1 listopada, środa, wszystkich świętych

tydzień (z okładem) tłusty od rozmów i spotkań, ze mną w roli słuchacza lub w jednej z głównych ról. blisko dwa tygodnie temu- złoty ojców, zamek w korzkwi, mgły, wędrówka doliną, rodzice. po drugie- festiwal conrada: kochany, mądry, ważny i poważny, tak mi bez niego smutno. na tę okazję całą niedzielną noc śniła mi się armia polonistów, którym przewodził michał paweł markowski. ze zdarzeń interesujących- debata zagranicznych krytyków literackich, arlie russell hochschild o amerykańskim południu, klementyna suchanow i duch gombrowicza (to nawet dwukrotnie), siri hustvedt. kraków wyraźnie szlachetnieje przez ten jeden październikowy tydzień, dobrze mu to robi.

i wreszcie- cały zastęp miłych gości z różnych krańców polski- we wtorek agnieszka od świetnych wywiadów, w piątek ania, w weekend bunia i ulubione gajosy.

 

obfitość gości, więc obfitość na stole. we wtorek była wydana przeze mnie kolacja i pieczone z szałwią ziemniaki z salami z nursji i z aioli, chleb, marynowane buraki z pistacjami i ricotta salata (którą przywiozłam jeszcze z bolonii), sałaty z figami i pieczone półksiężyce dyni na plamie palonego masła, z labneh, orzechami laskowymi i chrupką szałwią (niedawno widziałam zdjęcie takiego talerza na instagramowym profilu londyńskiej the towpath cafe i nie mogło mi to wyjść z głowy). na deser- toskańskie cantucci z orzechami włoskimi i figami, gruszki, boskoop i francuskie sery (le rond- fantastyczny comte, morbier, kremowy kozi), a agnieszka przywiozła nam z lukullusa maślane kruche półksiężyce (pyszne z serem, nawiasem mówiąc). w piątek było głównie wino. w sobotę na śniadanie gryczane naleśniki, a obiad zjedliśmy w karakterze. wieczorem kilka szklaneczek aperolu, paczka czipsów cacio e pepe, oliwki, sery. a w niedzielę wyprawiłam śniadanie z akcentem arabskim- chmura labneh z oliwą, za`atarem, sumakiem i prażonymi orzechami, razowa pita, sałata z figami, daktylami i kolendrą, jaja z porami, z kolendrą i masłem z harissą, pieczona dynia (tu powtórka z wtorku), mascarpone z octem balsamicznym i rodzynkami (nigel slater), bochenek chleba i prosecco. uważam, że to rozsądnie zbilansowana dieta na jesień.

 

 

z innych przyjemności, bardziej jednostkowych- zupa śliwkowa, gęsta i korzenna, którą jadłam na śniadanie cały zeszły tydzień. makaron z jogurtem greckim, groszkiem, bazylią, fetą i smażonymi piniolami z „jerusalem”. słoik marchewek w occie, które zamarynowałam w lipcu i które podgryzam do kanapek. jajka z renetami, które mogę jeść codziennie.  świeży majeranek, do wszystkiego. sok z kiszonej kapusty (butelka dziennie). a dziś znów ziemniaki, aioli i salami (wspaniałe, choć jest w tym coś nieprzyzwoitego) i jeszcze miska cykorii z olejem z orzechów włoskich i orzechami.

 

dziś dzień wszystkich świętych, cały z muzyką ciszy pana marka, i w dużej mierze niewolny od pracy. od tygodnia „głosy” preisnera, wieczorem spacer na cmentarz rakowicki

 

w następnym odcinku będzie o polsce, bo kotłuje mi się w głowie parę spraw za sprawą rozmowy ze stasiukiem w „świątecznej”, i o książkach. dziś muszę iść spać, jutro znowu pociąg i znowu droga- najpierw wrocław, później kujawy.

 

a. która jeździła koleją