21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.