20 czerwca, leje

Sobota rano – moje pierwsze drożdżówki z truskawkami i mleko, a potem stary podmiejski pociąg, który wyglądał tak samo, jak podczas wycieczek szkolnych w gimnazjum, tak samo, jak we wszystkich letnich książkach Musierowicz – lepko i przygodowo.

 

Sobota południe – działka w Oławie, naręcza botwiny, młodych marchewek i pietruszek, cukinia i malutkie ogórki, groszek cukrowy, kubki poziomek, truskawek, czerwonej porzeczki (co druga do buzi), kwaśny agrest z krzaka, wór rukoli, małych i grubych listków szpinaku, głowa sałaty, bazylia i koper, palce w ziemi. W nagrodę czekoladowe ciasto z truskawkami i kawa z termosu na kraciastym obrusie. Bieg przez trawę, przełażenie przez płot, pies przy nodze. Strasznie mi się marzy działka i zwierzak.

 

Sobota wieczór – pożegnalny wrocławski grill Marcina. Hot-dogi z merguezami, rukolą i dijon, na zalanym deszczem i słońcem wzgórzu. Amerykańskie czekoladki i dużo, dużo piwa, dużo miłych ludzi, do nocy.

 

Niedziela to były przede wszystkim trzy różne bardzo dobre lodziarnie: Polish Lody i gałka ferrero rocher, Tralala i mascarpone z malinami (o Chryste) oraz zwijane tajskie rolki, które powstawały z wylanej na zmrożoną płytę kremówki, dziarsko siekanej z dodatkami (u nas kinder bueno) i zeskrobywanej do kubeczka. Na szybki obiad dorada pieczona z tym, co wyciągnęliśmy z oławskiej ziemi, do tego pesto z rukoli i migdałów. I do domu. Ostatni wrocławski turnus zakończony. Robię miejsce w szafie i komodzie.

 

k.

17 czerwca, pięknie

Przytulny wrocławski dzień. Z rana wbrew granatowej chmurze pobiegłam na bazarek i po inne sprawunki. Dobiegłam aż do Dinette, a właściwie Di, na śniadanie, które marzyło mi się od początku wrocławskich turnusów. Tak paskudnego jedzenia dawno nie miałam w ustach, ale wolałam się o tym przekonać sama, zamiast posłuchać Ciebie i marzyć dalej o niespróbowanym. Pierwszy raz od wieków zostawiłam pół talerza i wyszłam. A była to szakszuka, lub przepraszam szakcebula, surowe trzęsące się jajka w połowie kilograma pomidorowej cebuli, obok całkiem dobry żytni chleb, ale przypieczony na brudnym grillu. Średnia kawa w ładnym kubku. Tylko widok z okna dobry, na zalane deszczem ulice, ten moment wyglądał dokładnie jak w maju przed pięcioma laty, kiedy z Ulą siedziałyśmy na piętrze we Whole Foods i jadłyśmy kombinację deserów z kartonowego pudełka, tylko że wtedy byłam głęboko poruszona tym, co dzieje się w mojej buzi (pudding chlebowy, ciasto z mascarpone, syrop klonowy, sos karmelowy, pekany i migdały, borówki i maliny, nie pamiętam co jeszcze, ale na pewno wiele rzeczy, a każdej po kęsie). Tym razem mieliłam bluzgi – pani obraziła się na mnie, że chcę wsiorbać tych surowych jaj.

 

Wczoraj było piękniej – w przerwie obiadowej pojechaliśmy do nowootwartej dziupli (W kontakcie) koło Placu Grunwaldzkiego. W karcie same humusy, pasty i granola, chleby, jajka i awokado. Gdy na stół wjechało zamówienie, zabulgotała mi krew, bo po pierwsze, mają niesamowite talerze ze szkliwionej kamionki, a po drugie, humus miał ten charakterystyczny lok i zakręt. Pyszny, gładki i ciężki od tahiny, jeden z bobem, fetą i ziołami, drugi z karmelizowaną czerwoną cebulą, za’atarem i kolendrą. Wycieraliśmy te piękne nakrapiane skorupki domowymi pitami, a potem zjedliśmy jeszcze śniadaniowe pasty z chlebem, mimo że była czternasta. Mnie trzy śniadania dziennie nie przeszkadzają w ogóle, a to obiadowe było wspaniałe i podbudowało moją wiarę w gastronomię. Dziś, jak już wiemy, fundamenty znów skruszone.

 

Teraz pada deszcz, ja w pościeli, w radiu radio, w piekarniku brioszki z truskawkami, a na kolację burgery (w tych brioszkach, które truskawkami nie wybuchają). Niech tylko wróci z pracy pan domu i będzie piątek marzeń.

 

k.

16 czerwca, czwartek na Lwowskiej

Ostatnie śniadania dziecinne: płatki kukurydziane z truskawkami i miodem – w czasach szkolnych zjadłam takich misek setki, a wypijanie cereal milk to jedna z moich ulubionych prostych rozkoszy. Dalej, kasza kukurydziana z łyżką śmietany i truskawkami, owsianka April Bloomfield z ricottą, kawałkiem masła i syropem klonowym (skończyły się truskawki). Dziś, już nie u siebie, to i trudniej: orkiszowe płatki na mleku, z wiórkami kokosowymi, prażonymi migdałami i łyżką dżemu truskawkowego (bo były tylko czereśnie, w których znalazłam robale). Wystarczyło, że na chwilę zaszło słońce, a mnie się zachciało ciepłej kaszy na mleku. Zwykłe, przedszkolne miseczki.

Ty wczoraj z Wrocławia wróciłaś, a ja doń pomknęłam pustawym pociągiem. Na obiad były kanapki ze Stora. Żeby je zdobyć, zerwałam się z łóżka pół godziny wcześniej, ale warto było – zaspana baristka zrobiła mi miks – jedna z pastrami, kapustą kiszoną i ogórkiem, oraz majonezem paprykowym, druga z cheddarem, gruszką, szpinakiem i majonezem ziołowym. Pachniały na pół Wagonu Ciszy – ciekawe, czy można w nim wydzielać zapachy. Przyznam, że trochę mnie onieśmielił, jak wyjęłam szeleszczącą torebkę czereśni. Do czytania miałam Wysokie Obcasy z zeszłej soboty – ten fragment, w którym Janda opowiada o kapciach w teatrze i mękach dziesięciogodzinnych spektakli! – oraz tę książkę, którą wszyscy czytali rok temu – o tym, jak Marcin Wicha przestał kochać design. Świetnie napisana, mierze takie osądy liczbą oderwań głowy i spojrzeń rzuconych za okno w celu wycmoktania słów i zdań z całego smaku, jaki zawierają.

Zawsze jak wracam do Warszawy, to z lekkim wstrętem do pędu i tempa życia. Zawsze gdy wyjeżdżam – tęsknię zanim wyjdę z domu. Te drzewa za oknem zielone są w tak miło puchaty sposób… Tymczasem pusta kuchnia, kino Nowe Horyzonty, gdzie zaraz pędzę na Culinary Connection i ostatni turnus. Od lipca koniec podróży na Dolny Śląsk.

 

k.

13 czerwca, poniedziałek

W miniony weekend najlepsze były poranki, a najsmaczniejsze śniadania. Jakoś po siódmej z pościeli wyszłam na spacer z rodzaju tych ulubionych – w swetrze zarzuconym na piżamę i szortach, stragany przy Wiatraku dopiero się rozkładały, więc szłam bardzo na około, słonecznym Grochowem. Wróciłam w pielesze, Marcin zmielił kawę i zjedliśmy chleb z SAMu z masłem, comte, musztardowcem i malinówką, no i z ricottą, truskawkami i miodem, na deser jeszcze jedna truskawka zanurzona w śmietanie. Mąka i woda nie wzbudziła u mnie zbyt wielkich emocji – najmilsze były brzegi bruschetty zanurzane w oliwie i wspólnie ścierane z talerza raviolo con uovo, dobre jak zawsze. No i deser – pistacjowy flan (moim zdaniem bardziej lava cake) z lodami z koziego mleka i gorzką czekoladą. Idealny. Wróciliśmy potem rowerami na Pragę, niektórzy jechali i stękali, że deser był przesadą, a inni robili sztuczki, zeskakiwali z krawężników i pruli na tylnym kole, budząc we mnie wizje wybitych siekaczy. Wszystko skończyło się dobrze.

 

Na niedzielne śniadanie kolejne lato – truskawki i rabarbar zapiekane pod kruszonką z masła, mąki kokosowej, ciemnego muscovado, płatków owsianych i siekanych migdałów. Zjedliśmy całą foremkę, polewając ricottą roztartą z jogurtem i syropem klonowym. Na obiad solec – burger na liściach i ziołach, salsa ogórkowo-botwinkowa, majonez rzepakowy i piękna lemoniada na syropie z botwiny. Cudo, lato, plamki światła na uśmiechu. Do meczu koktajl z maślanki i truskawek. Mnie chyba nie chodzi specjalnie o to, żeby codziennie jeść i pić coś innego.

 

 

Mój rower zemdlony, złapałam w piątek gumę, gnając na dworzec. Ma to swoje plusy – dziś poszłam złowić jeden z miejskich, więc trasa wiodła tym razem przez Skaryszak i dwa inne parki. Stukały mi obcasy złowionych wczoraj na ciuchowej wymianie – prosecco, bób z koperkiem, ciasto z kruszonką i lawendowe makaroniki – skórzanych pantofelków Marca Jacobsa. To zabawne, że te buty moja mama mogłaby włożyć na swój ślub trzydzieści lat temu. Mają kolor młodego kalafiora, wobec którego mam dziś plany kolacyjne. Ale najpierw serwis rowerowy, bo bez swojego jakoś nieswojo. W tym roku pojedzie z nami na Openera!

 

k.

10 czerwca, wczesny piątkowy wieczór

Jak miło siedzieć.

Oczywiście miło też skakać z aparatem wokół kwiatów czarnego bzu, z którego dziś w pracy Tomek zrobił syrop i galaretki, utopił je w cieście naleśnikowym i w tempurze. Zjedliśmy wszystko oblizując palce. Miło też jechać przez mokry Mokotów, Śródmieście i Powiśle z pękiem listków mięty furkoczącym nad kierownicą, torbą wypchaną zieleniną i nowym młynkiem do kawy przytwierdzonym do bagażnika. Miło siedzieć w kuchni, bo radio mruczy, zioła się kąpią, a z blatu łypią na mnie ciastka. Kolejny etap udoskonalania chocolate chip cookies za mną, tym razem użyłam wreszcie ciemnego, lepkiego muscovado, ale masło zbrązowiłam zdecydowanie za mało – bo wykipiało i straciłam werwę. Więc na podwieczorek były dwa cudowne ciastka, jeszcze płynące w środku i bardzo „do żucia”, a do tego kubek kawy zmielonej własnym bicepsem (lub nie, nie do końca pamiętam gdzie jest jaki mięsień). I siedzenie, bo rowerowa podróż, mimo że urocza, nieco mnie zmęczyła – zmokłam trzy razy, a że ulewa powaliła jakieś drzewo na Błoniach Kamionkowskich, musiałam jechać na około i dać się wysmagać jaśminowi. Po deszczu alejki są puste, więc było to miłe i prywatne.

 

Natomiast wczoraj w pracy jadłam taką pavlovą, że wszyscy osłabliśmy – najpierw z zachwytu, potem z zacukrzenia. Była wielka jak koło tira, przełożona waniliowym crème pâtissière i mascarpone, przybrana wszystkimi możliwymi owocami lata (gdzieś na świecie zawsze jest lato) i kwiatami, skropiona syropem z melasą. Zrobiła ją Dorota na swoje urodziny – ich datę zapamiętałam już rok temu. Wyobraź sobie jeżynę utaplaną w mascarpone, widzę jak się oblizujesz. Pochłonęliśmy to dzieło w mgnieniu oka, a do lepkiego, strzaskanego środka podkradaliśmy się z łyżeczkami przez resztę dnia. Lato wybuchło w ustach. No i teraz marzę o jeżynie.

 

Ciastka już wystygły, po część zaraz przyjdzie mój brat, drugą część zje dziś w nocy Marcin. Jutro pół dnia spędzimy w parku Morskie Oko na Big Book Festival, karmiąc i bawiąc ludzkość kukurydzą. Drugie pół – z wami, nad kluskami. Co poza tym… mam malinówki, rzodkiewki, młodą cukinię i groszek cukrowy. Czyli taki trochę spokój ducha.

 

k.

 

 

6 czerwca, poniedziałek

Ten weekend był spełnieniem moich nabiałowych marzeń, nawet takich niewypowiedzianych. Już w piątek z rana udało nam się z Tomkiem wejść na obrady serowego jury. Podczas gdy sroga komisja ciumkała nad dwudziestką serów, nam pan z obsługi przynosił na nożu skrawki, żebyśmy nie siedzieli głodni. Drżący kozi twarożek, roczny kozi podpuszczkowy od Wańczyków, owcza piramidka w popiele, serowe warkocze rodem z wakacji na Słowacji, gouda z kozieradką, roladka z czosnkiem niedźwiedzim i jeden taki krowi niesamowity dojrzewający ser, który kruszył się i wręcz musował w ustach. Smakował jak prosecco i nie mogłam przestać skubać kolejnych okruszków.

 

Potem było tylko lepiej. Degustacja serów europejskich, a tam ośmiomiesięczny comte – kupiłam kawał – który pachniał jak gorzkie kakao, mleczny ser z Azorów, jakiś irlandzki śmierdziel i trzy inne, których nie pomnę. Do tego kieliszek burgunda i biegiem na basztę, a tam degustacja serów litewskich – z całego talerzyka najbardziej smakował mi zimny twaróg z kminkiem i podpuszczkowy ser na podobieństwo dziugasa – intensywny i lekko słodki. Na koniec warsztaty z robienia domowego jogurtu i kefiru. Trzy dokładki, pan z chochlą (ten od noża) mrugał porozumiewawczo. W przerwie pojechaliśmy jeszcze do Reszla, zwiedzić poniemiecki młyn, cały biały od środka, położony nad rzeczką, niesamowity i pachnący. Wokół niego kłująca w oczy zieleń, cała Warmia kłuła. Boję się, że zaraz mi się ten kolor opatrzy.

 

Napomknę jeszcze, że nasz hotel mieścił się w zamku jak z dziecięcych rysunków – baszty, wieżyczki, dziedziniec, w środku marmurowa czarno-biała podłoga, pluszowe fotele, lekkie firanki, kryształowe żyrandole i bardzo dużo światła – a w piwnicy miał basen z dnem połyskującym turkusowo-złotą mozaiką. Prosto z łóżka rzucałam się więc do wody na leniwego kraula albo treningi stania na rękach, zdarzyło się też pomiędzy degustacjami, bo upał zdążył zgęstnieć, a ile można jeść w pościeli orzeszki ziemne z minibarku i oglądać Richiego Richa.

 

Do domu przywiozłam kawał comte, kawał Koziego Grzbietu od Wańczyków, pudełeczko ricotty i twarożku koziego, serek od Kaszubskiej Kozy śpiący w wytłoczynach z nalewek i dwa słoiki jogurtu, też od Wańczyków – z czarnym bzem i malinowy. Mimo wczorajszego lekkiego nabiałowstrętu, dziś w porze śniadania na ricottę rzuciłam się z miłością taką samą, jak zawsze – utarłam ją z łyżką jogurtu i odrobiną soli, nakroiłam truskawek, wydrylowałam kilka czereśni i dołożyłam prażone migdały i takież płatki orkiszowe, pokropiłam miodem. Chrupało i zachwycało. Owoce przywiozła mi wczoraj Monia w łubiance, ukryte pod świeżo wyrwaną z ziemi sałatą, botwiną, miętą i koperkiem. Dałam jej w zamian sera i kanapkę na drogę powrotną na Wolę. Składała się z kromek ciasta i kromek masła. Lubię karmić.

 

k.

 

2 czerwca, czwartek

Moje piwonie stoją w wazonie od poniedziałkowego wieczoru i już się bałam, że zostaną takie nieśmiałe – na szczęście nie. Dziś jak zobaczyły moje śniadanie, to zaczęły rozkulanie, a był to smażony na maśle kaiserschmarrn, prezentujący się jak poniżej. Poszłam za Twoim zachwytem, upiekłam do niego truskawki i rabarbar z octem balsamicznym i miodem. Katusze rozkoszy.

 

 

Wczorajszy Dzień Dziecka uczciłyśmy z Monią w Bibendzie nad pierwszymi w tym sezonie kwiatami cukinii, chrupkimi i nadzianymi ziołową ricottą. Drzemały sobie na sałacie rzymskiej, szparagach, groszku cukrowym i rzodkiewce, w bazyliowym winegrecie. Na przywrócenie równowagi – bo ten talerz był taki zielony – beza z kremem mascarpone z rumem, truskawkami i prażonymi orzechami laskowymi („prażone orzechy laskowe”, jezu, wystarczy, żeby dostać wypieków). Pożarłyśmy ją w dwie minuty, łapczywie jak zwierzątka, ale to było przepyszne, a cała operacja dekonstrukcji wielce satysfakcjonująca. Do tego zimne białe wino i opowiastki o weekendowych wakacjach w Grudziądzu, które czekają nas pod koniec miesiąca. Będziemy włazić na drzewa po owoce, opalać nosy i głaskać gąski Moninego dziadka, zanim pójdą na foie gras.

 

A dziś wieczorem po balecie znowu w drogę, tym razem na północ. Z Tomkiem i Agatą jedziemy na festiwal sera do Lidzbarka Warmińskiego, w planie (oprócz zjedzenia tony niewinnych grudek sera) panel dyskusyjny „oczkowanie serów: wada czy zaleta”, biegi po lesie i basen w lochach zamczyska, w którym będziemy spali. Mam nadzieję, że ser ukoi tęsknotki za południem.

 

k.

 

 

22 czerwca, środa

jem na śniadanie jagody i maliny z tłustą śmietaną. ucięłam sobie rano pogawędkę z panią, od której kupuję na hali owoce jagodowe, o tym, że wszystko wydarza się dziś za wcześnie i za szybko. obie używałyśmy figury „za moich czasów…”, co jest niepokojące, bo pani jagodowa jest ode mnie pewnie ze czterdzieści lat starsza. jeśli chodzi o lato, to w krakowie brakuje właściwie tylko porzeczek. wszystko inne jest.

 

za nami podręcznikowa niedziela- śniadanie w południe, a w dodatku jedliśmy naleśniki z twarogiem i truskawkami. potem leżenie nad wilgą, czarny bez już przekwitł. spóźniony obiad, naprędce- pomidory i truskawki pod kruszonką z rozmarynem, smażona cukinia z ziołami i kaparami, panzanella z bobu, młode sałaty z octem aromatyzowanym szalotką, oliwki, dwie butelki rieslinga. potem podwieczorek, cobbler z rabarabrem i truskawkami, a do snu jeszcze butelka prosecco. po parnym dniu- ulewa, otwieranie okien, wciąganie spodni, niepotrzebne. od dwóch dni znowu grzeje.

 

wczoraj na obiad, z okazji imienin mamy ali i pierwszego dnia lata- pasta fresca z młodym groszkiem, bobem i bazylią, przesadna ilość oliwy i masła, chlust śmietanki, skórka otarta z cytryny, parmezan, pieprz. do podania- przysmażona bułka tarta (z czerstwego sobotniego chleba), jeszcze więcej skórki cytryny. skrzyżowanie przepisu nigela z drugiej części „kitchen diaries”, zdjęć widzianych na instagramie i pomysłu dominiki wójciak z „warzywa”. jakie to było dobre, słodkawe, kwaśne, winne, maślane i orzeźwiające. butelka białego wina z francji.

wieczorem zjadłam jeszcze minestrone we włoskiej, słabiutkie, ale byłam bardzo głodna i postanowiłam nie marudzić. to nad tą cienką zupką przyrzekłam sobie na śniadanie jagody i śmietanę.

 

w poniedziałek doczytywałam w tramwaju „wielki przypływ” i oczywiście się rozpłakałam. tak jak jestem bardziej roślinna niż zwierzęca, tak w największym stopniu doświadczam świata przez czytanie. nic innego mi tak nie robi. coraz częściej nudzę się w kinie, teatr częściej jest niezrozumiały, wciąż nie umiem oglądać sztuki. właściwie nie słucham muzyki, ja chyba nie lubię muzyki. mało popularne wyznanie; najbardziej lubię ciszę i odgłosy dnia- ptaki, ciche pomruki miasta, wiatr, krzyk czajnika u sąsiadów, trzaskanie drzwiami, ciszę nocy. muzyka mi przeszkadza. od czasu do czasu przygrywa mi pan marek, siesta, muzyka filmowa, jakieś pianino, lista trójki, piosenki z lat 70. i 80., osiecka, tyle. chociaż to bardziej rytuały niż potrzeba obcowania z muzyką. perspektywa najdotkliwszej kary, zaraz po weselu- festiwal muzyczny. oba te wydarzenia mają wspólny mianownik- nadmiar ludzi i hałas. byłam dzieckiem, które nie lubiło się przytulać i nie garnęłam się do ludzi, rodzice zwykli się ze mnie podśmiewywać, że z pewnością jest to jakaś forma autyzmu. czasami myślę, że mają rację.

 

idę sobie pomilczeć,

 

a.

19 czerwca, niedziela rano, lato

dom śpi. od piątku jest u nas bunia, wyznają z matko podobną filozofię, bardzo odmienną od mojej, która opiera się na budziku o siódmej rano. wczoraj poszłam na spacer po truskawki, twaróg i gazety, dziś czytam w pościeli, zerkam na dzwonki w słoiku i nadzoruję wielki błękit za oknem. dom we śnie działa na mnie uspokajająco.

lato. małopolskie wsie po uszy w różach, straszna obfitość. na straganach agrest, morele i zielony groszek, trzy i pół złotego za małą szklankę. plujemy przez okno jepa pestkami czereśni, jeździmy po lasach i wsiach, popołudnie na tarasie lanckorońskiej kawiarni, potem kolacja pod niebem, a na zachodzącym niebie chmury jak masło z dżemem malinowym.

 

gwoli ścisłości- w piątek na lekki obiad przed obfitą kolacją zjedliśmy młode cukinie usmażone na oliwie na sposób włoski, z bazylią, miętą i kaparami. do tego upieczony kalafior, z sosem z tahiny, z sumakiem i garstką rodzynek, i porządnie schłodzone rose. na kolację ugotowałam wielkie lato- scafatę (takkk), młode ziemniaki cacio e pepe, pomidory z truskawkami i szalotką, świetne oliwki od pana z kleparza, legendarna już ricotta, bochenek chleba, trzy butelki wina, w tym jedno musujące. nie mam słów na to, jak bardzo mi to wszystko smakuje.

a na wczorajsze śniadanie- drugi bochenek chleba i czerwiec w dwóch odsłonach- twaróg, pieczone truskawki i miód przez masło, świetne malinówki, sól w płatkach i pieprz. dzbanek zaparzonych liści mięty. panie boże, dziękuję ci za czerwiec.

 

kolację znów zjedliśmy we włoskiej. odczucia na temat menu podobne jak zawsze (interesujące), odczucia na temat jedzenia tak samo (średnio). smażone sardynki i aioli ze szczypiorem, bruschetta z burratą i pomidorami, potem dla buni i matko makaron (carbonara z wędzoną pancettą i bobem, spaghetti z oliwkami i klopsikami jagnięcymi)- oni zadowoleni, ja obojętna. dla mnie miecznik z zieloną gremolatą na uduszonej młodej sałacie rzymskiej i liściach botwiny; miecznik interesujący, liście fantastyczne, strumyk oliwy, miękka chrupkość, smak ziemi. na deser- bardzo smaczne canolo i aperol spritz. aperol w mojej opinii znakomity, podobnie jak wieczór, późnowieczorny spacer do domu przez obydwa kazimierze i stare miasto, wdzięczące się lipy, nagrzane mury.

 

czekam, aż bunia się obudzi, będziemy smażyć naleśniki.

 

dobra wiadomość ostatnich dni- nasz festiwal w kazimierzu koniec końców się odbędzie, ulga i radość. zamierzam napisać do pensjonatu vincent, żeby wznowili tego lata chłodnik z ubiegłego sezonu, bo cały czas o nim myślę- gładka kwaskowa zupa z buraków i jakiegoś nabiału w ilościach niewielkich z gałką lodów porzeczkowych i wstążką oliwy. alleluja.

 

a.

15 czerwca, środa, półmetek

wrocław i z powrotem, za szybą pociągu maki, chabry i młode zboże. rano w słońcu, po południu mokre od deszczu i siwe od chmur. we wrocławiu zjadłam naprędce jakąś cienką zupkę jarzynową na zabicie głodu, a już w domu- bób z miętą i fetą i małą cukinię usmażoną też z miętą i solą morską. niech to się nie kończy, stragany i bose stopy.

 

wczoraj upiekłam na obiad tartę ze szparagami (przepis), szczególnie smakowało mi kruche ciasto z dodatkiem utartego parmezanu. do tego miska studzienkowych sałat i ziół, które dostałam w podarku od rodziców, i białe wino, i lubię czasami poczuć się jak wtedy we francji.

 

jestem pod wrażeniem wywiadu z henrykiem samsonowiczem w świątecznej, chowam sobie na jakieś później.

w drodze powrotnej przeczytałam też pół „wielkiego przypływu” mikołajewskiego i już to mówiłam, ale jarosław mikołajewski to jest mój numer jeden na każdy temat. co to jest za książka, jak on pisze i jak on widzi. stawia kropki w mojej głowie i pod sercem. jestem jego wyznawczynią.

 

a.

13 czerwca, poniedziałek

warszawa w czerwcu i kwiaty- jaśminu we włosach, jadalne na serach i w deserach, obezwładniające lipy, cukinii nadziewane takim czy innym serem (trzykrotnie), róże w łazienkach. przemiły weekend- przyjaciele, jedzenie, wino, książki, spacery. józef hen na big book festivalu. muzeum narodowe na niedzielne śniadanie (renesans w malarstwie północnych włoch). warszawa to zawsze moje ulubione wakacje.

 

jadłam dużo, dobrze i zdrowo, z czego jestem bardzo zadowolona. najlepsze- kwiaty cukinii w ale wino, w dodatku najlepsze kwiaty cukinii w ale wino, jakie mi się do tej pory przydarzyły. konfitura z rabarbaru, jaką podają tam do talerzyka serów. dwukrotnie zamówiłam też kwiaty cukinii w bibendzie; w piątek były niemrawe, o czym wiesz, a w niedzielę pyszne. chrupiące kulki z kalafiora też w bibendzie, i buraczkowy kocyk, na którym leżą. to był mój obiad na do widzenia, chce się wracać. dalej: rozległa w czasie kolacja w solcu w piątkowy wieczór, miła niespodzianka. matko był dalece bardziej entuzjastyczny niż ja, mi najbardziej smakowało wino (białe il balbo) i wędzona bita śmietana, i jeszcze wieczór po deszczu i oszalałe pociągi na wiadukcie za oknem.

z rozczarowań- śniadanie w rozbrat 20, tym razem wszystko nie tak. kawa, jajka, grzanki, w koszyczku więcej bagietki niż chleba. a już myślałam, że rozbrat zapewni poczucie bezpieczeństwa o tych wszystkich warszawskich porankach, które przede mną. burrata w mące i wodzie, kwaśna, suchawa. i chłodny wiatr.

 

wczoraj w drodze powrotnej do domu przeczytałam „małe życie”, jestem wolnym człowiekiem. jestem w obozie justyny sobolewskiej- że wielkie cierpienie to jeszcze nie wielka literatura. bardzo ładna uwaga.

 

kupiłam dziś pierwszy bób, młodziutki, gorzkawy od swojej niedojrzałości, nieduży. dziesięć złotych za kilogram. biedny matko, teraz się zacznie.

 

a.

 

 

9 czerwca, czwartek

czy to możliwe żeby przy początku czerwca pachniały lipy? szczególnie późnym wieczorem i szczególnie przy plantach, apogeum wyczuwam przy barbakanie?

 

wczoraj szczawiowa, rumiane od masła młode ziemniaki lord i po jajku na twardo.

dziś odwiedzili nas moi rodzice, zjedliśmy obiad w bistro 11. ja- zupę z ciecierzycą, młodymi warzywami i salami (jadłam ją cztery razy i za każdym razem smakowała zupełnie inaczej, dziś była najsłabsza. nie podoba mi się ten brak stałości) i lunch dnia, domowy, codzienny i pyszny- fasolka szparagowa i kalafior całe w maśle, młode ziemniaki z koprem, jajka sadzone. było jak zawsze kiedyś, u babci.

 

ulubiony podwieczorek od kilku dni- truskawki ze śmietaną z piątnicy (22% tłuszczu)- nie przepadam za nabiałem od piątnicy, ale ta śmietana jest obłędna.

 

jutro pobudka o piątej rano, śniadanie zjem w warszawie. mam całą drogę na decyzję, na co mam ochotę. „małe życie”.

 

a.

 

7 czerwca, wtorek

dostaliśmy zaproszenie na kolację do ajki i kuby. piękne mieszkanie z ogrodem, cierpkie pelargonie na parapetach zamkniętej werandy, okrągły kuchenny stół, który należał do gestapowca, poprzedniego właściciela domu. za oknem noc jak gorzka czekolada, i gęsta cisza, nieprzyzwoita w centrum miasta, a gdy staliśmy potem w środku nocy w ogrodzie- pachniał jaśmin i czerwiec, i rosa lizała mnie w gołe stopy, i myślałam sobie co chwilę, czy to wszystko aby naprawdę jest naprawdę. żywię ciepłe uczucia do ludzi, którzy podają do kolacji chleb i masło, którzy lubią jeść kolacje, przyjaźnią się z ciszą, lubią jarzyny i wino (szczególnie francuskie) i kwiaty i drzewa, mają ładne dzieci, ładne talerze, ładne oczy. kolacja była pyszna, a jedliśmy kolejno: białą rybę z kolendrą i chili, zieloną fasolkę ze świetnym winegretem z sezamem, młody szpinak z czosnkiem, pastę z oliwek, bardzo smaczny bundz, chleb i masło, cztery butelki białego wina. na deser przyniosłam szarlotkę z rabarbarem i różą i bukiet peonii. na drugi deser był ten jaśmin, ciemne niebo, rosa i papieros. nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam mokre stopy od trawy i nocy. byłam tej nocy bardzo szczęśliwa.

 

dziś też byłam bardzo szczęśliwa, szłam do domu przez planty z pękiem jaśminu, który kołysał się na moim przedramieniu jak dziecko i który kupiłam od pani na kleparzu za dwa złote; u obu rąk wisiały mi siaty z jarzynami, oliwkami i serami od mirco (stravecchio i dwie ricotty). drzewa głaskały mnie po głowie, gdy je mijałam, kwitną już róże, słońce uśmiechało się i gasło między koronami drzew, byłam głodna i myślałam, co będzie na obiad. zauważyłam też, że korzystniej jest iść przez miasto z bukietem jaśminem w objęciach, przechodnie mijali mnie z uśmiechem albo jasnym spojrzeniem, ja odwzajemniałam i jedno, i drugie. a później był obiad- szczupłe szparagi z winegretem z palonym masłem z przepisu marianny (tutaj), ten sos jest naprawdę pyszny, potwierdzam. zamiast pociętej w cienkie plastry rzodkiewki obsypałam półmisek zrumienionymi orzechami laskowymi; zrumienione orzechy laskowe smakują jak palone masło. w głębokim talerzu- malinówki z truskawkami, bazylią, cierpką oliwą i pieprzem. pudełeczko oliwek od pana z kleparza- kalamata, zielone nieduże z harissą i natką pietruszki i zielone ogromne z czosnkiem i tymiankiem. ricotta od mirco. chleb i oliwa. parmezan. białe wino, chorwackie. hymn.

 

zaparzyłam świeżą miętę, do snu będę czytała dzisiejszy felietonik rachel roddy w guardianie. dziś o pomidorach pieczonych z okruchami chleba, skrzypi mi w brzuchu.

 

a.

 

5 czerwca, niedziela

w piątek jedliśmy na obiad polskę w czerwcu- dwie garści fasolki szparagowej (debiut), jaja sadzone i młode ziemniaki rumiane od masła i piegowate od koperu, szczypioru i młodej cebulki, słodkawe i mleczne jak śmietanka kremówka albo ciepłe masło. do polski jego wysokość kefir krasnystaw.

 

chciałam ci też powiedzieć o mojej ulubionej smażonej cukinii, przyozdobiła nam w czwartek ostatnie kawałki puddingu chlebowego. z mojego doświadczenia wynika, że cukinii nie wolno żałować oliwy, i takoż prawią włosi, ja im ufam. wykąpana w sporej ilości rozgrzanego tłuszczu staje się dwulicowa, to znaczy zyskuje cudowny maślany brzuszek i chrupiący, złoty pancerzyk. potem prosta salsa z posiekanej mięty, bazylii, czosnku i kaparów, ocet winny, prażone orzechy pinii, więcej ziół. przepis tutaj. pyszne solo, z dodatkowym chlustem cierpkiej oliwy; z tłuściutką ricottą, z kromką chleba, jako akompaniament. na straganach leżą już nieduże i szczupłe cukinie, takie będą najlepsze i najładniejsze, usmaż sobie, biorę za nie odpowiedzialność.

 

poza tym w kółko jem to samo- młode sałaty, rukiew wodną, zioła, ogórki, rzodkiewki, truskawki, awokado, ricottę, migdały, oliwę, groszek. najchętniej wszystko w jednej misce.

 

a.

1 czerwca, dzień dziecka

na obiad chlebowy pudding ze szparagami thomasiny miers (guardian, asparagus, anchovy and parmesan bread pudding, przepis tutaj), na który bez okazji pewnie bym się nie odważyła- tłuściutka pierzyna z masła, pełnego mleka, jajek, parmezanu i kawałka bochenka chleba, który został z weekendu. słonawy i żywy od trzech filecików anchois, świeżo utartej gałki muszkatołowej i gałązek tymianku, wilgotny, pieprzny. zjedliśmy po sporym kawałku oblanym dodatkową łyżką stopionego masła, z zieloną sałatą z lekkim vinaigrettem z dodatkiem dijon (rzymska, maleńkie listki botwiny, rukola, mizuna) i z większą częścią butelki rose.

 

na deser podwieczorek z „kropli oliwy’ (seria „dolce vita”, czarne), którą przeczytałam w pociągu w drodze z warszawy do wrocławia: „był to zawsze posiłek lekki, niemniej ważny, a na dodatek jedyny, który mogliśmy sobie wybierać. składał się z chleba z dwoma różnymi dodatkami: z tym, co przygotowano dla nas w domu, lub też z tym, co można było zebrać w ogródku warzywnym. jeśli nie chcieliśmy niczego tradycyjnego, czyli [i tu się zaczyna] chleba z oliwą, chleba z cukrem, chleba z masłem, chleba z masłem i solą, chleba nasączonego sokiem z cytryny, chleba z masłem i cukrem, chleba z masłem i miodem, chleba z sardelami, chleba z konfiturą pigwową, mogliśmy sobie wziąć chleb z tym, co zerwaliśmy w ogrodzie. każdy z nas zabierał wtedy rożek z solą, przygotowany przez caterinę. w soli mogliśmy potem zanurzyć czubek ogórka, pomidora lub papryki prosto z krzaczka, które zjadaliśmy do chleba”.

słodki jezu, co za litania. zamierzam wyprawiać swoim dzieciom takie podwieczorki.

 

pomału pękają główki piwoniom, które przyniosłam przedwczoraj z hali, lubię patrzeć, jak się rodzą. od kilku dni w krakowie pęka też niebo, burze, ulewy albo trzy krople na krzyż, szara kołdra chmur, efekty dźwiękowe. boli mnie głowa, powietrze ciężkie jak w lipcu.

 

a.

wtorek, ostatki maja

wiosenne curry według przepisu liski, robię je przynajmniej raz do roku w intencji nowalijek. młoda marchew, pietruszka, ziemniaki, szparagi i kalafior, dorzuciłam jeszcze kalarepkę. bardzo odświeżający sos na śmietanie, z liśćmi curry, kardamonem, nasionami kuminu, goździkami i imbirem. garstka świeżej kolendry, za oknem oberwanie chmury. do curry ugotowany na sypko brązowy ryż, z laską cynamonu i dodatkową porcją łupin kardamonu i goździków. pochwała nowalijek. zjedz, te marchewki i pietruszki zaraz urosną, będą miały długie nogi i przestaniesz na nie patrzeć.

 

a.

22 czerwca, środa

jem na śniadanie jagody i maliny z tłustą śmietaną. ucięłam sobie rano pogawędkę z panią, od której kupuję na hali owoce jagodowe, o tym, że wszystko wydarza się dziś za wcześnie i za szybko. obie używałyśmy figury „za moich czasów…”, co jest niepokojące, bo pani jagodowa jest ode mnie pewnie ze czterdzieści lat starsza. jeśli chodzi o lato, to w krakowie brakuje właściwie tylko porzeczek. wszystko inne jest.

 

za nami podręcznikowa niedziela- śniadanie w południe, a w dodatku jedliśmy naleśniki z twarogiem i truskawkami. potem leżenie nad wilgą, czarny bez już przekwitł. spóźniony obiad, naprędce- pomidory i truskawki pod kruszonką z rozmarynem, smażona cukinia z ziołami i kaparami, panzanella z bobu, młode sałaty z octem aromatyzowanym szalotką, oliwki, dwie butelki rieslinga. potem podwieczorek, cobbler z rabarabrem i truskawkami, a do snu jeszcze butelka prosecco. po parnym dniu- ulewa, otwieranie okien, wciąganie spodni, niepotrzebne. od dwóch dni znowu grzeje.

 

wczoraj na obiad, z okazji imienin mamy ali i pierwszego dnia lata- pasta fresca z młodym groszkiem, bobem i bazylią, przesadna ilość oliwy i masła, chlust śmietanki, skórka otarta z cytryny, parmezan, pieprz. do podania- przysmażona bułka tarta (z czerstwego sobotniego chleba), jeszcze więcej skórki cytryny. skrzyżowanie przepisu nigela z drugiej części „kitchen diaries”, zdjęć widzianych na instagramie i pomysłu dominiki wójciak z „warzywa”. jakie to było dobre, słodkawe, kwaśne, winne, maślane i orzeźwiające. butelka białego wina z francji.

wieczorem zjadłam jeszcze minestrone we włoskiej, słabiutkie, ale byłam bardzo głodna i postanowiłam nie marudzić. to nad tą cienką zupką przyrzekłam sobie na śniadanie jagody i śmietanę.

 

w poniedziałek doczytywałam w tramwaju „wielki przypływ” i oczywiście się rozpłakałam. tak jak jestem bardziej roślinna niż zwierzęca, tak w największym stopniu doświadczam świata przez czytanie. nic innego mi tak nie robi. coraz częściej nudzę się w kinie, teatr częściej jest niezrozumiały, wciąż nie umiem oglądać sztuki. właściwie nie słucham muzyki, ja chyba nie lubię muzyki. mało popularne wyznanie; najbardziej lubię ciszę i odgłosy dnia- ptaki, ciche pomruki miasta, wiatr, krzyk czajnika u sąsiadów, trzaskanie drzwiami, ciszę nocy. muzyka mi przeszkadza. od czasu do czasu przygrywa mi pan marek, siesta, muzyka filmowa, jakieś pianino, lista trójki, piosenki z lat 70. i 80., osiecka, tyle. chociaż to bardziej rytuały niż potrzeba obcowania z muzyką. perspektywa najdotkliwszej kary, zaraz po weselu- festiwal muzyczny. oba te wydarzenia mają wspólny mianownik- nadmiar ludzi i hałas. byłam dzieckiem, które nie lubiło się przytulać i nie garnęłam się do ludzi, rodzice zwykli się ze mnie podśmiewywać, że z pewnością jest to jakaś forma autyzmu. czasami myślę, że mają rację.

 

idę sobie pomilczeć,

 

a.

20 czerwca, leje

Sobota rano – moje pierwsze drożdżówki z truskawkami i mleko, a potem stary podmiejski pociąg, który wyglądał tak samo, jak podczas wycieczek szkolnych w gimnazjum, tak samo, jak we wszystkich letnich książkach Musierowicz – lepko i przygodowo.

 

Sobota południe – działka w Oławie, naręcza botwiny, młodych marchewek i pietruszek, cukinia i malutkie ogórki, groszek cukrowy, kubki poziomek, truskawek, czerwonej porzeczki (co druga do buzi), kwaśny agrest z krzaka, wór rukoli, małych i grubych listków szpinaku, głowa sałaty, bazylia i koper, palce w ziemi. W nagrodę czekoladowe ciasto z truskawkami i kawa z termosu na kraciastym obrusie. Bieg przez trawę, przełażenie przez płot, pies przy nodze. Strasznie mi się marzy działka i zwierzak.

 

Sobota wieczór – pożegnalny wrocławski grill Marcina. Hot-dogi z merguezami, rukolą i dijon, na zalanym deszczem i słońcem wzgórzu. Amerykańskie czekoladki i dużo, dużo piwa, dużo miłych ludzi, do nocy.

 

Niedziela to były przede wszystkim trzy różne bardzo dobre lodziarnie: Polish Lody i gałka ferrero rocher, Tralala i mascarpone z malinami (o Chryste) oraz zwijane tajskie rolki, które powstawały z wylanej na zmrożoną płytę kremówki, dziarsko siekanej z dodatkami (u nas kinder bueno) i zeskrobywanej do kubeczka. Na szybki obiad dorada pieczona z tym, co wyciągnęliśmy z oławskiej ziemi, do tego pesto z rukoli i migdałów. I do domu. Ostatni wrocławski turnus zakończony. Robię miejsce w szafie i komodzie.

 

k.

19 czerwca, niedziela rano, lato

dom śpi. od piątku jest u nas bunia, wyznają z matko podobną filozofię, bardzo odmienną od mojej, która opiera się na budziku o siódmej rano. wczoraj poszłam na spacer po truskawki, twaróg i gazety, dziś czytam w pościeli, zerkam na dzwonki w słoiku i nadzoruję wielki błękit za oknem. dom we śnie działa na mnie uspokajająco.

lato. małopolskie wsie po uszy w różach, straszna obfitość. na straganach agrest, morele i zielony groszek, trzy i pół złotego za małą szklankę. plujemy przez okno jepa pestkami czereśni, jeździmy po lasach i wsiach, popołudnie na tarasie lanckorońskiej kawiarni, potem kolacja pod niebem, a na zachodzącym niebie chmury jak masło z dżemem malinowym.

 

gwoli ścisłości- w piątek na lekki obiad przed obfitą kolacją zjedliśmy młode cukinie usmażone na oliwie na sposób włoski, z bazylią, miętą i kaparami. do tego upieczony kalafior, z sosem z tahiny, z sumakiem i garstką rodzynek, i porządnie schłodzone rose. na kolację ugotowałam wielkie lato- scafatę (takkk), młode ziemniaki cacio e pepe, pomidory z truskawkami i szalotką, świetne oliwki od pana z kleparza, legendarna już ricotta, bochenek chleba, trzy butelki wina, w tym jedno musujące. nie mam słów na to, jak bardzo mi to wszystko smakuje.

a na wczorajsze śniadanie- drugi bochenek chleba i czerwiec w dwóch odsłonach- twaróg, pieczone truskawki i miód przez masło, świetne malinówki, sól w płatkach i pieprz. dzbanek zaparzonych liści mięty. panie boże, dziękuję ci za czerwiec.

 

kolację znów zjedliśmy we włoskiej. odczucia na temat menu podobne jak zawsze (interesujące), odczucia na temat jedzenia tak samo (średnio). smażone sardynki i aioli ze szczypiorem, bruschetta z burratą i pomidorami, potem dla buni i matko makaron (carbonara z wędzoną pancettą i bobem, spaghetti z oliwkami i klopsikami jagnięcymi)- oni zadowoleni, ja obojętna. dla mnie miecznik z zieloną gremolatą na uduszonej młodej sałacie rzymskiej i liściach botwiny; miecznik interesujący, liście fantastyczne, strumyk oliwy, miękka chrupkość, smak ziemi. na deser- bardzo smaczne canolo i aperol spritz. aperol w mojej opinii znakomity, podobnie jak wieczór, późnowieczorny spacer do domu przez obydwa kazimierze i stare miasto, wdzięczące się lipy, nagrzane mury.

 

czekam, aż bunia się obudzi, będziemy smażyć naleśniki.

 

dobra wiadomość ostatnich dni- nasz festiwal w kazimierzu koniec końców się odbędzie, ulga i radość. zamierzam napisać do pensjonatu vincent, żeby wznowili tego lata chłodnik z ubiegłego sezonu, bo cały czas o nim myślę- gładka kwaskowa zupa z buraków i jakiegoś nabiału w ilościach niewielkich z gałką lodów porzeczkowych i wstążką oliwy. alleluja.

 

a.

17 czerwca, pięknie

Przytulny wrocławski dzień. Z rana wbrew granatowej chmurze pobiegłam na bazarek i po inne sprawunki. Dobiegłam aż do Dinette, a właściwie Di, na śniadanie, które marzyło mi się od początku wrocławskich turnusów. Tak paskudnego jedzenia dawno nie miałam w ustach, ale wolałam się o tym przekonać sama, zamiast posłuchać Ciebie i marzyć dalej o niespróbowanym. Pierwszy raz od wieków zostawiłam pół talerza i wyszłam. A była to szakszuka, lub przepraszam szakcebula, surowe trzęsące się jajka w połowie kilograma pomidorowej cebuli, obok całkiem dobry żytni chleb, ale przypieczony na brudnym grillu. Średnia kawa w ładnym kubku. Tylko widok z okna dobry, na zalane deszczem ulice, ten moment wyglądał dokładnie jak w maju przed pięcioma laty, kiedy z Ulą siedziałyśmy na piętrze we Whole Foods i jadłyśmy kombinację deserów z kartonowego pudełka, tylko że wtedy byłam głęboko poruszona tym, co dzieje się w mojej buzi (pudding chlebowy, ciasto z mascarpone, syrop klonowy, sos karmelowy, pekany i migdały, borówki i maliny, nie pamiętam co jeszcze, ale na pewno wiele rzeczy, a każdej po kęsie). Tym razem mieliłam bluzgi – pani obraziła się na mnie, że chcę wsiorbać tych surowych jaj.

 

Wczoraj było piękniej – w przerwie obiadowej pojechaliśmy do nowootwartej dziupli (W kontakcie) koło Placu Grunwaldzkiego. W karcie same humusy, pasty i granola, chleby, jajka i awokado. Gdy na stół wjechało zamówienie, zabulgotała mi krew, bo po pierwsze, mają niesamowite talerze ze szkliwionej kamionki, a po drugie, humus miał ten charakterystyczny lok i zakręt. Pyszny, gładki i ciężki od tahiny, jeden z bobem, fetą i ziołami, drugi z karmelizowaną czerwoną cebulą, za’atarem i kolendrą. Wycieraliśmy te piękne nakrapiane skorupki domowymi pitami, a potem zjedliśmy jeszcze śniadaniowe pasty z chlebem, mimo że była czternasta. Mnie trzy śniadania dziennie nie przeszkadzają w ogóle, a to obiadowe było wspaniałe i podbudowało moją wiarę w gastronomię. Dziś, jak już wiemy, fundamenty znów skruszone.

 

Teraz pada deszcz, ja w pościeli, w radiu radio, w piekarniku brioszki z truskawkami, a na kolację burgery (w tych brioszkach, które truskawkami nie wybuchają). Niech tylko wróci z pracy pan domu i będzie piątek marzeń.

 

k.

16 czerwca, czwartek na Lwowskiej

Ostatnie śniadania dziecinne: płatki kukurydziane z truskawkami i miodem – w czasach szkolnych zjadłam takich misek setki, a wypijanie cereal milk to jedna z moich ulubionych prostych rozkoszy. Dalej, kasza kukurydziana z łyżką śmietany i truskawkami, owsianka April Bloomfield z ricottą, kawałkiem masła i syropem klonowym (skończyły się truskawki). Dziś, już nie u siebie, to i trudniej: orkiszowe płatki na mleku, z wiórkami kokosowymi, prażonymi migdałami i łyżką dżemu truskawkowego (bo były tylko czereśnie, w których znalazłam robale). Wystarczyło, że na chwilę zaszło słońce, a mnie się zachciało ciepłej kaszy na mleku. Zwykłe, przedszkolne miseczki.

Ty wczoraj z Wrocławia wróciłaś, a ja doń pomknęłam pustawym pociągiem. Na obiad były kanapki ze Stora. Żeby je zdobyć, zerwałam się z łóżka pół godziny wcześniej, ale warto było – zaspana baristka zrobiła mi miks – jedna z pastrami, kapustą kiszoną i ogórkiem, oraz majonezem paprykowym, druga z cheddarem, gruszką, szpinakiem i majonezem ziołowym. Pachniały na pół Wagonu Ciszy – ciekawe, czy można w nim wydzielać zapachy. Przyznam, że trochę mnie onieśmielił, jak wyjęłam szeleszczącą torebkę czereśni. Do czytania miałam Wysokie Obcasy z zeszłej soboty – ten fragment, w którym Janda opowiada o kapciach w teatrze i mękach dziesięciogodzinnych spektakli! – oraz tę książkę, którą wszyscy czytali rok temu – o tym, jak Marcin Wicha przestał kochać design. Świetnie napisana, mierze takie osądy liczbą oderwań głowy i spojrzeń rzuconych za okno w celu wycmoktania słów i zdań z całego smaku, jaki zawierają.

Zawsze jak wracam do Warszawy, to z lekkim wstrętem do pędu i tempa życia. Zawsze gdy wyjeżdżam – tęsknię zanim wyjdę z domu. Te drzewa za oknem zielone są w tak miło puchaty sposób… Tymczasem pusta kuchnia, kino Nowe Horyzonty, gdzie zaraz pędzę na Culinary Connection i ostatni turnus. Od lipca koniec podróży na Dolny Śląsk.

 

k.

15 czerwca, środa, półmetek

wrocław i z powrotem, za szybą pociągu maki, chabry i młode zboże. rano w słońcu, po południu mokre od deszczu i siwe od chmur. we wrocławiu zjadłam naprędce jakąś cienką zupkę jarzynową na zabicie głodu, a już w domu- bób z miętą i fetą i małą cukinię usmażoną też z miętą i solą morską. niech to się nie kończy, stragany i bose stopy.

 

wczoraj upiekłam na obiad tartę ze szparagami (przepis), szczególnie smakowało mi kruche ciasto z dodatkiem utartego parmezanu. do tego miska studzienkowych sałat i ziół, które dostałam w podarku od rodziców, i białe wino, i lubię czasami poczuć się jak wtedy we francji.

 

jestem pod wrażeniem wywiadu z henrykiem samsonowiczem w świątecznej, chowam sobie na jakieś później.

w drodze powrotnej przeczytałam też pół „wielkiego przypływu” mikołajewskiego i już to mówiłam, ale jarosław mikołajewski to jest mój numer jeden na każdy temat. co to jest za książka, jak on pisze i jak on widzi. stawia kropki w mojej głowie i pod sercem. jestem jego wyznawczynią.

 

a.

13 czerwca, poniedziałek

warszawa w czerwcu i kwiaty- jaśminu we włosach, jadalne na serach i w deserach, obezwładniające lipy, cukinii nadziewane takim czy innym serem (trzykrotnie), róże w łazienkach. przemiły weekend- przyjaciele, jedzenie, wino, książki, spacery. józef hen na big book festivalu. muzeum narodowe na niedzielne śniadanie (renesans w malarstwie północnych włoch). warszawa to zawsze moje ulubione wakacje.

 

jadłam dużo, dobrze i zdrowo, z czego jestem bardzo zadowolona. najlepsze- kwiaty cukinii w ale wino, w dodatku najlepsze kwiaty cukinii w ale wino, jakie mi się do tej pory przydarzyły. konfitura z rabarbaru, jaką podają tam do talerzyka serów. dwukrotnie zamówiłam też kwiaty cukinii w bibendzie; w piątek były niemrawe, o czym wiesz, a w niedzielę pyszne. chrupiące kulki z kalafiora też w bibendzie, i buraczkowy kocyk, na którym leżą. to był mój obiad na do widzenia, chce się wracać. dalej: rozległa w czasie kolacja w solcu w piątkowy wieczór, miła niespodzianka. matko był dalece bardziej entuzjastyczny niż ja, mi najbardziej smakowało wino (białe il balbo) i wędzona bita śmietana, i jeszcze wieczór po deszczu i oszalałe pociągi na wiadukcie za oknem.

z rozczarowań- śniadanie w rozbrat 20, tym razem wszystko nie tak. kawa, jajka, grzanki, w koszyczku więcej bagietki niż chleba. a już myślałam, że rozbrat zapewni poczucie bezpieczeństwa o tych wszystkich warszawskich porankach, które przede mną. burrata w mące i wodzie, kwaśna, suchawa. i chłodny wiatr.

 

wczoraj w drodze powrotnej do domu przeczytałam „małe życie”, jestem wolnym człowiekiem. jestem w obozie justyny sobolewskiej- że wielkie cierpienie to jeszcze nie wielka literatura. bardzo ładna uwaga.

 

kupiłam dziś pierwszy bób, młodziutki, gorzkawy od swojej niedojrzałości, nieduży. dziesięć złotych za kilogram. biedny matko, teraz się zacznie.

 

a.

 

 

13 czerwca, poniedziałek

W miniony weekend najlepsze były poranki, a najsmaczniejsze śniadania. Jakoś po siódmej z pościeli wyszłam na spacer z rodzaju tych ulubionych – w swetrze zarzuconym na piżamę i szortach, stragany przy Wiatraku dopiero się rozkładały, więc szłam bardzo na około, słonecznym Grochowem. Wróciłam w pielesze, Marcin zmielił kawę i zjedliśmy chleb z SAMu z masłem, comte, musztardowcem i malinówką, no i z ricottą, truskawkami i miodem, na deser jeszcze jedna truskawka zanurzona w śmietanie. Mąka i woda nie wzbudziła u mnie zbyt wielkich emocji – najmilsze były brzegi bruschetty zanurzane w oliwie i wspólnie ścierane z talerza raviolo con uovo, dobre jak zawsze. No i deser – pistacjowy flan (moim zdaniem bardziej lava cake) z lodami z koziego mleka i gorzką czekoladą. Idealny. Wróciliśmy potem rowerami na Pragę, niektórzy jechali i stękali, że deser był przesadą, a inni robili sztuczki, zeskakiwali z krawężników i pruli na tylnym kole, budząc we mnie wizje wybitych siekaczy. Wszystko skończyło się dobrze.

 

Na niedzielne śniadanie kolejne lato – truskawki i rabarbar zapiekane pod kruszonką z masła, mąki kokosowej, ciemnego muscovado, płatków owsianych i siekanych migdałów. Zjedliśmy całą foremkę, polewając ricottą roztartą z jogurtem i syropem klonowym. Na obiad solec – burger na liściach i ziołach, salsa ogórkowo-botwinkowa, majonez rzepakowy i piękna lemoniada na syropie z botwiny. Cudo, lato, plamki światła na uśmiechu. Do meczu koktajl z maślanki i truskawek. Mnie chyba nie chodzi specjalnie o to, żeby codziennie jeść i pić coś innego.

 

 

Mój rower zemdlony, złapałam w piątek gumę, gnając na dworzec. Ma to swoje plusy – dziś poszłam złowić jeden z miejskich, więc trasa wiodła tym razem przez Skaryszak i dwa inne parki. Stukały mi obcasy złowionych wczoraj na ciuchowej wymianie – prosecco, bób z koperkiem, ciasto z kruszonką i lawendowe makaroniki – skórzanych pantofelków Marca Jacobsa. To zabawne, że te buty moja mama mogłaby włożyć na swój ślub trzydzieści lat temu. Mają kolor młodego kalafiora, wobec którego mam dziś plany kolacyjne. Ale najpierw serwis rowerowy, bo bez swojego jakoś nieswojo. W tym roku pojedzie z nami na Openera!

 

k.

10 czerwca, wczesny piątkowy wieczór

Jak miło siedzieć.

Oczywiście miło też skakać z aparatem wokół kwiatów czarnego bzu, z którego dziś w pracy Tomek zrobił syrop i galaretki, utopił je w cieście naleśnikowym i w tempurze. Zjedliśmy wszystko oblizując palce. Miło też jechać przez mokry Mokotów, Śródmieście i Powiśle z pękiem listków mięty furkoczącym nad kierownicą, torbą wypchaną zieleniną i nowym młynkiem do kawy przytwierdzonym do bagażnika. Miło siedzieć w kuchni, bo radio mruczy, zioła się kąpią, a z blatu łypią na mnie ciastka. Kolejny etap udoskonalania chocolate chip cookies za mną, tym razem użyłam wreszcie ciemnego, lepkiego muscovado, ale masło zbrązowiłam zdecydowanie za mało – bo wykipiało i straciłam werwę. Więc na podwieczorek były dwa cudowne ciastka, jeszcze płynące w środku i bardzo „do żucia”, a do tego kubek kawy zmielonej własnym bicepsem (lub nie, nie do końca pamiętam gdzie jest jaki mięsień). I siedzenie, bo rowerowa podróż, mimo że urocza, nieco mnie zmęczyła – zmokłam trzy razy, a że ulewa powaliła jakieś drzewo na Błoniach Kamionkowskich, musiałam jechać na około i dać się wysmagać jaśminowi. Po deszczu alejki są puste, więc było to miłe i prywatne.

 

Natomiast wczoraj w pracy jadłam taką pavlovą, że wszyscy osłabliśmy – najpierw z zachwytu, potem z zacukrzenia. Była wielka jak koło tira, przełożona waniliowym crème pâtissière i mascarpone, przybrana wszystkimi możliwymi owocami lata (gdzieś na świecie zawsze jest lato) i kwiatami, skropiona syropem z melasą. Zrobiła ją Dorota na swoje urodziny – ich datę zapamiętałam już rok temu. Wyobraź sobie jeżynę utaplaną w mascarpone, widzę jak się oblizujesz. Pochłonęliśmy to dzieło w mgnieniu oka, a do lepkiego, strzaskanego środka podkradaliśmy się z łyżeczkami przez resztę dnia. Lato wybuchło w ustach. No i teraz marzę o jeżynie.

 

Ciastka już wystygły, po część zaraz przyjdzie mój brat, drugą część zje dziś w nocy Marcin. Jutro pół dnia spędzimy w parku Morskie Oko na Big Book Festival, karmiąc i bawiąc ludzkość kukurydzą. Drugie pół – z wami, nad kluskami. Co poza tym… mam malinówki, rzodkiewki, młodą cukinię i groszek cukrowy. Czyli taki trochę spokój ducha.

 

k.

 

 

9 czerwca, czwartek

czy to możliwe żeby przy początku czerwca pachniały lipy? szczególnie późnym wieczorem i szczególnie przy plantach, apogeum wyczuwam przy barbakanie?

 

wczoraj szczawiowa, rumiane od masła młode ziemniaki lord i po jajku na twardo.

dziś odwiedzili nas moi rodzice, zjedliśmy obiad w bistro 11. ja- zupę z ciecierzycą, młodymi warzywami i salami (jadłam ją cztery razy i za każdym razem smakowała zupełnie inaczej, dziś była najsłabsza. nie podoba mi się ten brak stałości) i lunch dnia, domowy, codzienny i pyszny- fasolka szparagowa i kalafior całe w maśle, młode ziemniaki z koprem, jajka sadzone. było jak zawsze kiedyś, u babci.

 

ulubiony podwieczorek od kilku dni- truskawki ze śmietaną z piątnicy (22% tłuszczu)- nie przepadam za nabiałem od piątnicy, ale ta śmietana jest obłędna.

 

jutro pobudka o piątej rano, śniadanie zjem w warszawie. mam całą drogę na decyzję, na co mam ochotę. „małe życie”.

 

a.

 

7 czerwca, wtorek

dostaliśmy zaproszenie na kolację do ajki i kuby. piękne mieszkanie z ogrodem, cierpkie pelargonie na parapetach zamkniętej werandy, okrągły kuchenny stół, który należał do gestapowca, poprzedniego właściciela domu. za oknem noc jak gorzka czekolada, i gęsta cisza, nieprzyzwoita w centrum miasta, a gdy staliśmy potem w środku nocy w ogrodzie- pachniał jaśmin i czerwiec, i rosa lizała mnie w gołe stopy, i myślałam sobie co chwilę, czy to wszystko aby naprawdę jest naprawdę. żywię ciepłe uczucia do ludzi, którzy podają do kolacji chleb i masło, którzy lubią jeść kolacje, przyjaźnią się z ciszą, lubią jarzyny i wino (szczególnie francuskie) i kwiaty i drzewa, mają ładne dzieci, ładne talerze, ładne oczy. kolacja była pyszna, a jedliśmy kolejno: białą rybę z kolendrą i chili, zieloną fasolkę ze świetnym winegretem z sezamem, młody szpinak z czosnkiem, pastę z oliwek, bardzo smaczny bundz, chleb i masło, cztery butelki białego wina. na deser przyniosłam szarlotkę z rabarbarem i różą i bukiet peonii. na drugi deser był ten jaśmin, ciemne niebo, rosa i papieros. nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam mokre stopy od trawy i nocy. byłam tej nocy bardzo szczęśliwa.

 

dziś też byłam bardzo szczęśliwa, szłam do domu przez planty z pękiem jaśminu, który kołysał się na moim przedramieniu jak dziecko i który kupiłam od pani na kleparzu za dwa złote; u obu rąk wisiały mi siaty z jarzynami, oliwkami i serami od mirco (stravecchio i dwie ricotty). drzewa głaskały mnie po głowie, gdy je mijałam, kwitną już róże, słońce uśmiechało się i gasło między koronami drzew, byłam głodna i myślałam, co będzie na obiad. zauważyłam też, że korzystniej jest iść przez miasto z bukietem jaśminem w objęciach, przechodnie mijali mnie z uśmiechem albo jasnym spojrzeniem, ja odwzajemniałam i jedno, i drugie. a później był obiad- szczupłe szparagi z winegretem z palonym masłem z przepisu marianny (tutaj), ten sos jest naprawdę pyszny, potwierdzam. zamiast pociętej w cienkie plastry rzodkiewki obsypałam półmisek zrumienionymi orzechami laskowymi; zrumienione orzechy laskowe smakują jak palone masło. w głębokim talerzu- malinówki z truskawkami, bazylią, cierpką oliwą i pieprzem. pudełeczko oliwek od pana z kleparza- kalamata, zielone nieduże z harissą i natką pietruszki i zielone ogromne z czosnkiem i tymiankiem. ricotta od mirco. chleb i oliwa. parmezan. białe wino, chorwackie. hymn.

 

zaparzyłam świeżą miętę, do snu będę czytała dzisiejszy felietonik rachel roddy w guardianie. dziś o pomidorach pieczonych z okruchami chleba, skrzypi mi w brzuchu.

 

a.

 

6 czerwca, poniedziałek

Ten weekend był spełnieniem moich nabiałowych marzeń, nawet takich niewypowiedzianych. Już w piątek z rana udało nam się z Tomkiem wejść na obrady serowego jury. Podczas gdy sroga komisja ciumkała nad dwudziestką serów, nam pan z obsługi przynosił na nożu skrawki, żebyśmy nie siedzieli głodni. Drżący kozi twarożek, roczny kozi podpuszczkowy od Wańczyków, owcza piramidka w popiele, serowe warkocze rodem z wakacji na Słowacji, gouda z kozieradką, roladka z czosnkiem niedźwiedzim i jeden taki krowi niesamowity dojrzewający ser, który kruszył się i wręcz musował w ustach. Smakował jak prosecco i nie mogłam przestać skubać kolejnych okruszków.

 

Potem było tylko lepiej. Degustacja serów europejskich, a tam ośmiomiesięczny comte – kupiłam kawał – który pachniał jak gorzkie kakao, mleczny ser z Azorów, jakiś irlandzki śmierdziel i trzy inne, których nie pomnę. Do tego kieliszek burgunda i biegiem na basztę, a tam degustacja serów litewskich – z całego talerzyka najbardziej smakował mi zimny twaróg z kminkiem i podpuszczkowy ser na podobieństwo dziugasa – intensywny i lekko słodki. Na koniec warsztaty z robienia domowego jogurtu i kefiru. Trzy dokładki, pan z chochlą (ten od noża) mrugał porozumiewawczo. W przerwie pojechaliśmy jeszcze do Reszla, zwiedzić poniemiecki młyn, cały biały od środka, położony nad rzeczką, niesamowity i pachnący. Wokół niego kłująca w oczy zieleń, cała Warmia kłuła. Boję się, że zaraz mi się ten kolor opatrzy.

 

Napomknę jeszcze, że nasz hotel mieścił się w zamku jak z dziecięcych rysunków – baszty, wieżyczki, dziedziniec, w środku marmurowa czarno-biała podłoga, pluszowe fotele, lekkie firanki, kryształowe żyrandole i bardzo dużo światła – a w piwnicy miał basen z dnem połyskującym turkusowo-złotą mozaiką. Prosto z łóżka rzucałam się więc do wody na leniwego kraula albo treningi stania na rękach, zdarzyło się też pomiędzy degustacjami, bo upał zdążył zgęstnieć, a ile można jeść w pościeli orzeszki ziemne z minibarku i oglądać Richiego Richa.

 

Do domu przywiozłam kawał comte, kawał Koziego Grzbietu od Wańczyków, pudełeczko ricotty i twarożku koziego, serek od Kaszubskiej Kozy śpiący w wytłoczynach z nalewek i dwa słoiki jogurtu, też od Wańczyków – z czarnym bzem i malinowy. Mimo wczorajszego lekkiego nabiałowstrętu, dziś w porze śniadania na ricottę rzuciłam się z miłością taką samą, jak zawsze – utarłam ją z łyżką jogurtu i odrobiną soli, nakroiłam truskawek, wydrylowałam kilka czereśni i dołożyłam prażone migdały i takież płatki orkiszowe, pokropiłam miodem. Chrupało i zachwycało. Owoce przywiozła mi wczoraj Monia w łubiance, ukryte pod świeżo wyrwaną z ziemi sałatą, botwiną, miętą i koperkiem. Dałam jej w zamian sera i kanapkę na drogę powrotną na Wolę. Składała się z kromek ciasta i kromek masła. Lubię karmić.

 

k.

 

5 czerwca, niedziela

w piątek jedliśmy na obiad polskę w czerwcu- dwie garści fasolki szparagowej (debiut), jaja sadzone i młode ziemniaki rumiane od masła i piegowate od koperu, szczypioru i młodej cebulki, słodkawe i mleczne jak śmietanka kremówka albo ciepłe masło. do polski jego wysokość kefir krasnystaw.

 

chciałam ci też powiedzieć o mojej ulubionej smażonej cukinii, przyozdobiła nam w czwartek ostatnie kawałki puddingu chlebowego. z mojego doświadczenia wynika, że cukinii nie wolno żałować oliwy, i takoż prawią włosi, ja im ufam. wykąpana w sporej ilości rozgrzanego tłuszczu staje się dwulicowa, to znaczy zyskuje cudowny maślany brzuszek i chrupiący, złoty pancerzyk. potem prosta salsa z posiekanej mięty, bazylii, czosnku i kaparów, ocet winny, prażone orzechy pinii, więcej ziół. przepis tutaj. pyszne solo, z dodatkowym chlustem cierpkiej oliwy; z tłuściutką ricottą, z kromką chleba, jako akompaniament. na straganach leżą już nieduże i szczupłe cukinie, takie będą najlepsze i najładniejsze, usmaż sobie, biorę za nie odpowiedzialność.

 

poza tym w kółko jem to samo- młode sałaty, rukiew wodną, zioła, ogórki, rzodkiewki, truskawki, awokado, ricottę, migdały, oliwę, groszek. najchętniej wszystko w jednej misce.

 

a.

2 czerwca, czwartek

Moje piwonie stoją w wazonie od poniedziałkowego wieczoru i już się bałam, że zostaną takie nieśmiałe – na szczęście nie. Dziś jak zobaczyły moje śniadanie, to zaczęły rozkulanie, a był to smażony na maśle kaiserschmarrn, prezentujący się jak poniżej. Poszłam za Twoim zachwytem, upiekłam do niego truskawki i rabarbar z octem balsamicznym i miodem. Katusze rozkoszy.

 

 

Wczorajszy Dzień Dziecka uczciłyśmy z Monią w Bibendzie nad pierwszymi w tym sezonie kwiatami cukinii, chrupkimi i nadzianymi ziołową ricottą. Drzemały sobie na sałacie rzymskiej, szparagach, groszku cukrowym i rzodkiewce, w bazyliowym winegrecie. Na przywrócenie równowagi – bo ten talerz był taki zielony – beza z kremem mascarpone z rumem, truskawkami i prażonymi orzechami laskowymi („prażone orzechy laskowe”, jezu, wystarczy, żeby dostać wypieków). Pożarłyśmy ją w dwie minuty, łapczywie jak zwierzątka, ale to było przepyszne, a cała operacja dekonstrukcji wielce satysfakcjonująca. Do tego zimne białe wino i opowiastki o weekendowych wakacjach w Grudziądzu, które czekają nas pod koniec miesiąca. Będziemy włazić na drzewa po owoce, opalać nosy i głaskać gąski Moninego dziadka, zanim pójdą na foie gras.

 

A dziś wieczorem po balecie znowu w drogę, tym razem na północ. Z Tomkiem i Agatą jedziemy na festiwal sera do Lidzbarka Warmińskiego, w planie (oprócz zjedzenia tony niewinnych grudek sera) panel dyskusyjny „oczkowanie serów: wada czy zaleta”, biegi po lesie i basen w lochach zamczyska, w którym będziemy spali. Mam nadzieję, że ser ukoi tęsknotki za południem.

 

k.

 

 

1 czerwca, dzień dziecka

na obiad chlebowy pudding ze szparagami thomasiny miers (guardian, asparagus, anchovy and parmesan bread pudding, przepis tutaj), na który bez okazji pewnie bym się nie odważyła- tłuściutka pierzyna z masła, pełnego mleka, jajek, parmezanu i kawałka bochenka chleba, który został z weekendu. słonawy i żywy od trzech filecików anchois, świeżo utartej gałki muszkatołowej i gałązek tymianku, wilgotny, pieprzny. zjedliśmy po sporym kawałku oblanym dodatkową łyżką stopionego masła, z zieloną sałatą z lekkim vinaigrettem z dodatkiem dijon (rzymska, maleńkie listki botwiny, rukola, mizuna) i z większą częścią butelki rose.

 

na deser podwieczorek z „kropli oliwy’ (seria „dolce vita”, czarne), którą przeczytałam w pociągu w drodze z warszawy do wrocławia: „był to zawsze posiłek lekki, niemniej ważny, a na dodatek jedyny, który mogliśmy sobie wybierać. składał się z chleba z dwoma różnymi dodatkami: z tym, co przygotowano dla nas w domu, lub też z tym, co można było zebrać w ogródku warzywnym. jeśli nie chcieliśmy niczego tradycyjnego, czyli [i tu się zaczyna] chleba z oliwą, chleba z cukrem, chleba z masłem, chleba z masłem i solą, chleba nasączonego sokiem z cytryny, chleba z masłem i cukrem, chleba z masłem i miodem, chleba z sardelami, chleba z konfiturą pigwową, mogliśmy sobie wziąć chleb z tym, co zerwaliśmy w ogrodzie. każdy z nas zabierał wtedy rożek z solą, przygotowany przez caterinę. w soli mogliśmy potem zanurzyć czubek ogórka, pomidora lub papryki prosto z krzaczka, które zjadaliśmy do chleba”.

słodki jezu, co za litania. zamierzam wyprawiać swoim dzieciom takie podwieczorki.

 

pomału pękają główki piwoniom, które przyniosłam przedwczoraj z hali, lubię patrzeć, jak się rodzą. od kilku dni w krakowie pęka też niebo, burze, ulewy albo trzy krople na krzyż, szara kołdra chmur, efekty dźwiękowe. boli mnie głowa, powietrze ciężkie jak w lipcu.

 

a.

wtorek, ostatki maja

wiosenne curry według przepisu liski, robię je przynajmniej raz do roku w intencji nowalijek. młoda marchew, pietruszka, ziemniaki, szparagi i kalafior, dorzuciłam jeszcze kalarepkę. bardzo odświeżający sos na śmietanie, z liśćmi curry, kardamonem, nasionami kuminu, goździkami i imbirem. garstka świeżej kolendry, za oknem oberwanie chmury. do curry ugotowany na sypko brązowy ryż, z laską cynamonu i dodatkową porcją łupin kardamonu i goździków. pochwała nowalijek. zjedz, te marchewki i pietruszki zaraz urosną, będą miały długie nogi i przestaniesz na nie patrzeć.

 

a.