17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

16 września, niedziela

miało nie być nas w domu. matko miał być w chinach, a ja na wsi. ale w międzyczasie nad chinami wezbrał supertajfun, a nad studzienką superdeszcz, i dzięki tym superokolicznościom przyrody jemy jajka na miękko z grzankami z zimnym masłem i anchois, placek ze śliwkami (dan lepard), placki z marchewki (nigel slater, „tender”) i musztardowiec z winegretem, schyłkowe pomidory, fasolę mamut w odcieniu oberżyny, która podczas gotowania zmienia kolor na zielony. przyglądamy się też paryżeniu i jesieńnieniu krakowa. pierwsze gwałtowne ulewy, pierwsze złoto. szczególnie parysko jest moim zdaniem na ulicy smoleńsk i na koletek, a także gdy wraca się z parku bednarskiego mostem w stronę krakowskiej, wokoło gołębio, rudo, rdzawo. wieczorne przebieżki w pierwszych potarganych liściach, ich rzewny zapach. o zmierzchu zarumienione niebo przez szczuplejące drzewa. nie ma odwrotu.

 

tydzień miłych przesyłek. najpierw paczuszka od kolorowej joanny, z wypożyczoną książką o zajmującej nas ostatnio złudzie, i z prezentem- piękną fotografią jeziora trazymeńskiego otwierającego od zachodu umbrię, którą obie kochamy. a w czwartek dotarła książka od agnieszki, jej rozmowa z tessą podpisana przez obie panie. czuję się umilona i zadbana, bardzo żałuję, że przesyłki wyszły z mody i zwyczaju.

 

tydzień temu nad naszymi głowami spadła kometa, często o niej myślę. także o mostach, domach, sadach i łąkach kotliny jeleniogórskiej, którymi się przejedliśmy, choć ja chcę więcej. basia narobiła ładnych zdjęć, zamierzam je „wywołać”. narobiliśmy też sobie ambarasu, nadziei, mętliku w głowach, pierwszych kroków. dużo słów, więcej wątpliwości, jedna większa sprzeczka, kilka niezgód. płynie mi to wszystko przez głowę, przyglądam się sobie i kartkom z notatkami. coś mi się w środku uruchomiło. niech płynie.

 

w ubiegłą sobotę jadłam obiad w przedziwnym miejscu, do którego skierowała nas magda- francuskim bistro w szczerej wsi doliny bobru, gdzie gotuje francuz czy francuz z domieszką marokańską. w menu głównie zupa cebulowa, trochę ryb i polędwica wieprzowa z mniej więcej piętnastoma sosami do wyboru, nie przesadzam.

w czwartek pizza, maestro hrabia zgodził się położyć ostre (ja) i słodkie (matko) salami na di bufalę- zjedliśmy trzy.

także w czwartek po sprawunkach usiadłam na kieliszek furmintu na krzesełku przy budce krakowskiego standardu i często o nim myślę- wino jak wrześniowy sad: tęgie, nabrzmiałe, duszne.

 

a.

 

7 września, piątek

ostatnie weekendy sierpnia na południowo-zachodnich krańcach polski, które- i tu moje obserwacje i doświadczenia- niespecjalnie interesują mieszkańców małopolski i wschodnich województw. znam nawet takich, którzy sugerują że to już nie jest polska, a ja- im dłużej mieszkam w krakowie, im dłużej pochodzę z kotliny kłodzkiej i im dłużej jeżdżę w jeleniogórską- zaczynam się z nimi zgadzać. przedziałek polski na polski wschód i zachód to mój konik. jest to oczywiście podział tendencyjny, niemniej dużo w tym ułożeniu prawd, specyfik i racji. znam całkiem nieźle i prawy, i lewy policzek kraju, pochodzę z dołu i z góry strony zachodniej, od pięciu prawie lat mieszkam pod stronie wschodniej, w dodatku z chłopcem z podkarpacia, więc czuję się upoważniona do zabierania głosu na ten temat. inna sprawa, że rodaków nieszczególnie to interesuje, co mnie jednak zawsze dziwi. jeśli wierzę w patriotyzm- oprócz czułości do języka, jedzenia kapusty kiszonej i kaszy gryczanej, sympatii do czarnej porzeczki i nawłoci- to właśnie w taki, który przejawia się znajomością swojej ojczyzny, tej małej i dużej. nie bardzo rozumiem jak można się tym nie interesować, nie wykonywać aktywności poznawczych w tym kierunku, a potem jeszcze najchętniej zabierać głos „o polsce”. a druga strona medalu- patrząc na rodaków nie jestem specjalnie zdziwiona ich postawami i opiniami, w końcu trudno czuć się związanym z krajem, którego się nie zna. więcej o tym w innym odcinku.

 

trzy tygodnie temu byłam u rodziców i w przerwie od zbierania pomidorów i ogórków (wyjątkowo przyjemne czynności, jak ja to lubię), obrywania i szypułkowania agrestu, przebierania i obierania jabłek na ocet i spacerów pojechaliśmy na niedaleką wycieczkę do pałacu sarny, który leżu u stóp drogi na nową rudę od strony (wszystkich trzech) ścinawek. była to ładna unia polsko-włoska: pod nosem, a z upalem jak zachodni, w ciepłej pałacowej kaplicy jak ciepłe kaplice i kościoły włoch, ze struną światła lejącą się przez okna i jaskółkami pod malowanym sklepieniem, z espresso i tiramisu w pałacowej kawiarni wychodzącej na polskie góry. jadłam tiramisu, piłam kawę, prowadziłam samochód i zastanawiałam się bez ustanku, czy aby właśnie na pewno polskie. czy kotlina kłodzka to jest dla mnie polska? gdzie właściwie jest polska? co to znaczy polska, co ja mam z nią wspólnego, z którą polską mam? myślałam o tym, że znam i kocham wiele polskich krain, kilka mnie przygnębia. w niewielu nie byłam, właściwie słabo znam jedynie lubuskie i pomorskie- nienadmorskie. często mam poczucie, że czuję się w ojczyźnie egzotycznie, obco, znajomo, blisko, daleko, do twarzy lub nie. jestem stąd, stąd nie, tu tak, tam nie, nie ma w tym żadnego logicznego ani geograficznego porządku, uwarunkowań rodzinnych ani przekonań. myślę jeszcze o tym, co mówiła przed dwoma tygodniami w miedziance olga tokarczuk- o typologii, która dzieli ludzi na tych z równin i tych z krajobrazów wyżynnych, o odmiennościach między nimi, o różnicach w patrzeniu, myśleniu, odczuwaniu. bardzo mnie to ostatnio zajmuje, zamierzam podeprzeć się o lektury na ten temat (na każdy z tych tematów), tylko ja wolno czytam, a przede mną wiele przyjemnych książek (które też mnie przecież zajmują), więc pewnie nastąpi to za jakiś ruski rok.

 

a przed dwoma tygodniami festiwal w miedziance, sobotę z niedzielą przesiedziałam w kościele, często na posadzce albo przy ołtarzu. mój boże, gdyby po to chodziło się do kościoła- po olgę, po zarembę bielawskiego, po mikołajewskiego- to skłonna byłabym zachodzić tam co tydzień. przez okno wlewało się słońce albo siwizna nieba. piękny wykład mikołajewskiego o poezji, reportażu i człowieczeństwie, oklaski jakie dostał- grzmiące i pożywne, poszłyśmy później z bunią wyznać mu uczucie, nomen omen pod kościelnym krzyżem.

magda i paweł i ich kochany dom po drugiej stronie jeleniej góry. dom pachnący konfiturami i pieczonymi jabłkami, dom jak u herberta- „dom nad porami roku / dom dzieci zwierząt i jabłek”, mój ulubiony wiersz z nastolęctwa. dom w deszczu, dom z łuną rozpalonego słońca, dom z tłustym księżycem wiszącym nad tarasem, z małym wozem na jasnym niebie. dom, w którym na śniadanie pod owocującą winoroślą naleśniki z twarogiem i domowy jogurt i słoiki konfitur, a na podwieczorek knedle ze śliwkami z sadu, dużo bułki tartej. dom z tarasem wychodzącym w grudniu na nowy i stary rok, a przez cały rok w międzyczasie na karkonosze, pola i tę dziwną polskę. taras, na którym czyta się w noc, pod śpiworem i z latarką, z dłonią sięgającą po butelkę wina, z pawłem wołającym z ogrodu „agata patrz jaki księżyc”, i rzeczywiście, ostatnia pełnia lata. dom, w którym rozmawia się o swoim marzeniu o domu.

 

miało być jeszcze o talerzach. w drodze do doliny bobru zjedliśmy obiad we wrocławskiej napie i znów byłam szczęśliwa. świetna bruschetta z burratą i pomidorami (a wychodzę z założenia, że wcale niełatwo złożyć bruschettę, która ma ręce, nogi i kilka pięterek smaku), piękna różowa dorada z czosnkiem i oliwą i pieczony kalafior, cannoli i espresso. podtrzymuję wrażenia sprzed dwóch miesięcy- smaczne, rzetelne, codzienne jedzenie, ciekawe i ładne. w drodze z doliny bobru pojechaliśmy na pizzę do vaffanapoli i wyszliśmy bez wrażeń, a ja na dodatek zirytowana, bo nie lubię  mydlenia oczu. w sobotę jedliśmy obiadokolację w karakterze, ale ja najbardziej pamiętam wina, a w dodatku karta win brzmi tam jak literatura. w niedzielę pojechaliśmy do podgórskiego parku z blachą gorącego placka śliwkowego według dana leparda, a na kolację była fasola szparagowa z masłem z czosnkiem i anchois, jajka na półtwardo i kapary, kawałek pecorino z pieprzem i musujące wino. we wtorek upiekłam ratatuję, dziś zjadłam na obiad małe cukinie uduszone z sałatą rzymską w dużej ilości oliwy z czosnkiem, szałwią i miętą, jadłam je z oliwkami i mozzarellą. jeszcze lato.

w środę były urodziny matko i podgryzaliśmy czipsy o smaku guinessa i takie z octem winnym, truskawki, taleggio i gruszki i łuskaliśmy pierwsze orzechy włoskie, to podobno wymarzona kolacja. kupiłam w prezencie różową prosę od franza weningera, pyszne, naturalne wino musujące na języku jak czarne porzeczki. zaczynam rozumieć o co chodzi ludziom od wina- apetyt naprawdę rośnie w miarę- w tym wypadku- picia.

a wczoraj  po miesięcznej przerwie otworzyło się en plato, z nowym piecem i starą radością.

 

a jutro bardzo rano znów jedziemy w dolinę bobru, z basią i marcinem, łapać za ogon marzenia i mrzonki.

 

a.

 

 

1 września, sobota, abstrakcja

chcę sobie zapisać wczorajszy wieczór i noc, bo przyniosły dużo radości, pytań, poczucia sensu, pytań o sens, zaczętych zdań, dużych deklaracji. przyjechali basia i marcin z jasnym guciem, który śmieje się w głos i wyznacza nam wszystkim jakieś nowe oprawy. na stole- coppa i (podobno) ostatnie polskie brzoskwinie, papryki pieczone przez dwie godziny w żeliwnym garnku pod przykrywką, z główką czosnku, oliwą i rozmarynem, które ułożyłam na półmisku tłustego jogurtu; zielone, żółte, pomarańczowe i bawole pomidory na tonnato z piegami kaparów, bochen chleba basi i bochen chleba zosi, ten pszenno-żytni z gotowanym żytem, nowy ulubiony. taleggio i figi, salva cremasco i drobne ciemne winogrona i pierwsza tego końca lata gruszka i orzechy włoskie, pecorino z pieprzem. cynar z cavą, węgierskie rose i białe wino z sycylii.

w nocy śniła mi się bardzo wyraźnie ogromna kuchnia, w której basia piekła szarlotkę, a ja siedziałam na podłodze z jej płowym synkiem w towarzystwie czterech psów, i ta sama basia (z którą mamy teraz włosy tej samej długości, po niekonsultowanych wizytach u fryzjera), obudziła mnie rano całusem w czoło i szeptem że zbieramy się, musimy jechać, to było przedziwne i myśli mi się o tym cały dzień, z dużą czułością.

 

wszystko mi się dzisiaj w życiu podoba.

 

a.

30 sierpnia, czwartek, dzień, w którym upadł olej kokosowy (wedle doniesień dziennikarzy „guardiana”)

zmierzch spada o ósmej wieczorem. jeszcze sierpień, ale ja już mam poczucie kresu (barnesizm), już marznę. jeden z najsmutniejszych pejzaży- łysina pól, siano w snopach, złoto, które przeminęło, patyna świata. mimo wielu spraw dużej urody (na przykład nawłoć, jabłka, czarne winogrona, jarzębina) sprawia mi to wszystko jednak fizyczny ból. smutki jak skurcz, jak nadgryziony język, jak rzęsa w oku- nagłe, dotkliwe. co roku to samo, benefis kresu, rewia pajęczyn, chłodu, przebrzmień. ktoś powinien poszukać na nie szczepionki.

 

tłusty sierpień, wspaniały. noszę w sobie bardzo dużo spraw i wrażeń, ale mam dziś niedużo czasu, więc dziś jedynie kilka spraw codziennych i doczesnych.

na przykład co mam na talerzu. najczęściej łąkę z pomidorów, z anchois, szalotką, kaparami (mirco), oliwą. albo pomidory z awokado i kolendrą i kukurydzą oberwaną z kolby, brunatną od kilku chwil na patelni- często z limonką, wędzoną papryką i fistaszkami. często sałatkę zwaną grecką, bo nagle okazało się, że bardzo ją lubię, ale tylko wtedy, gdy mam ogórki od rodziców, pomidory od pani krysi, oliwki i fetę z kleparza, kawałek szalotki i miętę. świeżego jasia pieczonego w oliwie, pomidorach, z szałwią, czosnkiem- to co tydzień. fasolę szparagową w pomidorach z oregano, albo w pomidorach z oliwą, tahiną, kolendrą i nerkowcami. sierpień pod kruszonką. o talerzach niedomowych opowiem następnym razem.

 

na przykład na co mam ochotę. na cynar spritz, ratatuję, placek ze śliwkami, tonnato, domowy majonez i jajka, camemberta, wiersz hartwig o jesieni, wycieczkę i na to wino z barawino, które pan sprzedawca opowiedział mi jako „wino jak monica bellucci w ‚malenie’ „, a ja wpadłam w zachwyt.

 

na przykład czego słucham- podcastu o pszenicy i chlebie (który ma już chyba z trzydzieści odcinków), wywiadu z fabrizią lanzą, audycji o sporze herberta z miłoszem (dwójka), poranków w bbc 4, anglosaskich podcastów o tokarczuk.

 

i co czytam- w przerwach od herberta- iwaszkiewicza „rachunki włóczęgi”, bardzo to sympatyczne, i jeszcze „blackberry-picking” seamusa heaney, i „two kitchens” rachel.

 

a.

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.