13 stycznia, piątek

Cośmy wczoraj zjedli, Chryste!

 

Zanim zacznę się podniecać zbożem, słowo wstępu – obiecywałam sobie, że koniec, ale nie – mam nową książkę kucharską. Tym razem jednak nie przytargałam jej z redakcji, tylko kupiłam sobie sama, świadomie. Zwie się „26 grains” i zaczyna owsiankami z masłem i brązowym cukrem, płynie przez ryżowe brejki z różnych stron świata, owsiane placki z batatem i kolorowe miski freekeh (to akurat mam w domu), a kończy lawendowym parfait i różaną kruszonką. Niestety znalazłam w niej słowo „hygge”, ale przełknęłam bez żalu, bo oto na wczorajszą kolację mieliśmy gęstą żytnią owsiankę gotowaną w bulionie i jasnym piwie, a potem zapieczoną z cheddarem. Dekorację stanowiła marynowana czerwona cebula, łyżka musztardy dijon, chrupiące jajko i ogórek kiszony. Było to absolutnie wspaniałe, idealnie rozegrane i smakowało nawet sceptycznemu co do burych płatków Marckowi. Widzę całkiem szerokie poletko do popisu w kwestii umajenia kolejnej transzy.

 

Boże, jak ja kocham ciapy.

 

k.

12 stycznia, czwartek

Sen zimowy trwa – dziś, kiedy spaliśmy, dopadało ze 40 centymetrów świeżego śniegu. Wielowarstwowa cebula, którą się stałam, żywi się soczewicą (klasyczna włoska w zupie, dal z fistaszkami i śmietaną albo taka z sofritto, pękiem rozmarynu i smażonymi na maśle pieczarkami), zupami (zwykła pomidorówka bez rosołu, półkula mozzarelli porwana palcami i rozpuszczona na kształt mgławicy) i twarogiem z miodem (bo biały). W naszym codziennym menu jest też czekolada, tak widocznie musi być o tej porze roku.

 

Upiekłam wczoraj te ciastka Nigela z syropem klonowym i prażonymi orzechami laskowymi, ale trochę mnie zawiodły – zbyt kruche, preferuję konstystencję, która angażuje żuchwę. Następne triple ginger cookies (myślisz, że mielony anyż gwiazdkowy mogę zamienić na mielony korzeń lukrecji? przywiozłam sobie kiedyś z Kopenhagi i do tej pory jadłam tylko na owsiance) albo ciasteczka z wodą różaną i czarnym sezamem. Muszę tylko zebrać się w sobie i rozpocząć poszukiwania niewoskowanych cytryn. W tym mieście jest wszystko, ale trzeba w tym celu zejść ze stałego szlaku – jeśli przepis wymaga odwiedzenia przynajmniej trzech sklepów, których nie ma w mojej okolicy, raczej go nie wypróbuję o tej porze roku. Nawet ziołowy pan przestał przyjeżdżać na bazarek koło metra Wilanowska i nie sposób kupić kolendry do dalu. Nie żeby mnie to jakoś bardzo martwiło – i tak najbardziej lubię chleb z serem i mleko.

 

Ziew,

 

k.

9 stycznia, poniedziałek rano

Przytulne są te dni i pełne rumieńców, których nabywamy na godzinnych spacerach po mroźnych parkach i podczas następujących po nich posiłków. W piątek – park Skaryszewski i butter chicken oraz serek paneer w przyprawach w Curry House na Bielanach, a potem luksusowe lukullusowe faworki i ciastka z kajmakiem u Toli i Pawła – z fordziem wszystkie dzielnice są teraz blisko. W sobotę – Pole Mokotowskie, a potem kawa i pączek z lawendą w MOD – w porze kolacji kuchnia chińska w malutkim mieszkaniu mojego brata: bakłażan w lepkim sosie rybnym, grube, słodko-słone kostki karmelizowanego boczku, kurczak z pieprzem syczuańskim, fistaszkami i kolendrą oraz gruba pierzynka ryżu. Niedziela – znów pole, tym razem z sankami, a po sankach gorące mleko i ciastka z czekoladą i solą. Książki, „Fantastyczny pan Lis”, Twin Peaks (jak już wiemy, kto zabił, zupełnie się to stało nieoglądalne). Kuchnia ciepła od chleba – Twój orkiszowiec z ziarnami fantastyczny, łączy w sobie to, za co toleruję chleby o prostokątnym przekroju – mięsisty, wilgotny miąższ i chrupką skórkę (pewnie od warstwy masła na blaszce i kołdry oliwy na brzuszku, he he).

 

Z książkami kucharskimi mi ostatnio nie po drodze. Gotuję bez zaskakiwania samej siebie, czasem nawet nie udaję, że potrzeba mi w obiedzie czegoś więcej niż kaszy gryczanej i sadzonego jajka albo sałaty rzymskiej, oliwy i wiórek parmezanu. Na śniadanie chleb z masłem i gruyerem, kasza kukurydziana z jagodami i lemon curdem, orkisz z wodą różaną, granatem, jogurtem i miodem. Więcej niż trzy smaki w buzi to już bałagan. Gdyby istniała książka kucharska, która zawierałaby wszystkie przepisy naprawdę i szczerze proste (bo dopiski „simple” na książkach, które znam, to często tłuste przekłamanie), to chętnie bym z niej gotowała – albo inaczej, nie zapominała o nich.

 

Było tak pięknie, a teraz trzeba iść do pracy. Rozmarzyłam się za daleko, oby to było bezbolesne. Zimo, chociaż ty trwaj!

 

k.

30 grudnia, chyba piątek

Mam urlop od wszystkiego, co ziemskie, stąd milczenie – przez wstręt do telefonu, internetu i cywilizacji. Dni tego międzyświątecznego zawieszenia płyną leniwie, w pościeli, z rozlecianym egzemplarzem „Świata wg. Garpa”, na święta dostałam jeszcze prześliczne Botanicum (obejrzane już odkładnie) i Grzebałkowskiej „Beksińskich” (też skończeni). Odgrzewanie starych pewniaków ma swój urok, ale czuję potrzebę wsiąknięcia w grubą powieść. Dopóki żadnej nie znajdę, będę się wtapiać w kinowe fotele – wczoraj „Tancerka” (piękna), dziś „Paterson” (kapiszon zamiast bomby), czaję się na „La la land”, ten film o Wisłockiej, Olgę Hepnarovą i „Manchester by the sea”, a to tylko styczeń. Zakładowi pracy dzięki za kartę do Cinema City.

 

U nas święta rozjeżdżone, ale cała nowość tego scenariusza była wielce smakowita. Najpierw Puławy i esencjonalny barszcz z uszkami, karp, który wyjątkowo mi w tym roku smakował, tłuściutka kapusta wigilijna, racuchy, niezliczone kawałki sernika, a wieczorem, po prezentach, rozpłataliśmy indyka nadzianego wątróbką i pietruszką. W świąteczny poranek zapakowaliśmy się do samochodu mamy i ruszyliśmy do Wrocławia, podjadając po drodze szwedzkie trufelki owsiane z kakao i kawą, pierniki i babkę cytrynową, którą robi co roku mój brat, licząc na zakalec, który wszyscy uwielbiamy – mama inaczej nie umie, ale robić już nie chce. We wrocławskim domu pełnym ludzi ona, grzybowa, której w takim kremowym i cudownym wydaniu nie jadłam chyba nigdy, pierogi z ziemniakami i przysmażoną cebulką, drożdżowa bułka z plastrem pasztetu i ćwikłą (a Pogromcy Meatów myślą, że oni byli pierwsi z kanapkami w brioszce), solidne plastry domowej szynki wędzonej i nieśmiertelna sałatka jarzynowa. Im jestem starsza, tym bardziej jest ona niezastąpiona. Po świątecznej rozpuście z rozkoszą wgryzam się teraz w jabłka, pochłaniam kłęby surówek i chrupię orzeszki. Dobrze wrócić do rutyny, to akurat racja.

 

Śmierć gwiazd jakiegokolwiek pokroju nie rusza mnie natomiast ani trochę. No przepraszam bardzo, ale co dzień nie ma w ich w moim życiu, więc równie dobrze mogłyby nigdy nie istnieć inaczej niż na ekranie czy papierze. Wyjątkiem, od którego wybuchnę łzami, będzie Woody Allen i kilku pisarzy.

 

Sylwestra spędzamy jedząc pizzę, pijąc szampana i oglądając Twin Peaks. O niczym innym nie marzę. Wszyscy pomstują na 2016, a dla mnie to był rok rozkoszny, płynący w cieple i w uścisku. Zobaczymy, co dalej. Nie przepadam za liczbami nieparzystymi.

 

Aha, kupiliśmy samochód. Jest niebieski i ma logo trochę jak Wedel.

 

k.

15 stycznia, niedziela

miałam wczoraj urodziny. sobota odświętna niewiele różniła się od soboty codziennej, chciałam tego samego, na co czekam co tydzień, z czego można wysnuć dwa wnioski: 1) co tydzień w sobotę jest święto i / lub 2) jestem bardzo szczęśliwa i nie potrzeba mi niczego więcej. parę minut po południu zadzwoniła do mnie mama z informacją, że będą wieczorem z tatą porządkować zdjęcia celem znalezienia wszystkich tych w ciąży i z początkiem ze mną w roli głównej (a później zrobią wernisaż podobny temu, który towarzyszył ich trzydziestej rocznicy ślubu przed rokiem: czarno-białe fotografie poprzypinane do jutowych sznurków rozciągających swoje chude ramiona w całym domu, urocze i wzruszające), i z wątpliwością, że właściwie nie wie, jakie mam teraz marzenia. zafrapowało mnie to wyznanie, bo wraz z upływem dnia okazało się, że ja sama dokładnie nie wiem. chyba nie mam żadnych dużych marzeń. najbardziej życzyłabym sobie, żeby wszystko to, co jest, było dalej. pozostałe chciejstwa to kwestia decyzji, organizacji i oszczędności, jeszcze inne- czasu. myślę, że jest na tyle miło, że nie musi być jeszcze milej. że domaganie się czegoś więcej byłoby nietaktem, niewdzięcznością i rozpasaniem. ola napisała mi wczoraj (wśród wielu ładnych rzeczy), że wychodzi na to, że w życiu chodzi o stałość. bunia- że „jeśli jest ktoś, kogo można pocałować w to miejsce za uchem, które pachnie mydłem to znaczy, że już się ma to, o co nam wszystkim w życiu chodzi. dbaj o to, bo wszystko masz”. moje rozumowanie jest więc chyba słuszne. „wszystko” to też ludzie, do których zawsze można napisać i którzy potrafią pisać.

 

więc wczoraj, jak co tydzień, poszłam rano na bazarek. jak co sobotę upiekłam chleb, tym razem z piegami amarantusa na okrągłej głowie. jajka na miękko, masło, ricotta od mirco, oliwa, miód, smażona na maśle szałwia, sól w płatkach, imbryk mocnej czarnej herbaty, dzbanuszek ciepłego mleka. dostałam kwiaty- róże, eustomy i eukaliptus. poszliśmy spacerem na kazimierz, na jubileuszowy obiad w miodovej. jadłam najpierw pyszny barszcz na zakwasie, kwaśny i pieprzny, z kołdunami z gęsiną i z kawiorem z chrzanu, a później perliczkę z ravioli z kozim serem i orzechami laskowymi. pierwszy toast wzniosłam primitivo (chyba ulubione wino), kolejne- koktajlami w sababie, która ocieka złotem i nocą. wypiłam koktajl mazel tov (rum, pigwa, herbata, bitter) i rose of jericho (gin, luxardo, róża, bitter). a przed snem obejrzałam „frankie i johnny” z alem pacino i michelle pfeiffer (nowy jork, ubiegłe stulecie, komedia z akcentem romantycznym, której jednak nie znałam- to popkultura, za jaką więcej niż przepadam), i z cuvee blanc z krakowskiej srebrnej góry (chyba drugie ulubione wino).

 

a dziś pierwszy dzień nowego roku (dwudziestego ósmego), z akcentem włoskim, więc zaczyna się dobrze. na śniadanie zrobiłam omlet z najpierw blanszowanym, a następnie ozłoconym na maśle fenkułem, pierwsze koty za płoty z „florentine” emiko davies. chyba nie jadłam lepszego omleta, bardzo prosty, ale elegancki i wykwintny, matko zamiast herbaty nalał nam do szklanek wino (omlet, kawałek ricotty, chleb, masło). ale najbardziej zadowolona (także z siebie) byłam przy obiedzie- dziś takim, jakie nazywam obiadami składkowymi, bo składają się trochę z tego, trochę z tamtego, bez linii przewodniej. jedliśmy oliwki od pana z kleparza, burratę, którą położyłam na przyrumienionych listkach brukselki i fasolę borlotti z szałwią, czosnkiem i skórką otartą z cytryny. ale najlepsze ze wszystkiego były „braised whole belgian endives”- cykorie, które przez blisko godzinę dusiły się na małym ogniu w jednej czwartej szklanki oliwy, z ząbkami czosnku, garścią porwanej mięty i trzema listkami szałwii. to podobno przepis z kuchni rzymskiej, z książki z lat sześćdziesiątych (wiadomego wieku), sugerowany znów przez emiko (przepis ). w połowie duszenia pomyślałam, że to może być niezłe z prażonymi orzechami włoskimi (dałam garść), salami (wrzuciłam kilka pierścionków zaraz przed samym podaniem, zdążyły lekko zwiędnąć i schrupnieć), miodem (esy-floresy tuż przed podaniem podaniem) i chlustem tłustej śmietanki (takoż). o słodki jezu, wymyśliłam chmurkę na niebie, to było wspaniałe. resztki oliwy, białej od śmietanki i słodkiej od miodu, wytarliśmy grubą kromką chleba. epifania do duże słowo, ale dobrze oddaje doznania. pierwszy dzień nowego roku i od razu takie powodzenie, z przyjemnością czekam na wszystko, co będzie dalej.

 

a.

13 stycznia, piątek

wczoraj w ramach kolejnego wydania podwieczorku na dwa kieliszki przy lipowej 6 mariusz kapczyński odpytywał z talerzy, win i węgier krzysztofa vargę. bardzo przyjemny wieczór- okazało się, że varga jest jak szafa grająca, włączysz i płynie, a do tego przepada za twarogiem. piliśmy węgierskie wina, które wcale mi nie smakowały, i jedliśmy po węgiersku, co z kolei było znakomite. i tak na początek talerz wędlin, serów i pikli prosto z węgier- sery (z egeru) świetne, pieprzne i twarde, smakował mi nawet ten z kminkiem. sekcja wędlin- salami z mangalicy, kiełbasa z jelenia (boska), skwarki, kiełbasy z szarego bydła, gęsi i owcy śruborogiej (nie zmyślam!). kiszonki okazały się być słodkie, co mnie zmartwiło, ale za to miały silną reprezentację w postaci kiszonych i marynowanych arbuzów, papryk jabłkowych, cukinii albo ogórków nadziewanych kiszoną kapustą. na pierwsze danie podano bardzo smaczny porkolt, czyli gulasz z kociołka, „z szarego bydła węgierskiego” i z drobnymi kluseczkami, a na drugie grillowany schab z mangalicy, który zwalił mnie z krzesła, nigdy nie jadłam takiego mięsa. schab leżał w kałuży ajvaru, który smakował jak późne lato, i w objęciach czegoś, co na moje oko było ukiszonymi łodyżkami szczypioru. był jeszcze deser- strudel jabłkowy i kieliszek tokaju, i była radość.

 

z kolei dziś pojechaliśmy na hutę do łaźni nowej na gościnne występy waszego warszawskiego pożaru w burdelu i ze smutkiem donoszę, że nie dość, że to wcale nie było zabawne, to było jeszcze mocno głupawe. chciałabym zatem wiedzieć, o co wszystkim chodzi; w dodatku cały ten kawał drogi na nic.

 

codziennik:

w niedzielę, poniedziałek i wtorek jadłam ulubiony dha . w środę, wczoraj i dziś na kolację indyjską zupę ze słodkiej kapusty z książki jadłonomii, którą jednak (zupę) wyprowadzam na międzynarodowe wody- jedną łyżeczkę ziaren kuminu zastępuję zwykle kminkiem, tym razem dodałam pęczek koperku i dwa ramiona selera naciowego, a kilka pierwszych porcji zjadłam z dodatkiem pesto (nać pietruszki i orzechy włoskie). w środę zagryzałam zupę parmezanem, dziś- pierścionkiem salami. bardzo lubię kapustę i zupy z kapusty.

dziś przy piątku mieliśmy na obiad rybę- łososia w lekkim sosie curry (white plate).

przez ostatnie dni jadłam na śniadanie jedną kromkę żytniego chleba (ostatnio udaje mi się nawet upiec taki, o jaki mi chodzi) z masłem i jajkiem sadzonym, a drugą z ricottą, miodem, oliwą i płatkami soli.

 

wymiennik:

od dłuższego czasu podpatruję twoje 26 grains na instagramie i rzeczywiście mają przebłyski, choć ja koniec końców paćki wolę zawsze na zdjęciach niż na swoim talerzu. jestem bardziej strączkowa niż zbożowa. mocniej martwi mnie jednak to, że chyba nigdy nie spotkamy się na jednej ścieżce usłanej ciastkami- ja muszę mieć okruszki na ustach i palcach, w ogóle nie smakują mi gniotki, wzdrygam się na samą myśl; ty na odwrót. i co to w ogóle znaczy „zbyt kruche”, odwołaj!

 

a.

10 stycznia, wtorek

wczoraj nocowała u nas bunia i wydałam nam golden globe coctail party- mieliśmy bufet, piliśmy koktajle i oglądaliśmy retransmisję gali złotych globów. przekąski prędkie i styczniowe, w bufecie- pieczone marchewki na chmurze ricotty (ubitej z oliwą i skórką otartą z cytryny) i pod chmurą pesto z naci pietruszki i uprażonych orzechów włoskich, zimowa panzanella z czerwonymi pomarańczami, marynowaną szalotką, kaparami, złotym od masła chlebem, fetą, pestkami dyni i wpierw upieczonymi, a następnie zamarynowanymi burakami (buraki upiekłam rano, a później zamknęłam w misce z octem aromatyzowanym szalotką i łyżką ksylitolu. aromat rozsadzający buzię i nos. dojadłam dziś resztki na kolację i było chyba jeszcze lepsze), nerkowce i migdały prażone z kuminem, papryką, solą i kurkumą („plenty more” yotama) i labneh (dwudniowy) z fantastycznym sosem-pastą z prażonych pistacji.przepis  znalazłam na bon appetit- uprażone i zmiksowane na gruby piasek pistacje należy utrzeć z oliwą, ząbkiem czosnku i skórką otartą z cytryny na pastę konsystencją przypominającą tahinę, a następnie wmieszać ją w gruby jogurt, aż na wierzchu powstanie marmurek (podałam z dodatkowym chlustem oliwy). słodki jezu, jakie to było smaczne.

 

piliśmy z niskich szklaneczek „prosecco and pomegranate”, które chyba jeszcze przed nowym rokiem sugerował w guardianie nigel-luźne proporcje na jedną porcję to prosecco, niewielka ilość soku z granata (kupiłam w sklepie ze zdrową żywnością, był nietani, ale za to bez badziewia w składzie), lekko zmiażdżona łupina kardamonu, lód i dwa zamrożone ząbki mandarynki. świetny koktajl- orzeźwiający, gorzkawy, bardzo ładny, drapie w nos kardamonem (przepis!).

myślę, że mam talencik do wydawania takich przyjęć od ręki- umiem dość prędko urządzić bankiet z tego, co akurat mam w lodówce, zwykle mam więcej pomysłów niż czasu i miejsca w brzuchu, sprawia mi przyjemność składanie jadłospisu, a na końcu to jeszcze całkiem miło wygląda, smakuje mi i innym, i jestem zadowolona.

 

skrót wiadomości- niedziela z serii cast away: poza smogiem- uciekliśmy do lasu, nad którym mrugał nawet kawałek błękitnej łachy nieba i który nie śmierdział dymem (nie boicie się chodzić na miejskie spacery przy takich alarmach smogowych? bo ja się właśnie boję, nie sprawia mi to żadnej przyjemności, głównie się martwię i wściekam). w plecaku lornetka, termos herbaty z sokiem z czarnej porzeczki, jabłko, pomarańcza i śliwki w czekoladzie. po spacerze poszliśmy do kina na „dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”- bardzo przyjemne i dużo jedzą, na przykład kwiaty cukinii, bakłażany i gnocchi. w sobotę jedliśmy obiad w karakterze z gosią i krzysiem i moje ulubione danie- stek rzeźnika z puree z kukurydzy, olejem z pestek dyni, pestkami dyni, pak choyem i szalotkami- było dość paskudne. było mi smutno, ale na pocieszenie wypiłam z apetytem musujące francuskie wino, które smakowało jak gorzka czekolada, urocze. przed snem widzieliśmy jeszcze film z kevinem spacey i johnem cusackiem („północ w ogrodzie dobra i zła”), którego nie polecam nikomu i który w dodatku wyreżyserował clint eastwood. dziś do wieczornej zmiany w kuchni słuchałam transmisji gali wręczenia paszportów polityki i jestem raczej niezadowolona (no bo co ze staszkiem łubieńskim! co z dudą- gracz!). złote globy też trafiły nie tam, gdzie powinny, więc dochodzę do wniosku, że nagrody są po to, żeby rozejść się w jakieś dziwne rejony i żeby mnie wkurzyć. wróciłam do „roku królika” bator i na razie bardzo nie podoba mi się to, co czytam, jest w tym tekście coś żenującego, mnie on żenuje.

 

a.

 

 

7 stycznia, druga sobota w tym tygodniu

wczoraj temperatura w krakowie: – 20 stopni, temperatura ciała (mojego): + 37,3 (okazuje się, że stan podgorączkowy najefektywniej zbija wolne popołudnie, pizza z czosnkiem i dwa kieliszki primitivo).

 

świąteczny dzień, na który czekałam. od siódmej do ósmej rano czytałam „delancey”, między ósmą a dziewiątą fragmenty z dzienników nigela z datą wigilii, świąt, sylwestra i nowego roku (wracam do nich co roku w okolicach gwiazdki, środek uspokajający; w tym grudniu miałam obsuwę), a od dziewiątej do prawie dziesiątej- dziennik chwina. w tym czasie wypiłam dwie szklanki ciepłej wody z cytryną (jedna z dodatkiem imbiru), dwie kawy z pianką i earl greya z sokiem z czarnej porzeczki taty. później śniadanie, które nie wymaga pracy i za którym przepadam- amarantusanka z dodatkiem trzech łyżek kaszy orkiszowej, dla mnie tylko z wędzoną solą i płatkami masła, dla matko dodatkowo z masłem orzechowym.

 

całe wczesne popołudnie oglądaliśmy zaległe „tygodniki kulturalne”, ja przeglądałam nowe książki kucharskie, jadłam cortlandy i orzechy, więcej herbat z sokiem porzeczkowym. na obiad- nolio i pizza, o której mówiliśmy od tygodnia (moja ochota dodatkowo wzmożona przez „delancey”). dla matko ta z puree dyniowym, gorgonzolą i pestkami dyni, dla mnie ulubiona aglio- bianca z natką pietruszki, mozzarellą di bufala, płatkami czosnku, pieprznym salami i oliwą z peperoncino, ta pizza to jedno z większych osiągnięć ludzkości. po obiedzie- kino („paterson”, wyjątkowo nieciekawe, plus poeci szkoły nowojorskiej, przez których zarwałam niejedną noc na studiach). i jeszcze długi wieczór w domu, czytanie, perspektywy teatralne na najbliższe miesiące, „tygodnik kulturalny” z podsumowaniem roku, różana dilmah z mlekiem i miodem. w lodówce od czwartkowego wieczoru dorastał bochenek chleba, nie musiałam piec żadnego ciasta ani w ogóle nic.

 

znalazłam w tym roku pod choinką sporo książek kucharskich. największe wrażenie (oprócz „florentine” emiko davies, ale to wiadomo, książki o kuchni regionów włoch są piękne oczywistą i nietrudną urodą, która wyjątkowo mnie bierze; dodatkowo jestem fanką felietonów emiko na food 52) to wciąż „ducksoup cookbook. the wisdom of simple cooking” clare lattin i toma hilla- książka z przepisami z londyńskiej knajpki, której zdjęcia na instagramie, epizodyczne artykuły w guardianie albo aktualne menu czytane do poduszki regularnie powoduje u mnie wyrzut insuliny i dopaminy. to książka o tym, jak lubię i chcę jeść, faktury, sposoby i smaki które cieszą mnie najbardziej. na pewno będę z niej gotować.

 

a.

4 stycznia nowego roku, środa, kraków

jak ja lubię tam być. czuję się u pani magdy i pana pawła jak kot na piecu, w dodatku znam już te kąty i zapachy, a ja lubię wracać. w sylwestra i w nowy rok pogoda jak złoto, za dnia błękit lał się z nieba, późnym popołudniem słońce kładło się spać w pomarańczowej koronie, z pompą i bez pośpiechu. staliśmy wtedy wokół ogniska i podawaliśmy sobie kolejno i kolejne butelki cytrynówki marco, na rozgrzanie. bo stary rok, podobnie jak przed rokiem, żegnaliśmy ogniem, a witaliśmy naleśnikami pani magdy i pana pawła- z twarogiem i skórką otartą z pomarańczy, z wiejską śmietaną, odsmażanymi na maśle, którym od rana pachniał cały dom (nie wiem, czy istnieje lepsza prognoza na nowy rok niż złoto na niebie i zapach ciepłego masła, ale jestem otwarta na propozycje). w sylwestra beczka płaczu (beczałam najpierw ja, później bunia, a potem to już razem), a w nowy rok beczka śmiechu- rozmowy przy stole, kalambury i gra w grę na „p” do późnej nocy, trójkowy top wszechczasów, jedliśmy czipsy i piliśmy bąbelki, pękały nam brzuchy, od bąbelków i śmiechu. wczesnym popołudniem pojechaliśmy też na wycieczkę- tama, moja ulubiona nieczynna stacyjka kolejowa, wleń, lenno. wszystko tam jest moje ulubione.

 

lubię tę drużynę, bo poważnie podchodzi do zagadnień gastronomicznych i czasu spędzonego przy stole. wszystko ogromnie mi smakowało. kiełbaski z patyka z musztardą i chlebem (moje, tartine country) z masłem. później myszkowskie pieczonki oli i piotrka, z kociołka z ognia- boczek, kiełbaska, ziemniaki, marchewka, cebula, burak. stół bufetowy- pieczone bataty i czerwona cebula z sosem z tahiny, za`atarem i orzechami laskowymi (ja), ubita na chmurę feta z pesto z marchewki (bunia), humus z masłem orzechowym i z fistaszkami z wędzoną papryką, z przepisu nigelii (ja, i dla mnie trochę za słodkie, ale ciekawe), pyszne domowe wędliny od taty marco, pikle z czerwonej cebulki (ja), więcej chleba. tiramisu olów, świetne, na domowym mascarpone, kawowe, wytrawne, mokre. bigos taty marco, który jedliśmy na obiad w nowy rok- na gęsi i śwince, pyszny. moje chili con garnek, to z przepisu z food 52, z espresso, ciemnym piwem i kakao. pomarańcze. racuchy, które w poniedziałek usmażyła nam pani magda, i jej galaretka z antonówek, wielka rzecz. solone chipsy i szampan. wreszcie, już w krakowie- kolacja w bistro 11, świetna zupa z pieczonego kalafiora i placki z cukinii z sosem z pomidorów i papryki i z tofu marynowanym w bazylii, mogłabym je jeść codziennie.

 

czytam „delancey” molly i ciężko przeżywam tę książkę, jest mocno dotkliwa. po pierwsze- wiadomo, a po drugie- jestem naprawdę przejęta tymi rozdziałami, w których molly zwierza się ze swojej niechęci i paniki dla całego przedsięwzięcia i zmian, jakie za nim idą. cały czas myślę o tym, że to się przecież może zdarzyć i pewnie zdarza się każdemu- gdy to jedno w związku chce pójść dalej, a drugie nie przyjmuje tego do wiadomości. martwię się, bo ja pewnie byłabym molly, źle znoszę zmiany, a te jej wiwisekcje brzmią znajomo.

 

mam pełno w brzuchu i pełno w życiu. pogoda paskudna, wieje i deszcze, śliskie chodniki, zwiędłe ochoty. smerek zaczyna łysieć. nie lubię stycznia, choć jestem styczniową dziewczyną. ale nie mamy wyjścia, trzeba przetrzymać, oręż w dłoń, a na orężu- wielki sweter, nowe książki kucharskie, bawarka i pusty notes.

 

a.

 

 

 

30/31 grudnia, ostatki

1. w temacie śmierci gwiazd- to ja mam właśnie na odwrót, george spędził ze mną całą jesień, bo cały ten długi czas słuchałam „cowboys and angels” i „jesus to a child” (piosenki w folderze „pan marek”). george to jeszcze jak george, ale gdy odejdzie elton john, lionel richie albo barbra streisand to będę bardzo smutna. ogromnie lubię pop sprzed lat- rozmach, jaki miały te piosenki i to, jak się je śpiewa w samochodzie, czuję się przy nich bezpiecznie (dziś ulubiona piosenka to elton john i tammy wynette „a woman`s needs”, płakałam dwa razy).

 

2. ja też jestem w drużynie 2016, zwierzam się wszystkim wokoło, jaki to był miły i szczęśliwy rok, gruby i (mimo wszystko) przytulny, a oni pukają się w głowę. nie wiem, na co miałabym narzekać, ze wszystkiego jestem zadowolona, nie noszę w sobie żadnych niespełnionych życzeń, tyle rzeczy lubię i na drugie tyle czekam, ale też coraz bardziej się martwię (na skalę globalną).

 

3. rok kończymy sporą porcją soczewicy a la romana, gotowaną według wskazówek rachel (roddy)- sofrito i dużo oliwy. poza tym ostatnio dowiedziałam się, że soczewica przynosi szczęście, cytuję-„braised lentils are a happy sidekick, mellow and earthy. lentils are traditionally eaten on new year`s eve in italy, their shape reminiscent of coins, the idea being the more you eat, the more prosperous a year you`ll have” (rachel, „guardian”). przede mną owocny rok- wczoraj jedliśmy soczewicę ze smażonymi kiełbaskami i musztardą, dziś- z ricottą utartą ze skórką z cytryny i oliwą, z moimi ulubionymi brukselkami, uduszonymi w czosnkowym maśle, i z marynowaną cebulką, którą przygotowałam na sylwestra (pierścionki czerwonej cebuli, ziele angielskie, goździki, kolendra, koper włoski, cukier, papryczka chili, liść laurowy, kwaśne, pieprzne, dobre).

 

4. jutro rano jedziemy do tarczyna, machać do nowego roku z tego samego tarasu wychodzącym na karkonosze, co przed rokiem. wynajęliśmy ten dom już na zawsze, a ja przepadam za wszystkim, co ma długą datę ważności.

 

bądźmy zdrowe,

 

a.

 

 

15 stycznia, niedziela

miałam wczoraj urodziny. sobota odświętna niewiele różniła się od soboty codziennej, chciałam tego samego, na co czekam co tydzień, z czego można wysnuć dwa wnioski: 1) co tydzień w sobotę jest święto i / lub 2) jestem bardzo szczęśliwa i nie potrzeba mi niczego więcej. parę minut po południu zadzwoniła do mnie mama z informacją, że będą wieczorem z tatą porządkować zdjęcia celem znalezienia wszystkich tych w ciąży i z początkiem ze mną w roli głównej (a później zrobią wernisaż podobny temu, który towarzyszył ich trzydziestej rocznicy ślubu przed rokiem: czarno-białe fotografie poprzypinane do jutowych sznurków rozciągających swoje chude ramiona w całym domu, urocze i wzruszające), i z wątpliwością, że właściwie nie wie, jakie mam teraz marzenia. zafrapowało mnie to wyznanie, bo wraz z upływem dnia okazało się, że ja sama dokładnie nie wiem. chyba nie mam żadnych dużych marzeń. najbardziej życzyłabym sobie, żeby wszystko to, co jest, było dalej. pozostałe chciejstwa to kwestia decyzji, organizacji i oszczędności, jeszcze inne- czasu. myślę, że jest na tyle miło, że nie musi być jeszcze milej. że domaganie się czegoś więcej byłoby nietaktem, niewdzięcznością i rozpasaniem. ola napisała mi wczoraj (wśród wielu ładnych rzeczy), że wychodzi na to, że w życiu chodzi o stałość. bunia- że „jeśli jest ktoś, kogo można pocałować w to miejsce za uchem, które pachnie mydłem to znaczy, że już się ma to, o co nam wszystkim w życiu chodzi. dbaj o to, bo wszystko masz”. moje rozumowanie jest więc chyba słuszne. „wszystko” to też ludzie, do których zawsze można napisać i którzy potrafią pisać.

 

więc wczoraj, jak co tydzień, poszłam rano na bazarek. jak co sobotę upiekłam chleb, tym razem z piegami amarantusa na okrągłej głowie. jajka na miękko, masło, ricotta od mirco, oliwa, miód, smażona na maśle szałwia, sól w płatkach, imbryk mocnej czarnej herbaty, dzbanuszek ciepłego mleka. dostałam kwiaty- róże, eustomy i eukaliptus. poszliśmy spacerem na kazimierz, na jubileuszowy obiad w miodovej. jadłam najpierw pyszny barszcz na zakwasie, kwaśny i pieprzny, z kołdunami z gęsiną i z kawiorem z chrzanu, a później perliczkę z ravioli z kozim serem i orzechami laskowymi. pierwszy toast wzniosłam primitivo (chyba ulubione wino), kolejne- koktajlami w sababie, która ocieka złotem i nocą. wypiłam koktajl mazel tov (rum, pigwa, herbata, bitter) i rose of jericho (gin, luxardo, róża, bitter). a przed snem obejrzałam „frankie i johnny” z alem pacino i michelle pfeiffer (nowy jork, ubiegłe stulecie, komedia z akcentem romantycznym, której jednak nie znałam- to popkultura, za jaką więcej niż przepadam), i z cuvee blanc z krakowskiej srebrnej góry (chyba drugie ulubione wino).

 

a dziś pierwszy dzień nowego roku (dwudziestego ósmego), z akcentem włoskim, więc zaczyna się dobrze. na śniadanie zrobiłam omlet z najpierw blanszowanym, a następnie ozłoconym na maśle fenkułem, pierwsze koty za płoty z „florentine” emiko davies. chyba nie jadłam lepszego omleta, bardzo prosty, ale elegancki i wykwintny, matko zamiast herbaty nalał nam do szklanek wino (omlet, kawałek ricotty, chleb, masło). ale najbardziej zadowolona (także z siebie) byłam przy obiedzie- dziś takim, jakie nazywam obiadami składkowymi, bo składają się trochę z tego, trochę z tamtego, bez linii przewodniej. jedliśmy oliwki od pana z kleparza, burratę, którą położyłam na przyrumienionych listkach brukselki i fasolę borlotti z szałwią, czosnkiem i skórką otartą z cytryny. ale najlepsze ze wszystkiego były „braised whole belgian endives”- cykorie, które przez blisko godzinę dusiły się na małym ogniu w jednej czwartej szklanki oliwy, z ząbkami czosnku, garścią porwanej mięty i trzema listkami szałwii. to podobno przepis z kuchni rzymskiej, z książki z lat sześćdziesiątych (wiadomego wieku), sugerowany znów przez emiko (przepis ). w połowie duszenia pomyślałam, że to może być niezłe z prażonymi orzechami włoskimi (dałam garść), salami (wrzuciłam kilka pierścionków zaraz przed samym podaniem, zdążyły lekko zwiędnąć i schrupnieć), miodem (esy-floresy tuż przed podaniem podaniem) i chlustem tłustej śmietanki (takoż). o słodki jezu, wymyśliłam chmurkę na niebie, to było wspaniałe. resztki oliwy, białej od śmietanki i słodkiej od miodu, wytarliśmy grubą kromką chleba. epifania do duże słowo, ale dobrze oddaje doznania. pierwszy dzień nowego roku i od razu takie powodzenie, z przyjemnością czekam na wszystko, co będzie dalej.

 

a.

13 stycznia, piątek

wczoraj w ramach kolejnego wydania podwieczorku na dwa kieliszki przy lipowej 6 mariusz kapczyński odpytywał z talerzy, win i węgier krzysztofa vargę. bardzo przyjemny wieczór- okazało się, że varga jest jak szafa grająca, włączysz i płynie, a do tego przepada za twarogiem. piliśmy węgierskie wina, które wcale mi nie smakowały, i jedliśmy po węgiersku, co z kolei było znakomite. i tak na początek talerz wędlin, serów i pikli prosto z węgier- sery (z egeru) świetne, pieprzne i twarde, smakował mi nawet ten z kminkiem. sekcja wędlin- salami z mangalicy, kiełbasa z jelenia (boska), skwarki, kiełbasy z szarego bydła, gęsi i owcy śruborogiej (nie zmyślam!). kiszonki okazały się być słodkie, co mnie zmartwiło, ale za to miały silną reprezentację w postaci kiszonych i marynowanych arbuzów, papryk jabłkowych, cukinii albo ogórków nadziewanych kiszoną kapustą. na pierwsze danie podano bardzo smaczny porkolt, czyli gulasz z kociołka, „z szarego bydła węgierskiego” i z drobnymi kluseczkami, a na drugie grillowany schab z mangalicy, który zwalił mnie z krzesła, nigdy nie jadłam takiego mięsa. schab leżał w kałuży ajvaru, który smakował jak późne lato, i w objęciach czegoś, co na moje oko było ukiszonymi łodyżkami szczypioru. był jeszcze deser- strudel jabłkowy i kieliszek tokaju, i była radość.

 

z kolei dziś pojechaliśmy na hutę do łaźni nowej na gościnne występy waszego warszawskiego pożaru w burdelu i ze smutkiem donoszę, że nie dość, że to wcale nie było zabawne, to było jeszcze mocno głupawe. chciałabym zatem wiedzieć, o co wszystkim chodzi; w dodatku cały ten kawał drogi na nic.

 

codziennik:

w niedzielę, poniedziałek i wtorek jadłam ulubiony dha . w środę, wczoraj i dziś na kolację indyjską zupę ze słodkiej kapusty z książki jadłonomii, którą jednak (zupę) wyprowadzam na międzynarodowe wody- jedną łyżeczkę ziaren kuminu zastępuję zwykle kminkiem, tym razem dodałam pęczek koperku i dwa ramiona selera naciowego, a kilka pierwszych porcji zjadłam z dodatkiem pesto (nać pietruszki i orzechy włoskie). w środę zagryzałam zupę parmezanem, dziś- pierścionkiem salami. bardzo lubię kapustę i zupy z kapusty.

dziś przy piątku mieliśmy na obiad rybę- łososia w lekkim sosie curry (white plate).

przez ostatnie dni jadłam na śniadanie jedną kromkę żytniego chleba (ostatnio udaje mi się nawet upiec taki, o jaki mi chodzi) z masłem i jajkiem sadzonym, a drugą z ricottą, miodem, oliwą i płatkami soli.

 

wymiennik:

od dłuższego czasu podpatruję twoje 26 grains na instagramie i rzeczywiście mają przebłyski, choć ja koniec końców paćki wolę zawsze na zdjęciach niż na swoim talerzu. jestem bardziej strączkowa niż zbożowa. mocniej martwi mnie jednak to, że chyba nigdy nie spotkamy się na jednej ścieżce usłanej ciastkami- ja muszę mieć okruszki na ustach i palcach, w ogóle nie smakują mi gniotki, wzdrygam się na samą myśl; ty na odwrót. i co to w ogóle znaczy „zbyt kruche”, odwołaj!

 

a.

13 stycznia, piątek

Cośmy wczoraj zjedli, Chryste!

 

Zanim zacznę się podniecać zbożem, słowo wstępu – obiecywałam sobie, że koniec, ale nie – mam nową książkę kucharską. Tym razem jednak nie przytargałam jej z redakcji, tylko kupiłam sobie sama, świadomie. Zwie się „26 grains” i zaczyna owsiankami z masłem i brązowym cukrem, płynie przez ryżowe brejki z różnych stron świata, owsiane placki z batatem i kolorowe miski freekeh (to akurat mam w domu), a kończy lawendowym parfait i różaną kruszonką. Niestety znalazłam w niej słowo „hygge”, ale przełknęłam bez żalu, bo oto na wczorajszą kolację mieliśmy gęstą żytnią owsiankę gotowaną w bulionie i jasnym piwie, a potem zapieczoną z cheddarem. Dekorację stanowiła marynowana czerwona cebula, łyżka musztardy dijon, chrupiące jajko i ogórek kiszony. Było to absolutnie wspaniałe, idealnie rozegrane i smakowało nawet sceptycznemu co do burych płatków Marckowi. Widzę całkiem szerokie poletko do popisu w kwestii umajenia kolejnej transzy.

 

Boże, jak ja kocham ciapy.

 

k.

12 stycznia, czwartek

Sen zimowy trwa – dziś, kiedy spaliśmy, dopadało ze 40 centymetrów świeżego śniegu. Wielowarstwowa cebula, którą się stałam, żywi się soczewicą (klasyczna włoska w zupie, dal z fistaszkami i śmietaną albo taka z sofritto, pękiem rozmarynu i smażonymi na maśle pieczarkami), zupami (zwykła pomidorówka bez rosołu, półkula mozzarelli porwana palcami i rozpuszczona na kształt mgławicy) i twarogiem z miodem (bo biały). W naszym codziennym menu jest też czekolada, tak widocznie musi być o tej porze roku.

 

Upiekłam wczoraj te ciastka Nigela z syropem klonowym i prażonymi orzechami laskowymi, ale trochę mnie zawiodły – zbyt kruche, preferuję konstystencję, która angażuje żuchwę. Następne triple ginger cookies (myślisz, że mielony anyż gwiazdkowy mogę zamienić na mielony korzeń lukrecji? przywiozłam sobie kiedyś z Kopenhagi i do tej pory jadłam tylko na owsiance) albo ciasteczka z wodą różaną i czarnym sezamem. Muszę tylko zebrać się w sobie i rozpocząć poszukiwania niewoskowanych cytryn. W tym mieście jest wszystko, ale trzeba w tym celu zejść ze stałego szlaku – jeśli przepis wymaga odwiedzenia przynajmniej trzech sklepów, których nie ma w mojej okolicy, raczej go nie wypróbuję o tej porze roku. Nawet ziołowy pan przestał przyjeżdżać na bazarek koło metra Wilanowska i nie sposób kupić kolendry do dalu. Nie żeby mnie to jakoś bardzo martwiło – i tak najbardziej lubię chleb z serem i mleko.

 

Ziew,

 

k.

10 stycznia, wtorek

wczoraj nocowała u nas bunia i wydałam nam golden globe coctail party- mieliśmy bufet, piliśmy koktajle i oglądaliśmy retransmisję gali złotych globów. przekąski prędkie i styczniowe, w bufecie- pieczone marchewki na chmurze ricotty (ubitej z oliwą i skórką otartą z cytryny) i pod chmurą pesto z naci pietruszki i uprażonych orzechów włoskich, zimowa panzanella z czerwonymi pomarańczami, marynowaną szalotką, kaparami, złotym od masła chlebem, fetą, pestkami dyni i wpierw upieczonymi, a następnie zamarynowanymi burakami (buraki upiekłam rano, a później zamknęłam w misce z octem aromatyzowanym szalotką i łyżką ksylitolu. aromat rozsadzający buzię i nos. dojadłam dziś resztki na kolację i było chyba jeszcze lepsze), nerkowce i migdały prażone z kuminem, papryką, solą i kurkumą („plenty more” yotama) i labneh (dwudniowy) z fantastycznym sosem-pastą z prażonych pistacji.przepis  znalazłam na bon appetit- uprażone i zmiksowane na gruby piasek pistacje należy utrzeć z oliwą, ząbkiem czosnku i skórką otartą z cytryny na pastę konsystencją przypominającą tahinę, a następnie wmieszać ją w gruby jogurt, aż na wierzchu powstanie marmurek (podałam z dodatkowym chlustem oliwy). słodki jezu, jakie to było smaczne.

 

piliśmy z niskich szklaneczek „prosecco and pomegranate”, które chyba jeszcze przed nowym rokiem sugerował w guardianie nigel-luźne proporcje na jedną porcję to prosecco, niewielka ilość soku z granata (kupiłam w sklepie ze zdrową żywnością, był nietani, ale za to bez badziewia w składzie), lekko zmiażdżona łupina kardamonu, lód i dwa zamrożone ząbki mandarynki. świetny koktajl- orzeźwiający, gorzkawy, bardzo ładny, drapie w nos kardamonem (przepis!).

myślę, że mam talencik do wydawania takich przyjęć od ręki- umiem dość prędko urządzić bankiet z tego, co akurat mam w lodówce, zwykle mam więcej pomysłów niż czasu i miejsca w brzuchu, sprawia mi przyjemność składanie jadłospisu, a na końcu to jeszcze całkiem miło wygląda, smakuje mi i innym, i jestem zadowolona.

 

skrót wiadomości- niedziela z serii cast away: poza smogiem- uciekliśmy do lasu, nad którym mrugał nawet kawałek błękitnej łachy nieba i który nie śmierdział dymem (nie boicie się chodzić na miejskie spacery przy takich alarmach smogowych? bo ja się właśnie boję, nie sprawia mi to żadnej przyjemności, głównie się martwię i wściekam). w plecaku lornetka, termos herbaty z sokiem z czarnej porzeczki, jabłko, pomarańcza i śliwki w czekoladzie. po spacerze poszliśmy do kina na „dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”- bardzo przyjemne i dużo jedzą, na przykład kwiaty cukinii, bakłażany i gnocchi. w sobotę jedliśmy obiad w karakterze z gosią i krzysiem i moje ulubione danie- stek rzeźnika z puree z kukurydzy, olejem z pestek dyni, pestkami dyni, pak choyem i szalotkami- było dość paskudne. było mi smutno, ale na pocieszenie wypiłam z apetytem musujące francuskie wino, które smakowało jak gorzka czekolada, urocze. przed snem widzieliśmy jeszcze film z kevinem spacey i johnem cusackiem („północ w ogrodzie dobra i zła”), którego nie polecam nikomu i który w dodatku wyreżyserował clint eastwood. dziś do wieczornej zmiany w kuchni słuchałam transmisji gali wręczenia paszportów polityki i jestem raczej niezadowolona (no bo co ze staszkiem łubieńskim! co z dudą- gracz!). złote globy też trafiły nie tam, gdzie powinny, więc dochodzę do wniosku, że nagrody są po to, żeby rozejść się w jakieś dziwne rejony i żeby mnie wkurzyć. wróciłam do „roku królika” bator i na razie bardzo nie podoba mi się to, co czytam, jest w tym tekście coś żenującego, mnie on żenuje.

 

a.

 

 

9 stycznia, poniedziałek rano

Przytulne są te dni i pełne rumieńców, których nabywamy na godzinnych spacerach po mroźnych parkach i podczas następujących po nich posiłków. W piątek – park Skaryszewski i butter chicken oraz serek paneer w przyprawach w Curry House na Bielanach, a potem luksusowe lukullusowe faworki i ciastka z kajmakiem u Toli i Pawła – z fordziem wszystkie dzielnice są teraz blisko. W sobotę – Pole Mokotowskie, a potem kawa i pączek z lawendą w MOD – w porze kolacji kuchnia chińska w malutkim mieszkaniu mojego brata: bakłażan w lepkim sosie rybnym, grube, słodko-słone kostki karmelizowanego boczku, kurczak z pieprzem syczuańskim, fistaszkami i kolendrą oraz gruba pierzynka ryżu. Niedziela – znów pole, tym razem z sankami, a po sankach gorące mleko i ciastka z czekoladą i solą. Książki, „Fantastyczny pan Lis”, Twin Peaks (jak już wiemy, kto zabił, zupełnie się to stało nieoglądalne). Kuchnia ciepła od chleba – Twój orkiszowiec z ziarnami fantastyczny, łączy w sobie to, za co toleruję chleby o prostokątnym przekroju – mięsisty, wilgotny miąższ i chrupką skórkę (pewnie od warstwy masła na blaszce i kołdry oliwy na brzuszku, he he).

 

Z książkami kucharskimi mi ostatnio nie po drodze. Gotuję bez zaskakiwania samej siebie, czasem nawet nie udaję, że potrzeba mi w obiedzie czegoś więcej niż kaszy gryczanej i sadzonego jajka albo sałaty rzymskiej, oliwy i wiórek parmezanu. Na śniadanie chleb z masłem i gruyerem, kasza kukurydziana z jagodami i lemon curdem, orkisz z wodą różaną, granatem, jogurtem i miodem. Więcej niż trzy smaki w buzi to już bałagan. Gdyby istniała książka kucharska, która zawierałaby wszystkie przepisy naprawdę i szczerze proste (bo dopiski „simple” na książkach, które znam, to często tłuste przekłamanie), to chętnie bym z niej gotowała – albo inaczej, nie zapominała o nich.

 

Było tak pięknie, a teraz trzeba iść do pracy. Rozmarzyłam się za daleko, oby to było bezbolesne. Zimo, chociaż ty trwaj!

 

k.

7 stycznia, druga sobota w tym tygodniu

wczoraj temperatura w krakowie: – 20 stopni, temperatura ciała (mojego): + 37,3 (okazuje się, że stan podgorączkowy najefektywniej zbija wolne popołudnie, pizza z czosnkiem i dwa kieliszki primitivo).

 

świąteczny dzień, na który czekałam. od siódmej do ósmej rano czytałam „delancey”, między ósmą a dziewiątą fragmenty z dzienników nigela z datą wigilii, świąt, sylwestra i nowego roku (wracam do nich co roku w okolicach gwiazdki, środek uspokajający; w tym grudniu miałam obsuwę), a od dziewiątej do prawie dziesiątej- dziennik chwina. w tym czasie wypiłam dwie szklanki ciepłej wody z cytryną (jedna z dodatkiem imbiru), dwie kawy z pianką i earl greya z sokiem z czarnej porzeczki taty. później śniadanie, które nie wymaga pracy i za którym przepadam- amarantusanka z dodatkiem trzech łyżek kaszy orkiszowej, dla mnie tylko z wędzoną solą i płatkami masła, dla matko dodatkowo z masłem orzechowym.

 

całe wczesne popołudnie oglądaliśmy zaległe „tygodniki kulturalne”, ja przeglądałam nowe książki kucharskie, jadłam cortlandy i orzechy, więcej herbat z sokiem porzeczkowym. na obiad- nolio i pizza, o której mówiliśmy od tygodnia (moja ochota dodatkowo wzmożona przez „delancey”). dla matko ta z puree dyniowym, gorgonzolą i pestkami dyni, dla mnie ulubiona aglio- bianca z natką pietruszki, mozzarellą di bufala, płatkami czosnku, pieprznym salami i oliwą z peperoncino, ta pizza to jedno z większych osiągnięć ludzkości. po obiedzie- kino („paterson”, wyjątkowo nieciekawe, plus poeci szkoły nowojorskiej, przez których zarwałam niejedną noc na studiach). i jeszcze długi wieczór w domu, czytanie, perspektywy teatralne na najbliższe miesiące, „tygodnik kulturalny” z podsumowaniem roku, różana dilmah z mlekiem i miodem. w lodówce od czwartkowego wieczoru dorastał bochenek chleba, nie musiałam piec żadnego ciasta ani w ogóle nic.

 

znalazłam w tym roku pod choinką sporo książek kucharskich. największe wrażenie (oprócz „florentine” emiko davies, ale to wiadomo, książki o kuchni regionów włoch są piękne oczywistą i nietrudną urodą, która wyjątkowo mnie bierze; dodatkowo jestem fanką felietonów emiko na food 52) to wciąż „ducksoup cookbook. the wisdom of simple cooking” clare lattin i toma hilla- książka z przepisami z londyńskiej knajpki, której zdjęcia na instagramie, epizodyczne artykuły w guardianie albo aktualne menu czytane do poduszki regularnie powoduje u mnie wyrzut insuliny i dopaminy. to książka o tym, jak lubię i chcę jeść, faktury, sposoby i smaki które cieszą mnie najbardziej. na pewno będę z niej gotować.

 

a.

4 stycznia nowego roku, środa, kraków

jak ja lubię tam być. czuję się u pani magdy i pana pawła jak kot na piecu, w dodatku znam już te kąty i zapachy, a ja lubię wracać. w sylwestra i w nowy rok pogoda jak złoto, za dnia błękit lał się z nieba, późnym popołudniem słońce kładło się spać w pomarańczowej koronie, z pompą i bez pośpiechu. staliśmy wtedy wokół ogniska i podawaliśmy sobie kolejno i kolejne butelki cytrynówki marco, na rozgrzanie. bo stary rok, podobnie jak przed rokiem, żegnaliśmy ogniem, a witaliśmy naleśnikami pani magdy i pana pawła- z twarogiem i skórką otartą z pomarańczy, z wiejską śmietaną, odsmażanymi na maśle, którym od rana pachniał cały dom (nie wiem, czy istnieje lepsza prognoza na nowy rok niż złoto na niebie i zapach ciepłego masła, ale jestem otwarta na propozycje). w sylwestra beczka płaczu (beczałam najpierw ja, później bunia, a potem to już razem), a w nowy rok beczka śmiechu- rozmowy przy stole, kalambury i gra w grę na „p” do późnej nocy, trójkowy top wszechczasów, jedliśmy czipsy i piliśmy bąbelki, pękały nam brzuchy, od bąbelków i śmiechu. wczesnym popołudniem pojechaliśmy też na wycieczkę- tama, moja ulubiona nieczynna stacyjka kolejowa, wleń, lenno. wszystko tam jest moje ulubione.

 

lubię tę drużynę, bo poważnie podchodzi do zagadnień gastronomicznych i czasu spędzonego przy stole. wszystko ogromnie mi smakowało. kiełbaski z patyka z musztardą i chlebem (moje, tartine country) z masłem. później myszkowskie pieczonki oli i piotrka, z kociołka z ognia- boczek, kiełbaska, ziemniaki, marchewka, cebula, burak. stół bufetowy- pieczone bataty i czerwona cebula z sosem z tahiny, za`atarem i orzechami laskowymi (ja), ubita na chmurę feta z pesto z marchewki (bunia), humus z masłem orzechowym i z fistaszkami z wędzoną papryką, z przepisu nigelii (ja, i dla mnie trochę za słodkie, ale ciekawe), pyszne domowe wędliny od taty marco, pikle z czerwonej cebulki (ja), więcej chleba. tiramisu olów, świetne, na domowym mascarpone, kawowe, wytrawne, mokre. bigos taty marco, który jedliśmy na obiad w nowy rok- na gęsi i śwince, pyszny. moje chili con garnek, to z przepisu z food 52, z espresso, ciemnym piwem i kakao. pomarańcze. racuchy, które w poniedziałek usmażyła nam pani magda, i jej galaretka z antonówek, wielka rzecz. solone chipsy i szampan. wreszcie, już w krakowie- kolacja w bistro 11, świetna zupa z pieczonego kalafiora i placki z cukinii z sosem z pomidorów i papryki i z tofu marynowanym w bazylii, mogłabym je jeść codziennie.

 

czytam „delancey” molly i ciężko przeżywam tę książkę, jest mocno dotkliwa. po pierwsze- wiadomo, a po drugie- jestem naprawdę przejęta tymi rozdziałami, w których molly zwierza się ze swojej niechęci i paniki dla całego przedsięwzięcia i zmian, jakie za nim idą. cały czas myślę o tym, że to się przecież może zdarzyć i pewnie zdarza się każdemu- gdy to jedno w związku chce pójść dalej, a drugie nie przyjmuje tego do wiadomości. martwię się, bo ja pewnie byłabym molly, źle znoszę zmiany, a te jej wiwisekcje brzmią znajomo.

 

mam pełno w brzuchu i pełno w życiu. pogoda paskudna, wieje i deszcze, śliskie chodniki, zwiędłe ochoty. smerek zaczyna łysieć. nie lubię stycznia, choć jestem styczniową dziewczyną. ale nie mamy wyjścia, trzeba przetrzymać, oręż w dłoń, a na orężu- wielki sweter, nowe książki kucharskie, bawarka i pusty notes.

 

a.

 

 

 

30/31 grudnia, ostatki

1. w temacie śmierci gwiazd- to ja mam właśnie na odwrót, george spędził ze mną całą jesień, bo cały ten długi czas słuchałam „cowboys and angels” i „jesus to a child” (piosenki w folderze „pan marek”). george to jeszcze jak george, ale gdy odejdzie elton john, lionel richie albo barbra streisand to będę bardzo smutna. ogromnie lubię pop sprzed lat- rozmach, jaki miały te piosenki i to, jak się je śpiewa w samochodzie, czuję się przy nich bezpiecznie (dziś ulubiona piosenka to elton john i tammy wynette „a woman`s needs”, płakałam dwa razy).

 

2. ja też jestem w drużynie 2016, zwierzam się wszystkim wokoło, jaki to był miły i szczęśliwy rok, gruby i (mimo wszystko) przytulny, a oni pukają się w głowę. nie wiem, na co miałabym narzekać, ze wszystkiego jestem zadowolona, nie noszę w sobie żadnych niespełnionych życzeń, tyle rzeczy lubię i na drugie tyle czekam, ale też coraz bardziej się martwię (na skalę globalną).

 

3. rok kończymy sporą porcją soczewicy a la romana, gotowaną według wskazówek rachel (roddy)- sofrito i dużo oliwy. poza tym ostatnio dowiedziałam się, że soczewica przynosi szczęście, cytuję-„braised lentils are a happy sidekick, mellow and earthy. lentils are traditionally eaten on new year`s eve in italy, their shape reminiscent of coins, the idea being the more you eat, the more prosperous a year you`ll have” (rachel, „guardian”). przede mną owocny rok- wczoraj jedliśmy soczewicę ze smażonymi kiełbaskami i musztardą, dziś- z ricottą utartą ze skórką z cytryny i oliwą, z moimi ulubionymi brukselkami, uduszonymi w czosnkowym maśle, i z marynowaną cebulką, którą przygotowałam na sylwestra (pierścionki czerwonej cebuli, ziele angielskie, goździki, kolendra, koper włoski, cukier, papryczka chili, liść laurowy, kwaśne, pieprzne, dobre).

 

4. jutro rano jedziemy do tarczyna, machać do nowego roku z tego samego tarasu wychodzącym na karkonosze, co przed rokiem. wynajęliśmy ten dom już na zawsze, a ja przepadam za wszystkim, co ma długą datę ważności.

 

bądźmy zdrowe,

 

a.

 

 

30 grudnia, chyba piątek

Mam urlop od wszystkiego, co ziemskie, stąd milczenie – przez wstręt do telefonu, internetu i cywilizacji. Dni tego międzyświątecznego zawieszenia płyną leniwie, w pościeli, z rozlecianym egzemplarzem „Świata wg. Garpa”, na święta dostałam jeszcze prześliczne Botanicum (obejrzane już odkładnie) i Grzebałkowskiej „Beksińskich” (też skończeni). Odgrzewanie starych pewniaków ma swój urok, ale czuję potrzebę wsiąknięcia w grubą powieść. Dopóki żadnej nie znajdę, będę się wtapiać w kinowe fotele – wczoraj „Tancerka” (piękna), dziś „Paterson” (kapiszon zamiast bomby), czaję się na „La la land”, ten film o Wisłockiej, Olgę Hepnarovą i „Manchester by the sea”, a to tylko styczeń. Zakładowi pracy dzięki za kartę do Cinema City.

 

U nas święta rozjeżdżone, ale cała nowość tego scenariusza była wielce smakowita. Najpierw Puławy i esencjonalny barszcz z uszkami, karp, który wyjątkowo mi w tym roku smakował, tłuściutka kapusta wigilijna, racuchy, niezliczone kawałki sernika, a wieczorem, po prezentach, rozpłataliśmy indyka nadzianego wątróbką i pietruszką. W świąteczny poranek zapakowaliśmy się do samochodu mamy i ruszyliśmy do Wrocławia, podjadając po drodze szwedzkie trufelki owsiane z kakao i kawą, pierniki i babkę cytrynową, którą robi co roku mój brat, licząc na zakalec, który wszyscy uwielbiamy – mama inaczej nie umie, ale robić już nie chce. We wrocławskim domu pełnym ludzi ona, grzybowa, której w takim kremowym i cudownym wydaniu nie jadłam chyba nigdy, pierogi z ziemniakami i przysmażoną cebulką, drożdżowa bułka z plastrem pasztetu i ćwikłą (a Pogromcy Meatów myślą, że oni byli pierwsi z kanapkami w brioszce), solidne plastry domowej szynki wędzonej i nieśmiertelna sałatka jarzynowa. Im jestem starsza, tym bardziej jest ona niezastąpiona. Po świątecznej rozpuście z rozkoszą wgryzam się teraz w jabłka, pochłaniam kłęby surówek i chrupię orzeszki. Dobrze wrócić do rutyny, to akurat racja.

 

Śmierć gwiazd jakiegokolwiek pokroju nie rusza mnie natomiast ani trochę. No przepraszam bardzo, ale co dzień nie ma w ich w moim życiu, więc równie dobrze mogłyby nigdy nie istnieć inaczej niż na ekranie czy papierze. Wyjątkiem, od którego wybuchnę łzami, będzie Woody Allen i kilku pisarzy.

 

Sylwestra spędzamy jedząc pizzę, pijąc szampana i oglądając Twin Peaks. O niczym innym nie marzę. Wszyscy pomstują na 2016, a dla mnie to był rok rozkoszny, płynący w cieple i w uścisku. Zobaczymy, co dalej. Nie przepadam za liczbami nieparzystymi.

 

Aha, kupiliśmy samochód. Jest niebieski i ma logo trochę jak Wedel.

 

k.