłową drzemkę i zebrać siły na atrakcje wieczoru, a mianowicie koncert Marsalisa i Ellinga na Mińskiej, trzy minuty od domu. Kiedyś sobie myślałam, że będę mieszkać w centrum świata, a tymczasem to centrum się jakby przesunęło.

 

Większość weekendów tego lata to jednak będą podróże – tydzień temu byliśmy w Oławie (skrót: wesele, disco polo, nerwoból, wielce malownicza wizyta w szpitalu – cisza trzeciej w nocy, wielkie ciemne okna, jarzeniowe lampy i ja na starutkiej plecionej leżance, w brokatowych pantofelkach i sukience z kokardą, szumiąca i spływająca po dwóch zastrzykach) i przywieźliśmy kilka toreb zieleniny i warzyw. Łatwo przyszło, łatwo poszło: słoik pesto (do pomidorów, na tosty, do makaronu – znów nie zdążyłam z niego zrobić nic godnego przechwałki na blogu kulinarnym), ucierane ciasto ze wszystkimi owocami lipca, garnek zupy botwinkowej na młodziutkiej włoszczyźnie, poziomki jedna po drugiej do buzi (ich urok tkwi w niedosycie, twierdzę, nikt bowiem chyba nigdy na świecie nie miał za dużo poziomek), w wazony cztery bukiety, w tym z cynii i róż. Pęk szałwii jeszcze wczoraj Marcin przerobił na przybranie do kurczęcia, którego nogę zjedliśmy trzęsącymi się rękami koło północy, bo tak to pachniało, a do tego po młodym ziemniaku, który piekł się w maśle tuż obok. Zjadłam już nawet chałwę, którą dostaliśmy od dziadzia Marcka, a to wszystko dlatego, że dziś siedzę w domu i piszę artykuł o tejże właśnie chałwie. Za oknem upalna burza, w szklance zimna kawa z porzeczkami (nie pytaj, mamy jedną foremkę na kostki lodu), nadal jestem w piżamie, a już zaraz siedemnasta. Uwielbiam.

 

k.