14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.

 

 

15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.

24 kwietnia, środa

oskar miłosz: „ile razy będziesz wydawać sądy o francji, przypomnij sobie (…), że w każdym robotniku francuskim, takim jak ci, jest dwa tysiące lat cywilizacji” („rodzinna europa”)

 

czesław miłosz: „kto miał rację? czy cnota wyraża się w cierpliwym kształtowaniu krajobrazu przez wieki, krzątaniu się dookoła winnic, rzeźbieniu dębowych szaf louis xiii i louis xv, powolnym rytmie pracy sceptycznych i doświadczonych, którzy łagodzą wysiłek przerwami z pogawędką i szklanką wina- czy też w nagłych porywach woli, zdolnej wznosić st. petersburg na bagnach nad newą i z pustych stepów wypuszczać międzyplanetarne pociski? nie ma wspólnej miary tam, gdzie nie tak samo człowiek pojmuje swoje miejsce w świecie” (takoż)

 

no właśnie?

niespokojna (przewlekła) refleksja po kilku dniach na sycylii.

 

atalka

7 lutego, czwartek, słońce

motto z mikołajewskiego (z dziś, z jego profilu na fejsbuku):

„a więc ma to sens- jeździć i pisać o zobaczonym. zdawać sprawę z myśli, które rodzą się ze spotkania z innymi ludźmi”, którą to z kolei myśl dedykuję wszystkim tym, dzięki którym wiem i przez których coś się we mnie otwiera za sprawą tego, że i oni pojechali, napisali, zdali sprawę. i sobie też ją dedykuję, bo i we mnie jest potrzeba, żeby to co przeżyte pochwycić, zapisać, żeby zostało i żeby pomogło mi rozumieć.

 

rzym. najpierw jazgot mew, ptasia wrzawa nad głową. parasole sosen i zieleń, która w styczniu razi i demoralizuje polskie oczy- żywozielone pokrzywy w bruzdach i szczelinach nierównych chodników, bombki pomarańczy drzemiące na drzewach pomarańczowych, zielony przepych awentynu, cierpki zapach po ulewie, jak bukszpan. potem huk- metra, samochodów na pradawnym bruku, restauracji pełnych ekstatycznych rzymian, ekspresów do kawy, filiżanek i talerzyków, brzęk łyżeczek. zapach pałacu barberini- drewno, miód, dym, rozgrzany kościół, cisza pustych sal i cisza obrazów. tybr raz jak lody pistacjowe, po deszczu błotny i oleisty, rozjuszony. kochany, zaspany awentyn, przyjazne testaccio ze znajomymi już ulicami, placami, trattoriami, barami, targiem. lubię wracać. lubię myśleć, że „do siebie”.

 

w buzi jestem rzymianką. jestem szczęśliwa jedząc chleb z masłem i anchois, parmigianę, pecorino, cierpką zieleninę, karczochy i pulpety. przygotowałam się do tej wycieczki staranniej niż zwykle, wiedziałam czego i gdzie chcę, marzyłam o tym, dzwoniłam do wybranych miejsc rezerwując stoliki moim wątłym włoskim. prowadziliśmy zaawansowane badania terenowe nad cacio e pepe i najbardziej wciąż smakuje mi to w agustarello, wśród nieładnych żółtych ścian i ładnych ludzi. przed wzorowym cacio i pepe talerzyk pecorino i bruschetta z uduszoną cykorią, do cacio e pepe carbonara, po pastach rzymskie pulpety w sosie pomidorowym (nie wiem jak oni je robią, te klopsy są jak chmura. chociaż trochę już wiem, bo poszperałam u rachel roddy, chodzi chyba o uprzednie namaczanie chleba w mleku, już sama ta instrukcja działa na mnie kojąco), dwa espresso, gałka lodów pistacjowych w drodze powrotnej na awentyn. co poza tym- rozsławione kawałki pizzy w pizzarium, dobre, tłuściutkie, trochę jak tosty z dzieciństwa. bruschetty z masłem, anchois i cytryną, kolejne olimpijskie carbonary, sławny na pół rzymu „krokiet” z ogona wołowego i z niego terrina, więcej gorzkiej cykorii. karczochy- a la romana i a la giudia w gettcie, więcej pulpetów w sosie pomidorowym. ostatni obiad w restauracji, na którą bardzo czekałam- bruschetta z lardo i miodem, lasagne z mięsnym ragu z pieca opalanego drewnem (tylko w niedziele, ustawiają się po nią kolejki) i pierożki z ogonem wołowym, kawałek świnki z ziemniakami pieczonymi z rozmarynem (też kolejki, też piec opalany drewnem, pierwszy raz w życiu rozumiałam, o co chodzi w wieprzowinie), parmigiana.

aperitivi- cynar, negroni sbagliato (ostatnio ulubione), wina naturalne, które pije się teraz nad tybrem.

dolci- zawsze espresso, maritozzi, tarta z ricottą i wiśniami, wspaniałe, wspaniałe lody pistacjowe z kalabrii (tak informowało menu), tiramisu.

i zawsze ten ceremoniał, za którym więcej niż przepadam- zawsze obrus, koszyk chleba, grube serwety, jaka woda, szklanki, kieliszki, huk, wrzawa, porządek posiłku, nieporządek na stole, szczęśliwe, tłuste i lepkie dłonie. to osadza, co dzień od nowa, kilka razy dziennie. świętowanie życia (do którego coraz trudniej podchodzić mi z czułością). ostatnio nie mogę uwolnić się od myśli, że każdy żyje tak jak potrafi lub jak może, niewielu szczęśliwców żyje tak jakby chciało. ja potrafię właśnie tak.

jednego wieczoru zastanawialiśmy się jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy byli bardzo zamożni i mogli pozwolić sobie na wiele- i ja wciąż chciałabym tego samego, to znaczy jeździć do włoch i jeść w tych samych miejscach, może mieć tam dom. latać do londynu i na południe francji, zobaczyć amerykę. jeść ser, pić wino, czytać książki. tyle.

pisząc to wszystko mam jeszcze w głowie iwaszkiewicza, któremu jakaś paniusia zarzucała, że jego pisanie i mówienie o jeżdżeniu do europy, do włoch, jest niczym innym jak snobizmem, na co on: „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, to jest moje dziedzictwo, to jest nasze europejskie dziedzictwo”. no właśnie- „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, moje dziedzictwo”. weszło mi to w głowę i nie chce wyjść, i dobrze. a jeśli ktoś uważa inaczej, to znaczy nie uważa europy za swoje dziedzictwo, to ja mu jednak zasadniczo współczuję.

 

jeszcze co w domu- brokuł nawpółgałązkowy obgotowany przez czterdzieści sekund, a następnie wrzucony do oliwy z czosnkiem, anchois, rodzynkami i piniolami, zjedliśmy go z kulką burraty. żelazne wariacje na temat cykorie, fenkuły, cytrusy, wczoraj z pieczonymi burakami i ricottą i winegretem z campari i szalotkami i miodem, zagryzane pecorino romano, który kupiliśmy w volpetti na testaccio- burza w buzi, pochód smaku, łomot zmysłów (to moje nowe credo z serii „o co chodzi mi w jedzeniu”, i nad cesarskim pecorino z rzymu, i nad rodzimą renetą z orzechem, i nad kawałkiem fenkułu z oliwą, solą i pieprzem). w ubiegły weekend przyniosłam od pana mikołaja z le rond fromage a la truffe noire i jak wyżej- ta burza, ten pochód i łomot. niebywały ser, jak tort przekładany kremem z truflami, zjedliśmy go z miską zimowych liści i chlebem. pamiętam, że dzień wcześniej byliśmy w euskadi z gajosami i że bardzo smakowała mi tortilla i topinambur, a jeszcze dzień wcześniej siedzieliśmy do nocy przy barze w żonglerce, pijąc i jedząc za życie.

ale głównie wieczne to samo, bo znów przyniosłam dziś z kleparza koper włoski, radicchio, potarganą escarolę, wędzone pstrągi, renety i alwy, pecorino i gorgonzolę mascarpone, czarne oliwki (te ze zmarszczkami) i marynowane karczochy, fasole i ciecierzyce, głowę włoskiej kapusty, orzechy, jaja. dobrze.

 

w dłoniach też rzym- „rzymska komedia” mikołajewskiego, rachel, iwaszkiewicz i jego podróże do włoch. od przedwczoraj jeszcze „wszystkie kroniki wina” bieńczyka, które dostałam w imieniny od matko.

 

jutro zmiana kierunku, bo wydaję kolację dla sześciu osób, chyba będziemy jedli alpy (choć też włoskie).

 

a.

 

 

 

 

 

21 stycznia, poniedziałek

przeprowadzka. trzy ulice dalej, bliżej miłosza. te same przystanki tramwajowe, ten sam policzek plantów, pięć minut dalej na halę targową. mam teraz balkonik, pokój kuchenny i pokój dzienny, ze ścianą i boazeriami jak we włoskim pałacu. za oknem chyba akacje, ale to się okaże bliżej kwietnia. mieszkanie w stylu guadagnino i bertolucci w paryżu i krakowie. nauka chodzenia, uczenie się dźwięków, światła, słońca, zapachów, sąsiadów. dawno nie zmieniałam miejsca, zapomniałam już, jakie to bywa ożywcze. radość i nieustająca biesiada przy nowym (dużym) stole.

 

tydzień temu skończyłam trzydzieści lat, jak dotąd lubię dorastać, dochodzić do siebie, przyrastać i nawet (bo przecież) przekwitać i przemijać. życie nigdy nie było ciekawsze. sprawiłam sobie dzień ulubionych rzeczy- rano jajko na miękko, grzanka, masło i anchois, na obiad cykoria z pomarańczami, orzechy, kwadrat sędziwego comte i gwałtowny soumaintrain (dziękuję ci losie na le rond), chleb i wino, na kolację euskadi- drobny burger na trzy kęsy (najlepszy „kotlet” w mieście) i garstka domowych czipsów, smażone ozory wołowe z majonezem oliwkowym, królicza wątróbka w śmietanie na brioszce, żabnica, faszerowana kozim serem papryczka w miodzie, błyskotliwe gratin z topinamburu z orzechami laskowymi, chleb i oliwa; zabawa. w międzyczasie (między posiłkami) piliśmy cynar spritz, rozpakowywaliśmy i segregowaliśmy książki, szczeniacko radośni.

 

jeszcze o talerzach, póki pamiętam.

 

„braised cabbage” według molly stevens, świetne. na ostatnie minuty zapiekłam ją w taleggio, bo jego miałam w lodówce (to była niedziela przed trzema tygodniami, którą całą spędziliśmy nad „ankietami” osadzającymi i wieńczącymi ubiegły oraz przepowiadający obecny rok).

burrata, którą zjedliśmy z cykorią z winegretem, do którego dolałam aperolu- polecam.

brokuły i anchois, przez thoma eagle.

niezłe brandade w zakładce, z francuską zapiekanką ziemniaczaną.

żonglerka, wino, szymon zapowiadający noce z bagna caudą, jego terrina, fasola i oliwa i pistacje, chleb, kęsy, łyki, dłonie, dobrze.

liczne talerze sycylii- fenkuły, pomarańcze, czarne oliwki, szalotka, orzechy (włoskie lub laskowe).

w ogóle fenkuły i pomarańcze z sycylii, dzięki in campagnii.

w sobotę makaron pt. tyrol- krótki i razowy z kapustą włoską, creme fraiche i usmażonymi okruchami chleba.

wczoraj (niedziela) cykorie faszerowane czarnymi oliwkami, kaparami, okruchami chleba, czosnkiem, nacią pietruszki, rodzynkam, anchois i i piniolami, uduszone w battuto, oliwie, miodzie kasztanowym i białym winie, przepis z „the vegetable book” jane grigson, wspaniałe, wspaniałe.

kędzierzawa głowa cykorii endywii, którą jem radośnie trzeci dzień- raz z wingretem z anchois, raz z jajami na półtwardo, raz uduszoną na wiarę sycylijską.

dziś kolejny bankiet przy nowym stole: sycylia (fenkuł, pomarańcze, oliwki etc., jak wyżej), rzym („serca” cykorii z anchois i oliwą i pecorino), alpy (bo speck).

ulubione sery w styczniu- pecorino romano (wielka miłość) i langres (to szampania).

 

w następnym odcinku zamiast kulinariów będą kulturalia.

 

o polsce mówić nie będę, nie chcę, już nie umiem. ból brzucha, ból serca.

 

a.

 

 

5 stycznia, sobota

z radością i entuzjazmem jem od dwóch dni kaszę gryczaną z olejem lnianym, ledwo co zblanszowane brokuły wrzucone następnie na oliwę z czosnkiem, chili i migdałami, po prostu jajka, fenkuły z pomarańczami i oliwkami. koniec i początek roku na talerzach były barokowe, galowe, rubensowskie, wspaniałe.

 

na przykład (jednak naprawdę) ostatnia pizza w en plato w ubiegły czwartek- bianca z fior di latte, kaparami, oliwkami, kędzierzawą endywią i z anchois w miejsce pancetty, maestro hrabia spełnia moje ukryte pragnienia.

leek vinaigrette, jaja na półtwardo, prosciutto.

piątkowa kolacja w żonglerce- ulubione sery, anchois i chleb, fasola jaś z oliwą i kruszonymi pistacjami (wybitne), kawał terriny z jagnięciny, królika, wątróbek, gęsiego smalcu, więcej chleba, wina. prosto ze zwierzyńca poszliśmy żegnać się z kinem ars (zamiast kina będzie hotel) pięcioma godzinami sorrentino (i kolejnymi dwiema w niedzielę, już w domu, bo na dokładkę przypomnieliśmy sobie „młodość”). nie chcę brzmieć jak tetryk, ale mam serdecznie dość kolejnych hoteli i carrefour express w sąsiedztwie i w miejsce miejsc, o które zahacza się moje życie; ile carrefour express potrzebuje naród i świat, jakie to nudne. do kina poszliśmy z termosem earl greya i butelką wina. „wielkie piękno” jest niezmiennie i zdaje się że coraz bardziej wielkie, to chyba mój film, choć niespecjalnie oryginalne to wyznanie. oglądany pewnie siódmy (ósmy?) raz, pochłania i rozpala po (siedmiokroć) ośmiokroć, w zasadzie mogę kończyć jeden seans i zaczynać kolejny. w drodze do domu opowiadaliśmy sobie o wątkach i szczegółach, których wcześniej nie zauważyliśmy, to wspaniałe. zdaje się że mam słabość do rdzennych neapolitańczyków- sorrentino, ferrante, starnone, loren, pizza. przed rytualną „la grande bellezza” czekani z duszą na ramieniu „oni”, ta dusza niepotrzebna, chyba winna już jestem sorrentino zaufanie. wspaniały film o włochach, moją recenzję właściwie wyraził varga swoją recenzją („duży format”), i ja obcując z  sorrentino jestem „żarliwie wierzącą ateistką”, zupełnie mnie oszałamia. jestem fanką jeszcze tego spostrzeżenia: „jak się żyje na gruzach cesarstwa rzymskiego, to coś się tam wie o upadku cywilizacji. my tego wiedzieć nie musimy z przyczyn oczywistych- u nas cywilizacja zanim się rozwinęła, to już upadła, zatem nikt na to uwagi nie zwrócił” (śmiech przez smutek).

dalej. bigos mojego taty, kiełbaski z dzika.

na ostatnie śniadanie w starym roku- jajko na miękko, grzanka, masło, anchois; na pierwsze śniadanie w roku- infancie- rytualne naleśniki magdy, w twarogu rodzynki i skórka z pomarańczy, wiejska śmietana.

w noc sylwestrową sernik mojej siostry, świetne vitello tonnato oli i piotra, sery, cheddar marynowany w oliwie i cytrusach, anchoiade z włoskimi orzechami i suszonymi figami, bagna cauda, kiszonki, orzechy, chipsy z octem. wyniesione przeze mnie pod niebiosa tiramisu oli. na stoliku- butelki cynaru, aperola, campari, pimm’sa, china martini, cytrynówki marco, prosecco, brzęczenie szklanek i kostek lodu. koniec roku w tarczku, edycja pt. „la grande bellezza”.

a dziś, z niewielkim poślizgiem, ale z wielkimi nadziejami- włoskim zwyczajem soczewica na pomyślność i na szczęście, proporcje według rachel roddy (plus salsa orzechów włoskich i creme fraiche według deborah madison, plus ostatnie plastry sopressy).

 

rok umrzyk był bardzo trudnym doświadczeniem, z kłopotami na licznych frontach, ale nie umiałabym powiedzieć  że to jednoznacznie zły czas, przeciwnie. za nami rok tłusty od przeżyć i przypływów piękna, często myślę o tym, jaka byłam szczęśliwa jadąc, jedząc, pijąc, słuchając, patrząc, mówiąc, myśląc, czytając, odkrywając, rozumiejąc, planując, wymieniając myśli, żywiąc nadzieje. jest we mnie grad wdzięczności na ten temat. sporo się nauczyłam. na przykład spać. na przykład odpuszczać, głównie sobie. czekać, i pokory wobec zmian losu. milczenia w bólu, bezradności, strachu. nie mieć oczekiwań, racjonalizować rojenia. łagodzić język i sądy. odpędzać z pola widzenia, czytania i słyszenia osoby, które mi szkodzą lub budzą złe emocje, albo przeciwnie, prowokują we mnie paskudne (zawsze przecież niesłuszne) i szkodliwe samozadowolenie. patrzeć na siebie, nie odnosić siebie do, nie porównywać z kimś. spokój.

 

nowy rok, nowe-stare na linii widnokręgu i w kalendarzu. mój rok liturgiczny- liturgii kultury: kochane festiwale, premiery w kinie, teatrze i na półkach, premiery słów; stare w kinie, teatrze i na półkach. spotkania przy stole (z tymi ludźmi, o tych stałych porach roku/życia, w tych miejscach, ale też i nie, z nowymi, o nowych, w nowych), zdarzenia i kolacje okolicznościowe, podróże do włoch, przez polskę, w nowe i stare, wymiana myśli, wymiana adresów.

czas start.

 

ps. jeszcze w grudniu magda spytała mnie, co właściwie myślę o tej swojej agacie, czy nie wieje mi chłodem, a ona przecież nie chce, żeby mnie zawiało. w końcu ktoś odpowiedział na moje zastrzeżenia! od tej pory mówi do mnie ata, atalia. o jak mi się to podoba. wyczytałam, że atalia była samozwańczą królową judy, że imię znaczy tyle co „bóg jest wielki”, że jest taka wieś w ohio, a a w galaktyce planetoida o tym imieniu, że tropikalne lasy brazylii porasta atalia brazylijska (dość dziwaczna).

zatem,

 

ata/atalia

 

 

 

 

 

24 grudnia, wigilia

o co chodzi mi w teatrze:

1.czy coś mi mówi, coś otwiera

2.czy mnie niesie, rozbudza i pobudza krążenie krwi

najlepiej gdy spełnia obywa warunki, choć chętnie patrzę na brokat na przykład „morfiny” marciniak czy „kabaretu” warlikowskiego, a nic istotnego po nim przecież w głowie nie zostaje. to przyjemność podobna patrzeniu na whitney houston albo kolejnym odsłuchiwaniom płyty „faith” georga michaela czy moich playlist, na dźwięk których matko łapie się za głowę.

lubię też to, że nigdy nie wiem czego powinnam (i czy powinnam) się po teatrze spodziewać, co zobaczę i usłyszę, ta powtarzająca się niespodzianka i świeżość przeżycia są bardzo pociągające. a na poziomie elementarnym lubię to, co wydarza się między aktorami. gdy uda im się wytworzyć uczucie na żywo, na chwilę, od ręki- nie jak duble w kinie, nie jak przepisywane kilkakrotnie wątki w książce-to jest to wielkie. co oczywiście wcale nie jest oczywiste ani częste, o ile częściej się taka iskra nie pojawia niż pojawia- zresztą podobnie jak w filmach, jak w literaturze, wreszcie jak w życiu- ale jeśli już błyśnie, to zostaje mi w głowie na długo i grzeje. przy okazji myśl jak przyjemnie i ciekawie być aktorem teatralnym, jaka to praca bez końca.

 

smutek tęsknoty za smutną boską komedią. w tym roku teatr zadawał pytania o rachunki życia, o poczucie przynależności,  rozczarowania- i nie wyposaża w narzędzie nadziei. ile razy wracałam do domu z głową spuchniętą od pytań czy i ja przeżyję tak swoje życie, czy gorzkie rozczarowanie gdzieś na końcu jest wpisane w los, mimo zarzekania się i postanowień, że nigdy do takiego nie dopuszczę; czy można zrzec się uczestnictwa w pewnych scenach? czy koniec końców deser zawsze smakuje cierpko? czy obietnica finalnej słodyczy to największa ułuda, jaką się karmimy i jaką karmi się nas (ułuda spełnienia, czasu, życia wiecznego, raju, „na emeryturze” etc.)? czytałam w ubiegłym tygodniu „poczucie kresu” i barnes, przyglądając się swojemu bohaterowi, pisze że ten swoim samobójstwem odrzucił „kompromisy i małość, z jakich składa się życie większości ludzi. ‚życie większości ludzi’: moje życie”. no właśnie. tak samo z relacjami- dlaczego one wszystkie więdną albo dlaczego trwają te które niekoniecznie trwać powinny, i dlaczego według tego samego scenariusza, i dlaczego większość sprzeczek między dwojgiem ludzi jest tak do siebie podobna, dlaczego nie umiemy mówić inaczej, i że ja tak nie chcę i nie zamierzam (choć przecież bywa że tak się zachowuję) i ach na pewno na pewno nie, ja nie, nigdy, i czy to się w ogóle może się udać- to zawsze, to nigdy, nie tak, tak. bóg się rodzi, moc truchleje, piecze się ciastka, a ja jak widać niezmiennie jestem w nastroju mocno ostatecznym.

 

w ubiegły (zbiegły) czwartek poszłam na spotkanie z andrzejem sewerynem opatrzone przez wakara tytułem „trzeba mieć pogląd na świat- między sztuką a odpowiedzialnością”. fortunnie się złożyło, bo był to dzień w którym warlikowski przemawiał w parlamencie europejskim, zresztą bardzo ładnie- apel budzący lęk i poczucie mocy, i zdania z serii „wierzę w książki” i sporo o odpowiedzialności, mocno dziś niepopularne. seweryn później uderzał w te same nuty, zajmująco, pokrzykując o pracy u podstaw jako ostatniej desce ratunku (choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że na deski ratunku jest już za późno). moja myśl, że jeśli w ogóle towarzyszy mi jakaś religia, to oprócz objęcia natury jest nią kultura. brzmi patetycznie i jakoś niespecjalnie, ale to prawda. prosto z rajskiej pobiegłam do massolitu na rozmowę z markiem bieńczykiem o literaturze francuskiej i przekładzie, a stamtąd na scenę kameralną starego teatru na niespecjalnie udany „1946” brzyka. to pewnie nie jest dominujący pogląd, to pewnie jest pogląd mocno naiwny, ale moim zdaniem to jest właśnie życie i chciałabym swoje przeżyć właśnie w ten sposób (i jeszcze „jeść pić kochać”).

 

w (także zbiegłą) sobotę na obiad była ostatnia w tym roku pizza w en plato, a na kolację „wyjeżdżamy”. wiem, że krytycy od teatru są innego zdania i podkreślają wspaniałość tej nowej u warlikowskiego cechy niezachłystywania się samym sobą i nielatania za własnym ogonem, ale mi warlikowski bez brokatu i złota i warlikowski linearny wydaje się jednak szczuplutki, miękki i niespecjalnie zajmujący, ja na to nie reaguję; nie dość, że nie mówi nic nowego, to jeszcze nic inaczej. choć brak reakcji to też jest jakaś reakcja, i tu wracamy do przemówienia z brukseli („wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowany przez dialog”) i mojego wywodku o teatrze w ogóle- teatr może mi się nie podobać, ale na końcu i tak rozmawialiśmy o tym spektaklu do nocy (ja na dodatek ostatnio nie mogłam spać, regularna, podręcznikowa bezsenność, bezsenność obolała, okropne), i słuchaliśmy co o tym warlikowski, ja następnego ranka czytałam cały pęk recenzji, przy śniadaniu dalej o tym mówimy, ja dalej o tym myślę i od tamtej soboty odsłuchałam kilka audycji w tej sprawie- i to jest jakoś wspaniałe, to dowód na dialog, myślenie (w przypadku „wyjeżdżamy” wyjątkowo) krytyczne, na myślenie w ogóle które teatr zapala.

 

na talerzu często duński chleb zosi, jaja na miękko, masło. na naszą krakowską wigilijkę przed rozjazdami zrobiłam brandade z wędzonych pstrągów, do niego pieczone ziemniaki, prosciutto, sery, kiszone ogórki, pieprzna rzepa. w piątek jadłam pyszny bigos, dziś kanapki z kurczakiem, majonezem i awokado i inauguracyjny kawałek miodownika.

mniej więcej raz w roku mam chęć na ciastka i ten czas jest teraz. przed weekendem upiekłam partię laskowych ciastek z syropem klonowym nigela (powszechnie ulubione), cantucci z nasionami kopru włoskiego, rozmarynem i prażonymi migdałami heidi swanson (te ulubione przeze mnie) i kruche na słonym maśle z gorzką czekoladą z przepisu w „new york timesie” (te z myślą o matko).

 

w piątek z zainteresowaniem przyglądałam się (szczególnie) brytyjczykom świętującym winter solstice, to bardzo ładne i sensowne, za rok zamierzam aktywne włączyć się w obchody wydaną kolacją i odpowiednimi toastami w intencji światła. zamiast wigilii wolałabym świętować nadzieję na światło. czytam o pogańskich zwyczajach w tej sprawie, dla zabawy i z przyjemnością ułożyłam sobie menu na taką wigilię światła. blisko mi ostatnio do roślinnego, świetlistego pogaństwa, to jest autentyczny przedmiot mojej wiary, nie wiem dlaczego nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam (dopiero w piątek i wczoraj przez miłosza piszącego o litwie).

również w piątek jechałam pociągiem z wrocławia do jeleniej góry i z powrotem, jaka to ładna trasa, w dodatku przez „moje” miejsca- wałbrzych, wsie rudaw janowickich, janowice wielkie, doliny i łąki. po drodze koścista, wilgotna polska, zapłakana, grudzień w ostatnich latach znacznie stracił na urodzie. w drodze powrotnej moje źrenice przypominały naleśniki za sprawą atropiny, słuchałam więc sobie kolejno „dwukropku” franaszka z józefem henem, rozmowy z andrzejem sewerynem w „dwójce”, odcinków „bbc food programme” o jadalnych kasztanach z rachel roddy w roli głównej i tego z podsumowaniem książek kucharskich za odchodzący rok, a w bbc 4 po każdym serwisie informacyjnym z okazji winter solstice czytano wiersze na ten temat. bardzo, bardzo lubię słuchać.

 

zanudzam ostatnio wszystkim opowieściami o the feast of seven fishes / festa dei sette pesci, o jak mi się to podoba. nie wiedziałam, że włosi też obchodzą wiglię, która w dodatku nazywa się la vigilia, że też tradycyjnie poszczą aż do wielkiej kolacji, która tradycyjnie składa się z siedmiu dań z rybami i owocami morza w roli głównej (solony dorsz!anchois!ryby!zupa rybna!), a na deser jedzą cannoli. nowe marzenie- przebyć kiedyś wigilię w rzymie lub neapolu.

 

chłód marszczy plecy, rodzinne góry wzburzone, od trzech dni nieustająca wichura, bunt świata-moim zdaniem uzasadniony.

do czytania w święta mam „rodzinną europę” i książki kucharskie co pod choinką.

mogę sobie tu pogadać o tym wszystkim, o czym nie bardzo mogę przy świątecznym stole.

 

spokoju.

 

a.

11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.

 

 

 

 

 

26 listopada,poniedziałek

dziś będzie tryptyk (utknęłam na terapii i mam morze czasu, będę pisać).

 

wpierw itinerary, co ze mną ostatnio etc.

 

1.w ubiegłą sobotę z niedzielą mieszkałam w pięknym starym domu w górach sowich. nad górami siwy dym jak nad krakowem, co uszczupla radość życia, za to w domu bardzo pięknie- szarlotka z domową konfiturą z róży (mama), zlew kuchenny, o jakim marzę, kredens pełen herbaty, chrupiące podłogi i schody. matko cały wieczór łuskał włoskie orzechy, ja zrobiłam scenę, co mi się ostatnio zdarza, i do dziś wszystkich przepraszam. mam w głowie jeszcze przydomowe ogródki z ostańcami dalii, śnieguliczką, szyszkami i epilogowymi różami- kolory jak w malarstwie holenderskim, pod polskim listopadowym niebem, unia europejska.

2.w piątkowy wieczór urządziliśmy sobie pierwsze święto dziękczynienia we wrocławskiej napie, wszystko jak lubię- opalona brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki z aioli, burrata i dynia i piegi z orzechów laskowych, chorizo w morzu czerwonym sosu z chorizo, dorada, cannolo, espresso. piliśmy valpolicellę, bo wyczytałam ostatnio że było to ulubione wino audena i byłam ciekawa, a potem gewurztraminera, który już mi jednak przeszedł, wydaje mi się za słodki. a propos- zdecydowaliśmy ostatnio z matko (niezależnie od siebie), że 1.wszystko zdaje nam się ostatnio zbyt słodkie i 2.chyba niespecjalnie lubimy słodycze (mój ulubiony deser- kawa, affogato, jabłko i ser, latem placek z owocami, raz na jakiś czas dobre tiramisu, poza tym ricotta z miodem, i właściwie tyle). ja mam nawet większy kłopot, bo doszłam ostatnio do wniosku, że właściwie nie interesuje mnie już pieczenie i nie bardzo lubię to robić (HA HA). wczoraj zresztą rozmawiałam o tym z bunią, która poczyniła wyznanie, że nie lubi gotować, za to piec czy lepić pierogi już tak- więc ja zupełnie na odwrót. najbardziej zajmuje mnie gotowanie, zestawianie, układanie, poznanie, przetwarzanie, dokopywanie się do podstawy i esencji smaku. ergo- najwyższy czas zmienić swoje myślenie i narrację o sobie (po raz kolejny, i znowu, i wolta- ach życie. łapanie siebie zajmuje mi obiektywnie dużo czasu i wysiłku, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się do siebie dokopię. a może wcale nie, i może to jest właśnie życie, i może nie mam (nie znam) na nie innego sposobu).

3.w ubiegłą niedzielę „makbet” dudy-gracz we wrocławskim capitolu, na tyle atrakcyjny, że dalej czasami o nim myślę. przy okazji wniosek, że szekspir w tłumaczeniu barańczaka sporo traci i dlaczego właściwie nikt się nim dziś nie zajmie od nowa, zasługuje na to.

4.w czwartek podwieczorek na dwa kieliszki z janem peszkiem w roli głównej, który już w pierwszym zdaniu wywiadu zadeklarował, że najważniejsze w życiu jest umiłowanie życia (to jak nigella w rozmowie z de bottonem, który podesłała mi agnieszka- pełna zgoda). na dodatek dobre wina (amfora, dla mnie podejście magiczne) i zjawiskowa kozia bryndza z gospodarstwa w łomnicy.

5.poza tymi niewątpliwie atrakcyjnymi miejscami otarłam się też o otchłań fizycznego bólu i gęstej mgły mózgowej, złe dni. moja przypadłość przypomina chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym objawy są nie natury mentalnej, a organicznej. od olimpijskiej formy i fizycznej manii, przez spokojne i niezłe dni, aż do niskich kręgów piekła. srałby to pies.

 

część druga: wczoraj skończyłam czytać herberta, z duszą na ramieniu. zawsze przecież niby wiem, że bohater biografii nie żyje, a potem i tak co chwilę martwię się, że umrze.

bardzo wzbogacający czas, chce mi się czytać całą masę różnych rzeczy, na które wcześniej nie miałam ochoty albo zupełnie mnie nie zajmowały. moja główna konstatacja po tej obszernej lekturze jest taka, że sercem stoję jednak przy miłoszu. pociąga mnie  jego rozumienie ojczyzny i polskości, życia, metafizyki, jego wolty i istota, jego demony i furie, jego kłopoty z tożsamością, jego brwi jak bór. jest we mnie za to duża niezgoda na radykalizm i mitomanię herberta, a w późniejszych latach jego życia na pogardę i patos, którymi faszerował siebie i swoje teksty, wszystko to dość paskudne. franaszek musi go bardzo kochać, mnie nie stać w swoich sądach na taką wyrozumiałość i dyplomację. przy okazji jestem mocno zaniepokojona, bo do tej pory wydawało mi się, że pewien rodzaj inteligencji, oczytania, smak bronią jednak przed taką goryczą, ślepotą i złością w starości, przed zupełną utratą proporcji, ale chyba wcale nie (i co w takim razie chroni). jednak poza tym- wiele wierszy zachwycających, nikt też nie pisał takich listów jak herbert, ogromna, ogromna przyjemność. w środę na uniwersytecie jagiellońskim spotkanie z franaszkiem i chwinem o herbercie z miłoszem właśnie, potem trochę odzipnę (nad tokarczuk i może jakąś fabułą), a później wrócę do biografii miłosza, bo lata temu przeczytałam ją wybiórczo i bez sensu. zadanie domowe (tymczasem zdjęłam z regału korespondencję herberta z hartwig i międzyrzeckim i zaczęłam czytać w tramwaju, listy jak golf na zimę).

 

wreszcie punkt trzeci- stołowy.

 

mianowicie postanowiłam obchodzić święto dziękczynienia, bo uważam je za bardzo piękne (zgłosiłam też pod rodzinne głosowanie wniosek o zaniechanie „obchodów” gwiazdki, bo takie w mojej rodzinie właściwie nie występują, ale nikt nie podjął tematu). myślę, że wdzięczność jest w życiu kluczową kwestią, a myślenie o niej dobrze robi na proporcje. rozumiem też, dlaczego thanksgiving nie ma szansy powodzenia w polsce, ceremonie wdzięczności, radości i pokory to nie nasza specjalność. włosi za to mam wrażenie obchodzą święto dziękczynienia na okrągło, szczególnie wieczorami i przy każdym zajściu do baru (pochwała życia, wspólnotowość, duma z plonów ich ziemi, duma z tej ziemi w ogóle, etc.). w związku ze wszystkim powyższym w piątek wydałam pierwszą kolację dziękczynną, jedliśmy gratin z brukselki z pancettą (z bon appetit, jakie to dobre) w tłustej śmietance, puree z pieczonego selera z orzechami laskowymi, czerwoną kapustę z gruszkami, marynowane buraczki, ser puzzone, którego nie znałam i który wcisnął mi mirco (cosi cosi), wino.

 

w sobotę pół dnia dusiłam ragu z dziczyzny myśląc o umbrii, efekt więcej niż zadowalający. oprócz spraw fundamentalnych (czerwone wino, bulion, mleko, sofritto, trochę passaty, pancetta, rozmaryn, listek laurowy) dodałam do sosu skórkę parmezanu i marsalę, mięso zamarynowałam na noc w czerwonym winie z czosnkiem i szałwią. zjedliśmy prawie cały garnek ze świeżym papardelle i kopczykiem parmezanu. byliśmy szczęśliwi.

wczoraj na obiad ulubione brandade z wędzonego pstrąga, jestem apostołką brandade. brandade mimo nieszczególnego oblicza jest w moim odczuciu jakoś luksusowe, radosne, odświętne. w roli aktorów drugoplanowych- grzanki, czarna, pieprzna rzepa, ogórki kiszone, francuskie korniszony, rukola i rukiew wodna z oliwą i cytryną, pancetta. czego więcej, i po co.

tej jesieni potrafię zjeść tęgie ilości kapusty, nic mi tak nie smakuje. pieczona, duszona, kiszona, kimchi, surowa (najchętniej włoska), sok z kwaszonej kapusty. ulubiona to dalej pieczona z „winegretem” z orzechów włoskich, okruchów chleba, czosnku, oliwy, miodu, parmezanu.

w lodówce mam jeszcze zupę ogórkową z koperkiem, w kuchni moczy się ciecierzyca na humus, w pergaminie w lodówce kawałek comte i włoski caprino, pierwsze pomarańcze z sycylii.

 

z nadzieją na lepszy tydzień-

a.

 

 

15 listopada, czwartek

okazuje się, że z herbertem mamy wspólne nie tylko zadarte nosy i policzki jak na drożdżach, ale smakują nam te same rzeczy. na przykład taki jadłospis posłany żonie z olevano romano w lacjum- „rosół z jarzynami i parmezanem i risotto z jajkiem i szynką”, a także „ratatouille- oberżyny, zucchini, pomidory, cebula- w oliwie to wszystko- pycha”. franaszek odnotowuje dodatkowo, że herbert chętnie gotował też barszcz i że najbardziej przepadał za kuchnią francuską i prowansalską. bardzo jestem rada. poeci niezahaczeni w codzienności zawsze wydawali mi się podejrzani i niepełni.

 

a propos jadłospisów i życia codziennego. w sobotę poszliśmy odebrać z le rond odłożony krążek sera mont d’or (śliczny, z niepasteryzowanego mleka, sosnowy i mleczny), więc na obiad było święto. jesteśmy pionierami sezonu, bo z kolei w tym tygodniu oglądam kolejne parujące krążki na profilach licznych brytyjskich restauracji o zacięciu francuskim i starozachodnioeuropejskim. upiekłam go z białym winem i pieprzem i zjedliśmy go jak pan bóg przykazał- z ziemniakami, chlebem i dojrzewającą wędliną, a także z talerzem zielonych liści, marynowanych buraczków i kiszonych ogórków. pyszna zabawa, wyjątkowo przepadam za takimi party, lubię jeść rękami. zahacza mnie to też jakoś w cywilizacji, do której jednak tęsknię i do której się poczuwam. w ogóle europa w buzi- ser, chleb, wino, jarzyny, podstawy, czystość smaku- to interesuje mnie ostatnio w jedzeniu najbardziej, w jedzeniu i w ogóle.

 

w niedzielę byliśmy na śląsku z wizytą u borkowskich, na rogalach marcińskich i gęsinie.

w poniedziałek jedliśmy dynię  (acorn, nie wiem, jak ona ma na imię po polsku) pieczoną w maśle i miodzie kasztanowym, z chrupką szałwią, orzechami laskowymi i burratą. wczoraj na kolację upiekłam kalafiora romanesco, oblałam go potem masłem z anchois, rodzynkami, szafranem, chili, czosnkiem i usmażonymi okruchami chleba- ku chwale sycylii. poza tym jemy w koło gorgonzolę dolcelatte, matko z gruszkami, ja z jabłkami, orzechy, cierpki miód z kasztanów. obejrzeliśmy w sąsiedztwie takich talerzyków ostatnią partię „house of cards”, oglądamy „bodyguarda”, a w poniedziałek zorganizowaliśmy sobie seans „rzymu”, i piliśmy do niego i do dolcelatte polskiego „szampana” z winnicy miłosz- grempler sekt- który sprawiliśmy sobie z okazji stulecia wolnej polski w krakowskim standardzie. całkiem to udane- ziołowe, ostre, kryształowe.

 

na okazję święta narodowego wraca do mnie jeszcze myśl, że i ja należę do tej grupy rodaków, o której rozpisują się ostatnio gazety- ofiar zaniedbań ze strony szkoły i domu rodzinnego, gdzie nikt nie mówił ze mną o polsce, obywatelskości, historii. jest to prawda i to gdzieś kłuje i zasmuca, nie wyrobiono we mnie wielu nawyków, a tego co wiem nauczyłam się sama, lekcje historii czy wos-u w moich gimnazjum i liceum były komedią (która często w ogóle się nie odbywała). ale dziś przynajmniej wiem, jakie to istotne, na ilu sprawach to waży. nawet biografia herberta to istotna lektura w tym kierunku, dużo do myślenia, giedroyc magdaleny grochowskiej był ważny. może coś ze mnie jeszcze będzie.

 

a.

8 listopada, czwartek

z profilu przypominam herberta. drugi tom biografii otwiera fotografia w oparciu o którą można by zakładać ewentualne (bliskie) pokrewieństwo: zadarty nos, krągłe jabłka policzków i znikające w ich cieniu drobne oczy, czasami dwa podbródki, im dalej w las tym częściej. jego student z kalifornii zapisał, że herbert „miał szeroką twarz młodej płomykówki, małej sowy”- to ładne, chyba spojrzę na siebie (sobie w twarz) inaczej, przychylniej.

jeszcze w nawiązaniu do- natknęłam się u franaszka na kłodzkie wiosny poetyckie, które odbywały się w kłodzku i okolicznych zdrojach w latach 60. i 70., a o których nigdy nie słyszałam, a należy podkreślić, że jestem kłodzczanką (urodzoną w lesznie, wyprowadzoną w las i do krakowa, ale jednak najdłuższą dotąd część życia przeżyłam w tym miasteczku). kto tam u nas nie bywał- oprócz herberta błoński, grochowiak, przyboś, jastrun, ważyk, głowiński, wojaczek, białoszewski… od razu wysmarowałam maila do pani izabeli, mojej licealnej polonistki i wychowawcy, że dlaczego na boga nikt nas o tym nie uczył (także na fakultecie humanistycznym). bardzo jestem podekscytowana.

 

ostatnio mozolne dokopywanie się do siebie, dni nieuzasadnionego właściwie niczym konkretnym niepokoju i wewnętrznego dygotu, słabości i eskapizmu. co pomaga- czytanie tekstów wymagających skupienia, podglądanie ludzi, którzy mi się podobają (to zwykle skromni ludzie o skromnym, ładnym życiu), pisanie, gotowanie, ciche, samotne ranki częstych ostatnio dni świątecznych lub okołoświątecznych.

we wszystkich świętych pojechaliśmy najpierw na cmentarz podgórski, na koniec na salwator, a pośrodku do miłosza na skałkę. bardzo brzydko leży, w nieładnym, nieprzytulnym marmurze, bez kwiatów, naprzeciwko paulinów, niepozornie i jakoś bez echa. co innego wincenty pol czy wyspiański, jakoś nie umiem tego zrozumieć.

 

co na stole, przy którym ostatnio długo i często siedzimy: brukselka pieczona w „gravy” z tłustej śmietanki (42%), anchois, cząbru i czosnku, chleb i salami. cała głowa upieczonego kalafiora, natarta masłem, oliwą i grubą solą, zjedzona z sosem z tahiny i z rodzynkami. jesienne pęczotto w kolorze wina, a la ducksoup- w środku mascarpone, parmezan, dużo masła, czerwone wino, na wierzchu ugrillowane radicchio i jeszcze gorgonzola mascarpone- bardzo piękne i pyszne. dyniowe gnocchi z masłem szałwiowym. żytni chleb i jaja na miękko. w sobotę przed dwoma tygodniami- po debacie o rynku książki, a przed spotkaniem z bernardem pivot- piknik przy własnym stole: cienkie plastry rosbefu zjadane z musztardą dijońską, remulada z selera, aioli, chleb, zielone liście ziół i sałat. częste sałaty z radicchio- z jabłkami, z pieczonymi burakami, z gruszkami, z orzechami włoskimi albo laskowymi… kolejne garnki boćwiny duszonej z masłem i anchois albo z czosnkiem i oliwą, lubię ją rano z jajkami. wielki pęk rukwi wodnej z targu pietruszkowego- zjadłam cały sama, z jajami na półtwardo, z awokado i wędzoną makrelą. niezmiennie wybitne affogato z gałką lodów pistacjowych w mące i wodzie, bardzo pyszne lody o smaku jabłko z mascarpone.

 

czekam na kolejny świąteczny weekend, mam wiele smacznego w planach.

 

a.

 

 

25 października, czwartek

lubię mechanizm „donoszenia się” do dzienników, tego kokoszenia się w sobie. najpierw przez jakiś czas o nich nie myślę, potem nagle zaczynam, chodzę wokoło  przez jakąś chwilę, łaszę się do myśli o nich jak kot przybłęda, a później po prostu do nich idę, z ciepłem w brzuchu, z ochotą w głowie.

 

dziś kilka spraw.

punkt pierwszy- polska, myśl powyborcza. uważam, że ta część narodu niezadowolona z obecnego stanu rzeczy (a więc i ja) powinna zmienić narrację i przestać ratować kraj, który ratunku- jak pokazały wyniki wyborów- nie potrzebuje. zaniechać nawracania ludzi, którzy nawrócenia i ratunku nie chcą, bo zdają się być zadowoleni. rodacy po raz kolejny wybrali (jestem przeciwko narodom, chcę być z kotliny kłodzkiej, z umbrii, z basenu morza śródziemnego, ze starej europy i z wysp brytyjskich) i trudno traktować tę tendencję jako kolejny wypadek przy pracy. nie ma o co rozdzierać szat, każdy dostał to, co chciał- klasa średnia i duże miasta mają swojego trzaskowskiego, jaśkowiaka i prawie majchrowskiego, ci prawdziwsi niż ja polacy mają swoje pół polski, psl ma jakieś magiczne zdolności i nie pierwszy raz powstaje jak feniks z popiołów, prawdziwa demokracja; i tylko ja mam kłopot, to ja potrzebuję ratunku, nie polska. nie mam poczucia, że gdzieś przynależę, mentalnie jestem wyjęta z tego, co się tu wydarza i myśli (na przykład o żarówkach energooszczędnych). nie wiem jak innych, ale mnie ten wyraźny podział polski na dwie połowy skłania do jednego wniosku- mianowicie że trzeba ją ciachnąć na pół wzdłuż tej linii i wrócić do rzeczpospolitej obojga narodów, z tym że nie polskiego i litewskiego, a polskiego i polskiego, polskiego zachodniopolskiego i polskiego wschodniopolskiego, i niech sobie każdy wybierze, gdzie chce żyć, ja najwyżej będę jeździła do kazimierza i na roztocze „za granicę”. to jest poważna propozycja.

 

sprawa druga- to jest mój ulubiony tydzień w roku w krakowie, festiwal conrada. jeden z nielicznych festiwali literackich w polsce bez michała nogasia, co bardzo sobie cenię. festiwal niezmiennie mądry, wymagający, rozsądny. festiwal słuchaczy z długopisami, notesami, robiących notatki, ale też zadania domowe, swetry na drutach etc. festiwal uwagi i spokoju. festiwal (prób) dochodzenia do sedna. festiwal retorycznych bombonierek ze strony publiczności, jak na poniedziałkowej debacie o elitach w polsce i nie tylko (gdula, bielik-robson, markowski, szpakowska i słuchacz, który nabił im wszystkim guza imponującą retorycznie litanią). festiwal z termosem herbaty z miodem, z kanapkami (salami veneto, musztarda dijońska, korniszony), z jabłkami. festiwal także publiczności w sile wieku- samotnych widzów, małżeństw i całych grup koleżeńskich robiących notatki, zadających pytania i prowadzących dyskusje, co bywa irytujące, ale jest przede wszystkim bardzo ładne, spotykam te panie i panów od poniedziałku, już się do siebie uśmiechamy. myśli mi się o wielu sprawach, rosnę, uwielbiam to.

 

po trzecie- w ubiegły czwartek w żonglerce można było napić się win od braci andert z braćmi andert. przepadałam za winami, teraz przepadam też za braćmi. pokazali mi, że można zajadać wino ziołami- słodką nacią kopru włoskiego, majerankiem, szałwią, rozmarynem z ich ogrodu uprawianego według zasad biodynamiki- i to było bardzo, bardzo piękne. jadłam domowe kiełbasy i wędliny z produkowaną przez nich musztardą, usmażoną na smalcu gęsinę i jagnięcinę, ale to wszystko- choć pyszne- było nieistotne, ważne były palce pachnące szałwią i rozmarynem, buzia pełna wina, prawda, cywilizacja, sprawy podstawowe. życie jest wspaniałe i dużo prostsze niż nam się wszystkim zdaje, tak myślę.

 

po czwarte jadłospis. jemy „winegret” z orzechów włoskich, anchois i oliwy z radicchio, gruszkami, rzodkiewkami i ostatnią pewnie zieleniną, francuskie sery, zosiny chleb z pieczoną renetą i gotowaną samopszą (to w sobotę na późny obiad). pieczoną kapustę włoską z sosem z okruchów chleba, orzechów włoskich i parmezanu (wspaniałe). upieczoną fasolę z szałwią, czosnkiem i oliwą, dziś z ricottą, jutro z aioli i z wkładką z jarmużu toskańskiego. fasolę borlotti z ostatnim pomidorem, anchois i estragonem, i wątłe plastry specku z gruszkami i orzechami włoskimi (to dziś na kolację). smakiem jesieni jest gorycz- jak pieczona kapusta, jak brukselka, łapczywie pita kawa, orzechy włoskie, cykorie, jak cantal vieux i sędziwy comte, jak cierpkie, ciężkie wino, pełne tytoniu i śliwek, jak miód kasztanowy, musztarda, rumianek. wyjątkowo za tym wszystkim przepadam.

 

i jeszcze o czym mówimy przy stole, co mnie osadza i syci: o zabiegach narracyjnych franaszka (spory; przed snem czytamy często ramię w ramię tę samą biografię, tylko ja drugi tom), o domenico starnone i pisaniu życia, ale czule i ze skromnością, o pawle hertzu, o nekrologu hertza autorstwa kota jeleńskiego który wisi w „kulturze” na stronie jej archiwum, o moim horoskopie, o jedzeniu i niejedzeniu mięsa, o różnicach między epitetami organiczny, naturalny, biodynamiczny, o elitach i bielik-robson, o wojciechu jagielskim i pewnie też o polsce.

 

w dzień często przystaję przy oknie i patrzę jak łysieje jesion. machina ruszyła.

 

a.

 

 

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

24 kwietnia, środa

oskar miłosz: „ile razy będziesz wydawać sądy o francji, przypomnij sobie (…), że w każdym robotniku francuskim, takim jak ci, jest dwa tysiące lat cywilizacji” („rodzinna europa”)

 

czesław miłosz: „kto miał rację? czy cnota wyraża się w cierpliwym kształtowaniu krajobrazu przez wieki, krzątaniu się dookoła winnic, rzeźbieniu dębowych szaf louis xiii i louis xv, powolnym rytmie pracy sceptycznych i doświadczonych, którzy łagodzą wysiłek przerwami z pogawędką i szklanką wina- czy też w nagłych porywach woli, zdolnej wznosić st. petersburg na bagnach nad newą i z pustych stepów wypuszczać międzyplanetarne pociski? nie ma wspólnej miary tam, gdzie nie tak samo człowiek pojmuje swoje miejsce w świecie” (takoż)

 

no właśnie?

niespokojna (przewlekła) refleksja po kilku dniach na sycylii.

 

atalka

7 lutego, czwartek, słońce

motto z mikołajewskiego (z dziś, z jego profilu na fejsbuku):

„a więc ma to sens- jeździć i pisać o zobaczonym. zdawać sprawę z myśli, które rodzą się ze spotkania z innymi ludźmi”, którą to z kolei myśl dedykuję wszystkim tym, dzięki którym wiem i przez których coś się we mnie otwiera za sprawą tego, że i oni pojechali, napisali, zdali sprawę. i sobie też ją dedykuję, bo i we mnie jest potrzeba, żeby to co przeżyte pochwycić, zapisać, żeby zostało i żeby pomogło mi rozumieć.

 

rzym. najpierw jazgot mew, ptasia wrzawa nad głową. parasole sosen i zieleń, która w styczniu razi i demoralizuje polskie oczy- żywozielone pokrzywy w bruzdach i szczelinach nierównych chodników, bombki pomarańczy drzemiące na drzewach pomarańczowych, zielony przepych awentynu, cierpki zapach po ulewie, jak bukszpan. potem huk- metra, samochodów na pradawnym bruku, restauracji pełnych ekstatycznych rzymian, ekspresów do kawy, filiżanek i talerzyków, brzęk łyżeczek. zapach pałacu barberini- drewno, miód, dym, rozgrzany kościół, cisza pustych sal i cisza obrazów. tybr raz jak lody pistacjowe, po deszczu błotny i oleisty, rozjuszony. kochany, zaspany awentyn, przyjazne testaccio ze znajomymi już ulicami, placami, trattoriami, barami, targiem. lubię wracać. lubię myśleć, że „do siebie”.

 

w buzi jestem rzymianką. jestem szczęśliwa jedząc chleb z masłem i anchois, parmigianę, pecorino, cierpką zieleninę, karczochy i pulpety. przygotowałam się do tej wycieczki staranniej niż zwykle, wiedziałam czego i gdzie chcę, marzyłam o tym, dzwoniłam do wybranych miejsc rezerwując stoliki moim wątłym włoskim. prowadziliśmy zaawansowane badania terenowe nad cacio e pepe i najbardziej wciąż smakuje mi to w agustarello, wśród nieładnych żółtych ścian i ładnych ludzi. przed wzorowym cacio i pepe talerzyk pecorino i bruschetta z uduszoną cykorią, do cacio e pepe carbonara, po pastach rzymskie pulpety w sosie pomidorowym (nie wiem jak oni je robią, te klopsy są jak chmura. chociaż trochę już wiem, bo poszperałam u rachel roddy, chodzi chyba o uprzednie namaczanie chleba w mleku, już sama ta instrukcja działa na mnie kojąco), dwa espresso, gałka lodów pistacjowych w drodze powrotnej na awentyn. co poza tym- rozsławione kawałki pizzy w pizzarium, dobre, tłuściutkie, trochę jak tosty z dzieciństwa. bruschetty z masłem, anchois i cytryną, kolejne olimpijskie carbonary, sławny na pół rzymu „krokiet” z ogona wołowego i z niego terrina, więcej gorzkiej cykorii. karczochy- a la romana i a la giudia w gettcie, więcej pulpetów w sosie pomidorowym. ostatni obiad w restauracji, na którą bardzo czekałam- bruschetta z lardo i miodem, lasagne z mięsnym ragu z pieca opalanego drewnem (tylko w niedziele, ustawiają się po nią kolejki) i pierożki z ogonem wołowym, kawałek świnki z ziemniakami pieczonymi z rozmarynem (też kolejki, też piec opalany drewnem, pierwszy raz w życiu rozumiałam, o co chodzi w wieprzowinie), parmigiana.

aperitivi- cynar, negroni sbagliato (ostatnio ulubione), wina naturalne, które pije się teraz nad tybrem.

dolci- zawsze espresso, maritozzi, tarta z ricottą i wiśniami, wspaniałe, wspaniałe lody pistacjowe z kalabrii (tak informowało menu), tiramisu.

i zawsze ten ceremoniał, za którym więcej niż przepadam- zawsze obrus, koszyk chleba, grube serwety, jaka woda, szklanki, kieliszki, huk, wrzawa, porządek posiłku, nieporządek na stole, szczęśliwe, tłuste i lepkie dłonie. to osadza, co dzień od nowa, kilka razy dziennie. świętowanie życia (do którego coraz trudniej podchodzić mi z czułością). ostatnio nie mogę uwolnić się od myśli, że każdy żyje tak jak potrafi lub jak może, niewielu szczęśliwców żyje tak jakby chciało. ja potrafię właśnie tak.

jednego wieczoru zastanawialiśmy się jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy byli bardzo zamożni i mogli pozwolić sobie na wiele- i ja wciąż chciałabym tego samego, to znaczy jeździć do włoch i jeść w tych samych miejscach, może mieć tam dom. latać do londynu i na południe francji, zobaczyć amerykę. jeść ser, pić wino, czytać książki. tyle.

pisząc to wszystko mam jeszcze w głowie iwaszkiewicza, któremu jakaś paniusia zarzucała, że jego pisanie i mówienie o jeżdżeniu do europy, do włoch, jest niczym innym jak snobizmem, na co on: „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, to jest moje dziedzictwo, to jest nasze europejskie dziedzictwo”. no właśnie- „ależ to jest moje życie, ja to wszystko kocham, moje dziedzictwo”. weszło mi to w głowę i nie chce wyjść, i dobrze. a jeśli ktoś uważa inaczej, to znaczy nie uważa europy za swoje dziedzictwo, to ja mu jednak zasadniczo współczuję.

 

jeszcze co w domu- brokuł nawpółgałązkowy obgotowany przez czterdzieści sekund, a następnie wrzucony do oliwy z czosnkiem, anchois, rodzynkami i piniolami, zjedliśmy go z kulką burraty. żelazne wariacje na temat cykorie, fenkuły, cytrusy, wczoraj z pieczonymi burakami i ricottą i winegretem z campari i szalotkami i miodem, zagryzane pecorino romano, który kupiliśmy w volpetti na testaccio- burza w buzi, pochód smaku, łomot zmysłów (to moje nowe credo z serii „o co chodzi mi w jedzeniu”, i nad cesarskim pecorino z rzymu, i nad rodzimą renetą z orzechem, i nad kawałkiem fenkułu z oliwą, solą i pieprzem). w ubiegły weekend przyniosłam od pana mikołaja z le rond fromage a la truffe noire i jak wyżej- ta burza, ten pochód i łomot. niebywały ser, jak tort przekładany kremem z truflami, zjedliśmy go z miską zimowych liści i chlebem. pamiętam, że dzień wcześniej byliśmy w euskadi z gajosami i że bardzo smakowała mi tortilla i topinambur, a jeszcze dzień wcześniej siedzieliśmy do nocy przy barze w żonglerce, pijąc i jedząc za życie.

ale głównie wieczne to samo, bo znów przyniosłam dziś z kleparza koper włoski, radicchio, potarganą escarolę, wędzone pstrągi, renety i alwy, pecorino i gorgonzolę mascarpone, czarne oliwki (te ze zmarszczkami) i marynowane karczochy, fasole i ciecierzyce, głowę włoskiej kapusty, orzechy, jaja. dobrze.

 

w dłoniach też rzym- „rzymska komedia” mikołajewskiego, rachel, iwaszkiewicz i jego podróże do włoch. od przedwczoraj jeszcze „wszystkie kroniki wina” bieńczyka, które dostałam w imieniny od matko.

 

jutro zmiana kierunku, bo wydaję kolację dla sześciu osób, chyba będziemy jedli alpy (choć też włoskie).

 

a.

 

 

 

 

 

21 stycznia, poniedziałek

przeprowadzka. trzy ulice dalej, bliżej miłosza. te same przystanki tramwajowe, ten sam policzek plantów, pięć minut dalej na halę targową. mam teraz balkonik, pokój kuchenny i pokój dzienny, ze ścianą i boazeriami jak we włoskim pałacu. za oknem chyba akacje, ale to się okaże bliżej kwietnia. mieszkanie w stylu guadagnino i bertolucci w paryżu i krakowie. nauka chodzenia, uczenie się dźwięków, światła, słońca, zapachów, sąsiadów. dawno nie zmieniałam miejsca, zapomniałam już, jakie to bywa ożywcze. radość i nieustająca biesiada przy nowym (dużym) stole.

 

tydzień temu skończyłam trzydzieści lat, jak dotąd lubię dorastać, dochodzić do siebie, przyrastać i nawet (bo przecież) przekwitać i przemijać. życie nigdy nie było ciekawsze. sprawiłam sobie dzień ulubionych rzeczy- rano jajko na miękko, grzanka, masło i anchois, na obiad cykoria z pomarańczami, orzechy, kwadrat sędziwego comte i gwałtowny soumaintrain (dziękuję ci losie na le rond), chleb i wino, na kolację euskadi- drobny burger na trzy kęsy (najlepszy „kotlet” w mieście) i garstka domowych czipsów, smażone ozory wołowe z majonezem oliwkowym, królicza wątróbka w śmietanie na brioszce, żabnica, faszerowana kozim serem papryczka w miodzie, błyskotliwe gratin z topinamburu z orzechami laskowymi, chleb i oliwa; zabawa. w międzyczasie (między posiłkami) piliśmy cynar spritz, rozpakowywaliśmy i segregowaliśmy książki, szczeniacko radośni.

 

jeszcze o talerzach, póki pamiętam.

 

„braised cabbage” według molly stevens, świetne. na ostatnie minuty zapiekłam ją w taleggio, bo jego miałam w lodówce (to była niedziela przed trzema tygodniami, którą całą spędziliśmy nad „ankietami” osadzającymi i wieńczącymi ubiegły oraz przepowiadający obecny rok).

burrata, którą zjedliśmy z cykorią z winegretem, do którego dolałam aperolu- polecam.

brokuły i anchois, przez thoma eagle.

niezłe brandade w zakładce, z francuską zapiekanką ziemniaczaną.

żonglerka, wino, szymon zapowiadający noce z bagna caudą, jego terrina, fasola i oliwa i pistacje, chleb, kęsy, łyki, dłonie, dobrze.

liczne talerze sycylii- fenkuły, pomarańcze, czarne oliwki, szalotka, orzechy (włoskie lub laskowe).

w ogóle fenkuły i pomarańcze z sycylii, dzięki in campagnii.

w sobotę makaron pt. tyrol- krótki i razowy z kapustą włoską, creme fraiche i usmażonymi okruchami chleba.

wczoraj (niedziela) cykorie faszerowane czarnymi oliwkami, kaparami, okruchami chleba, czosnkiem, nacią pietruszki, rodzynkam, anchois i i piniolami, uduszone w battuto, oliwie, miodzie kasztanowym i białym winie, przepis z „the vegetable book” jane grigson, wspaniałe, wspaniałe.

kędzierzawa głowa cykorii endywii, którą jem radośnie trzeci dzień- raz z wingretem z anchois, raz z jajami na półtwardo, raz uduszoną na wiarę sycylijską.

dziś kolejny bankiet przy nowym stole: sycylia (fenkuł, pomarańcze, oliwki etc., jak wyżej), rzym („serca” cykorii z anchois i oliwą i pecorino), alpy (bo speck).

ulubione sery w styczniu- pecorino romano (wielka miłość) i langres (to szampania).

 

w następnym odcinku zamiast kulinariów będą kulturalia.

 

o polsce mówić nie będę, nie chcę, już nie umiem. ból brzucha, ból serca.

 

a.

 

 

5 stycznia, sobota

z radością i entuzjazmem jem od dwóch dni kaszę gryczaną z olejem lnianym, ledwo co zblanszowane brokuły wrzucone następnie na oliwę z czosnkiem, chili i migdałami, po prostu jajka, fenkuły z pomarańczami i oliwkami. koniec i początek roku na talerzach były barokowe, galowe, rubensowskie, wspaniałe.

 

na przykład (jednak naprawdę) ostatnia pizza w en plato w ubiegły czwartek- bianca z fior di latte, kaparami, oliwkami, kędzierzawą endywią i z anchois w miejsce pancetty, maestro hrabia spełnia moje ukryte pragnienia.

leek vinaigrette, jaja na półtwardo, prosciutto.

piątkowa kolacja w żonglerce- ulubione sery, anchois i chleb, fasola jaś z oliwą i kruszonymi pistacjami (wybitne), kawał terriny z jagnięciny, królika, wątróbek, gęsiego smalcu, więcej chleba, wina. prosto ze zwierzyńca poszliśmy żegnać się z kinem ars (zamiast kina będzie hotel) pięcioma godzinami sorrentino (i kolejnymi dwiema w niedzielę, już w domu, bo na dokładkę przypomnieliśmy sobie „młodość”). nie chcę brzmieć jak tetryk, ale mam serdecznie dość kolejnych hoteli i carrefour express w sąsiedztwie i w miejsce miejsc, o które zahacza się moje życie; ile carrefour express potrzebuje naród i świat, jakie to nudne. do kina poszliśmy z termosem earl greya i butelką wina. „wielkie piękno” jest niezmiennie i zdaje się że coraz bardziej wielkie, to chyba mój film, choć niespecjalnie oryginalne to wyznanie. oglądany pewnie siódmy (ósmy?) raz, pochłania i rozpala po (siedmiokroć) ośmiokroć, w zasadzie mogę kończyć jeden seans i zaczynać kolejny. w drodze do domu opowiadaliśmy sobie o wątkach i szczegółach, których wcześniej nie zauważyliśmy, to wspaniałe. zdaje się że mam słabość do rdzennych neapolitańczyków- sorrentino, ferrante, starnone, loren, pizza. przed rytualną „la grande bellezza” czekani z duszą na ramieniu „oni”, ta dusza niepotrzebna, chyba winna już jestem sorrentino zaufanie. wspaniały film o włochach, moją recenzję właściwie wyraził varga swoją recenzją („duży format”), i ja obcując z  sorrentino jestem „żarliwie wierzącą ateistką”, zupełnie mnie oszałamia. jestem fanką jeszcze tego spostrzeżenia: „jak się żyje na gruzach cesarstwa rzymskiego, to coś się tam wie o upadku cywilizacji. my tego wiedzieć nie musimy z przyczyn oczywistych- u nas cywilizacja zanim się rozwinęła, to już upadła, zatem nikt na to uwagi nie zwrócił” (śmiech przez smutek).

dalej. bigos mojego taty, kiełbaski z dzika.

na ostatnie śniadanie w starym roku- jajko na miękko, grzanka, masło, anchois; na pierwsze śniadanie w roku- infancie- rytualne naleśniki magdy, w twarogu rodzynki i skórka z pomarańczy, wiejska śmietana.

w noc sylwestrową sernik mojej siostry, świetne vitello tonnato oli i piotra, sery, cheddar marynowany w oliwie i cytrusach, anchoiade z włoskimi orzechami i suszonymi figami, bagna cauda, kiszonki, orzechy, chipsy z octem. wyniesione przeze mnie pod niebiosa tiramisu oli. na stoliku- butelki cynaru, aperola, campari, pimm’sa, china martini, cytrynówki marco, prosecco, brzęczenie szklanek i kostek lodu. koniec roku w tarczku, edycja pt. „la grande bellezza”.

a dziś, z niewielkim poślizgiem, ale z wielkimi nadziejami- włoskim zwyczajem soczewica na pomyślność i na szczęście, proporcje według rachel roddy (plus salsa orzechów włoskich i creme fraiche według deborah madison, plus ostatnie plastry sopressy).

 

rok umrzyk był bardzo trudnym doświadczeniem, z kłopotami na licznych frontach, ale nie umiałabym powiedzieć  że to jednoznacznie zły czas, przeciwnie. za nami rok tłusty od przeżyć i przypływów piękna, często myślę o tym, jaka byłam szczęśliwa jadąc, jedząc, pijąc, słuchając, patrząc, mówiąc, myśląc, czytając, odkrywając, rozumiejąc, planując, wymieniając myśli, żywiąc nadzieje. jest we mnie grad wdzięczności na ten temat. sporo się nauczyłam. na przykład spać. na przykład odpuszczać, głównie sobie. czekać, i pokory wobec zmian losu. milczenia w bólu, bezradności, strachu. nie mieć oczekiwań, racjonalizować rojenia. łagodzić język i sądy. odpędzać z pola widzenia, czytania i słyszenia osoby, które mi szkodzą lub budzą złe emocje, albo przeciwnie, prowokują we mnie paskudne (zawsze przecież niesłuszne) i szkodliwe samozadowolenie. patrzeć na siebie, nie odnosić siebie do, nie porównywać z kimś. spokój.

 

nowy rok, nowe-stare na linii widnokręgu i w kalendarzu. mój rok liturgiczny- liturgii kultury: kochane festiwale, premiery w kinie, teatrze i na półkach, premiery słów; stare w kinie, teatrze i na półkach. spotkania przy stole (z tymi ludźmi, o tych stałych porach roku/życia, w tych miejscach, ale też i nie, z nowymi, o nowych, w nowych), zdarzenia i kolacje okolicznościowe, podróże do włoch, przez polskę, w nowe i stare, wymiana myśli, wymiana adresów.

czas start.

 

ps. jeszcze w grudniu magda spytała mnie, co właściwie myślę o tej swojej agacie, czy nie wieje mi chłodem, a ona przecież nie chce, żeby mnie zawiało. w końcu ktoś odpowiedział na moje zastrzeżenia! od tej pory mówi do mnie ata, atalia. o jak mi się to podoba. wyczytałam, że atalia była samozwańczą królową judy, że imię znaczy tyle co „bóg jest wielki”, że jest taka wieś w ohio, a a w galaktyce planetoida o tym imieniu, że tropikalne lasy brazylii porasta atalia brazylijska (dość dziwaczna).

zatem,

 

ata/atalia

 

 

 

 

 

24 grudnia, wigilia

o co chodzi mi w teatrze:

1.czy coś mi mówi, coś otwiera

2.czy mnie niesie, rozbudza i pobudza krążenie krwi

najlepiej gdy spełnia obywa warunki, choć chętnie patrzę na brokat na przykład „morfiny” marciniak czy „kabaretu” warlikowskiego, a nic istotnego po nim przecież w głowie nie zostaje. to przyjemność podobna patrzeniu na whitney houston albo kolejnym odsłuchiwaniom płyty „faith” georga michaela czy moich playlist, na dźwięk których matko łapie się za głowę.

lubię też to, że nigdy nie wiem czego powinnam (i czy powinnam) się po teatrze spodziewać, co zobaczę i usłyszę, ta powtarzająca się niespodzianka i świeżość przeżycia są bardzo pociągające. a na poziomie elementarnym lubię to, co wydarza się między aktorami. gdy uda im się wytworzyć uczucie na żywo, na chwilę, od ręki- nie jak duble w kinie, nie jak przepisywane kilkakrotnie wątki w książce-to jest to wielkie. co oczywiście wcale nie jest oczywiste ani częste, o ile częściej się taka iskra nie pojawia niż pojawia- zresztą podobnie jak w filmach, jak w literaturze, wreszcie jak w życiu- ale jeśli już błyśnie, to zostaje mi w głowie na długo i grzeje. przy okazji myśl jak przyjemnie i ciekawie być aktorem teatralnym, jaka to praca bez końca.

 

smutek tęsknoty za smutną boską komedią. w tym roku teatr zadawał pytania o rachunki życia, o poczucie przynależności,  rozczarowania- i nie wyposaża w narzędzie nadziei. ile razy wracałam do domu z głową spuchniętą od pytań czy i ja przeżyję tak swoje życie, czy gorzkie rozczarowanie gdzieś na końcu jest wpisane w los, mimo zarzekania się i postanowień, że nigdy do takiego nie dopuszczę; czy można zrzec się uczestnictwa w pewnych scenach? czy koniec końców deser zawsze smakuje cierpko? czy obietnica finalnej słodyczy to największa ułuda, jaką się karmimy i jaką karmi się nas (ułuda spełnienia, czasu, życia wiecznego, raju, „na emeryturze” etc.)? czytałam w ubiegłym tygodniu „poczucie kresu” i barnes, przyglądając się swojemu bohaterowi, pisze że ten swoim samobójstwem odrzucił „kompromisy i małość, z jakich składa się życie większości ludzi. ‚życie większości ludzi’: moje życie”. no właśnie. tak samo z relacjami- dlaczego one wszystkie więdną albo dlaczego trwają te które niekoniecznie trwać powinny, i dlaczego według tego samego scenariusza, i dlaczego większość sprzeczek między dwojgiem ludzi jest tak do siebie podobna, dlaczego nie umiemy mówić inaczej, i że ja tak nie chcę i nie zamierzam (choć przecież bywa że tak się zachowuję) i ach na pewno na pewno nie, ja nie, nigdy, i czy to się w ogóle może się udać- to zawsze, to nigdy, nie tak, tak. bóg się rodzi, moc truchleje, piecze się ciastka, a ja jak widać niezmiennie jestem w nastroju mocno ostatecznym.

 

w ubiegły (zbiegły) czwartek poszłam na spotkanie z andrzejem sewerynem opatrzone przez wakara tytułem „trzeba mieć pogląd na świat- między sztuką a odpowiedzialnością”. fortunnie się złożyło, bo był to dzień w którym warlikowski przemawiał w parlamencie europejskim, zresztą bardzo ładnie- apel budzący lęk i poczucie mocy, i zdania z serii „wierzę w książki” i sporo o odpowiedzialności, mocno dziś niepopularne. seweryn później uderzał w te same nuty, zajmująco, pokrzykując o pracy u podstaw jako ostatniej desce ratunku (choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że na deski ratunku jest już za późno). moja myśl, że jeśli w ogóle towarzyszy mi jakaś religia, to oprócz objęcia natury jest nią kultura. brzmi patetycznie i jakoś niespecjalnie, ale to prawda. prosto z rajskiej pobiegłam do massolitu na rozmowę z markiem bieńczykiem o literaturze francuskiej i przekładzie, a stamtąd na scenę kameralną starego teatru na niespecjalnie udany „1946” brzyka. to pewnie nie jest dominujący pogląd, to pewnie jest pogląd mocno naiwny, ale moim zdaniem to jest właśnie życie i chciałabym swoje przeżyć właśnie w ten sposób (i jeszcze „jeść pić kochać”).

 

w (także zbiegłą) sobotę na obiad była ostatnia w tym roku pizza w en plato, a na kolację „wyjeżdżamy”. wiem, że krytycy od teatru są innego zdania i podkreślają wspaniałość tej nowej u warlikowskiego cechy niezachłystywania się samym sobą i nielatania za własnym ogonem, ale mi warlikowski bez brokatu i złota i warlikowski linearny wydaje się jednak szczuplutki, miękki i niespecjalnie zajmujący, ja na to nie reaguję; nie dość, że nie mówi nic nowego, to jeszcze nic inaczej. choć brak reakcji to też jest jakaś reakcja, i tu wracamy do przemówienia z brukseli („wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowany przez dialog”) i mojego wywodku o teatrze w ogóle- teatr może mi się nie podobać, ale na końcu i tak rozmawialiśmy o tym spektaklu do nocy (ja na dodatek ostatnio nie mogłam spać, regularna, podręcznikowa bezsenność, bezsenność obolała, okropne), i słuchaliśmy co o tym warlikowski, ja następnego ranka czytałam cały pęk recenzji, przy śniadaniu dalej o tym mówimy, ja dalej o tym myślę i od tamtej soboty odsłuchałam kilka audycji w tej sprawie- i to jest jakoś wspaniałe, to dowód na dialog, myślenie (w przypadku „wyjeżdżamy” wyjątkowo) krytyczne, na myślenie w ogóle które teatr zapala.

 

na talerzu często duński chleb zosi, jaja na miękko, masło. na naszą krakowską wigilijkę przed rozjazdami zrobiłam brandade z wędzonych pstrągów, do niego pieczone ziemniaki, prosciutto, sery, kiszone ogórki, pieprzna rzepa. w piątek jadłam pyszny bigos, dziś kanapki z kurczakiem, majonezem i awokado i inauguracyjny kawałek miodownika.

mniej więcej raz w roku mam chęć na ciastka i ten czas jest teraz. przed weekendem upiekłam partię laskowych ciastek z syropem klonowym nigela (powszechnie ulubione), cantucci z nasionami kopru włoskiego, rozmarynem i prażonymi migdałami heidi swanson (te ulubione przeze mnie) i kruche na słonym maśle z gorzką czekoladą z przepisu w „new york timesie” (te z myślą o matko).

 

w piątek z zainteresowaniem przyglądałam się (szczególnie) brytyjczykom świętującym winter solstice, to bardzo ładne i sensowne, za rok zamierzam aktywne włączyć się w obchody wydaną kolacją i odpowiednimi toastami w intencji światła. zamiast wigilii wolałabym świętować nadzieję na światło. czytam o pogańskich zwyczajach w tej sprawie, dla zabawy i z przyjemnością ułożyłam sobie menu na taką wigilię światła. blisko mi ostatnio do roślinnego, świetlistego pogaństwa, to jest autentyczny przedmiot mojej wiary, nie wiem dlaczego nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam (dopiero w piątek i wczoraj przez miłosza piszącego o litwie).

również w piątek jechałam pociągiem z wrocławia do jeleniej góry i z powrotem, jaka to ładna trasa, w dodatku przez „moje” miejsca- wałbrzych, wsie rudaw janowickich, janowice wielkie, doliny i łąki. po drodze koścista, wilgotna polska, zapłakana, grudzień w ostatnich latach znacznie stracił na urodzie. w drodze powrotnej moje źrenice przypominały naleśniki za sprawą atropiny, słuchałam więc sobie kolejno „dwukropku” franaszka z józefem henem, rozmowy z andrzejem sewerynem w „dwójce”, odcinków „bbc food programme” o jadalnych kasztanach z rachel roddy w roli głównej i tego z podsumowaniem książek kucharskich za odchodzący rok, a w bbc 4 po każdym serwisie informacyjnym z okazji winter solstice czytano wiersze na ten temat. bardzo, bardzo lubię słuchać.

 

zanudzam ostatnio wszystkim opowieściami o the feast of seven fishes / festa dei sette pesci, o jak mi się to podoba. nie wiedziałam, że włosi też obchodzą wiglię, która w dodatku nazywa się la vigilia, że też tradycyjnie poszczą aż do wielkiej kolacji, która tradycyjnie składa się z siedmiu dań z rybami i owocami morza w roli głównej (solony dorsz!anchois!ryby!zupa rybna!), a na deser jedzą cannoli. nowe marzenie- przebyć kiedyś wigilię w rzymie lub neapolu.

 

chłód marszczy plecy, rodzinne góry wzburzone, od trzech dni nieustająca wichura, bunt świata-moim zdaniem uzasadniony.

do czytania w święta mam „rodzinną europę” i książki kucharskie co pod choinką.

mogę sobie tu pogadać o tym wszystkim, o czym nie bardzo mogę przy świątecznym stole.

 

spokoju.

 

a.

14 grudnia, piątek, a kuku

Śniło mi się, że urodziłam dziecko i karmiłam je mąką żytnią. Kołyszę się do snu myślą o dzieleniu i formowaniu ciasta miękkiego jak pupka, jak policzek. Kręgosłup lędźwiowy trochę trzeszczy, skrzynka mailowa też, prawie rozumiem już brioche, prawie umiem napisać jeden tekst w cztery godziny, prawie umiem odmówić pajdy. Dziś jednak owsiana z masłem i bursztynem, czasem bogata, bo z brie albo z mortadelą, a najczęściej prościutka. Wszystkie kanapki mojego życia jem teraz przy naszym roboczym stole, w domu w koło macieju to samo – jedna zupa przez tydzień [buraczkowa, kapuśniak z Jadłonomii, dhal, krupnik gęsty jak kaszotto, pomidorówka na rosole, a nawet o zgrozo i z braku laku (czasu na zakupy) krem z brokułów albo szpinaku]. Jajo. Kawałek ciasta na deser albo czekolada czy cukrowe „noski” przywiezione w listopadzie z Gandawy. Wpełzam pod koc i zaczynam drugi etat.

 

Poranki: nie istnieją, tylko w weekendy robię sobie śniadanie w świetle dnia. Wielki powrót papek – kremu jaglanego z mascarpone, kardamonem i pomarańczowym miodem, ryżu na mleku (grudka masła, brązowy cukier, cynamon), kaszy manny z malinami. Moje pierwsze congee, niby udane, ale jednak sos sojowy mi o poranku przez gardło przechodzi z trudnością.

 

Pomiędzy: jesień fasoli, jak u Ciebie rok temu. Odkryłam bogactwo Mięsnego na Saskiej Kępie i nałogowo wykupuję ich kiełbaski, wspaniałą kaszankę (z jabłkowym puree i syropem od Rajmana), a nawet cielęce parówki, które podobno przyjeżdżają spod Krakowa. Jemy z keczupem i chlebem z masłem, jak za szczenięcych lat. Herbata z cytryną. Sałatka jarzynowa i kanapki z szynką. Czasy kolacji wymiennych ze śniadaniami, gdzie jesteście?

 

Wieczory: „Genialna przyjaciółka” i kilka innych równie sławnych co słabych seriali, o których nie chce mi się nawet pisać, „Szczelina” Doris Lessing, nowy Myśliwski (ach), komiksy Kultury Gniewu, „Małe Kobietki”, które pamiętam w swoich rękach pod koniec lat 90., Rachel Cusk (nie), „Jestem miłością” (bardzo tak, jak dobrze mieć długą listę nigdy nie obejrzanych klasyków starej i nowej daty), różne inne sprawy. Oprowadzanie kupców po mieszkaniu i rozmowy z notariuszem na przykład. To jest dopiero niekończąca się historia, trwa jej pierwszy tom – równo rok temu zaczęłam szukać nam mieszkania, jeszcze nie wyszliśmy z przedmowy.

 

Ciemność i zgniłość świata rozwiały nam ostatnio dwie małe podróże – nad zwykłe polskie morze i do pięknej, pustej i czystej Flandrii. W tej drugiej mój brat karmił nas mapo tofu i chińskim makaronem, smarowaliśmy sobie nosy czekoladą z rzeczonych gofrów, oglądaliśmy  i wypiliśmy bardzo dużo jak na tę chłodną porę roku zimnego piwa, ale było pięknie, zagranicznie. Tydzień temu ugościł nas za to Kołobrzeg. Zjadłam lody śledziowe (z przyjemnością, bo w tym roku mam ewidentnie jakieś rybne niedobory) i piłam wina swojego życia, pod kapustę, barszcz i pomidorową galaretkę z pstrągiem. Poszliśmy potem na spacer do Gdańska. Piesze linie proste wpędzają mnie w taki rozkoszny trans, a poszczególne stacje kolejowe na trasie do Warszawy w rozkoszne drżenie. Gdynia, Sopot, Oliwa. Marzenie na późniejszą dorosłość, chyba że wcześniej zaleje nas Bałtyk.

 

Zatraciłam potrzebę autokreacji internetowej, to i cicho.

 

K.

 

 

11 grudnia, wtorek

od ostatniego śladu mojej tu obecności:

 

-rachel roddy ogłosiła nową książkę, 50 rozdziałów o makaronie, bardzo mnie ta nowina pobudziła.

nową książkę zapowiada też emiko davies, historia i pretekst które za nią stoją urocze- opowiastka o jej toskańskim teściu, który od lat pięćdziesiątych wita nowy rok tortellini al sugo, tanim spumante i partyjką tomboli, który to zwyczaj podchwyciła cała okolica- jakie to ładne. tyję od takich opowieści, to jest właśnie kręgosłup życia. sama emiko bierze mnie jednak niespecjalnie, wszystko u niej ładne i miłe, ale brakuje w tym pestki, a mi w życiu idzie właśnie o pestkę.

-molly wizenberg w końcu, po roku bezgłosu, napisała tekst na orangette. aj jak ona potrafi to robić i jak było tego brak.

-w bbc4 czytano rano listy sylvii plath (z ameryki do anglii), zajmujące, a my słuchaliśmy w samochodzie dziennika herlinga-grudzińskiego z ostatnich lat jego życia (radiowa dwójka).

-dwukrotnie byliśmy w en plato, czuję się tam zupełnie u siebie, a pan kelner pamięta, że chcemy „napoletanę, ale z di bufalą zamiast wędzonej provoli, margheritę di bufalę, ale z dodatkiem salami (słodkiego i pikantnego), niegazowaną wodę, ale nie z lodówki, zimne chino i kieliszek chardonnay z sycylii”, to bardzo miłe. a teraz w dodatku przez cały sezon cytrusowy można kupić tam sycylijskie pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i cytryny.

-zrobił na mnie wrażenie wywiad o bezdzietności w „wysokich obcasach” sprzed weekendu, który moim zdaniem jest rozmową o życiu w ogóle, kawał niedzieli dyskutowałam o niej z basią i schowałam go na kiedyś.

-widzieliśmy „pod osłoną nieba” bertolucciego, piliśmy cynar. zanotowałam sobie, że puenta filmu i puenta rozmowy z teodorczykiem (jak wyżej) jest o tym samym w gruncie rzeczy i w gruncie życia- że w gruncie rzeczy w życiu idzie tylko o grunt życia, a ja bardzo nie chciałabym tracić go z oczu, rozmieniać się na drobne, wspierać się o rekwizyty, patrz pestka.

-dowiedziałam się, że w ubiegły piątek obchodzono w mediolanie dzień świętego ambrożego i jedzono na potęgę pannetone, nie znałam tego święt(k)a.

-byłam na polonistyce uj-otu na grodzkiej na debacie o dwóch polskach- polsce herberta i polsce miłosza z chwinem i franaszkiem w roli głównej, byłam tym wydarzeniem dziwnie podekscytowana. jakąś dziwaczną przyjemność sprawia mi siedzenie w ławce w sali, gdzie w ławkach obok stala, fiut i cały kwiat krakowskiej polonistyki, o którym czytałam całe nastoletnie lata, taki sentyment zostaje. myślę sobie, że zawsze bardzo lubiłam być odbiorcą (kultury), to daje mi radość i zaopatrza w sens życia. nigdy chyba za to nie chciałam być „twórcą”, to nie mój temperament.

-widzieliśmy sześć odcinków „genialnej przyjaciółki” i jestem kompletnie odurzona, dobry boże, jak to niesie, jakie to piękne i ogromne. mała lenuccia prześliczna, michele solara o aparycji miłosza skrzyżowanego z markiem hłasko, lila jak kot, ogromna, ogromna przyjemność. a ja od trzech miesięcy uczę się włoskiego i mam ambicję, by mówić po włosku.

-jadłam risotto z brukselką, soczewicę casteluccio według rachel roddy, pieczoną kapustę, pieczoną w całości głowę kalafiora z fetą ubitą z creme fraiche i skórką otartą z cytryny, leek vinaigette, cykorie pieczone w prosciutto cotto i kremówce, cytrynową zupę z soczewicy z kolendrą (heidi swanson), gryczane galettes, dużo orzechów, dużo serca.

-przeszłam (mam nadzieję, boję się trybu dokonanego) przez piekielny krąg fizycznego bólu. za każdym razem jestem oszołomiona, że ciało może tak boleć, później pamięć o tym się zaciera, potem znów się dziwię, i tak w koło macieja.

-kupiliśmy smerka, jest krępy i przytulny, choć jeszcze nie mruga, bo nie znaleźliśmy czasu by opleść go lampkami. pomyślałam wczoraj, że święta są mi właściwie zupełnie obojętne i jeśli coś mnie cieszy, to to żywe drzewko w domu, i może jeszcze szansa na makowiec i kolędy preisnera (trwałe uczucie).

 

w krakowie festiwal boska komedia, od ubiegłej soboty do przyszłej niedzieli co dzień jestem w teatrze. w niedzielę zespół teatru starego po ponad rocznym rozstaniu, radość. demirski może nie w olimpijskiej formie i może „ale to już było” (dodatkowo jako widz czułam się na przemian to ganiona i zawstydzana, to łechtana, że oto „o, a ja taka wcale nie jestem, ha”- ten zabieg udany. koniec końców z teatru i tak wyszłam z migającą niespokojnie w głowie sygnalizacją świetlną że jaka właściwie jestem ja, czy i ja straciłam proporcje, czy umiem jeszcze myśleć i mówić o sobie z rozsądkiem), za to ta banda tak, ogromnie lubię na nich patrzeć. lubię myśleć, że to mój zespół, czuję się z nimi związana, tęskniłam.

wczoraj w słowackim do północy „trzy siostry” teatru z lublina- ciekawa, inteligentna, momentami porywająca inscenizacja, mówimy o nich i czytamy. wracaliśmy potem do domu przez planty, które mówiły o teatrze, to ładne i krzepi.

dziś kleczewska z teatrem śląskim, mocno się na jej temat z matko nie zgadzamy.

jutro znów czechow.

 

a.

 

 

 

 

 

26 listopada,poniedziałek

dziś będzie tryptyk (utknęłam na terapii i mam morze czasu, będę pisać).

 

wpierw itinerary, co ze mną ostatnio etc.

 

1.w ubiegłą sobotę z niedzielą mieszkałam w pięknym starym domu w górach sowich. nad górami siwy dym jak nad krakowem, co uszczupla radość życia, za to w domu bardzo pięknie- szarlotka z domową konfiturą z róży (mama), zlew kuchenny, o jakim marzę, kredens pełen herbaty, chrupiące podłogi i schody. matko cały wieczór łuskał włoskie orzechy, ja zrobiłam scenę, co mi się ostatnio zdarza, i do dziś wszystkich przepraszam. mam w głowie jeszcze przydomowe ogródki z ostańcami dalii, śnieguliczką, szyszkami i epilogowymi różami- kolory jak w malarstwie holenderskim, pod polskim listopadowym niebem, unia europejska.

2.w piątkowy wieczór urządziliśmy sobie pierwsze święto dziękczynienia we wrocławskiej napie, wszystko jak lubię- opalona brukselka z parmezanem, pieczone ziemniaki z aioli, burrata i dynia i piegi z orzechów laskowych, chorizo w morzu czerwonym sosu z chorizo, dorada, cannolo, espresso. piliśmy valpolicellę, bo wyczytałam ostatnio że było to ulubione wino audena i byłam ciekawa, a potem gewurztraminera, który już mi jednak przeszedł, wydaje mi się za słodki. a propos- zdecydowaliśmy ostatnio z matko (niezależnie od siebie), że 1.wszystko zdaje nam się ostatnio zbyt słodkie i 2.chyba niespecjalnie lubimy słodycze (mój ulubiony deser- kawa, affogato, jabłko i ser, latem placek z owocami, raz na jakiś czas dobre tiramisu, poza tym ricotta z miodem, i właściwie tyle). ja mam nawet większy kłopot, bo doszłam ostatnio do wniosku, że właściwie nie interesuje mnie już pieczenie i nie bardzo lubię to robić (HA HA). wczoraj zresztą rozmawiałam o tym z bunią, która poczyniła wyznanie, że nie lubi gotować, za to piec czy lepić pierogi już tak- więc ja zupełnie na odwrót. najbardziej zajmuje mnie gotowanie, zestawianie, układanie, poznanie, przetwarzanie, dokopywanie się do podstawy i esencji smaku. ergo- najwyższy czas zmienić swoje myślenie i narrację o sobie (po raz kolejny, i znowu, i wolta- ach życie. łapanie siebie zajmuje mi obiektywnie dużo czasu i wysiłku, ale nie tracę nadziei, że kiedyś się do siebie dokopię. a może wcale nie, i może to jest właśnie życie, i może nie mam (nie znam) na nie innego sposobu).

3.w ubiegłą niedzielę „makbet” dudy-gracz we wrocławskim capitolu, na tyle atrakcyjny, że dalej czasami o nim myślę. przy okazji wniosek, że szekspir w tłumaczeniu barańczaka sporo traci i dlaczego właściwie nikt się nim dziś nie zajmie od nowa, zasługuje na to.

4.w czwartek podwieczorek na dwa kieliszki z janem peszkiem w roli głównej, który już w pierwszym zdaniu wywiadu zadeklarował, że najważniejsze w życiu jest umiłowanie życia (to jak nigella w rozmowie z de bottonem, który podesłała mi agnieszka- pełna zgoda). na dodatek dobre wina (amfora, dla mnie podejście magiczne) i zjawiskowa kozia bryndza z gospodarstwa w łomnicy.

5.poza tymi niewątpliwie atrakcyjnymi miejscami otarłam się też o otchłań fizycznego bólu i gęstej mgły mózgowej, złe dni. moja przypadłość przypomina chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym objawy są nie natury mentalnej, a organicznej. od olimpijskiej formy i fizycznej manii, przez spokojne i niezłe dni, aż do niskich kręgów piekła. srałby to pies.

 

część druga: wczoraj skończyłam czytać herberta, z duszą na ramieniu. zawsze przecież niby wiem, że bohater biografii nie żyje, a potem i tak co chwilę martwię się, że umrze.

bardzo wzbogacający czas, chce mi się czytać całą masę różnych rzeczy, na które wcześniej nie miałam ochoty albo zupełnie mnie nie zajmowały. moja główna konstatacja po tej obszernej lekturze jest taka, że sercem stoję jednak przy miłoszu. pociąga mnie  jego rozumienie ojczyzny i polskości, życia, metafizyki, jego wolty i istota, jego demony i furie, jego kłopoty z tożsamością, jego brwi jak bór. jest we mnie za to duża niezgoda na radykalizm i mitomanię herberta, a w późniejszych latach jego życia na pogardę i patos, którymi faszerował siebie i swoje teksty, wszystko to dość paskudne. franaszek musi go bardzo kochać, mnie nie stać w swoich sądach na taką wyrozumiałość i dyplomację. przy okazji jestem mocno zaniepokojona, bo do tej pory wydawało mi się, że pewien rodzaj inteligencji, oczytania, smak bronią jednak przed taką goryczą, ślepotą i złością w starości, przed zupełną utratą proporcji, ale chyba wcale nie (i co w takim razie chroni). jednak poza tym- wiele wierszy zachwycających, nikt też nie pisał takich listów jak herbert, ogromna, ogromna przyjemność. w środę na uniwersytecie jagiellońskim spotkanie z franaszkiem i chwinem o herbercie z miłoszem właśnie, potem trochę odzipnę (nad tokarczuk i może jakąś fabułą), a później wrócę do biografii miłosza, bo lata temu przeczytałam ją wybiórczo i bez sensu. zadanie domowe (tymczasem zdjęłam z regału korespondencję herberta z hartwig i międzyrzeckim i zaczęłam czytać w tramwaju, listy jak golf na zimę).

 

wreszcie punkt trzeci- stołowy.

 

mianowicie postanowiłam obchodzić święto dziękczynienia, bo uważam je za bardzo piękne (zgłosiłam też pod rodzinne głosowanie wniosek o zaniechanie „obchodów” gwiazdki, bo takie w mojej rodzinie właściwie nie występują, ale nikt nie podjął tematu). myślę, że wdzięczność jest w życiu kluczową kwestią, a myślenie o niej dobrze robi na proporcje. rozumiem też, dlaczego thanksgiving nie ma szansy powodzenia w polsce, ceremonie wdzięczności, radości i pokory to nie nasza specjalność. włosi za to mam wrażenie obchodzą święto dziękczynienia na okrągło, szczególnie wieczorami i przy każdym zajściu do baru (pochwała życia, wspólnotowość, duma z plonów ich ziemi, duma z tej ziemi w ogóle, etc.). w związku ze wszystkim powyższym w piątek wydałam pierwszą kolację dziękczynną, jedliśmy gratin z brukselki z pancettą (z bon appetit, jakie to dobre) w tłustej śmietance, puree z pieczonego selera z orzechami laskowymi, czerwoną kapustę z gruszkami, marynowane buraczki, ser puzzone, którego nie znałam i który wcisnął mi mirco (cosi cosi), wino.

 

w sobotę pół dnia dusiłam ragu z dziczyzny myśląc o umbrii, efekt więcej niż zadowalający. oprócz spraw fundamentalnych (czerwone wino, bulion, mleko, sofritto, trochę passaty, pancetta, rozmaryn, listek laurowy) dodałam do sosu skórkę parmezanu i marsalę, mięso zamarynowałam na noc w czerwonym winie z czosnkiem i szałwią. zjedliśmy prawie cały garnek ze świeżym papardelle i kopczykiem parmezanu. byliśmy szczęśliwi.

wczoraj na obiad ulubione brandade z wędzonego pstrąga, jestem apostołką brandade. brandade mimo nieszczególnego oblicza jest w moim odczuciu jakoś luksusowe, radosne, odświętne. w roli aktorów drugoplanowych- grzanki, czarna, pieprzna rzepa, ogórki kiszone, francuskie korniszony, rukola i rukiew wodna z oliwą i cytryną, pancetta. czego więcej, i po co.

tej jesieni potrafię zjeść tęgie ilości kapusty, nic mi tak nie smakuje. pieczona, duszona, kiszona, kimchi, surowa (najchętniej włoska), sok z kwaszonej kapusty. ulubiona to dalej pieczona z „winegretem” z orzechów włoskich, okruchów chleba, czosnku, oliwy, miodu, parmezanu.

w lodówce mam jeszcze zupę ogórkową z koperkiem, w kuchni moczy się ciecierzyca na humus, w pergaminie w lodówce kawałek comte i włoski caprino, pierwsze pomarańcze z sycylii.

 

z nadzieją na lepszy tydzień-

a.

 

 

15 listopada, czwartek

okazuje się, że z herbertem mamy wspólne nie tylko zadarte nosy i policzki jak na drożdżach, ale smakują nam te same rzeczy. na przykład taki jadłospis posłany żonie z olevano romano w lacjum- „rosół z jarzynami i parmezanem i risotto z jajkiem i szynką”, a także „ratatouille- oberżyny, zucchini, pomidory, cebula- w oliwie to wszystko- pycha”. franaszek odnotowuje dodatkowo, że herbert chętnie gotował też barszcz i że najbardziej przepadał za kuchnią francuską i prowansalską. bardzo jestem rada. poeci niezahaczeni w codzienności zawsze wydawali mi się podejrzani i niepełni.

 

a propos jadłospisów i życia codziennego. w sobotę poszliśmy odebrać z le rond odłożony krążek sera mont d’or (śliczny, z niepasteryzowanego mleka, sosnowy i mleczny), więc na obiad było święto. jesteśmy pionierami sezonu, bo z kolei w tym tygodniu oglądam kolejne parujące krążki na profilach licznych brytyjskich restauracji o zacięciu francuskim i starozachodnioeuropejskim. upiekłam go z białym winem i pieprzem i zjedliśmy go jak pan bóg przykazał- z ziemniakami, chlebem i dojrzewającą wędliną, a także z talerzem zielonych liści, marynowanych buraczków i kiszonych ogórków. pyszna zabawa, wyjątkowo przepadam za takimi party, lubię jeść rękami. zahacza mnie to też jakoś w cywilizacji, do której jednak tęsknię i do której się poczuwam. w ogóle europa w buzi- ser, chleb, wino, jarzyny, podstawy, czystość smaku- to interesuje mnie ostatnio w jedzeniu najbardziej, w jedzeniu i w ogóle.

 

w niedzielę byliśmy na śląsku z wizytą u borkowskich, na rogalach marcińskich i gęsinie.

w poniedziałek jedliśmy dynię  (acorn, nie wiem, jak ona ma na imię po polsku) pieczoną w maśle i miodzie kasztanowym, z chrupką szałwią, orzechami laskowymi i burratą. wczoraj na kolację upiekłam kalafiora romanesco, oblałam go potem masłem z anchois, rodzynkami, szafranem, chili, czosnkiem i usmażonymi okruchami chleba- ku chwale sycylii. poza tym jemy w koło gorgonzolę dolcelatte, matko z gruszkami, ja z jabłkami, orzechy, cierpki miód z kasztanów. obejrzeliśmy w sąsiedztwie takich talerzyków ostatnią partię „house of cards”, oglądamy „bodyguarda”, a w poniedziałek zorganizowaliśmy sobie seans „rzymu”, i piliśmy do niego i do dolcelatte polskiego „szampana” z winnicy miłosz- grempler sekt- który sprawiliśmy sobie z okazji stulecia wolnej polski w krakowskim standardzie. całkiem to udane- ziołowe, ostre, kryształowe.

 

na okazję święta narodowego wraca do mnie jeszcze myśl, że i ja należę do tej grupy rodaków, o której rozpisują się ostatnio gazety- ofiar zaniedbań ze strony szkoły i domu rodzinnego, gdzie nikt nie mówił ze mną o polsce, obywatelskości, historii. jest to prawda i to gdzieś kłuje i zasmuca, nie wyrobiono we mnie wielu nawyków, a tego co wiem nauczyłam się sama, lekcje historii czy wos-u w moich gimnazjum i liceum były komedią (która często w ogóle się nie odbywała). ale dziś przynajmniej wiem, jakie to istotne, na ilu sprawach to waży. nawet biografia herberta to istotna lektura w tym kierunku, dużo do myślenia, giedroyc magdaleny grochowskiej był ważny. może coś ze mnie jeszcze będzie.

 

a.

8 listopada, czwartek

z profilu przypominam herberta. drugi tom biografii otwiera fotografia w oparciu o którą można by zakładać ewentualne (bliskie) pokrewieństwo: zadarty nos, krągłe jabłka policzków i znikające w ich cieniu drobne oczy, czasami dwa podbródki, im dalej w las tym częściej. jego student z kalifornii zapisał, że herbert „miał szeroką twarz młodej płomykówki, małej sowy”- to ładne, chyba spojrzę na siebie (sobie w twarz) inaczej, przychylniej.

jeszcze w nawiązaniu do- natknęłam się u franaszka na kłodzkie wiosny poetyckie, które odbywały się w kłodzku i okolicznych zdrojach w latach 60. i 70., a o których nigdy nie słyszałam, a należy podkreślić, że jestem kłodzczanką (urodzoną w lesznie, wyprowadzoną w las i do krakowa, ale jednak najdłuższą dotąd część życia przeżyłam w tym miasteczku). kto tam u nas nie bywał- oprócz herberta błoński, grochowiak, przyboś, jastrun, ważyk, głowiński, wojaczek, białoszewski… od razu wysmarowałam maila do pani izabeli, mojej licealnej polonistki i wychowawcy, że dlaczego na boga nikt nas o tym nie uczył (także na fakultecie humanistycznym). bardzo jestem podekscytowana.

 

ostatnio mozolne dokopywanie się do siebie, dni nieuzasadnionego właściwie niczym konkretnym niepokoju i wewnętrznego dygotu, słabości i eskapizmu. co pomaga- czytanie tekstów wymagających skupienia, podglądanie ludzi, którzy mi się podobają (to zwykle skromni ludzie o skromnym, ładnym życiu), pisanie, gotowanie, ciche, samotne ranki częstych ostatnio dni świątecznych lub okołoświątecznych.

we wszystkich świętych pojechaliśmy najpierw na cmentarz podgórski, na koniec na salwator, a pośrodku do miłosza na skałkę. bardzo brzydko leży, w nieładnym, nieprzytulnym marmurze, bez kwiatów, naprzeciwko paulinów, niepozornie i jakoś bez echa. co innego wincenty pol czy wyspiański, jakoś nie umiem tego zrozumieć.

 

co na stole, przy którym ostatnio długo i często siedzimy: brukselka pieczona w „gravy” z tłustej śmietanki (42%), anchois, cząbru i czosnku, chleb i salami. cała głowa upieczonego kalafiora, natarta masłem, oliwą i grubą solą, zjedzona z sosem z tahiny i z rodzynkami. jesienne pęczotto w kolorze wina, a la ducksoup- w środku mascarpone, parmezan, dużo masła, czerwone wino, na wierzchu ugrillowane radicchio i jeszcze gorgonzola mascarpone- bardzo piękne i pyszne. dyniowe gnocchi z masłem szałwiowym. żytni chleb i jaja na miękko. w sobotę przed dwoma tygodniami- po debacie o rynku książki, a przed spotkaniem z bernardem pivot- piknik przy własnym stole: cienkie plastry rosbefu zjadane z musztardą dijońską, remulada z selera, aioli, chleb, zielone liście ziół i sałat. częste sałaty z radicchio- z jabłkami, z pieczonymi burakami, z gruszkami, z orzechami włoskimi albo laskowymi… kolejne garnki boćwiny duszonej z masłem i anchois albo z czosnkiem i oliwą, lubię ją rano z jajkami. wielki pęk rukwi wodnej z targu pietruszkowego- zjadłam cały sama, z jajami na półtwardo, z awokado i wędzoną makrelą. niezmiennie wybitne affogato z gałką lodów pistacjowych w mące i wodzie, bardzo pyszne lody o smaku jabłko z mascarpone.

 

czekam na kolejny świąteczny weekend, mam wiele smacznego w planach.

 

a.

 

 

25 października, czwartek

lubię mechanizm „donoszenia się” do dzienników, tego kokoszenia się w sobie. najpierw przez jakiś czas o nich nie myślę, potem nagle zaczynam, chodzę wokoło  przez jakąś chwilę, łaszę się do myśli o nich jak kot przybłęda, a później po prostu do nich idę, z ciepłem w brzuchu, z ochotą w głowie.

 

dziś kilka spraw.

punkt pierwszy- polska, myśl powyborcza. uważam, że ta część narodu niezadowolona z obecnego stanu rzeczy (a więc i ja) powinna zmienić narrację i przestać ratować kraj, który ratunku- jak pokazały wyniki wyborów- nie potrzebuje. zaniechać nawracania ludzi, którzy nawrócenia i ratunku nie chcą, bo zdają się być zadowoleni. rodacy po raz kolejny wybrali (jestem przeciwko narodom, chcę być z kotliny kłodzkiej, z umbrii, z basenu morza śródziemnego, ze starej europy i z wysp brytyjskich) i trudno traktować tę tendencję jako kolejny wypadek przy pracy. nie ma o co rozdzierać szat, każdy dostał to, co chciał- klasa średnia i duże miasta mają swojego trzaskowskiego, jaśkowiaka i prawie majchrowskiego, ci prawdziwsi niż ja polacy mają swoje pół polski, psl ma jakieś magiczne zdolności i nie pierwszy raz powstaje jak feniks z popiołów, prawdziwa demokracja; i tylko ja mam kłopot, to ja potrzebuję ratunku, nie polska. nie mam poczucia, że gdzieś przynależę, mentalnie jestem wyjęta z tego, co się tu wydarza i myśli (na przykład o żarówkach energooszczędnych). nie wiem jak innych, ale mnie ten wyraźny podział polski na dwie połowy skłania do jednego wniosku- mianowicie że trzeba ją ciachnąć na pół wzdłuż tej linii i wrócić do rzeczpospolitej obojga narodów, z tym że nie polskiego i litewskiego, a polskiego i polskiego, polskiego zachodniopolskiego i polskiego wschodniopolskiego, i niech sobie każdy wybierze, gdzie chce żyć, ja najwyżej będę jeździła do kazimierza i na roztocze „za granicę”. to jest poważna propozycja.

 

sprawa druga- to jest mój ulubiony tydzień w roku w krakowie, festiwal conrada. jeden z nielicznych festiwali literackich w polsce bez michała nogasia, co bardzo sobie cenię. festiwal niezmiennie mądry, wymagający, rozsądny. festiwal słuchaczy z długopisami, notesami, robiących notatki, ale też zadania domowe, swetry na drutach etc. festiwal uwagi i spokoju. festiwal (prób) dochodzenia do sedna. festiwal retorycznych bombonierek ze strony publiczności, jak na poniedziałkowej debacie o elitach w polsce i nie tylko (gdula, bielik-robson, markowski, szpakowska i słuchacz, który nabił im wszystkim guza imponującą retorycznie litanią). festiwal z termosem herbaty z miodem, z kanapkami (salami veneto, musztarda dijońska, korniszony), z jabłkami. festiwal także publiczności w sile wieku- samotnych widzów, małżeństw i całych grup koleżeńskich robiących notatki, zadających pytania i prowadzących dyskusje, co bywa irytujące, ale jest przede wszystkim bardzo ładne, spotykam te panie i panów od poniedziałku, już się do siebie uśmiechamy. myśli mi się o wielu sprawach, rosnę, uwielbiam to.

 

po trzecie- w ubiegły czwartek w żonglerce można było napić się win od braci andert z braćmi andert. przepadałam za winami, teraz przepadam też za braćmi. pokazali mi, że można zajadać wino ziołami- słodką nacią kopru włoskiego, majerankiem, szałwią, rozmarynem z ich ogrodu uprawianego według zasad biodynamiki- i to było bardzo, bardzo piękne. jadłam domowe kiełbasy i wędliny z produkowaną przez nich musztardą, usmażoną na smalcu gęsinę i jagnięcinę, ale to wszystko- choć pyszne- było nieistotne, ważne były palce pachnące szałwią i rozmarynem, buzia pełna wina, prawda, cywilizacja, sprawy podstawowe. życie jest wspaniałe i dużo prostsze niż nam się wszystkim zdaje, tak myślę.

 

po czwarte jadłospis. jemy „winegret” z orzechów włoskich, anchois i oliwy z radicchio, gruszkami, rzodkiewkami i ostatnią pewnie zieleniną, francuskie sery, zosiny chleb z pieczoną renetą i gotowaną samopszą (to w sobotę na późny obiad). pieczoną kapustę włoską z sosem z okruchów chleba, orzechów włoskich i parmezanu (wspaniałe). upieczoną fasolę z szałwią, czosnkiem i oliwą, dziś z ricottą, jutro z aioli i z wkładką z jarmużu toskańskiego. fasolę borlotti z ostatnim pomidorem, anchois i estragonem, i wątłe plastry specku z gruszkami i orzechami włoskimi (to dziś na kolację). smakiem jesieni jest gorycz- jak pieczona kapusta, jak brukselka, łapczywie pita kawa, orzechy włoskie, cykorie, jak cantal vieux i sędziwy comte, jak cierpkie, ciężkie wino, pełne tytoniu i śliwek, jak miód kasztanowy, musztarda, rumianek. wyjątkowo za tym wszystkim przepadam.

 

i jeszcze o czym mówimy przy stole, co mnie osadza i syci: o zabiegach narracyjnych franaszka (spory; przed snem czytamy często ramię w ramię tę samą biografię, tylko ja drugi tom), o domenico starnone i pisaniu życia, ale czule i ze skromnością, o pawle hertzu, o nekrologu hertza autorstwa kota jeleńskiego który wisi w „kulturze” na stronie jej archiwum, o moim horoskopie, o jedzeniu i niejedzeniu mięsa, o różnicach między epitetami organiczny, naturalny, biodynamiczny, o elitach i bielik-robson, o wojciechu jagielskim i pewnie też o polsce.

 

w dzień często przystaję przy oknie i patrzę jak łysieje jesion. machina ruszyła.

 

a.

 

 

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.