1 grudnia, już można odtwarzać w kółko ‚as long as you follow’ fleetwood mac

no, moja droga, jesteśmy w domu! czytałam wczoraj popis pana organka w drodze z wrocławia, a jakże. po pierwsze nie rozumiem, dlaczego pani dorota wodecka, którą cenię, marnuje czas na takie ple ple, a po drugie- dawno nie czytałam czegoś tak miałkiego, drażniącego i niemądrego. spuchnięte ego to straszna choroba, a wyborcza od pewnego czasu brnie w jakimś niepokojącym kierunku, coraz mniej rzeczy mnie w niej interesuje.

 

bohaterowie literaccy chyba rzeczywiście nie przepadają za fasolą, nic nie przychodzi mi do głowy.  ale fasolę gotuje częściej niż często molly i jeszcze rachel roddy. czuję się z nimi związana.

 

spaliłam w piątek robocik kuchenny i odczuwam na tym tle poważny niepokój. połowa rzeczy na które mam ochotę nie wchodzi w grę z przyczyn technicznych. na obiad była dziś spora miska jesiennej sałatki na kanwie pomysłu pani waleckiej (przepis)- brukselka, jarmuż, batat (zamiast dyni), granat, tahina, feta, orzechy laskowe. było to nad wyraz udane i solidne.

 

na kolację zjadłam miskę zupy z soczewicy, którą znalazłam w lodówce. to moja ulubiona soczewicowa, z cytryną i kolendrą. przepis heidi swanson (101 cookbooks), to tak apropos twojego dzisiejszego obcowania z „near and far”. przed snem przebiegłam jedenaście kilometrów. jestem z siebie zadowolona

 

a.