30 maja, poniedziałek

Lato zaczęło się dla mnie wczoraj, w momencie gdy w żółtych klapkach i błękitnej sukience rozgrzana wracałam z plaży z makiem w jednej dłoni i dłonią w drugiej. Jestem bardzo zdziwiona, że już po miesiącu, wszystko się tak powoli a skutecznie zmienia – zakwitły topole i załzawiły oczy, truskawki są już normalne i nierówne (właśnie zjadłam pół miski na drugie śniadanie), jadąc do pracy opalam nos i ramiona. Dobrze, że ciągle przed nami owoce leśne, morele i bób.

 

Przez te wolne dni też mieliśmy swoje letnisko. Trójkątny domek w Wieleniu z chłodnym, przewiewnym poddaszem, zacieniony tarasem i słonecznym ogródkiem, gdzie wystawialiśmy brzuchy do słońca i grillowaliśmy kolejne tury mięsa. Dla mnie był pstrąg z cytryną i koprem, ale też trochę kurczaka w cytrynie, czosnku i tymianku, do tego dijon, sałatka z fasoli, pomidora i świeżej bazylii, chrupki ziemniak z żaru i riesling, na stole chabry w szklance. Wieczorem kąpiel w jeziorze, a potem na kocu gry, przy wtórze huku ślimaków rzucających się w dół z wciąż rozgrzanego dachu. Rano rosa i pancakes z serkiem i siekanymi truskawkami, smażone w kucki na dwupalnikowej kuchence turystycznej. Żagle – przez chwilę sterowałam, potem wróciłam do jedzenia orzeszków ziemnych. Jak to miło mieć zakurzone stopy, brązowe ramiona i książkę na kolanach. Albo poboczem iść gromadką, każde ze swoim lodem na patyku. Wracałam do domu czterema środkami transportu, popijając chłodne mleko prosto z kartonu i czytając „Małe życie” – jestem w połowie, jest dobrze, ale zachwyty Nogasia uważam za nieco przesadzone. Wreszcie dom. Zaczynam festiwal piwonii i truskawek.

 

k.

23 maja, poniedziałek

Myślałam, że kiedy tu zajrzę, znajdę już odstaną pieśń na temat warsztatów z królową Walecką, naszego śniadania i Twoich naleśników z serem i jagodami, a tymczasem pustka. Pozwolę więc sobie, jako ta bardziej pokrzywdzona kulinarnie, nadrobić końcówkę tygodnia.

 

Piątkowy poranek jawi mi się teraz jako jakiś mały cud. Jak nas to słońce obudziło po szóstej, strasznie się ucieszyłam, że też chcesz już wstać, bo takich rannych ptasząt jest jednak niewiele. A potem już powolny rozkwit słodkiego dnia – razowiec z rodzynkami do piekarnika, pakowanie i kokoszenie się, mieszkanie ciągle zalane światłem. Razowiec na blat, sukienki na grzbiety, toboły w ręce i na plecy, śpiący w koszyku gotowy do pieczenia chleb w zgięcie łokcia i do Krawca, na flat white wypite na ławce pod kamienicą. Wreszcie podróż na Rozbrat, a tam wszystko na pół: kremowa jajecznica z płatkami czarnej trufli, zupełnie przeciętna kanapka BLT i całkiem przyzwoita drożdżówka, podusia, z malinami i kruszonką, świeżo wyjęta z pieca. Nie wiem czemu w niej było tak mało masła, nadrobiłyśmy to ładując je na te mięsiste kromki, skrapiając miodem. Dzbanek mięty i po lampce prosecco – i bez niego mi się wszystko cieszyło z Ciebie, dziewczyno.

 

Później z dobroci to jeszcze pół dnia pracy przesiedziane na trawie w redakcyjnym ogródku, przy grillu – naked burger między rumianymi plastrami kalafiora i cukinii, do tego dijon. Upiekłam też ten Twój piękny chleb, przytulany w trzech kolejnych środkach komunikacji miejskiej. Chyba przeziębił się w tramwaju, bo nie otworzył się wcale i trochę rozlazł, ale i tak był pyszny – zawiozłam go Polskim Busem do Łodzi, gdzie okazało się, że istnieją domy, w których nie ma masła.

 

Jasny punkt weekendu – niebywały sernik w Williamsburgu na Piotrkowskiej. Czuć było twaróg niezmącony spodem, jajeczny i lekko waniliowy, przykryty atramentową kołderką z jagód. Smakował mi bardziej niż ten z Ruiny, który tydzień temu Monia przywiozła nam z Poznania – tiramisu nuda, czekoladowy z masłem orzechowym bardzo dobry, ale czekoladowy sernik to nie sernik, zgadzamy się co do tego wszystkie.

 

Dziś najwięcej radości dała mi wędzona makrela. Słucham teraz Klubu Trójki i powiem Ci w sekrecie, że tylko dla dżingla, który jak wiele trójkowych bardzo mnie uspokaja. Podobno już za chwilę czerwiec i gdzieś ktoś widział piwonie.

 

k.

18 maja, środa

Na wczorajszą kolację: zupełnie zwykła zupa botwinkowa z koperkiem, jajem i kromką chleba. Chleb i zupa, mam dwanaście lat, jestem zła na jarzynową, chyba, że mama akurat zrobi taką z nowiutkich groszków, kalarepki i małych różyczek kalafiora. Gdyby mi dziś ktoś tak regularnie gotował zupy, całowałabym po czole. Pamiętam, jak na studiach po raz pierwszy wypełniłam dom bulionowym zapachem i swoje zdziwienie też pamiętam. Że to takie proste puzzle.

 

Na podwieczorek: bez roweru (bo zima) i baletu (niesnaski z bankiem) zupełnie mi odwala, więc zawzięłam się w sobie i poszłam biegać. Miałaś rację, o tej porze roku to jest wycieczka nieprawdopodobna, ciężko skupić się na regularnym oddychaniu, skoro co chwila trzeba zaciągać się jakimś kwiatem. Trasa udała mi się wyjątkowo, nabrzmiały zielony Skaryszak, najbardziej lubię patrzeć na linię nieba ponad koronami, z których każda inna – chyba nie ma wiele takich parków. Chce się bachnąć w puszystość i zostać w niej na wieki, bo znad traw nie widać by było niczego. Potem Francuska, niska i taka przyjemna. Kiedyś myślałam o niej, że jest warszawskim Lower East Side, a teraz już nie potrzebuję mieć warszawskiego niczego – przecież my jesteśmy właśni. Potem puściłam się korytarzem, z jednej strony kilometrowa podusia tawuli, a z drugiej różowe niebo odbijające się w oknach Przyczółka Grochowskiego. Ogródki działkowe, osiedle pełne bzów, no i już Kamionek. Chcę mieć jakiś mały atlas roślin niepozornych, nic o nich nie wiem. Chociaż na biegi chyba go nie będę brała. Dziewiątka zrobiona, pierwsza od lutego – stopień uburaczenia twarzy nader wysoki.

 

Moje ostatnie słowo to obiad – inspirowane Grødem barleyotto (o ile ładniej, niż przeklęte kaszotto). Między jednym tekstem a drugim wstawiłam w redakcyjnej kuchni garnuszek z kurą, skąpą włoszczyzną i końcówkami szparagów. Jak już się wszystko zaprzyjaźniło, wrzuciłam torebkę kaszy jęczmiennej i gotowałam aż zrobiło się miłe. Łyżka ricotty, pecorino, skórka z cytryny, blanszowane końce (i środki) szparagów, rzodkiewka pocięta w słupki, jajo w koszuli, deszczyk oliwy. No spójrz, jakie ładne.

 

Owsianka mi stygnie, więc do niej pędzę, a Tobie miłej podróży i do zobaczenia w moich drzwiach!

 

k.

 

 

17 maja, kiedy to się stało

Dopiero był czwarty i zaczynała się wiosna, a teraz znów leje i dwanaście stopni. Otłukło cały bez i takie różowe kasztanopodobne, wiesz co to? Bo dumam.

 

O cheesy polenta z jagła też czytałam i całkiem mi się to spodobało, ale na szczęście nie muszę sobie specjalnie odmawiać kaszy kukurydzianej, toteż uskuteczniam klasyczną – lubię to jej żółte mruganie, z każdym zakrętem łyżki jest mi spokojniej, potem kawałek masła, dużo pecorino, pieprz. Wykładam na nią zrumienione szparagi i jajo albo bakłażana duszonego w pomidorach albo pieczarki rumiane i pękate jak policzki (moje) z rozmarynem i tymiankiem. Ciapa w misce, a na ciapie struktura – to moje jedzenie. W ciepłe dni rolę ciapy pełni humus, ale to już znamy. Nową jakość w temat wniesie, coś czuję, moja nowa ulubiona książka kucharska, „Grød”. Cała w płótnie, pełna miseczek z owsiankami (crispy apple, homemade caramel sauce, salted roasted almonds, freezedried redberries), barleyottami (licquorice pulled pork, crispy coleslaw and danish cheese) i dalami (carrot, ginger, coconut milk, cherry tomatoes, skyr, cilantro, almonds). Przetłumaczona i złożona jest tak sobie uważnie, ale i tak spałam z nią dzisiaj w łóżku. W przyszłym życiu chcę otworzyć na Grochowie franczyzę Grød i odczarować traumę owsianki.

 

Z ostatnich zachwytów coś, co w Tobie wzbudziłoby dreszcze z obrzydzenia – cronut malinowo-różany w cukierni Miodowa – ciastko z dziurką z domowego francuskiego, smażone w głębokim tłuszczu, nadziane malinowym kremem, grubiutko obłożone różanym lukrem. Już po pierwszym kęsie ospale zapadłam się w krzesełko, spełniona. Po czymś takim człowiek czuje, że zjadł deser, żadne tam ciasto z batatów i karobu.

 

Nadal czytam „Sen sów” bo z okazji pogody zsiadłam z roweru. W kolejce stosik architektoniczny, m.in. kupiony wreszcie Wicha, w notatkach kilka pozycji, na które apetytu narobił mi redaktor Nogaś. Chyba pojadą z nami na wakacje – będzie Austria.

 

Do zobaczenia w czwartek, chlebowa wróżko!

 

k.

12 maja, czwartek

Dziś w pracy: rabarbar pod kruszonką, rabarbarowy dżem z chlustem nalewki z czarnego bzu, rabarbarowy keczup. Potem sesja zdjęciowa i wielkie lodowe kanapki zrobione z makaroników – domowe lody malinowe i różane, gęste od śmietany i sześciu żółtek, z przepisu Davida Lebovitza. W tym roku przyszło mi już zjeść nieskończone ilości surowych jajek (lizane miski i mieszadła, ciasto na magdalenki, ciasto wszelkie surowe, lody). Ta cała salmonella to musi być legenda miejska, nie znam nikogo, kto by na to zachorował.

 

Aha, miało być o „wakajkach” – pod tym miłym Wrocławiem czułam się jak urwana z Musierowicz – jechaliśmy trzęsącym się autobusem przez pola rzepaku, głowy kiwały się na ramionach, brakowało zgubionej gitary i żeby ktoś dostał świnki. Małe miasta pachną swoim małym życiem żytkiem, a jeszcze jak się weźmie rower i pojedzie do lasu, wejdzie na drzewo albo walnie się na chustce w wysokiej trawie, poleżeć, to potem ciężko wstać i wrócić do świata. Byliśmy też w ogródkach działkowych „Stokrotka”, rodzice Marcina (pozdrowienia panie Robercie, cieszę się, ze ciasto, mimo że czterodniowe, smakowało) mają tam maleńką magnolię, jabłonki, śliczną niebieską pompę i tunel, z którego zerwaliśmy naręcze botwinki, szpinak, młode listki rukoli, które mnie potem piekły, jak jadłam z niedzielną kurą. Pierwszy raz w tym roku stałam bosymi stopami w trawie (gęstej, całej w płatkach i plamkach słonecznych) i dostawałam radosnego szału przy każdym krzaku bzu. Jestem strasznym dziadem, chcę siedzieć z gazetką pod takim krzakiem BEZ KOŃCA. Uprawiać działkę i jeść ziemniaki z koperkiem, jajkiem i zsiadłym mlekiem.

 

A więc kwiaty, w jedzeniu, w powietrzu (i w nosie). Do domu jeżdżę wzdłuż najładniejszych parków Warszawy, czasem wstaję z siodełka, żeby musnąć czołem kiść zwieszającą się z kasztanowca, nie mam śmiałości zrywać bzu – jego życie w moim jasnym mieszkaniu jest zawsze zasmucająco krótkie, zresztą czuję się przy tym trochę jak złodziej. W słoiku na stole konwalie i przy łóżku też: codziennie budzę się wiosną.

 

k.

9 maja, wieczór

O Chryste. Co ja zjadłam. O sielskim bisie majówki w Oławie jeszcze opowiem, tymczasem:

 

cieniutkie zielone szparagi z patelni, z wędzoną solą i pieprzem

z tej samej patelni posiekane migdały

ricotta roztarta z cytrynową oliwą, którą owiniętą w letnią sukienkę zeszłej jesieni przywiozłam z Sardynii

soli kwiat

kromka chleba pytlowego od Piwońskich, z tą samą oliwą (teoretyczne troszeczkę).

 

Twoja (chyba) (zbyt) często rozrzewniona,

 

k.

6 maja, piątek

Przyznam się do czegoś Tobie i światu: nigdy w życiu nie ugotowałam bulionu do risotto.

 

No i teraz lekko. Wy już sobie wdychacie pachnące ziołami powietrze mojej ulubionej wysepki, a we Wrocławiu zrobiła się całkiem miła wiosna. Nie wiem, kiedy minął ten tydzień, drzewa w każdym razie już całkiem wybuchły, a bzy osiedlowe wodzą mnie za nos. Przez ostatnie trzy dni wiodłam żywot żony, robiąc kanapki na śniadanie i do pracy, witając w południe dwudziestominutowym obiadem (w poniedziałek ragu z mlekiem i winem, cudowne, robione zupełnie bez trzymania się proporcji, same szczodre gesty i godzina lekkiego bulgotu na kuchence, a dziś na przykład indyk w piżamie z tymianku, skórki cytrynowej i parmezanu, a na to jeszcze kołdra szynki parmeńskiej, obok szpinak, którego torbę dostaliśmy od mamy Marcina, uduszony w śmietance, z czosnkiem i gałką). Przy okazji indyka upiekłam też zapas granoli na przyszły tydzień, jako że nie dla mnie, to masła nie żałowałam, a na deserek po babeczce z truskawkami, ciągle trzymam się tego przepisu Liski, bo „mógłbym jeść tylko te babeczki”. Ale z ciastkami też tak było, więc chyba pozwolę sobie na eksperymenty.

 

No i po tych śniadaniach a przed obiadami siedzę w drzwiach balkonu, za nim Lwowska ze swoimi kocimi łbami i staruszkami na balkonach, na kolanach komputer i robótka, radio – nie słuchaliśmy topu, wtedy akurat byliśmy chyba na leśnej wycieczce w Górach Stołowych. Mech jak złoto, korony sosenek oglądane ze skalnej półki, bułki z jajkiem na twardo i pomidorem. Zwykłe życie, no. Nawet nie gotowane. W drodze powrotnej dostałam co prawda koszmarnej alergii na jakiś pyłek czy trawkę, pokryłam się wysypką i poczęłam rozmyślać o rychłym uduszeniu, ale po „poszóstnej” dawce wapna rozpuszczalnego i kubku rumianku zaaplikowanym przez Marcina zasnęłam jak niemowlak i obudziłam się w kolejne święto grillowania. Pojechaliśmy rowerami na Tarnogaj, najpierw przez zieleń, a potem przez trzask ulewy – w koszyku trzęsły się babeczki z rabarbarem i karmelem (tak, te same, ale przyszło mi to wszystko robić w pół sekundy przed wyjściem), pudełko tabbouleh z rabarbarem (kuminem i rzodkiewką, dużo mięty i pietruszki, cytryna, oliwa), sardyńskie vermentino (dzięki ci Biedronko) i dwa pstrągi (dzięki ci Biedronko). Kolejne dwa zjedliśmy wczoraj wieczorem, do miski drobniutkiej rukoli ze szklarni marcinowych rodziców, z krzywymi rzodkiewkami, koperkiem i cytrynowym winegretem. Wcześniej były lody (słony karmel w polish lodach niewart uwagi), a jeszcze wcześniej wreszcie Piec na Szewskiej, zdobył moje serce od razu – aż dziwne, że Ciebie tam jeszcze nie było! Parmigiana delikatna i wspaniała, rwałam to ciasto z namiętnością do tej pory odczuwaną tylko w Mące i Wodzie. Wrócimy zjeść więcej, to pewne.

 

Dochodzi piętnasta, u Was jeszcze nie skończyła się siesta, a ja zaraz dopracuję do końca, spakuję manatki i pobiegnę na dworzec autobusowy – jedziemy do Oławy, a stamtąd znów do lasu, na ukwieconą działkę, w zieleń. Ciasto leśne – chyba te scones albo te z kruszonką. Weźmiemy masło w kieszeń.

 

Dzieciaki, pojedźcie bottargi, przywieźcie cegłę pecorino, robią tam z nim ciastka, które polewają miodem. Ricotta na wagę jest w każdym spożywczaku, pewnie jeszcze będą karczochy. Szukajcie fioletowych lodów z mirtu, smakuje jak las w jagodzie. Ja tu sobie zostanę w lokalnych zielonych pieleszach. Wszędzie dobrze, ale wiosną najlepiej.

 

k.

30 maja, poniedziałek, pomału elegia

jadłospis z ostatnich dni:

 

czwartek- podpatrzony na instagramie amelii pane schaffner (@ztastylife) kalafior z bułką tartą, kaparami, rodzynkami (u mnie podduszone w occie balsamicznym), orzechami laskowymi (nie miałam pinii) i świeżym oregano. zobaczyłam to zdjęcie kilka dni wcześniej i nie mogłam mu się oprzeć. już nawet sam kalafior to teraz dzika przyjemność, czy ty jadłaś ostatnio kalafiora? ma smak, jak w dzieciństwie, kiedy mama gotowała zupę jarzynową, a ja podjadałam jej surowe różyczki. poza tym- podglądanie włochów na instagramie to moja wielka guilty pleasure, robi mi się od tego ciepło w środku i czuję się bezpiecznie.

 

piątek- wszystkie blogi i książki o co zdrowszym etosie krzyczą ostatnio o pizzy albo podpłomykach z kalafiora. poddałam się wreszcie i postanowiłam zbadać sprawę. kierowałam się przepisem izzy hossack (tutaj). sam placek nie wzbudził większych emocji, już wiem i przestanę się nad nim zamyślać. na wierzchu- mozzarella, cheddar, sos z pierwszych pomidorów (niezły), oczka cukinii, pocięte obieraczką do warzyw szparagi i szpinak. to chyba jednak nie dla mnie, podobnie jak chleb bez ziaren, chia, glony etc. tęskniłam do en plato.

cobbler z rabarbarem z przepisu z guardiana, ten co ostatnio. dorzuciłam do rabarbaru garść truskawek; nie sądziłam, że to może być jeszcze lepsze.

 

sobota- prosto z koca pod czarnym bzem i naszego cypelka u ujścia wilgi pojechaliśmy dać drugą szansę włoskiej. nie umiem się pogodzić z tym, że jedzenie nie bardzo mi tam smakuje, bo z kolei bardzo miło się tam siedzi, a karta zawsze wygląda zachęcająco. pizza-fatalna. arancini z gorgonzolą porządne, tylko ja właśnie nie przepadam za gorgonzolą. lasagna z dorszem i zielonym pesto i pappardelle z królikiem, śmietanką i natką pietruszki. bardzo smaczny królik, mięciutki dorsz, poza tym niewiele smaku. strasznie jest mi smutno na ten temat, naprawdę.

 

niedziela- festiwal włoski w toku, nolio przy krakowskiej. cappelleti z ogonem wołowym, demi-glace, ricottą, nasturcją i orzechami włoskimi- boskie. idealnie al dente, a ja mam na tym punkcie hyzia, ricotta jak chmura, wszystko jak chmura. wielki żal, że to przystawka, a nie danie główne. pizza z ostrym salami (chyba pierwszy raz w życiu jadłam salami, które wywołało we mnie gwałtowne uczucia), cierpkimi oliwkami, te pomidory, ta oliwa. zadowolenie.

 

poniedziałek: scafata na jednej nodze i solo. chciałabym, żeby tak wyglądała reszta mojego życia- scafata, ricotta, kromka chleba, oliwa, białe wino. a na kolację- truskawki pieczone z rabarbarem i porto, twaróg, kremówka, orzechy laskowe, a potem jedenaście kilometrów biegu z mamą po drugiej stronie telefonu.

 

pozazdrościłam ci i kupiłam sobie dzisiaj pod kleparzem bukiet chabrów. miło czytać tę samą książkę co ty, to zabawne. jestem przy 314 stronie i już przeczuwam, że się nie pokochamy. od dawna dzielę to co mówi redaktor nogaś na czworo, on z reguły jest zachwycony. ja z reguły nie jestem i to jest klasyczny przypadek konfliktu tragicznego. mam wrażenie, jakbym od trzystu stron czytała jedną i tę samą (stronę). jeszcze jedno słowo na temat choroby juda albo jego rozterek natury emocjonalnej i idę nalać sobie wina.

dziś w końcu dotarł do mnie guardian, którego zamówiłam blisko dwa tygodnie temu. dodatek „the italian special” wspaniały, klasa. dlaczego niby „świąteczna” nie mogłaby mieć takiej wkładki? matko sugeruje, że u nas nie ma osobowości. może, ale też nie ma takiej uroczej zwyczajności, ta cieniutka gazetka nawet nie jest ładna, i to jest piękne. bardzo to ludzkie, ciekawe i nienadęte.

a z ostatniej chwili- na plantach zakwitł jaśmin. zapomniałam, że może być jeszcze ładniej, i pewnie jeszcze nie raz zapomnę.

 

a.

29 maja, niedziela, śniadanie

tłusty twaróg utarty z żółtkiem i wanilią i truskawki upieczone z kroplą oliwy, miodem i solą w płatkach, podlane łyżką porto i octem balsamicznym. mięta, otwarte na oścież ramiona okna, schyłek maja. jezu.

 

a.

25 i 26 maja, środa i czwartek, ja z podróży

w przedpokoju leży rozbebeszona torba podróżna, siatki z majem, który przyniosłam dziś z hali targowej i torby pełne mąki, cukru i jaj. właściwie wszędzie coś się piętrzy- ubrania, książki, przybory do biegania, samotny pęczek szparagów, łopatka do chleba. nie panuję nad swoim domem, a wiesz, jak bardzo tego nie lubię. tylko kto ma czas na dom, gdy „trzeba mi wielkiej drogi” i gdy maj wreszcie się rozchmurzył.

 

od piątku byłam na letnisku u rodziców. tam jeszcze kwitną magnolie, dzikie jabłonie i czereśnie z kwiatami nad czołem, jędrne bzy, jasne brzozy ubrane w białe mundurki. nasze berneńczyki miały we włosach kwiaty tawuły, koty wciąż grube po zimie. wstawałam jeszcze przed siódmą i wymykałam się cicho na werandę czytać i słuchać lasu, dom spał, to moja ulubiona pora dnia. wypieliłam rabaty i grządki w szklarence, chodziłam z tatą na spacery, jedliśmy pod niebem. na zachodzie polski o dziewiątej wieczorem wciąż jeszcze jest widno, zawsze mnie to dziwi, słońce w krakowie ma inne zwyczaje. w piątek wieczorem czekały na nas naleśniki z serem i jagodami z ubiegłego lata, boże, jak mi to smakowało. na śniadanie jadłam kanapki z dzieciństwa, kromki chleba z masłem, sałatą (pierwsza z ogródka), serem żółtym, plastrami pomidora, jajem na twardo i szczypiorkiem. pewnie to znasz- brudne ręce, obdarte kolana, jakiś letni wieczór, zapach ciepłego masła i tata układający na talerzyku kolorowe kanapki. nie wiem dlaczego, ale jem tak tylko u rodziców. gotowaliśmy szybko i prosto, mama zarządziła, że szkoda czasu na kuchenne siermiężenie, a więc: omlety ze szparagami, młody szpinak, fasola, kiełbaski z grilla, pieczona ryba, rabarbar pod kruszonką.

 

co rusz przypomina mi się nasz dziewczyński piątkowy poranek. wszystko już udokumentowałaś, ja tylko dodam, że najbardziej smakowała mi jajecznica z truflą, masło i ty. nieczęsto zdarza mi się jeść deser po śniadaniu, ale właściwie możemy się na to umówić już na zawsze. gdy ty pojechałaś z chlebem do pracy, ja usiadłam w parku na powiślu, wystawiłam nogi do słońca i wszystko mi w środku śpiewało z radości. w nocy, gdy już przestałyśmy gadać jedna przez drugą i przerywać sobie nawzajem i ty zasnęłaś- ja nie umiałam spać, życie pieniło mi się w brzuchu jak musujące wino. myślałam o pani waleckiej, która jest jedna taka na świecie i która w moim pojęciu jest dowodem na istnienie pana boga. ona cała jest jak musujące wino i stwarza świat, w którym wszystko jest możliwe. odtwarzałam proces składania chleba i bałam się, że wszystko zapomnę; przypomniało mi się natomiast, że nie powinno się piec chleba przy włączonym termoobiegu i wstałam, żeby to zanotować. słuchałam śpiącego oddechu grochowa, ty raz po raz mówiłaś coś przez sen, martwiłam się o zakwas, który dostałam od moniki i który miał przejechać ze mną kawał polski, byłam potwornie zmęczona i potwornie szczęśliwa. a rano- słońce wlewające się przez okno, siwe ramiona kwiatów za zasuniętą zasłoną, twoje gołe nogi pod markizą u krawca i moje jeszcze nie gołe, grochów zielony jak młoda sałata.

 

przez te dni zjadłam także: w czwartek obiad w bibendzie, krem ze szczawiu (na moje standardy za mało kwaśny) i kurczaka supreme usmażonego na klarowanym maśle z tymiankiem, z puree z batata, marynowaną cebulą i pysznym zielonym. we wtorkowy wieczór makrelę w pino i smakowała mi tak jak ta, którą po raz pierwszy jadłam ubiegłego lata. a wczoraj i przedwczoraj jadłam na obiad scafatę, bardzo, bardzo mi ona smakuje. we wtorek z kulką świetnej mozzarelli, wczoraj z dwiema łyżkami ricotty utartej z oliwą i z dodatkową garścią mięty. mogłabym jeść na obiad scafatę codziennie. i dziś na śniadanie- kromki ciepłego jeszcze chleba z masłem, ricottą, truskawkami, miodem i miętą. ty wiesz.

 

zażywam też kultury- zaczęłam czytać „małe życie”, ale jeszcze nie wiem, co o nim myślę. we wtorek byliśmy w kinie na „nienasyconych” i to jest ten rodzaj intensywności i subtelności, za którymi przepadam. bardzo mi się podobało, to pierwszy film od dawna, który mnie zainteresował. luca guadagnino najwyraźniej też lubi jeść, ciekawe, co będziesz miała do powiedzenia na temat ricotty. a wczoraj byliśmy na koncercie poświęconym muzyce z filmów polańskiego w ramach festiwalu muzyki filmowej i to było takie ładne. stańko, narodowa orkiestra polskiego radia, pan dyrygent, którego chciało się utulić, na widowni- polański i desplat. dziś rano włączyłam radio i natknęłam się na kydryńskiego.

 

ja widziałam piwonie, najpierw w warszawie, a teraz babuleńki sprzedają je w krakowie na hali targowej i przy każdym większym skrzyżowaniu. są też astry, konwalie, astorie, goździki i dużo takich, których nie znam. zamierzam pójść do tych starszych pań na pogawędkę na ich temat; starsze panie wiedzą wszystko.

 

a.

o wtorku i środzie, 17 i 18 maja

czasami muszę zjeść klopsy, przychodzi ochota jak stąd do caracas (i klops). jest w meatballs coś codziennego, odświętnego i radosnego zarazem. to czasami zdarzyło się wczoraj, zdarzyły mi się też najbardziej egzotyczne klopsiki jakie dotąd jadłam. autorzy przepisu sugerują, że mój obiad „is enough to transport you to a dreamland persia, all minarets, walled gardens and soft silk slippers”. nie mydlą oczu, to wszystko pachnie i smakuje nieznajomo, klopsiki ze startym ziemniakiem zamiast okruchów chleba to chyba też niecodzienna sprawa, do tego- „wywar” na lasce cynamonu i suszonych cytrynach (pozdrawiam delikatesy dubaj przy starym kleparzu), pęk mięty i kolendry, sporo przypraw, sos zabielany i hartowany jogurtem, więcej kolendry i więcej mięty. po wstępnym onieśmieleniu przyszło zadowolenie, za oknem darła się burza, ten maj chyba wolałby być kwietniem. na dzisiejszy obiad dokładka z wczoraj, tylko z kokosowym dhalem z botwinką. przepis-tutaj, sarit packer and itmar srulovich`s meatballs with peas, mint and yogurt.

 

spora część poniedziałkowego poranka minęła mi na szukaniu guardiana pod głowami kasztanowców (czy to różowe kasztanopodobne o które pytasz to nie kasztanowiec czerwony? jest typowym kasztanowcem, i tylko kiście kwiatów ma różowawe. to?). niestety, bez sukcesów. zdziwiło mnie to- z jednej strony unia europejska, z drugiej heterogeniczny kraków, a dziennika nigdzie nie znalazłam. zależało mi na wydaniu z weekendu, bo po pierwsze dodatek z okazji piętnastolecia magazynu, a po drugie wydanie specjalne poświęcone kuchni włoskiej. ostatecznie zamówiłam je w internecie; w tych tłustym, wystrojonych kasztanowcach też jest coś ostatecznego.

 

jestem trochę zmęczona, ostatnie trzy dni prędkie i nabrzmiałe. mój pociąg do warszawy odjeżdża parę minut po dziesiątej rano, może do tego czasu przyjdzie paczka z zamówionymi książkami, bo wczoraj przed snem skończyłam „przekleństwa niewinności” i teraz rozkładam puste ręce. eugenides ma w sobie coś z realizmu magicznego, kojarzy mi się też z kolorowym odpustem w lewinie kłodzkim i z uniesionymi brwiami. będzie mi go brakowało.

 

a.

15 maja, niedziela

majowe minestrone z przepisu z bon appetit, wyjątkowo ładne. dorzuciłam pocięte w słupki szparagi, kilka dymek, garść fasoli i sporą kalarepkę, którą znalazłam na drzwiach lodówki. bulion ze grubymu bukiecikami natki pietruszki, młodych liści selera i lubczyku (dom pachniał jak dzieciństwo). fregola, która przyleciała ze mną z sardynii. zamiast oliwy pietruszkowej- klasyczne pesto. chlust białego wina. gruba kromka chleba usmażona na oliwie. ja pewnie też będę gruba.

 

na późny podwieczorek- cobbler z rabarbarem z kolumny claire ptak w guardianie (tu). każda porcja podlana kałużą z tłustej śmietanki (jak na zdjęciu), co mnie uwiodło. rabarbar upieczony z kardamonem, skórką otartą z pomarańczy i świeżym imbirem. warstwa ciasta- z wanilią. pyszne. kulinarny dział guardiana to mój numer jeden jeśli chodzi o prasę kulinarną w ogóle, czytam od deski do deski (od strony do strony). nigel slater, ottolenghi, anna jones, rachel roddy i jej „kitchen sink tales”, szefowie kuchni, którzy mi się podobają. literatura („food in books”), recenzje, restauracje, które podglądam i które mnie interesują. jakaś brytyjskość. i co najważniejsze- ja naprawdę z publikowanych przez nich przepisów gotuję. klasa.

 

aha, i wczoraj na śniadanie- labneh z wędzoną solą, rabarbar upieczony z cytryną i słodkim deserowym winem (białym) a la yotam w „plenty more” i owsiana kruszonka z migdałami. wszystko dobre, tylko mi ostatnio jakoś nie smakują słodkie śniadania. jedząc słodkie myślałam o obiedzie.

 

a.

piątek trzynastego

zaimprowizowana na kolanie scafata, która przeszła oczekiwania (życiowa ambicja- nie mieć oczekiwań). trzy dymki, trzy ząbki czosnku posiekane w wątłe piórka, sporo oliwy. groszek (jeszcze mrożony), pół pęczka szparagów (zielonych), pęczek młodej marchwi (każda przekrojona wzdłuż na pół, i jeszcze na pół, i jeszcze), escarola (tudzież endywia szerokolistna), kilka niedużych, mięsistych liści młodej sałaty rzymskiej, tych ze środka. garść posiekanej bazylii, trochę posiekanej mięty, dwie gałązki tymianku. chlust białego wina. więcej oliwy, świeżo utarty pieprz, skórka otarta z połówki cytryny. wszystko chwila moment, trzeba uważać, żeby warzywa nie straciły koloru i chrupkości. zjedliśmy scafatę z resztkami polenty (choć właściwie jagnienty), z kromką chleba, z kulką burraty i z więcej oliwy. duża radość.

 

a.

12 maja, czwartek

zafundowaliśmy sobie dziś wagary- najpierw spacer do ogrodu botanicznego, obchód ogrodu botanicznego i czytanie  w ogrodzie botanicznym; obiad na tarasiku bistro11 i na koniec jeszcze wesoła cafe. drugi raz w tym tygodniu jadłam kurczaka z kostką na ragu z wiosennych warzyw i gnocchi z pokrzywą (tylko że dziś bez gnocchi, głos rozsądku). kurczak jak kurczak, miękki i wilgotny, ale ja szaleję za tą potrawką z wiosennych warzyw- zielony groszek, maleńki bób, szparagi, groszek cukrowy i szczupłe marchewki. mogłabym to jeść w kółko, z dobrą ricottą albo kromką chleba.

na śniadanie była właśnie kromka chleba, z masłem i wędzoną solą, jajo na miękko, dwie rzodkiewki i kawałek cheddara. jeszcze ciepły cheb tartine, małe święto w środku tygodnia.

 

czytam „przekleństwa niewinności” eugenidesa i tym sposobem będę miała pełen ogląd na tego pana. jak dotąd najbardziej podoba mi się chyba „intryga małżeńska”. maj to czas premier, na które czekam. tyle do czytania, nie tyle czasu.

 

a.

11 maja, środa

przeczytałam dziś rano na blogu erin o cheesy millet polenta (tu). na ogół jestem sceptyczna na temat takich wynalazków, trochę krzywię się na myśl o ryżu z kalafiora, o cieście z batatów albo o rybie z selera, ale to wydało mi się ciekawe. bardzo lubię polentę, ale bardzo nie powinnam jej jeść ze względów insulinowych (nie powinnam też jeść kaszy jaglanej, ale mniej), więc postanowiłam zaryzykować z jaglanką i wiesz, że to jest smaczne. jaglana ugotowana w bulionie i mleku traci swój jaglany posmak i naprawdę niewiele różni się od kaszy kukurydzianej. fajne.

na „polencie”- podobnie jak erin- ułożyłam szczupłe zielone szparagi upieczone z szalotką i sokiem z cytryny, przykryłam je jajkiem posadzonym na oliwie, na wierzch jeszcze prażone orzechy laskowe i ricotta ubita z oliwą i sokiem z cytryny. ten cudny majowy szpinak ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku i cytryną. codziennik, to moja ulubiona majowa budowla- coś mokrego i miłego, szparagi, jajko albo labneh albo pesto, orzechy.

 

apropos twojego wyznania na temat bulionu w risotto- ja chyba po prostu lubię pracę u (i od) podstaw, od zawsze mam takie poczucie, że muszę na wszystko zasłużyć- że muszę najpierw zrobić jakieś a, żeby potem w spokoju poczytać, zjeść kawałek placka, wyjść z domu albo ugotować i zjeść na obiad risotto. inaczej swędzi mi sumienie. sama sobie nałożyłam ten garbik, nie przypominam sobie, żeby w rodzinnym domu ktoś miał podobny problem. poza tym ja chyba po prostu lubię robić, cieszy mnie działalność na tym tle. lubię wiedzieć, z czego zrobiony jest mój obiad. i nie lubię gotowego bulionu, nawet tego eko czy bio, bo on i tak ma w składzie cukier, olej palmowy albo jakieś dziwne mąki. boję się ich.

 

twoja chora na głowę,

 

a.

10 maja, wtorek

nie byłabyś ze mnie zadowolona- nie pojadłam i nie przywiozłam ze sobą bottargi, bo chyba do końca mi nie smakuje. nie przyjechała też ze mną cegła pecorino, bo wciąż nie mogę dojeść kawałka, który przyniosłam kiedyś od mirco; pecorino to nie jest mój ulubiony ser, jestem bardziej krowia. matko zjadł lody z mirtu z apetytem, mi przypominały syrop na kaszel albo rozgrzewającą maść, którą mama smarowała mi plecy gdy byłam mała i gdy gorączkowałam. w porządku, ale te lody to nie byłby mój pierwszy wybór. co z tego, że drobne karczochy wielkości piąstki dziecka tłoczą się w koszu na każdym straganie, jak i tak nie miałam dostępu do kuchni. wina szczepu canonnau świetne, miałaś rację. przywiozłam ze sobą jedynie paczuszkę fregoli, na którą przepisy mam pozaznaczane od jakiegoś czasu i teraz w końcu nadejdzie ich czas. i jedno jabłko i pomarańczę, których nie zjadłam na lotnisku, i jeszcze mapę, zawsze przywożę z podróży mapę. i łodyżkę rumianki śpiącą między stronami „fatum i furii”.

 

ciekawe jak to jest żyć w kraju, gdzie na każdym kroku można napić się dobrej kawy. znam drugą stronę tego medalu, to znaczy codzienność we francji, gdzie kawa (z wyjątkiem kilku miejsc w paryżu) jest mocno paskudna. to musi być bardzo przyjemne. te ich ekspresy jak traktory, długie blaty, brzęki filiżanek i łyżeczek i łyżeczek o filiżanki, zapach świeżego soku z pomarańczy i drożdżowych ciastek udających ciastka francuskie, czego nie rozumiem.

prowadziłam z zaangażowaniem badania terenowe pod hasłem rachel roddy- próbowałam tych wszystkich crostat i prostych foremkowych ciast z nutą cytrusów (nie moje), dostawałam kociokwiku przy każdej martwej naturze pod tytułem kawiarka, konfitura, masło, grzanka albo sucharek, jakiś owoc; zamawiałam w restauracjach rzeczy typu sałatka z białej fasoli i cebuli z tuńczykiem i oliwą, z plamą octu balsamicznego. oni naprawdę tak jedzą, fantastyczne. czytaliśmy sobie na głos- matko mi piątkową recenzję nowickiego w krakowskim co jest grane albo szczygła z dużego formatu, a ja jemu „fatum i furię”. ta książka jest tak przetłumaczona, że czasami robiło mi się słabo w palcach- piękne.

 

sardynia jest piękna i jest wszystkim- polską, irlandią, patagonią, chorwacją, szkocją, kubą i jeszcze przecież włochami. łąki, plaże, łąki na plażach, urwiska, wyżyny i doliny, pola. litania- rozbuchane oleandry, wisterie, już róże; potem majowe łąki w pełnym rynsztunku, maki i oset, rumianek. drzewa ubrane w kolczyki z cytryn i kumkwatów. jakiś krzew, który pachniał jak jaśmin. kaktusy, które przerastały mnie o głowę. wyjechaliśmy z cagliari, dotarliśmy do alghero. jedną noc i cały piątek spędziliśmy na wyspie san pietro, mały hotelik w carloforte, dobre lody, świetne wino, wąskie ścieżynki i serpentyny, urwiska, od których staje serce. bardzo lubię pływać promem, wychodzić na pokład albo wyglądać przez szybę, patrzeć na ludzi i na kożuch z piany morskiej.

 

nasza trasa- cagliari, pula, nora, chia, sant anna arresi, isola di sant` antioco, calasetta, isola di san pietro (carloforte), portoscuso, buggerru, oristano, bosa, alhghero, cagliari. chętnie wrócę na północne wybrzeże i na północny wschód wyspy.

 

osobliwości- ciastko przypominające kształtem donuta, z kminkiem, oblane lukrem i słodką kolorową posypką, dość upiorne. dodawanie do gotowej już pasty z sosem nieugotowanej semoliny. albo kawałek zwykłego włoskiego placka nasączonego lukrecją, to było intrygujące i dość obrzydliwe jednocześnie, podano nam po kawałku takiego ciasta jako digestiv w jednej z restauracji. podglądanie mieszkańców bosy (bosej?) przy sąsiednim stoliku na dziedzińcu restauracji, którzy na pierwsze danie zjedli po talerzu makaronu, a na drugie podzielili się focaccią i kolejną porcją klusek, przegryzając w międzyczasie chleb. drożdżowe rogale udające croissanty, cuchnące jak seven daysy.

 

rozczarowania- makarony. często daleko im było do postaci al dente, częściej sucha pasta niż pasta fresca, a ja nie po to lecę do włoch, żeby jest kluski z paczki. sosy których próbowaliśmy- z bottargą, z tuńczykiem i pomidorami, z rybami i truflą, z pesto i pecorino i tuńczykiem- raczej bez ekscesów (świetne były za to ravioli i tagliatelle z tatarem z krewetek i koprem włoskim w alghero (restauracja mirador)). i owoce morza, których talerz zamówiłam przez przypadek i które wciąż mi nie smakują.

 

i zachwyty- jedzenie, które miało smak. pomidory smakowały jak pomidory, jadłam je jak jabłka, nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam coś tak dobrego. sól jak sól i morze, oliwki mające smak oliwek, a nie mydła, kapary, które jak obok; ser (krowi, po prostu krowi), który zostawał w budzi i uderzał do głowy. pane carasau, którego wielki okrąg kupiliśmy w jednej z piekarni w puli, doskonały, wilgotny, oliwny i słonawy, zupełnie inny, niż te wszystkie suchary pozawijane w folię. żaden inny nam już później nie smakował. słodkie bułki z ricottą z tej samej piekarni, świetne, niby słodkie, ale jednak nie (pani ekspedientka zapytana o to co to właściwie jest odparła, że to „ricotta zucchero”). szynka wciśnięta między dwie pajdy mokrej od oliwy focacci. ricotta podana do śniadania w carloforte, duszone suszone śliwki z gęstym jogurtem. tłuste lody jogurtowe albo pistacjowe, bez żadnych olejków, pochwała orzecha. solone czipsy, prosecco, słońce. canolo z owczą ricottą, zrób sobie raj. salsiccia sarde z grilla, na pizzy (a pizza jak ta, którą znam z chorwacji) albo na talerzu. ravioli z ricottą, pieczone ziemniaki z oliwą i rozmarynem, po prostu pieczone ziemniaki z oliwą i rozmarynem, za które dałabym odciąć sobie język. sebadas z pecorino albo z fontiną, i z miodem. due cappuccini.

 

i dobrze, że po zachwyt nie zawsze trzeba wyjeżdżać- w krakowie kasztanowce uginają się pod kiściami kwiatów, lubię pod nimi biegać późnym wieczorem, w nosie tęcza. złoty rogal księżyca wiszący na niebie między konarami jesiona za naszym oknem. bez. albo moment chwały i uczucie pełni nad talerzem botwinki, którą wczoraj ugotowałam. to chyba najlepsza botwina na świecie, na bulionie i na zakwasie z buraków, który dostałam od mamy. z czosnkiem, koprem i śmietanką. z jajkiem na twardo i z młodymi ziemniakami i jasiem usmażonymi na dymce, maśle i wędzonej soli. kwaśna, ostra, cierpka. już wiem, co zrobię jutro- nastawię buraki na zakwas i ugotuję kolejny garnek.

 

a.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

30 maja, poniedziałek, pomału elegia

jadłospis z ostatnich dni:

 

czwartek- podpatrzony na instagramie amelii pane schaffner (@ztastylife) kalafior z bułką tartą, kaparami, rodzynkami (u mnie podduszone w occie balsamicznym), orzechami laskowymi (nie miałam pinii) i świeżym oregano. zobaczyłam to zdjęcie kilka dni wcześniej i nie mogłam mu się oprzeć. już nawet sam kalafior to teraz dzika przyjemność, czy ty jadłaś ostatnio kalafiora? ma smak, jak w dzieciństwie, kiedy mama gotowała zupę jarzynową, a ja podjadałam jej surowe różyczki. poza tym- podglądanie włochów na instagramie to moja wielka guilty pleasure, robi mi się od tego ciepło w środku i czuję się bezpiecznie.

 

piątek- wszystkie blogi i książki o co zdrowszym etosie krzyczą ostatnio o pizzy albo podpłomykach z kalafiora. poddałam się wreszcie i postanowiłam zbadać sprawę. kierowałam się przepisem izzy hossack (tutaj). sam placek nie wzbudził większych emocji, już wiem i przestanę się nad nim zamyślać. na wierzchu- mozzarella, cheddar, sos z pierwszych pomidorów (niezły), oczka cukinii, pocięte obieraczką do warzyw szparagi i szpinak. to chyba jednak nie dla mnie, podobnie jak chleb bez ziaren, chia, glony etc. tęskniłam do en plato.

cobbler z rabarbarem z przepisu z guardiana, ten co ostatnio. dorzuciłam do rabarbaru garść truskawek; nie sądziłam, że to może być jeszcze lepsze.

 

sobota- prosto z koca pod czarnym bzem i naszego cypelka u ujścia wilgi pojechaliśmy dać drugą szansę włoskiej. nie umiem się pogodzić z tym, że jedzenie nie bardzo mi tam smakuje, bo z kolei bardzo miło się tam siedzi, a karta zawsze wygląda zachęcająco. pizza-fatalna. arancini z gorgonzolą porządne, tylko ja właśnie nie przepadam za gorgonzolą. lasagna z dorszem i zielonym pesto i pappardelle z królikiem, śmietanką i natką pietruszki. bardzo smaczny królik, mięciutki dorsz, poza tym niewiele smaku. strasznie jest mi smutno na ten temat, naprawdę.

 

niedziela- festiwal włoski w toku, nolio przy krakowskiej. cappelleti z ogonem wołowym, demi-glace, ricottą, nasturcją i orzechami włoskimi- boskie. idealnie al dente, a ja mam na tym punkcie hyzia, ricotta jak chmura, wszystko jak chmura. wielki żal, że to przystawka, a nie danie główne. pizza z ostrym salami (chyba pierwszy raz w życiu jadłam salami, które wywołało we mnie gwałtowne uczucia), cierpkimi oliwkami, te pomidory, ta oliwa. zadowolenie.

 

poniedziałek: scafata na jednej nodze i solo. chciałabym, żeby tak wyglądała reszta mojego życia- scafata, ricotta, kromka chleba, oliwa, białe wino. a na kolację- truskawki pieczone z rabarbarem i porto, twaróg, kremówka, orzechy laskowe, a potem jedenaście kilometrów biegu z mamą po drugiej stronie telefonu.

 

pozazdrościłam ci i kupiłam sobie dzisiaj pod kleparzem bukiet chabrów. miło czytać tę samą książkę co ty, to zabawne. jestem przy 314 stronie i już przeczuwam, że się nie pokochamy. od dawna dzielę to co mówi redaktor nogaś na czworo, on z reguły jest zachwycony. ja z reguły nie jestem i to jest klasyczny przypadek konfliktu tragicznego. mam wrażenie, jakbym od trzystu stron czytała jedną i tę samą (stronę). jeszcze jedno słowo na temat choroby juda albo jego rozterek natury emocjonalnej i idę nalać sobie wina.

dziś w końcu dotarł do mnie guardian, którego zamówiłam blisko dwa tygodnie temu. dodatek „the italian special” wspaniały, klasa. dlaczego niby „świąteczna” nie mogłaby mieć takiej wkładki? matko sugeruje, że u nas nie ma osobowości. może, ale też nie ma takiej uroczej zwyczajności, ta cieniutka gazetka nawet nie jest ładna, i to jest piękne. bardzo to ludzkie, ciekawe i nienadęte.

a z ostatniej chwili- na plantach zakwitł jaśmin. zapomniałam, że może być jeszcze ładniej, i pewnie jeszcze nie raz zapomnę.

 

a.

30 maja, poniedziałek

Lato zaczęło się dla mnie wczoraj, w momencie gdy w żółtych klapkach i błękitnej sukience rozgrzana wracałam z plaży z makiem w jednej dłoni i dłonią w drugiej. Jestem bardzo zdziwiona, że już po miesiącu, wszystko się tak powoli a skutecznie zmienia – zakwitły topole i załzawiły oczy, truskawki są już normalne i nierówne (właśnie zjadłam pół miski na drugie śniadanie), jadąc do pracy opalam nos i ramiona. Dobrze, że ciągle przed nami owoce leśne, morele i bób.

 

Przez te wolne dni też mieliśmy swoje letnisko. Trójkątny domek w Wieleniu z chłodnym, przewiewnym poddaszem, zacieniony tarasem i słonecznym ogródkiem, gdzie wystawialiśmy brzuchy do słońca i grillowaliśmy kolejne tury mięsa. Dla mnie był pstrąg z cytryną i koprem, ale też trochę kurczaka w cytrynie, czosnku i tymianku, do tego dijon, sałatka z fasoli, pomidora i świeżej bazylii, chrupki ziemniak z żaru i riesling, na stole chabry w szklance. Wieczorem kąpiel w jeziorze, a potem na kocu gry, przy wtórze huku ślimaków rzucających się w dół z wciąż rozgrzanego dachu. Rano rosa i pancakes z serkiem i siekanymi truskawkami, smażone w kucki na dwupalnikowej kuchence turystycznej. Żagle – przez chwilę sterowałam, potem wróciłam do jedzenia orzeszków ziemnych. Jak to miło mieć zakurzone stopy, brązowe ramiona i książkę na kolanach. Albo poboczem iść gromadką, każde ze swoim lodem na patyku. Wracałam do domu czterema środkami transportu, popijając chłodne mleko prosto z kartonu i czytając „Małe życie” – jestem w połowie, jest dobrze, ale zachwyty Nogasia uważam za nieco przesadzone. Wreszcie dom. Zaczynam festiwal piwonii i truskawek.

 

k.

29 maja, niedziela, śniadanie

tłusty twaróg utarty z żółtkiem i wanilią i truskawki upieczone z kroplą oliwy, miodem i solą w płatkach, podlane łyżką porto i octem balsamicznym. mięta, otwarte na oścież ramiona okna, schyłek maja. jezu.

 

a.

25 i 26 maja, środa i czwartek, ja z podróży

w przedpokoju leży rozbebeszona torba podróżna, siatki z majem, który przyniosłam dziś z hali targowej i torby pełne mąki, cukru i jaj. właściwie wszędzie coś się piętrzy- ubrania, książki, przybory do biegania, samotny pęczek szparagów, łopatka do chleba. nie panuję nad swoim domem, a wiesz, jak bardzo tego nie lubię. tylko kto ma czas na dom, gdy „trzeba mi wielkiej drogi” i gdy maj wreszcie się rozchmurzył.

 

od piątku byłam na letnisku u rodziców. tam jeszcze kwitną magnolie, dzikie jabłonie i czereśnie z kwiatami nad czołem, jędrne bzy, jasne brzozy ubrane w białe mundurki. nasze berneńczyki miały we włosach kwiaty tawuły, koty wciąż grube po zimie. wstawałam jeszcze przed siódmą i wymykałam się cicho na werandę czytać i słuchać lasu, dom spał, to moja ulubiona pora dnia. wypieliłam rabaty i grządki w szklarence, chodziłam z tatą na spacery, jedliśmy pod niebem. na zachodzie polski o dziewiątej wieczorem wciąż jeszcze jest widno, zawsze mnie to dziwi, słońce w krakowie ma inne zwyczaje. w piątek wieczorem czekały na nas naleśniki z serem i jagodami z ubiegłego lata, boże, jak mi to smakowało. na śniadanie jadłam kanapki z dzieciństwa, kromki chleba z masłem, sałatą (pierwsza z ogródka), serem żółtym, plastrami pomidora, jajem na twardo i szczypiorkiem. pewnie to znasz- brudne ręce, obdarte kolana, jakiś letni wieczór, zapach ciepłego masła i tata układający na talerzyku kolorowe kanapki. nie wiem dlaczego, ale jem tak tylko u rodziców. gotowaliśmy szybko i prosto, mama zarządziła, że szkoda czasu na kuchenne siermiężenie, a więc: omlety ze szparagami, młody szpinak, fasola, kiełbaski z grilla, pieczona ryba, rabarbar pod kruszonką.

 

co rusz przypomina mi się nasz dziewczyński piątkowy poranek. wszystko już udokumentowałaś, ja tylko dodam, że najbardziej smakowała mi jajecznica z truflą, masło i ty. nieczęsto zdarza mi się jeść deser po śniadaniu, ale właściwie możemy się na to umówić już na zawsze. gdy ty pojechałaś z chlebem do pracy, ja usiadłam w parku na powiślu, wystawiłam nogi do słońca i wszystko mi w środku śpiewało z radości. w nocy, gdy już przestałyśmy gadać jedna przez drugą i przerywać sobie nawzajem i ty zasnęłaś- ja nie umiałam spać, życie pieniło mi się w brzuchu jak musujące wino. myślałam o pani waleckiej, która jest jedna taka na świecie i która w moim pojęciu jest dowodem na istnienie pana boga. ona cała jest jak musujące wino i stwarza świat, w którym wszystko jest możliwe. odtwarzałam proces składania chleba i bałam się, że wszystko zapomnę; przypomniało mi się natomiast, że nie powinno się piec chleba przy włączonym termoobiegu i wstałam, żeby to zanotować. słuchałam śpiącego oddechu grochowa, ty raz po raz mówiłaś coś przez sen, martwiłam się o zakwas, który dostałam od moniki i który miał przejechać ze mną kawał polski, byłam potwornie zmęczona i potwornie szczęśliwa. a rano- słońce wlewające się przez okno, siwe ramiona kwiatów za zasuniętą zasłoną, twoje gołe nogi pod markizą u krawca i moje jeszcze nie gołe, grochów zielony jak młoda sałata.

 

przez te dni zjadłam także: w czwartek obiad w bibendzie, krem ze szczawiu (na moje standardy za mało kwaśny) i kurczaka supreme usmażonego na klarowanym maśle z tymiankiem, z puree z batata, marynowaną cebulą i pysznym zielonym. we wtorkowy wieczór makrelę w pino i smakowała mi tak jak ta, którą po raz pierwszy jadłam ubiegłego lata. a wczoraj i przedwczoraj jadłam na obiad scafatę, bardzo, bardzo mi ona smakuje. we wtorek z kulką świetnej mozzarelli, wczoraj z dwiema łyżkami ricotty utartej z oliwą i z dodatkową garścią mięty. mogłabym jeść na obiad scafatę codziennie. i dziś na śniadanie- kromki ciepłego jeszcze chleba z masłem, ricottą, truskawkami, miodem i miętą. ty wiesz.

 

zażywam też kultury- zaczęłam czytać „małe życie”, ale jeszcze nie wiem, co o nim myślę. we wtorek byliśmy w kinie na „nienasyconych” i to jest ten rodzaj intensywności i subtelności, za którymi przepadam. bardzo mi się podobało, to pierwszy film od dawna, który mnie zainteresował. luca guadagnino najwyraźniej też lubi jeść, ciekawe, co będziesz miała do powiedzenia na temat ricotty. a wczoraj byliśmy na koncercie poświęconym muzyce z filmów polańskiego w ramach festiwalu muzyki filmowej i to było takie ładne. stańko, narodowa orkiestra polskiego radia, pan dyrygent, którego chciało się utulić, na widowni- polański i desplat. dziś rano włączyłam radio i natknęłam się na kydryńskiego.

 

ja widziałam piwonie, najpierw w warszawie, a teraz babuleńki sprzedają je w krakowie na hali targowej i przy każdym większym skrzyżowaniu. są też astry, konwalie, astorie, goździki i dużo takich, których nie znam. zamierzam pójść do tych starszych pań na pogawędkę na ich temat; starsze panie wiedzą wszystko.

 

a.

23 maja, poniedziałek

Myślałam, że kiedy tu zajrzę, znajdę już odstaną pieśń na temat warsztatów z królową Walecką, naszego śniadania i Twoich naleśników z serem i jagodami, a tymczasem pustka. Pozwolę więc sobie, jako ta bardziej pokrzywdzona kulinarnie, nadrobić końcówkę tygodnia.

 

Piątkowy poranek jawi mi się teraz jako jakiś mały cud. Jak nas to słońce obudziło po szóstej, strasznie się ucieszyłam, że też chcesz już wstać, bo takich rannych ptasząt jest jednak niewiele. A potem już powolny rozkwit słodkiego dnia – razowiec z rodzynkami do piekarnika, pakowanie i kokoszenie się, mieszkanie ciągle zalane światłem. Razowiec na blat, sukienki na grzbiety, toboły w ręce i na plecy, śpiący w koszyku gotowy do pieczenia chleb w zgięcie łokcia i do Krawca, na flat white wypite na ławce pod kamienicą. Wreszcie podróż na Rozbrat, a tam wszystko na pół: kremowa jajecznica z płatkami czarnej trufli, zupełnie przeciętna kanapka BLT i całkiem przyzwoita drożdżówka, podusia, z malinami i kruszonką, świeżo wyjęta z pieca. Nie wiem czemu w niej było tak mało masła, nadrobiłyśmy to ładując je na te mięsiste kromki, skrapiając miodem. Dzbanek mięty i po lampce prosecco – i bez niego mi się wszystko cieszyło z Ciebie, dziewczyno.

 

Później z dobroci to jeszcze pół dnia pracy przesiedziane na trawie w redakcyjnym ogródku, przy grillu – naked burger między rumianymi plastrami kalafiora i cukinii, do tego dijon. Upiekłam też ten Twój piękny chleb, przytulany w trzech kolejnych środkach komunikacji miejskiej. Chyba przeziębił się w tramwaju, bo nie otworzył się wcale i trochę rozlazł, ale i tak był pyszny – zawiozłam go Polskim Busem do Łodzi, gdzie okazało się, że istnieją domy, w których nie ma masła.

 

Jasny punkt weekendu – niebywały sernik w Williamsburgu na Piotrkowskiej. Czuć było twaróg niezmącony spodem, jajeczny i lekko waniliowy, przykryty atramentową kołderką z jagód. Smakował mi bardziej niż ten z Ruiny, który tydzień temu Monia przywiozła nam z Poznania – tiramisu nuda, czekoladowy z masłem orzechowym bardzo dobry, ale czekoladowy sernik to nie sernik, zgadzamy się co do tego wszystkie.

 

Dziś najwięcej radości dała mi wędzona makrela. Słucham teraz Klubu Trójki i powiem Ci w sekrecie, że tylko dla dżingla, który jak wiele trójkowych bardzo mnie uspokaja. Podobno już za chwilę czerwiec i gdzieś ktoś widział piwonie.

 

k.

18 maja, środa

Na wczorajszą kolację: zupełnie zwykła zupa botwinkowa z koperkiem, jajem i kromką chleba. Chleb i zupa, mam dwanaście lat, jestem zła na jarzynową, chyba, że mama akurat zrobi taką z nowiutkich groszków, kalarepki i małych różyczek kalafiora. Gdyby mi dziś ktoś tak regularnie gotował zupy, całowałabym po czole. Pamiętam, jak na studiach po raz pierwszy wypełniłam dom bulionowym zapachem i swoje zdziwienie też pamiętam. Że to takie proste puzzle.

 

Na podwieczorek: bez roweru (bo zima) i baletu (niesnaski z bankiem) zupełnie mi odwala, więc zawzięłam się w sobie i poszłam biegać. Miałaś rację, o tej porze roku to jest wycieczka nieprawdopodobna, ciężko skupić się na regularnym oddychaniu, skoro co chwila trzeba zaciągać się jakimś kwiatem. Trasa udała mi się wyjątkowo, nabrzmiały zielony Skaryszak, najbardziej lubię patrzeć na linię nieba ponad koronami, z których każda inna – chyba nie ma wiele takich parków. Chce się bachnąć w puszystość i zostać w niej na wieki, bo znad traw nie widać by było niczego. Potem Francuska, niska i taka przyjemna. Kiedyś myślałam o niej, że jest warszawskim Lower East Side, a teraz już nie potrzebuję mieć warszawskiego niczego – przecież my jesteśmy właśni. Potem puściłam się korytarzem, z jednej strony kilometrowa podusia tawuli, a z drugiej różowe niebo odbijające się w oknach Przyczółka Grochowskiego. Ogródki działkowe, osiedle pełne bzów, no i już Kamionek. Chcę mieć jakiś mały atlas roślin niepozornych, nic o nich nie wiem. Chociaż na biegi chyba go nie będę brała. Dziewiątka zrobiona, pierwsza od lutego – stopień uburaczenia twarzy nader wysoki.

 

Moje ostatnie słowo to obiad – inspirowane Grødem barleyotto (o ile ładniej, niż przeklęte kaszotto). Między jednym tekstem a drugim wstawiłam w redakcyjnej kuchni garnuszek z kurą, skąpą włoszczyzną i końcówkami szparagów. Jak już się wszystko zaprzyjaźniło, wrzuciłam torebkę kaszy jęczmiennej i gotowałam aż zrobiło się miłe. Łyżka ricotty, pecorino, skórka z cytryny, blanszowane końce (i środki) szparagów, rzodkiewka pocięta w słupki, jajo w koszuli, deszczyk oliwy. No spójrz, jakie ładne.

 

Owsianka mi stygnie, więc do niej pędzę, a Tobie miłej podróży i do zobaczenia w moich drzwiach!

 

k.

 

 

o wtorku i środzie, 17 i 18 maja

czasami muszę zjeść klopsy, przychodzi ochota jak stąd do caracas (i klops). jest w meatballs coś codziennego, odświętnego i radosnego zarazem. to czasami zdarzyło się wczoraj, zdarzyły mi się też najbardziej egzotyczne klopsiki jakie dotąd jadłam. autorzy przepisu sugerują, że mój obiad „is enough to transport you to a dreamland persia, all minarets, walled gardens and soft silk slippers”. nie mydlą oczu, to wszystko pachnie i smakuje nieznajomo, klopsiki ze startym ziemniakiem zamiast okruchów chleba to chyba też niecodzienna sprawa, do tego- „wywar” na lasce cynamonu i suszonych cytrynach (pozdrawiam delikatesy dubaj przy starym kleparzu), pęk mięty i kolendry, sporo przypraw, sos zabielany i hartowany jogurtem, więcej kolendry i więcej mięty. po wstępnym onieśmieleniu przyszło zadowolenie, za oknem darła się burza, ten maj chyba wolałby być kwietniem. na dzisiejszy obiad dokładka z wczoraj, tylko z kokosowym dhalem z botwinką. przepis-tutaj, sarit packer and itmar srulovich`s meatballs with peas, mint and yogurt.

 

spora część poniedziałkowego poranka minęła mi na szukaniu guardiana pod głowami kasztanowców (czy to różowe kasztanopodobne o które pytasz to nie kasztanowiec czerwony? jest typowym kasztanowcem, i tylko kiście kwiatów ma różowawe. to?). niestety, bez sukcesów. zdziwiło mnie to- z jednej strony unia europejska, z drugiej heterogeniczny kraków, a dziennika nigdzie nie znalazłam. zależało mi na wydaniu z weekendu, bo po pierwsze dodatek z okazji piętnastolecia magazynu, a po drugie wydanie specjalne poświęcone kuchni włoskiej. ostatecznie zamówiłam je w internecie; w tych tłustym, wystrojonych kasztanowcach też jest coś ostatecznego.

 

jestem trochę zmęczona, ostatnie trzy dni prędkie i nabrzmiałe. mój pociąg do warszawy odjeżdża parę minut po dziesiątej rano, może do tego czasu przyjdzie paczka z zamówionymi książkami, bo wczoraj przed snem skończyłam „przekleństwa niewinności” i teraz rozkładam puste ręce. eugenides ma w sobie coś z realizmu magicznego, kojarzy mi się też z kolorowym odpustem w lewinie kłodzkim i z uniesionymi brwiami. będzie mi go brakowało.

 

a.

17 maja, kiedy to się stało

Dopiero był czwarty i zaczynała się wiosna, a teraz znów leje i dwanaście stopni. Otłukło cały bez i takie różowe kasztanopodobne, wiesz co to? Bo dumam.

 

O cheesy polenta z jagła też czytałam i całkiem mi się to spodobało, ale na szczęście nie muszę sobie specjalnie odmawiać kaszy kukurydzianej, toteż uskuteczniam klasyczną – lubię to jej żółte mruganie, z każdym zakrętem łyżki jest mi spokojniej, potem kawałek masła, dużo pecorino, pieprz. Wykładam na nią zrumienione szparagi i jajo albo bakłażana duszonego w pomidorach albo pieczarki rumiane i pękate jak policzki (moje) z rozmarynem i tymiankiem. Ciapa w misce, a na ciapie struktura – to moje jedzenie. W ciepłe dni rolę ciapy pełni humus, ale to już znamy. Nową jakość w temat wniesie, coś czuję, moja nowa ulubiona książka kucharska, „Grød”. Cała w płótnie, pełna miseczek z owsiankami (crispy apple, homemade caramel sauce, salted roasted almonds, freezedried redberries), barleyottami (licquorice pulled pork, crispy coleslaw and danish cheese) i dalami (carrot, ginger, coconut milk, cherry tomatoes, skyr, cilantro, almonds). Przetłumaczona i złożona jest tak sobie uważnie, ale i tak spałam z nią dzisiaj w łóżku. W przyszłym życiu chcę otworzyć na Grochowie franczyzę Grød i odczarować traumę owsianki.

 

Z ostatnich zachwytów coś, co w Tobie wzbudziłoby dreszcze z obrzydzenia – cronut malinowo-różany w cukierni Miodowa – ciastko z dziurką z domowego francuskiego, smażone w głębokim tłuszczu, nadziane malinowym kremem, grubiutko obłożone różanym lukrem. Już po pierwszym kęsie ospale zapadłam się w krzesełko, spełniona. Po czymś takim człowiek czuje, że zjadł deser, żadne tam ciasto z batatów i karobu.

 

Nadal czytam „Sen sów” bo z okazji pogody zsiadłam z roweru. W kolejce stosik architektoniczny, m.in. kupiony wreszcie Wicha, w notatkach kilka pozycji, na które apetytu narobił mi redaktor Nogaś. Chyba pojadą z nami na wakacje – będzie Austria.

 

Do zobaczenia w czwartek, chlebowa wróżko!

 

k.

15 maja, niedziela

majowe minestrone z przepisu z bon appetit, wyjątkowo ładne. dorzuciłam pocięte w słupki szparagi, kilka dymek, garść fasoli i sporą kalarepkę, którą znalazłam na drzwiach lodówki. bulion ze grubymu bukiecikami natki pietruszki, młodych liści selera i lubczyku (dom pachniał jak dzieciństwo). fregola, która przyleciała ze mną z sardynii. zamiast oliwy pietruszkowej- klasyczne pesto. chlust białego wina. gruba kromka chleba usmażona na oliwie. ja pewnie też będę gruba.

 

na późny podwieczorek- cobbler z rabarbarem z kolumny claire ptak w guardianie (tu). każda porcja podlana kałużą z tłustej śmietanki (jak na zdjęciu), co mnie uwiodło. rabarbar upieczony z kardamonem, skórką otartą z pomarańczy i świeżym imbirem. warstwa ciasta- z wanilią. pyszne. kulinarny dział guardiana to mój numer jeden jeśli chodzi o prasę kulinarną w ogóle, czytam od deski do deski (od strony do strony). nigel slater, ottolenghi, anna jones, rachel roddy i jej „kitchen sink tales”, szefowie kuchni, którzy mi się podobają. literatura („food in books”), recenzje, restauracje, które podglądam i które mnie interesują. jakaś brytyjskość. i co najważniejsze- ja naprawdę z publikowanych przez nich przepisów gotuję. klasa.

 

aha, i wczoraj na śniadanie- labneh z wędzoną solą, rabarbar upieczony z cytryną i słodkim deserowym winem (białym) a la yotam w „plenty more” i owsiana kruszonka z migdałami. wszystko dobre, tylko mi ostatnio jakoś nie smakują słodkie śniadania. jedząc słodkie myślałam o obiedzie.

 

a.

piątek trzynastego

zaimprowizowana na kolanie scafata, która przeszła oczekiwania (życiowa ambicja- nie mieć oczekiwań). trzy dymki, trzy ząbki czosnku posiekane w wątłe piórka, sporo oliwy. groszek (jeszcze mrożony), pół pęczka szparagów (zielonych), pęczek młodej marchwi (każda przekrojona wzdłuż na pół, i jeszcze na pół, i jeszcze), escarola (tudzież endywia szerokolistna), kilka niedużych, mięsistych liści młodej sałaty rzymskiej, tych ze środka. garść posiekanej bazylii, trochę posiekanej mięty, dwie gałązki tymianku. chlust białego wina. więcej oliwy, świeżo utarty pieprz, skórka otarta z połówki cytryny. wszystko chwila moment, trzeba uważać, żeby warzywa nie straciły koloru i chrupkości. zjedliśmy scafatę z resztkami polenty (choć właściwie jagnienty), z kromką chleba, z kulką burraty i z więcej oliwy. duża radość.

 

a.

12 maja, czwartek

zafundowaliśmy sobie dziś wagary- najpierw spacer do ogrodu botanicznego, obchód ogrodu botanicznego i czytanie  w ogrodzie botanicznym; obiad na tarasiku bistro11 i na koniec jeszcze wesoła cafe. drugi raz w tym tygodniu jadłam kurczaka z kostką na ragu z wiosennych warzyw i gnocchi z pokrzywą (tylko że dziś bez gnocchi, głos rozsądku). kurczak jak kurczak, miękki i wilgotny, ale ja szaleję za tą potrawką z wiosennych warzyw- zielony groszek, maleńki bób, szparagi, groszek cukrowy i szczupłe marchewki. mogłabym to jeść w kółko, z dobrą ricottą albo kromką chleba.

na śniadanie była właśnie kromka chleba, z masłem i wędzoną solą, jajo na miękko, dwie rzodkiewki i kawałek cheddara. jeszcze ciepły cheb tartine, małe święto w środku tygodnia.

 

czytam „przekleństwa niewinności” eugenidesa i tym sposobem będę miała pełen ogląd na tego pana. jak dotąd najbardziej podoba mi się chyba „intryga małżeńska”. maj to czas premier, na które czekam. tyle do czytania, nie tyle czasu.

 

a.

12 maja, czwartek

Dziś w pracy: rabarbar pod kruszonką, rabarbarowy dżem z chlustem nalewki z czarnego bzu, rabarbarowy keczup. Potem sesja zdjęciowa i wielkie lodowe kanapki zrobione z makaroników – domowe lody malinowe i różane, gęste od śmietany i sześciu żółtek, z przepisu Davida Lebovitza. W tym roku przyszło mi już zjeść nieskończone ilości surowych jajek (lizane miski i mieszadła, ciasto na magdalenki, ciasto wszelkie surowe, lody). Ta cała salmonella to musi być legenda miejska, nie znam nikogo, kto by na to zachorował.

 

Aha, miało być o „wakajkach” – pod tym miłym Wrocławiem czułam się jak urwana z Musierowicz – jechaliśmy trzęsącym się autobusem przez pola rzepaku, głowy kiwały się na ramionach, brakowało zgubionej gitary i żeby ktoś dostał świnki. Małe miasta pachną swoim małym życiem żytkiem, a jeszcze jak się weźmie rower i pojedzie do lasu, wejdzie na drzewo albo walnie się na chustce w wysokiej trawie, poleżeć, to potem ciężko wstać i wrócić do świata. Byliśmy też w ogródkach działkowych „Stokrotka”, rodzice Marcina (pozdrowienia panie Robercie, cieszę się, ze ciasto, mimo że czterodniowe, smakowało) mają tam maleńką magnolię, jabłonki, śliczną niebieską pompę i tunel, z którego zerwaliśmy naręcze botwinki, szpinak, młode listki rukoli, które mnie potem piekły, jak jadłam z niedzielną kurą. Pierwszy raz w tym roku stałam bosymi stopami w trawie (gęstej, całej w płatkach i plamkach słonecznych) i dostawałam radosnego szału przy każdym krzaku bzu. Jestem strasznym dziadem, chcę siedzieć z gazetką pod takim krzakiem BEZ KOŃCA. Uprawiać działkę i jeść ziemniaki z koperkiem, jajkiem i zsiadłym mlekiem.

 

A więc kwiaty, w jedzeniu, w powietrzu (i w nosie). Do domu jeżdżę wzdłuż najładniejszych parków Warszawy, czasem wstaję z siodełka, żeby musnąć czołem kiść zwieszającą się z kasztanowca, nie mam śmiałości zrywać bzu – jego życie w moim jasnym mieszkaniu jest zawsze zasmucająco krótkie, zresztą czuję się przy tym trochę jak złodziej. W słoiku na stole konwalie i przy łóżku też: codziennie budzę się wiosną.

 

k.

11 maja, środa

przeczytałam dziś rano na blogu erin o cheesy millet polenta (tu). na ogół jestem sceptyczna na temat takich wynalazków, trochę krzywię się na myśl o ryżu z kalafiora, o cieście z batatów albo o rybie z selera, ale to wydało mi się ciekawe. bardzo lubię polentę, ale bardzo nie powinnam jej jeść ze względów insulinowych (nie powinnam też jeść kaszy jaglanej, ale mniej), więc postanowiłam zaryzykować z jaglanką i wiesz, że to jest smaczne. jaglana ugotowana w bulionie i mleku traci swój jaglany posmak i naprawdę niewiele różni się od kaszy kukurydzianej. fajne.

na „polencie”- podobnie jak erin- ułożyłam szczupłe zielone szparagi upieczone z szalotką i sokiem z cytryny, przykryłam je jajkiem posadzonym na oliwie, na wierzch jeszcze prażone orzechy laskowe i ricotta ubita z oliwą i sokiem z cytryny. ten cudny majowy szpinak ze zmiażdżonym ząbkiem czosnku i cytryną. codziennik, to moja ulubiona majowa budowla- coś mokrego i miłego, szparagi, jajko albo labneh albo pesto, orzechy.

 

apropos twojego wyznania na temat bulionu w risotto- ja chyba po prostu lubię pracę u (i od) podstaw, od zawsze mam takie poczucie, że muszę na wszystko zasłużyć- że muszę najpierw zrobić jakieś a, żeby potem w spokoju poczytać, zjeść kawałek placka, wyjść z domu albo ugotować i zjeść na obiad risotto. inaczej swędzi mi sumienie. sama sobie nałożyłam ten garbik, nie przypominam sobie, żeby w rodzinnym domu ktoś miał podobny problem. poza tym ja chyba po prostu lubię robić, cieszy mnie działalność na tym tle. lubię wiedzieć, z czego zrobiony jest mój obiad. i nie lubię gotowego bulionu, nawet tego eko czy bio, bo on i tak ma w składzie cukier, olej palmowy albo jakieś dziwne mąki. boję się ich.

 

twoja chora na głowę,

 

a.

10 maja, wtorek

nie byłabyś ze mnie zadowolona- nie pojadłam i nie przywiozłam ze sobą bottargi, bo chyba do końca mi nie smakuje. nie przyjechała też ze mną cegła pecorino, bo wciąż nie mogę dojeść kawałka, który przyniosłam kiedyś od mirco; pecorino to nie jest mój ulubiony ser, jestem bardziej krowia. matko zjadł lody z mirtu z apetytem, mi przypominały syrop na kaszel albo rozgrzewającą maść, którą mama smarowała mi plecy gdy byłam mała i gdy gorączkowałam. w porządku, ale te lody to nie byłby mój pierwszy wybór. co z tego, że drobne karczochy wielkości piąstki dziecka tłoczą się w koszu na każdym straganie, jak i tak nie miałam dostępu do kuchni. wina szczepu canonnau świetne, miałaś rację. przywiozłam ze sobą jedynie paczuszkę fregoli, na którą przepisy mam pozaznaczane od jakiegoś czasu i teraz w końcu nadejdzie ich czas. i jedno jabłko i pomarańczę, których nie zjadłam na lotnisku, i jeszcze mapę, zawsze przywożę z podróży mapę. i łodyżkę rumianki śpiącą między stronami „fatum i furii”.

 

ciekawe jak to jest żyć w kraju, gdzie na każdym kroku można napić się dobrej kawy. znam drugą stronę tego medalu, to znaczy codzienność we francji, gdzie kawa (z wyjątkiem kilku miejsc w paryżu) jest mocno paskudna. to musi być bardzo przyjemne. te ich ekspresy jak traktory, długie blaty, brzęki filiżanek i łyżeczek i łyżeczek o filiżanki, zapach świeżego soku z pomarańczy i drożdżowych ciastek udających ciastka francuskie, czego nie rozumiem.

prowadziłam z zaangażowaniem badania terenowe pod hasłem rachel roddy- próbowałam tych wszystkich crostat i prostych foremkowych ciast z nutą cytrusów (nie moje), dostawałam kociokwiku przy każdej martwej naturze pod tytułem kawiarka, konfitura, masło, grzanka albo sucharek, jakiś owoc; zamawiałam w restauracjach rzeczy typu sałatka z białej fasoli i cebuli z tuńczykiem i oliwą, z plamą octu balsamicznego. oni naprawdę tak jedzą, fantastyczne. czytaliśmy sobie na głos- matko mi piątkową recenzję nowickiego w krakowskim co jest grane albo szczygła z dużego formatu, a ja jemu „fatum i furię”. ta książka jest tak przetłumaczona, że czasami robiło mi się słabo w palcach- piękne.

 

sardynia jest piękna i jest wszystkim- polską, irlandią, patagonią, chorwacją, szkocją, kubą i jeszcze przecież włochami. łąki, plaże, łąki na plażach, urwiska, wyżyny i doliny, pola. litania- rozbuchane oleandry, wisterie, już róże; potem majowe łąki w pełnym rynsztunku, maki i oset, rumianek. drzewa ubrane w kolczyki z cytryn i kumkwatów. jakiś krzew, który pachniał jak jaśmin. kaktusy, które przerastały mnie o głowę. wyjechaliśmy z cagliari, dotarliśmy do alghero. jedną noc i cały piątek spędziliśmy na wyspie san pietro, mały hotelik w carloforte, dobre lody, świetne wino, wąskie ścieżynki i serpentyny, urwiska, od których staje serce. bardzo lubię pływać promem, wychodzić na pokład albo wyglądać przez szybę, patrzeć na ludzi i na kożuch z piany morskiej.

 

nasza trasa- cagliari, pula, nora, chia, sant anna arresi, isola di sant` antioco, calasetta, isola di san pietro (carloforte), portoscuso, buggerru, oristano, bosa, alhghero, cagliari. chętnie wrócę na północne wybrzeże i na północny wschód wyspy.

 

osobliwości- ciastko przypominające kształtem donuta, z kminkiem, oblane lukrem i słodką kolorową posypką, dość upiorne. dodawanie do gotowej już pasty z sosem nieugotowanej semoliny. albo kawałek zwykłego włoskiego placka nasączonego lukrecją, to było intrygujące i dość obrzydliwe jednocześnie, podano nam po kawałku takiego ciasta jako digestiv w jednej z restauracji. podglądanie mieszkańców bosy (bosej?) przy sąsiednim stoliku na dziedzińcu restauracji, którzy na pierwsze danie zjedli po talerzu makaronu, a na drugie podzielili się focaccią i kolejną porcją klusek, przegryzając w międzyczasie chleb. drożdżowe rogale udające croissanty, cuchnące jak seven daysy.

 

rozczarowania- makarony. często daleko im było do postaci al dente, częściej sucha pasta niż pasta fresca, a ja nie po to lecę do włoch, żeby jest kluski z paczki. sosy których próbowaliśmy- z bottargą, z tuńczykiem i pomidorami, z rybami i truflą, z pesto i pecorino i tuńczykiem- raczej bez ekscesów (świetne były za to ravioli i tagliatelle z tatarem z krewetek i koprem włoskim w alghero (restauracja mirador)). i owoce morza, których talerz zamówiłam przez przypadek i które wciąż mi nie smakują.

 

i zachwyty- jedzenie, które miało smak. pomidory smakowały jak pomidory, jadłam je jak jabłka, nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam coś tak dobrego. sól jak sól i morze, oliwki mające smak oliwek, a nie mydła, kapary, które jak obok; ser (krowi, po prostu krowi), który zostawał w budzi i uderzał do głowy. pane carasau, którego wielki okrąg kupiliśmy w jednej z piekarni w puli, doskonały, wilgotny, oliwny i słonawy, zupełnie inny, niż te wszystkie suchary pozawijane w folię. żaden inny nam już później nie smakował. słodkie bułki z ricottą z tej samej piekarni, świetne, niby słodkie, ale jednak nie (pani ekspedientka zapytana o to co to właściwie jest odparła, że to „ricotta zucchero”). szynka wciśnięta między dwie pajdy mokrej od oliwy focacci. ricotta podana do śniadania w carloforte, duszone suszone śliwki z gęstym jogurtem. tłuste lody jogurtowe albo pistacjowe, bez żadnych olejków, pochwała orzecha. solone czipsy, prosecco, słońce. canolo z owczą ricottą, zrób sobie raj. salsiccia sarde z grilla, na pizzy (a pizza jak ta, którą znam z chorwacji) albo na talerzu. ravioli z ricottą, pieczone ziemniaki z oliwą i rozmarynem, po prostu pieczone ziemniaki z oliwą i rozmarynem, za które dałabym odciąć sobie język. sebadas z pecorino albo z fontiną, i z miodem. due cappuccini.

 

i dobrze, że po zachwyt nie zawsze trzeba wyjeżdżać- w krakowie kasztanowce uginają się pod kiściami kwiatów, lubię pod nimi biegać późnym wieczorem, w nosie tęcza. złoty rogal księżyca wiszący na niebie między konarami jesiona za naszym oknem. bez. albo moment chwały i uczucie pełni nad talerzem botwinki, którą wczoraj ugotowałam. to chyba najlepsza botwina na świecie, na bulionie i na zakwasie z buraków, który dostałam od mamy. z czosnkiem, koprem i śmietanką. z jajkiem na twardo i z młodymi ziemniakami i jasiem usmażonymi na dymce, maśle i wędzonej soli. kwaśna, ostra, cierpka. już wiem, co zrobię jutro- nastawię buraki na zakwas i ugotuję kolejny garnek.

 

a.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

9 maja, wieczór

O Chryste. Co ja zjadłam. O sielskim bisie majówki w Oławie jeszcze opowiem, tymczasem:

 

cieniutkie zielone szparagi z patelni, z wędzoną solą i pieprzem

z tej samej patelni posiekane migdały

ricotta roztarta z cytrynową oliwą, którą owiniętą w letnią sukienkę zeszłej jesieni przywiozłam z Sardynii

soli kwiat

kromka chleba pytlowego od Piwońskich, z tą samą oliwą (teoretyczne troszeczkę).

 

Twoja (chyba) (zbyt) często rozrzewniona,

 

k.

6 maja, piątek

Przyznam się do czegoś Tobie i światu: nigdy w życiu nie ugotowałam bulionu do risotto.

 

No i teraz lekko. Wy już sobie wdychacie pachnące ziołami powietrze mojej ulubionej wysepki, a we Wrocławiu zrobiła się całkiem miła wiosna. Nie wiem, kiedy minął ten tydzień, drzewa w każdym razie już całkiem wybuchły, a bzy osiedlowe wodzą mnie za nos. Przez ostatnie trzy dni wiodłam żywot żony, robiąc kanapki na śniadanie i do pracy, witając w południe dwudziestominutowym obiadem (w poniedziałek ragu z mlekiem i winem, cudowne, robione zupełnie bez trzymania się proporcji, same szczodre gesty i godzina lekkiego bulgotu na kuchence, a dziś na przykład indyk w piżamie z tymianku, skórki cytrynowej i parmezanu, a na to jeszcze kołdra szynki parmeńskiej, obok szpinak, którego torbę dostaliśmy od mamy Marcina, uduszony w śmietance, z czosnkiem i gałką). Przy okazji indyka upiekłam też zapas granoli na przyszły tydzień, jako że nie dla mnie, to masła nie żałowałam, a na deserek po babeczce z truskawkami, ciągle trzymam się tego przepisu Liski, bo „mógłbym jeść tylko te babeczki”. Ale z ciastkami też tak było, więc chyba pozwolę sobie na eksperymenty.

 

No i po tych śniadaniach a przed obiadami siedzę w drzwiach balkonu, za nim Lwowska ze swoimi kocimi łbami i staruszkami na balkonach, na kolanach komputer i robótka, radio – nie słuchaliśmy topu, wtedy akurat byliśmy chyba na leśnej wycieczce w Górach Stołowych. Mech jak złoto, korony sosenek oglądane ze skalnej półki, bułki z jajkiem na twardo i pomidorem. Zwykłe życie, no. Nawet nie gotowane. W drodze powrotnej dostałam co prawda koszmarnej alergii na jakiś pyłek czy trawkę, pokryłam się wysypką i poczęłam rozmyślać o rychłym uduszeniu, ale po „poszóstnej” dawce wapna rozpuszczalnego i kubku rumianku zaaplikowanym przez Marcina zasnęłam jak niemowlak i obudziłam się w kolejne święto grillowania. Pojechaliśmy rowerami na Tarnogaj, najpierw przez zieleń, a potem przez trzask ulewy – w koszyku trzęsły się babeczki z rabarbarem i karmelem (tak, te same, ale przyszło mi to wszystko robić w pół sekundy przed wyjściem), pudełko tabbouleh z rabarbarem (kuminem i rzodkiewką, dużo mięty i pietruszki, cytryna, oliwa), sardyńskie vermentino (dzięki ci Biedronko) i dwa pstrągi (dzięki ci Biedronko). Kolejne dwa zjedliśmy wczoraj wieczorem, do miski drobniutkiej rukoli ze szklarni marcinowych rodziców, z krzywymi rzodkiewkami, koperkiem i cytrynowym winegretem. Wcześniej były lody (słony karmel w polish lodach niewart uwagi), a jeszcze wcześniej wreszcie Piec na Szewskiej, zdobył moje serce od razu – aż dziwne, że Ciebie tam jeszcze nie było! Parmigiana delikatna i wspaniała, rwałam to ciasto z namiętnością do tej pory odczuwaną tylko w Mące i Wodzie. Wrócimy zjeść więcej, to pewne.

 

Dochodzi piętnasta, u Was jeszcze nie skończyła się siesta, a ja zaraz dopracuję do końca, spakuję manatki i pobiegnę na dworzec autobusowy – jedziemy do Oławy, a stamtąd znów do lasu, na ukwieconą działkę, w zieleń. Ciasto leśne – chyba te scones albo te z kruszonką. Weźmiemy masło w kieszeń.

 

Dzieciaki, pojedźcie bottargi, przywieźcie cegłę pecorino, robią tam z nim ciastka, które polewają miodem. Ricotta na wagę jest w każdym spożywczaku, pewnie jeszcze będą karczochy. Szukajcie fioletowych lodów z mirtu, smakuje jak las w jagodzie. Ja tu sobie zostanę w lokalnych zielonych pieleszach. Wszędzie dobrze, ale wiosną najlepiej.

 

k.