15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.

17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

17 października, środa

w sobotę przed tygodniem umówiłam się z agnieszką na wspólnie siekanie, warzenie i zjadanie minestrone. okazało się, że to i jej ulubiona zupa, wielka minestra, „zupa jak hymn” (to gosposia krystyny jandy). wcześniej zabrałam agnieszkę na zamówioną wycieczkę na stary kleparz, po wrażenia, warzywa i sery. wrażenia obrodziły z nawiązką- podczas przystanku na wino na krzesełku krakowskiego standardu i mojego wywodziku na temat uroku i duszki kleparza (że eklektyzm- wysokie i niskie, codzienne i nie, nowe ze starym etc.) najpierw trzy razy przeszedł koło nas makłowicz, następnie przysiadł się (a właściwie „przystał się”, bo wszyscy staliśmy) andrzej franaszek, któremu kilka dni wcześniej wyznawałam uczucie w przestrzeni internetowej, więc miałam okazję zrobić to po raz kolejny, tym razem w przestrzeni międzyludzkiej, a w końcu zaczepili nas przysłuchujący się państwo znad stoliczka za moimi plecami, że oni też nie przepadają za makaronem w minestrone i że dziękują, że- naszą debatą na temat przepisu, z którego powinnyśmy minestrone ugotować- przypomniałyśmy im o tej wspaniałej zupie. życzyliśmy sobie nawzajem smacznego, w uśmiechach. to był późny sobotni ranek, pierwszy z całej serii październikowych upałów, miałam na nogach sandałki, piłam wino na drugie śniadanie i byłam ze wszystkiego bardzo zadowolona. konkurs na przepis wygrała rachel roddy.

 

a później jedliśmy francuskie sery (stary cantal, miękki kozi i pont l’eveque na który zdecydowałyśmy się przez wzgląd na houellebecqua), chleb, orzechy i gruszki, i piliśmy cynar. przez sporą część popołudnia gotowałyśmy fasolę i siekałyśmy jarzyny w drobną kostkę, mówiąc o inteligencji i poetyczności rachel roddy, o książce agnieszki i tessy, o wyrastaniu z houellebecqua i wrastaniu w aubyna, o pisarstwie anglosaskim i anglosaskim sposobie opowiadania w ogóle, o tym, że „kiedyś było seksi nie umieć żyć” i o tym co nam smakuje w warszawie, i jeszcze o tym jak nie potrafimy zapraszać się do stołów. następnie, wciąż mówiąc, jedliśmy zupę, a potem, na deser, ciasto biarritz, przywiezione przez agnieszkę z lukullusa. miły to był dzień- mówiłam o sprawach, o których chcę mówić, jadłam rzeczy, które chcę jeść, piłam wino, które lubię (zweigelt rose) pić.

 

inne sprawy, które dały radość i przyjemność- wielki garnek caponaty, małe le grand aioli, zupa szczawiowa. w piątek mieliśmy gości na kolacji i upiekłam nam furę bakłażanów, usmażyłam „czipsy” z pit, jedliśmy też pieczoną dynię z labneh, szałwią, orzechami laskowymi, miodem kasztanowym i palonym masłem. na deser- pieczone z marsalą śliwki i winogrona według nigela, które jedliśmy ze zrumienionymi kromkami chleba i salvą cremasco. w sobotę wieczorem piknik przy stole- butelka portugalskiego chardonnay, rzodkiewki, masło, grzanki i anchois, gruszki i brie noir, „surówka” gilla mellera, z którą nosiłam się od dawna- pokrojony w zapałki korzeń selera, winne jabłko, drobne czarne winogrona z ogrodu pana z hali targowej, oliwa, uprażone orzechy laskowe, parmezan i miód- hymn październikowy. a w niedzielę żonglerka i szymon, który najpierw poczęstował nas kromkami z pastą z włoskiego bacalau i z ukiszonymi kurkami, później niebieskimi serami, bo „wspaniale smakują z timorasso”, do którego z kolei ja żywię uczucie; w końcu kiszonym czarnym czosnkiem, i jeszcze jednym winem, i dojrzewającą szynką z podlasia. ilekroć tam jestem to mam poczucie jakiejś wspólnoty i czuję się mniej wyabstrahowana ze społeczeństwa, że i bo jeszcze kogoś oprócz mnie rozpala suszony dorsz, anchois na chlebie, karczochy i cynar.

 

przy teatrze słowackiego kolejna transza róż, trzymają się dziarsko. od kilku tygodni przynoszę też do domu „ostatnie pomidory”, a później znów spotykam panią krysię ze skrzynką pełną kolorowych malców. poza tym scenografia przełomu października- złote planty, na stole w słoiku chryzantemy, na straganach kapusta.

w ramach ucieczek od herberta czytam „psikus” starnone, który jest w finale bookera razem z naszą olgą. czytam i zachodzę w głowę, na jakiej zasadzie można właściwie porównywać te dwie książki. komparatystyka od dłuższego czasu w ogóle wydaje mi się dość wydumana.

w ramach zbliżeń do herberta czytam tom o panie cogito- chyba pierwsze raz świadomie i od deski do deski- i dziś doczytałam się do „co myśli pan cogito o piekle”. przypomniała mi się dorota, z którą przyjaźniłam się w gimnazjum, recytowała ten wiersz na szkolnych i pozaszkolnych konkursach recytatorskich, ja wtedy mówiłam wojaczka i miłosza, ach młodości. „kto ma lepszą sztukę, ma lepszy rząd-to jasne”.

tydzień temu, przy okazji rocznicy nobla, zanotowałam sobie na jakiejś kartce, że chciałabym być jak miłosz w „darze”- dziś to wciąż aktualne. myślę, że zamiast modlić się przed snem do anioła bożego stróża naszego powinniśmy raczej codziennie przeczytać ten wiersz i nad sobą podumać, to przywraca proporcje.

już dwukrotnie odsłuchałam wywiad z hararim w audycji „start the week” (bbc 4), robiąc przy okazji notatki, napiszę o tym kiedyś coś więcej, bo jakoś we mnie utknęło i trochę mi się myśli na ten temat i przy okazji.

zrobił mi się tu dziś mały korowód „rzeczy dających do myślenia”, ale co tam, pochód zamknie tekst z „guardiana” o wieku zazdrości (kopiowanie odnośnika do artykułu nie powiodło się czwarty raz, więc przepisuję tytuł- „the age of envy: how to be happy when everyone else’s life looks perfect”), który jakoś zrobił na mnie wrażenie i przestraszył. od tej pory ilekroć chcę zakomunikować coś na zewnątrz, zastanawiam się po dwa razy. tu wracamy do sedna wszystkiego: pogłębionej refleksji. to zakon, do którego niezmiennie aspiruję ja i moja siostra, z różnym skutkiem, ale to temat zawsze (a nawet coraz intensywniej) obecny w naszych rozmowach. proporcje, refleksja, myślenie- takiej trójcy świętej potrzebujemy na xxi wiek.

 

a. w sandałkach

 

15 października, jakby nowy rok

Jest poniedziałek, słońce głaszcze mnie po nosie, nigdzie się nie wybieram i nie mam w swoim notesie zapisane na dziś prawie nic. Każdy dzień zaczynam trochę na nowo, bo dawno tak nie było, że wszystko w dniu mogło się zmieścić. A więc dziś mieści się pogodne Belle&Sebastian (zawsze dobrze mi się do tego pisało), kurz w powietrzu, z którym nie mam zamiaru nic zrobić, talerz ciastek z masłem orzechowym i wędzoną papryką (Lebovitz) na stole, niebezpieczny zapach lata i gołe kostki w październiku, zszakszukowane leczo na obiad, kapuśniak na kolację i „Siedem uczuć” Koterskiego na deser. Zaczyna się trzeci tydzień życia po Kukbuku, w dwóch poprzednich było niemniej pisania niż przez ostatnie lata, jedyna różnica polegała na konieczności starcia mąki z okularów przed zabraniem się do pracy. Bo z etatu przy biurku płynnie przeszłam w etat przy piecu. Najmilszy jest moment, w którym otwieram drzwi piekarni, w twarz bucha zapach mąki, wiążę fartuch i jestem. Czas płynie razem z muzyką, popijamy kawę i odhaczamy kolejne, rutynowe etapy działania. Drugi w kolejce najmilszy moment to ten, gdy o jedenastej wjeżdża na stół roboczy pajda z masłem pokrojonym jak ser: we wtorki z grahama, w pozostałe dni z pszennego, czasem z tego z owsianką. Przysiadam na parapecie, grzeję buzię i patrzę znad pajdy, jak mijający piekarnię ludzie patrzą na mnie. W środy jestem grubo przed świtem, w piątki wyskrobuję z miksera resztki frangipane z prażonych orzechów laskowych do bostocków z czarną porzeczką. Codziennie wracam do domu oszołomiona, rowerem, przez nową i starą Pragę, zupełnie nowe ulice i kamienice. Wreszcie powoli – to zupełnie inny rodzaj jazdy, prawie krajoznawczy. Mijam pierogi w Skamiejce, pyzy na Brzeskiej, lodziarnię Pallone (earl grey, jagodowe, pistacjowe, krzepkie porcje, ciężkie rożki), bar mleczny Ząbkowski, bazar Różyckiego z instalacją „Krem i czekolada” i straganami pełnymi ubranek do chrztu ale z urokiem ubranek do trumienki, Biedronkę, która z okazji otwarcia trzy dni temu urządziła o szóstej rano dyskotekę dla staruszek, fabrykę czekolady, złoty park Sinfonii Varsovii i już jestem w domu. Kocham się w swojej nowej trasie, w świecie o trzynastej, w życiu po prawej stronie rzeki. Nawet te mityczne buliony do zup wreszcie mam czas gotować. I to wszystko pozmieniało się na przestrzeni jednego tygodnia. Przewroty, powroty.

 

K.

27 września, czwartek

jadłospis:

– w zeszłą środę zaprosiłam bunię do napy na kolację z okazji urodzin. przez dwie i pół godziny siedziałyśmy przy stole okrytym białym obrusem i byłam bardzo zadowolona- z tego obrusu, z tego, że mam siostrę, z ciepłego wieczoru, z jadłospisu. wypiłyśmy butelkę wybitnego w naszej opinii gewurztraminera (pierwszy raz czekam, chodzę i wracam do restauracji na wino, coś musi być na rzeczy)- słonawego i bursztynowego. zjadłyśmy: pływające we własnym sosie chorizo i chleb z tym sosem, różową doradę, stek z tuńczyka, który smakował oceanem, co w centrum wrocławia jest jednak osobliwością, pieczoną rzymską sałatę podlaną octem z sherry (so brandon pettit), due cannoli i jeszcze po espresso

-w ramach tych samych (jak wyżej) obchodów wylądowałam w sobotę z rodziną we wrocławskiej taszce, miłe objawienie. na przykład kwiatostany brokułów w tempurze z romesco i krokiety z dorsza z majonezem. mleczny dorsz bacalhau, a do dorsza miska smażonych na miejscu czipsów ziemniaczanych- bardzo to ładny gest

-w niedzielę poszliśmy do żonglerki na pidżama party, które wyglądało tak, że zmieniająca objętość grupa ludzi przez większą część dnia stała bądź siedziała w piżamach (szlafrokach, pluszowych kombinezonach) na chodniku przed barem, piła wino i radowała się światem. w menu- wino, ostrygi, kanapki z grasicą i kaparami, kanapki z pieczonymi karczochami i masłem jałowcowym (a masła grubo na dwa palce), narodowe sery, cierpki miód z sardynii, oliwki, chleb, więcej wina. bardzo to szanuję, tak trzeba się bawić

-cukinia duszona w hojnej ilości oliwy, czosnku i anchois, z miętą i nacią pietruszki, a także jeden obiad odtwarzany ze zdjęcia chyba londyńskiej rawduck- cukinia, kasza gryczana, prażone orzechy laskowe, ricotta i nać kopru (choć u mnie włoski, bo mam grubą kitę ściętą fenkułom z jedynie)

-pasta z pieczonego bakłażana, tahiny, orzechów włoskich i gęstego jogurtu. w tym tygodniu jadłam ją trzy razy na śniadanie, z jajem na półtwardo, kiszonymi ogórkami, kimchi, bakłażanem i pieprznym musztardowcem. i w ogóle pieczone bakłażany- bardzo mi w tym wrześniu smakują

-peperonata rachel roddy- łał. maślana, rubensowska, szklista. mocno zbudowana. nie dowierzałam, że ta potrawka może dostarczać wrażeń, w dodatku nie kocham papryki. pierwsze przykazanie: zawsze wierzyć rachel roddy

-z antonówek od rodziców zrobiłam (pół-)mus i jem na śniadanie z kaszami, śmietaną i cynamonem, mocno zasmucona jesiennym obliczem tych misek

-spory słoik „zielonego sosu” z naci pietruszki, szczawiu, mięty, szałwii ze studzienki. plus czosnek, anchois, kiszone cytryny, chili, kapary, oliwa

 

czytelnik:

-przeczytałam zapiski iwaszkiewicza i sandora marai z ich włóczęg po europie, sercem jestem przy iwasze. najładniej po europie włóczył się jednak herbert. gdybym była polonistką albo choćby nauczycielką geografii, to z pomocą map i zdjęć chciałabym mówić o tych podróżach, a także o pizzy albo kuchni prowansji. nie wiedziałam, że wieszczyk był takim łasuchem- w listach pisze o omlecie z truflami, który „śnił mu się całą noc, a także rano”, spekuluje, że to czy tamto wino musi być dobre z ostrygami, co raz powraca bouillabaisse. dlaczego o tym nie mówi się w szkole! wieszcz, który zajada się truflami czy jarzynami prowansji, jaki to ma potencjał pedagogiczny. moje ulubione zdjęcie miłosza to to, na którym wieszczysko na stołku wśród kwiecia i chaszczy w jednej ręce trzyma nadgryzioną kanapkę, a w drugiej szklankę z herbatą, weszło mi w głowę lata temu, znam je i pamiętam o nim. herbert rozumiał to, czego nie rozumieliśmy (z przyczyn obiektywnych, które rozumiem) i dalej nie rozumiemy (czego akurat nie zrozumieć nie potrafię) w polsce- mianowicie że rozbudowana kultura życia codziennego to podstawa. nam jej brak (mamy za to rozbudowaną kulturę życia niecodzienniego, rozbudowaną i dość monotonną, opierającą się na spacerze do kościoła, a następnie na jedzeniu i piciu na umór, bez ruchu), ergo brak nam podstawy, ergo- może to jest powód, dla którego czuję się tak wyabstrahowana z życia wśród rodaków. myślę też, że „podstawa” jest tu słowem podstawowym (przypomnę dla porządku, że skarżę się na kraj, w którym spora część dzieci i dorosłych wciąż nie je śniadania, gdzie posiłki nie mają ani stałej pory, ani nawet często miejsca, gdzie ignoruje się kalendarz wegetacji warzyw i owoców, gdzie jakość produktu nie jest wartością ani tematem refleksji, gdzie dylemat „mieć czy być” nie jest żadnym dylematem, gdzie ilość zawsze wygra z jakością, gdzie niechętnie wydajemy pieniądze na targach i restauracjach, za to radośnie w media marktach i drogeriach, gdzie tradycja pojawia się głównie na sztandarach, ołtarzach i w telewizji, natomiast zniknęła z codzienności, gdzie znajomość ojczyzny jest wątła, gdzie alkohol jest niebezpiecznym narzędziem i z niebezpieczeństwem się kojarzy, gdzie nie potrafimy zachować się przy stole, gdzie nikomu nie śnią się omlety, gdzie nie uważa się, że zasługuje się na coś dobrego, którego mieszkańcy w podróżach krajowych i zagranicznych zamiast miejsc rdzennych wybiorą makdonalda, znajomą sieciówkę i znajome składniki ETC.)

-w autobusie skończyłam rozmowy agnieszki z tessą capponi, ładne, od tej pory mam ochotę na minestrone, a w międzyczasie podobno ożenił się houellebecq

-zachwyca mnie sposób rozumowania pawła bravo, zaczęłam nawet regularnie kupować „tygodnik powszechny”, bo chcę go sobie mieć. to jedyny food writing po polsku, który we mnie osiada i z którym się noszę. pierwszy człon tytułu mojej pracy magisterskiej brzmiał „writing food, writing life”- i bravo właśnie to robi. czekam na środy tak jak na genewy- z pieśnią na ustach

-poza tym herbert, hartwig

 

lista zakupów:

-skupuję bukieciki szałwii- myję je, suszę i mrożę w pęczkach z myślą o pieczonej w oliwie fasoli

-ostatnio duża ochota na oliwki kalamata, co tydzień przynoszę z kleparza pojemnik i zjadam sama

-ricotta od mirco, do ostatnich pomidorów

-poza tym śliwki na placek, pomidory i papryka na peperonatę, bakłażany na caponatę, fenkuły, cortlandy, zielona herbata z jaśminem, imbir, orzechy laskowe, rukiew wodna, wino w krakowskim standardzie

 

a.

 

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.