12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.

18 września, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.

 

 

 

18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.

 

 

12 października, czwartek, chrupka jesień

okna sali, gdzie w czwartki o ósmej rano mam jogę, wychodzą na teatr słowackiego, podrdzewiałe kasztanowce i pęk czerwonych, jesiennych róż. okna są ogromne, jak to w kamienicy, a pod każdym ruchem każdego ciała skrzypi leciwy parkiet. dziś przez te złote kasztanowce i złotego słowackiego świeciło słońce, grał hejnał, liście chrupały pod butami. podobno jakiś orkan czy huragan znad wysp brytyjskich przywiał do nas pogodę, która w dodatku ma trwać. to dobrze, bo jutro jadę do studzienki na wykopki, a w sobotę ma być ognisko.

 

jem właściwie sama nie wiem co, pracy po pachy, połykam coś w międzyczasie. muszę się lepiej zorganizować, wraz z jesienią wraca postanowienie o zapasie bulionu w lodówce i garnku czegoś, co można odgrzać w dwie minuty. rano najchętniej jem jajka z jabłkami, październik to jednak miesiąc pysznych renet i cortlandów. a wczoraj późnym wieczorem poszliśmy na pizzę do nolio, to niezmiennie jedna z największych przyjemności, bez względu na porę roku. aha, i lubię ostatnio gin- przypomniałam sobie o słojach ginu rabarbarowego, który zrobiłam pod koniec sierpnia, i to jest bardzo smaczne.

 

więcej mam do powiedzenia o książkach. na przykład że mnie z kolei zupełnie nie porywa filipowicz, przeczytałam cztery opowiadania i wspomnieniową książeczkę „byliśmy u kornela”, którą przyniosłam z biblioteki, i na tym chyba poprzestanę.  z rzeczy do podczytywania- to „drugie zapiski na pudełku od zapałek” umberto eco, którym urosła siwa broda i zmarszczki na buzi- przedwcześnie się moim zdaniem zestarzały- i dziennik jana józefa szczepańskiego (trzeci tom, a z lat 1964-1972), codzienny i zwyczajny, lubię go rano do kawy. ponadto utknęłam w „szopce” papużanki i w wańku, i nie umiem się zdecydować, czy doczytać te książki do końca, czy machnąć ręką. wczoraj dostałam od matko franzena i barnesa, w obliczu franzena i barnesa papużanka z wańkiem dużo tracą.

 

wstaję z kurami, bo boję się korków w krakowie. nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam wyspana, ale to moja wina, chyba po prostu nie umiem i nie lubię się wysypiać.

 

a.

7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.

 

29 września, piątek

wczoraj „triumf woli” w starym- wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. co to jest za banda- zbuntowana, triumfująca, zawadiacka i przypuszczam, że poważnie chora na głowę- wspaniała! wszyscy moi ulubieńcy w jednym spektaklu: majnicz, krzyżowski, zawadzki i chrząstowski, plus dorota segda, anna radwan, marcin czarnik. kilka razy spłakałam się ze śmiechu, a na końcu, przy „bisie” i wykrzykiwaniu hymnu związkowego- ze wzruszenia i emocji, zresztą popłakiwała i widownia, i scena. mam od wczoraj nowy ulubiony zespół muzyczny- majnicz na perkusji, krzyżowski na basie, zawadzki na gitarze elektrycznej, a przy mikrofonie czarnik albo chrząstowski. świetna zabawa.

 

w tym tygodniu w ogóle więcej strawy dla ducha niż dla brzucha. w niedzielę widzieliśmy w prawie pustej sali kinowej arsu „the square”, bardzo wdzięczne. nie wiem, czy już to oglądaliście, ale podobno i tytułowa wystawa z kwadratem, i wszystko, co „wisi” w muzeum, i do pewnego stopnia scena na bankiecie- to autentyki, co z jakiegoś powodu robi na mnie wrażenie.

wciąż podczytuję dzienniki julii hartwig- za mną „zawsze powroty”, teraz czytam „dziennik amerykański”, na stole mam jeszcze dwa inne tomy. nie lubię nie mieć przy łóżku żadnego dziennika. szczęśliwie matko zaczął znosić do domu tomy jana józefa szczepańskiego- tłuste i liczne- to pewnie zajęcie na całą długą zimę.

przeczytałam na wakacjach osławione „dziedzictwo”, które patrzy teraz z witryny każdej księgarni, i po raz kolejny obiecałam sobie, że przestanę kupować nowości powieściowe, bo to nie ma sensu.

w środę słuchałam do biegania rozmowy kiesielewskiego z wiesławem uchańskim (radiowa dwójka), bardzo zajmujące.

a dziś wiadomość o śmierci wiesława michnikowskiego- mikołajewski napisał, że umiera dzieciństwo; moje na pewno. pisze do mnie z wakacji mama, że na tę przykrą okazję oglądają z tatą jego skecze, ja zastanawiam się, gdzie są moje (taty) kasety z kabaretem starszych panów, i chyba jednak w samochodzie (ulubione „bez ciebie”, „jeżeli kochać” i oczywiście pożegnanie pomidorów- „minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal…” [o jeremi!]).

 

a strawa dla brzucha- u ciebie w garnkach już jesień, ja jeszcze za wszelką cenę trzymam się lata: jemy ratatuje, zieloną fasolkę szparagową duszoną w pomidorach (sos z kuminem i cynamonem), ostatnią pewnie zupę z pieczonych pomidorów (addio, pomidory), jeszcze liście i sałaty. dziś zrobiłam  nicejską potrawkę diane henry (która [diane] bardzo mi się ostatnio podoba), którą zjemy jutro z rouille i bagietką. pochłonęłam też trzy czwarte blachy placka dana leparda ze śliwkami i orzechami laskowymi (plus rozmaryn) i kubeczkiem mascarpone, a dla równowagi od poniedziałku byłam trzy razy na jodze i dwa razy biegałam.

 

jutro sobota, od początku niemrawa, bo pan marek poleciał na wakacje do ameryki. na pocieszenie- w lodówce krzepnie ciasto na gryczane naleśniki z malinami.

 

a.

 

 

24 września, niedziela

powrót z kraju, w którym powinnam się była jednak urodzić. należę do tamtego klimatu, a nie- wieczne mgły nad górami, dym nad dachami, przygarbione ramiona- od wiatru, deszczu czy chłodu- i burość, przecięte kilkoma zaledwie miesiącami słońca (a i to nie zawsze). w większym stopniu odpowiada mi też życie pod niebem, nie pod dachem. rozgoryczenie na ten temat.

 

w te wakacje miałam wszystko-morze (niejedno), góry (niejedne), jeziora, miasta i końce świata. widziałam na drzewach cytryny, granaty i kiwi, oliwki i szyszki, jabłka i orzechy włoskie. w trzecim dniu drogi przez włochy matko zapytał- „i to żydzi uważają się za naród wybrany”? dźwięczało mi to pytanie w głowie przez wszystkie następne dni. często odtwarzany w samochodzie duet turnaua z baczyńskim (krzysztofem kamilem), wiersz o tym, że „znów wędrujemy ciepłym krajem…”. bezwzględny kraj, wszystko mi się tam podoba, wszystko smakuje i chcę wszystko.

 

gdy wróciliśmy do krakowa, na alei 29 listopada samochodowy licznik pokazał równo sześć tysięcy kilometrów. zajechaliśmy właściwie wszędzie dokąd chcieliśmy dotrzeć. znad jeziora garda (tu bez wrażeń, nie rozumiem, skąd ta powszechna sympatia) wjechaliśmy w lombardię- brescia, urocze bergamo, wspaniałe jezioro como. droga do toskanii przez ligurię, którą znam i lubię. dwudniowy przystanek w toskanii- znajome miasta i miasteczka, miła pienza, której nie znałam, poza tym księżycowy krajobraz po żniwach, złote zmierzchy, winorośl, pocztówka. wspaniała dymna i leśna umbria, na którą czekałam. jej dwie twarze- jedna katedralna i oliwna, druga- zielona, ogromna i górzysta. gdy tylko wyjechaliśmy do umbrii, od razu zapach dymu i drewna, przewodnikowy stereotyp, który żyje. podobało mi się wszystko- perugia, gubbio, asyż, orvieto, todi, spello, bevagna, montefalco, dymna i dumna nursja, lasy wokół nursji, ugryzione przez trzęsienie ziemi castelluccio… ucieczka z umbrii przed deszczem do apulii i gwałtowna zmiana dekoracji- nagle gładka głowa adriatyku, gaje oliwne, oleandry, opuncje figowe, bielone murki, zapach chleba, krajobraz płaski jak kujawy. droga do kampanii, przez basilicatę (z noclegiem w materze) i suche, rosłe góry; imponująca. pocztówkowe wybrzeże amalfi, właściwie wspaniałe. neapol, a z neapolu droga do lacjum- tam campodimele, viterbo, civita di bagnoreggio- znowu umbria. na deser- emilia-romania, a później góry, wodospady, wszystko wyogromniałe.

 

nad jeziorami jadłam ryby, w ligurii- pesto genovese. w bergamo casoncelli della bergamesca- pierożki wypełnione wołowiną i ricottą, pływające w szałwiowym maśle z pancettą- i polentę. w toskanii królika, fasolę z szałwią, ragu z dzika, ribollitę, pecorino i lody. w umbrii- bułki z porchettą, czipsy truflowe, makaron z truflami, papardelle z ragu z dziczyzny i soczewicę z kiełbaskami. w apulli- orechiette, burratę, mozzarellę, oliwki i primitivo, w kampanii- makaron z sosem pomidorowym, pizzę, ryby i sfogliatelle- muszelki ciasta wypełnione ricottą i skórką pomarańczową. w lacjum je się acquacottę z liściastą cykorią i boćwiną, fasolę, parmigianę i salsiccię. w emilii-romanii jedliśmy mortadelę i makaron z ragu bolońskim. a poza tym, wszędzie i na okrągło- lody, brzoskwinie i ser, a także przemysłowe ilości cappuccino, chino, crodino i aperolu.

 

zastanawiam się nad największym wrażeniem i w pierwszym odruchu myślę jednak o leśnej umbrii. nursja, która staje na nogi po trzęsieniu ziemi sprzed roku, castelluccio, które chwieje się na połamanych nogach. mała mieścina górująca nad wielkim, imponującym płaskowyżem na jednym ze szczytów, wiosną ponoć biało-czerwonego od kwitnącej soczewicy i maków. wrażenie amerykańskich bezdroży, silny wiatr, prosta szosa, owce i konie, tablice na budynkach informujące o zagrożeniu życia, kawa i kanapki sprzedawane ze starej przyczepy przez mężczyznę z plastikowym nosem klauna i balonem przyczepionym do przedramienia. dalej wielka zieleń, wszechobecny zapach dymu, puste drogi.

poza tym chyba jednak ogromny widok na morze, czy to z wybrzeża ligurii, czy z amalfi. całe wybrzeże amalfi- można się zżymać, że to kolonia amerykańska, ale wrażenie ogromne.

moment, gdy wysiada się z samochodu w bari po podróży z północy i serca włoch- wszędzie sorrentino. poczucie nieprawdopodobieństwa wszystkiego, co się właśnie wydarza, gwar, nieporządek, upał, zupełny folklor.

i neapol nocą- nieprawdopodobny, niezrozumiały, rozkrzyczany, w tym mieście klaksony nie milkną chyba nigdy. tak jak nie znika poczucie zagrożenia przed właściwie nie wiadomo do końca czym, ale dusza i tak nie schodzi z ramienia. goła cisza w campodimele, górskim miasteczku w środku lacjum (bohaterze książki tracey lawson), po głośnym dniu w neapolu- dalej mgły nad górami, przełęcze, chłodno.

i jeszcze „kanion” w laterzy, to na skraju apulii.

i wieczór w orvieto- złota katedra, jaskółki, wszędzie rokitnik, bezczas.

i ulubiona agroturystyka pod asyżem, do której wracaliśmy dwukrotnie- w oliwnym gaju, zawieszona nad doliną, w której majaczy assisi. zapach oliwek i sosen, rankami i wieczorami.

 

liczne wrażenia w buzi. duże ravioli wypełnione nadzieniem z chleba i parmezanu, wykąpane w szałwiowym maśle, to pierwszego wieczoru, z widokiem na gardę. późna kolacja w san gimignano, w trattori, do której zaprowadziła nas ukraińska gospodyni z naszego pensjonatu- zamówiłam królika uduszonego po toskańsku, w oliwkach, pomidorach, selerze naciowym i cebuli, z fasolą z szałwią i czosnkiem, a matko dostał jedno z lepszych ragu z dzika (a trochę ich zjedliśmy). na deser, blisko północy, były lody z lodziarni, która wygrała jakieś lodowe mistrzostwa- ulubione jogurtowe na schodkach fontanny. ribollita w gospodzie w montepulciano. smażone i nadziewane mozzarellą i anchois kwiaty cukinii  w osterii del tempo perso w ostuni- wspaniałe. jedliśmy tam też duże orechiette z pomidorami jak landrynki i z chrupiącym boczkiem, wędzoną burratę (tak) i migdałowe lody z figami.

obiad na plaży w zatoce, w da adolfo, dokąd płynie się łódką zbierającą chętnych z pomostu w positano. plaża, leżaki, restauracja pod niebem, radosny gwar, świetne jedzenie- mozzarella pieczona na liściach cytryny, mule w sosie pomidorowym (to dla matko), parmigiana, chleb, białe wino, smażone anchois, grillowany labraks w morzu oliwy z octem balsamicznym, ciastko z ricottą i pistacjami-wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. a późnym wieczorem tego samego dnia pizza w neapolu, w di matteo, do którego wyznawców należę (co okazało się następnego dnia, gdy próbowaliśmy pizzy w osławionym sorbillo, nie ta liga). nie mam pojęcia, co oni robią z tym ciastem, ale moje kubki smakowe reagują na nie twistem. z kolei arancini i pizza smażona w głębokim tłuszczu- dość paskudne.

dalej: amatriciana i soczewica castelluccio z salsiccią w najstarszej restauracji w umbrii, il granaro del monte w nursji, która z powodu trzęsienia ziemi działa aktualnie w wielkim namiocie naprzeciw szpitala, w dodatku działa w najlepsze- w środku jak w ulu, strażacy siedzą przy stołach ramię w ramię z mieszkańcami miasteczka, turystami i rodzinami obchodzącymi akurat czyjeś urodziny, krzyk, gwar, zapach mięsa i życia. obiad na pożegnanie umbrii, w asyżu, w trattori pallotta- pierożki z mięsem, z grzywką pecorino, oblane miodem, masłem i makiem, pyszna parmigiana, i jeszcze dzika cykoria uduszona z czosnkiem.

i wreszcie, ostatniego wieczoru- pożegnalna kolacja w drogheria della rosa w bolonii, gdzie już samo siedzenie pod regałami książek i głośnikiem z którego dzwoni muzyka poważna jest przeżyciem, a później jest tylko lepiej- mortadela, salami i mozzarella, fettucine z sosem bolońskim, pierożki z lokalnym serem z kwiatami cukinii, ossobucco w sosie z pomidorów, selera naciowego i jarzyn, ziemniaki pieczone z romazynem, a na deser- mascarpone z brzoskwiniami. butelka lokalnego wina, wielki deszcz, i wielki smutek. od tamtego wieczoru jestem w nastroju ostro emigranckim.

 

i już. w krakowie bezustanny deszcz, wezbrana, gruba wisła. „na drzewach pierwsze kosmyki siwizny jesiennej”, to hartwig. dziś na poprawę humorów pizza w en plato (czy ja będę miała kiedyś dość?), później jeszcze krem pistacjowy. zaraz żmudny proces ubierania butów, kurtek przeciwdeszczowych i rozkładania parasoli- idziemy do kina.

 

a.

 

 

 

 

 

 

18 października, złota środa

nie myślałam, że w tym roku będę jeszcze jadła śniadanie pod niebem i suszyła włosy na słońcu. prawdziwy „nieśmiertelnik żółty- październik”, tuwim pewnie pisał swoje „wspomnienie” w taki właśnie czas (bądź o takim czasie). pięknie jedzie się teraz przez polskę- wszędzie złoto- złote drzewa, pola, lasy, słońce, ranki, wieczory, łąki i zupa jabłkowa mojej mamy (pyszna, z lanymi kluskami, później jeszcze gęsta śmietana, tłusta kremówka i cynamon).

 

w sobotę siedziałam pół dnia na wielkiej płachcie pod rudymi brzozami, jedną smukłą sosną (z tych nadmorskich) i dziką czereśnią, w kapeluszu od słońca, z dłońmi zajętymi pracą i myślałam, bez tych wszystkich codziennych wątpliwości, że świat jest wspaniały, że życie wspaniałe, a wykopki mogłyby być codziennie. dzień minął na odcinaniu botwiny i wąsów burakom, naci pietruszce i marchwi, gęstych włosów selerowi, przeglądaniu i myciu tych naci i włosów. w międzyczasie ostatni w tym roku zbiór malin, tata przyniósł wiadomość o śmierci anny szałapak (za którą właściwie nie przepadałam, ale wieść niespodziewana, w piątek jechałam do domu w towarzystwie jej i piosenek ze „sztukmistrza w lublinie”, śpiewałyśmy razem o uciszaniu serc), przerwa na pachnące dymem kiełbaski, wieczorna przechadzka z psami i ze słońcem zachodzącym nad płaskim policzkiem szczelińca. ten żółty nieśmiertelnik dalej trwa, tylko co z tego- już kraków, mojej pracy nie sposób wynieść pod niebo, nie mam nawet balkonu. pozostają rwane przechadzki i bieganie w liściach (i słuchanie na przykład rozmowy z urszulą zajączkowską- to w radiowej dwójce- która dostała w tym roku nagrodę kościelskich i którą widziałam rok temu na festiwalu conrada, gdzie razem z łubieńskim opowiadała nam przyrodę w zadziwiający sposób, bezpośredni, trochę naiwny i czuły, jak w to wierzę).

 

przemarsz wierszy jesiennych- „mittelbergheim” miłosza, herbert („późnojesienny wiersz pana cogito przeznaczony dla kobiecych pism”) i ostatnio ulubione- „napiętnowanie jesieni” hartwig (wspaniałe!) i powrotna piosenka z gór, „z wiatrem” baczyńskiego (ładnie wyśpiewana przez turnaua). szukam w nich i w sobie zgody na woltę klimatu umiarkowanego, która już za rogiem. ostatnio znów czytam sporo poezji i zastanawiam się, dlaczego przedostatnio przestałam. może to reakcja na dokuczliwą reakcję alergiczną na nowości wydawnicze, którą ostatnio u siebie obserwuję- wszędzie te same książki, które jaśnieją przez moment, a o których za moment nikt nie pamięta, choć każda z nich jest „wielką powieścią”; podawane w popowy sposób, który budzi mój sprzeciw, opowiadane i recenzowane przez osoby, które jednak nie powinny tego robić, bo najczęściej nie mają nic do powiedzenia. to zniechęca. tym chętniej chodzę do małego oddziału miejskiej biblioteki za rogiem.

 

jutro znowu do lasu, do ojcowa, a w dodatku będę spała w zamku niewielkim jak okruszek.

 

a.

 

 

12 października, czwartek, chrupka jesień

okna sali, gdzie w czwartki o ósmej rano mam jogę, wychodzą na teatr słowackiego, podrdzewiałe kasztanowce i pęk czerwonych, jesiennych róż. okna są ogromne, jak to w kamienicy, a pod każdym ruchem każdego ciała skrzypi leciwy parkiet. dziś przez te złote kasztanowce i złotego słowackiego świeciło słońce, grał hejnał, liście chrupały pod butami. podobno jakiś orkan czy huragan znad wysp brytyjskich przywiał do nas pogodę, która w dodatku ma trwać. to dobrze, bo jutro jadę do studzienki na wykopki, a w sobotę ma być ognisko.

 

jem właściwie sama nie wiem co, pracy po pachy, połykam coś w międzyczasie. muszę się lepiej zorganizować, wraz z jesienią wraca postanowienie o zapasie bulionu w lodówce i garnku czegoś, co można odgrzać w dwie minuty. rano najchętniej jem jajka z jabłkami, październik to jednak miesiąc pysznych renet i cortlandów. a wczoraj późnym wieczorem poszliśmy na pizzę do nolio, to niezmiennie jedna z największych przyjemności, bez względu na porę roku. aha, i lubię ostatnio gin- przypomniałam sobie o słojach ginu rabarbarowego, który zrobiłam pod koniec sierpnia, i to jest bardzo smaczne.

 

więcej mam do powiedzenia o książkach. na przykład że mnie z kolei zupełnie nie porywa filipowicz, przeczytałam cztery opowiadania i wspomnieniową książeczkę „byliśmy u kornela”, którą przyniosłam z biblioteki, i na tym chyba poprzestanę.  z rzeczy do podczytywania- to „drugie zapiski na pudełku od zapałek” umberto eco, którym urosła siwa broda i zmarszczki na buzi- przedwcześnie się moim zdaniem zestarzały- i dziennik jana józefa szczepańskiego (trzeci tom, a z lat 1964-1972), codzienny i zwyczajny, lubię go rano do kawy. ponadto utknęłam w „szopce” papużanki i w wańku, i nie umiem się zdecydować, czy doczytać te książki do końca, czy machnąć ręką. wczoraj dostałam od matko franzena i barnesa, w obliczu franzena i barnesa papużanka z wańkiem dużo tracą.

 

wstaję z kurami, bo boję się korków w krakowie. nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam wyspana, ale to moja wina, chyba po prostu nie umiem i nie lubię się wysypiać.

 

a.

12 października, czwartek, leje

Mam mąkę na czole i pocięte dłonie, od twardej skórki warszawskich bagietek, których dziesięć testowaliśmy dziś w redakcji. Wszystkie były marną namiastką Francji, ale najlepiej smakowała nam ta z Saint Honoré – pełna błyszczących dziur i upudrowana. Ubiliśmy do tego wszystkiego masło z litra śmietanki (odlana maślanka smakowała jak królestwo, naprawdę), a Monika przyniosła dżem z gostomskich truskawek. Nie wyobrażam sobie lepszego scenariusza na bury czwartek i dorzucę do tego poranny balet i wolny wieczór. Z kolei tydzień temu przy tym samym stole zjadłam jedno z lepszych ciast tego roku, które w ramach testów przepisów upiekła Diana – ciężkie od syropu różanego, przykryte kołdrą z kwaśnej śmietany, wreszcie posypane pistacjami migdałowe cudo Yotama, z jego nowej książki, o której marzę jak o żadnej innej – w kwestii deserów ani na rynku wydawniczym ani w moim życiu dawno nie wydarzyło się nic równie porywającego.

 

Z ostatnich przygód na mieście: Kieliszki na Próżnej nakarmiły nas wczoraj ziemniaczanym rosti z jajem w koszuli i truflą, złotymi kapeluszami rydzów, serem i masłem, a na deser domową krówką z prażonymi orzechami laskowymi, chrupkim słonym ciastkiem i gałką lodów waniliowych. Tak rozpoczęły się jesienne obchody Restaurant Weeka. W planach jeszcze Dom Wódki, Dyletanci, Rozbrat20 (tak smutno wspominam tę drożdżówkę z malinami, którą podzieliłyśmy dawną wiosną czy jesienią, pamiętasz?) i U Tato, nowy Gruzin z Mokotowskiej.

 

Z przygód domowych: blacha ciasta pietruszkowego (z braku marchwi) z mąki migdałowej, z kokosem i pekanami, rumianego od korzennych przypraw, a po upieczeniu zalanego jeszcze gorącym masłem, miodem i maślanką (o tego). Pierwsze ciepłe kawałki zjedliśmy po długim deszczowym spacerze z Chałką, a popite mlekiem smakowały naprawdę rozkosznie, ale chyba tego nie powtórzę i nie polecę – nie wiem o co mi chodzi, ale rzadko kiedy jakiekolwiek ciasto smakuje mi dłużej, niż przez jeden dzień (za wyjątkiem sernika). Z kolei na obiad tego dnia zjedliśmy dwie podusie polenty, sos z szembeckich podgrzybków (od Liski) i uduszony z czosnkiem i skórką cytrynową tęczowy bukiet boćwiny i czarny jarmużu („wet polenta, winter greens” z niebieskiego tomu dzienników Nigela). Przez kolejne dni dojadałam ją jeszcze z prostym sosem pomidorowym, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że jedzenie które lubię najbardziej, to jedzenie dla ludzi bezzębnych. Przedwczoraj po raz pierwszy w życiu ugotowałam kapuśniak (z szembeckiej kapusty kiszonej, wspaniała, mogłabym jeść jak czipsy). Dramatycznie nie mam ochoty na mięso, za to codziennie na czekoladę. Poranne i popołudniowe spacery z Chałką są już po ciemku, a mimo to bardzo mi dobrze w tej porze roku, w swoich jesiennych ubraniach, książkach, piosenkach i zaplanowanych wycieczkach. Chyba już wiemy, gdzie chcemy urządzić przyjęcie ślubne. Ciekawe, czy zgadniesz.

 

Boże, daj sałaty, dziesięć bułek z masłem to jednak bardzo dużo.

 

k.

9 października, poniedziałek

Najpierw był ciężki kawałek quiche lorraine i pomidorki koktajlowe na ławce w parku, i jeszcze smukłe jambon beurre z Maison Landemaine, który mieliśmy prawie pod domem. Płynący reblochon i roquefort, drapiąca podniebienie, mocno opalona wiejska bagietka, solone masło z Bretanii i ciemne, drobne winogrona Muscat i to wszystko rozłożone na kraciastej poszewce kołdry, butelka Cotes du Rhone, dwie szklanki.

Pain au chocolat na trzy kęsy, pomięty croissant, pudełeczko fromage blanc (cztery procent tłuszczu, idealnie), herbata i mleko z widokiem na budzącą się nieśmiale jedenastą dzielnicę. Słońce liże dachy dopiero koło godziny 9, ale i wtedy trzeba mieć szalik i parasol. Bretońskie naleśniki w Breizh Cafe, kocham tę gryczaną koronkę, z płynącym jajkiem, gotowaną szynką, comte i kęsem masła topiącym się powoli na ciepłym brzegu. Sałata.

Kouign-amann, znów Bretania, do której chyba przynależę (chłodek, wiatr, sól w maśle i karmelu, naleśniki, jabłka – francuska Norwegia, poproszę za rok!), cudo jakiego jeszcze w ustach nie miałam, chrupiące cukrem i pełne masła, kupione na targu na Bastylii i po kęsie zjedzone w długiej deszczowej kolejce do Centre Pompidou (jeszcze Hockney, okazało się, że abstrakcja to dla mnie abstrakcja, ale portrety (par!), szkice, zdjęcia – miód). Na kolację wołowy tatar z frytkami, młode listki sałat z mocnym winegretem, kieliszek rosé.

Połówka bagietki z masłem i konfiturą, croissant listkujący się jak książka, kubek kawy, bochen chleba z miso (to już do plecaka). Montmartre pod prąd, nieznośnie tłoczny, nie wiem czemu zawsze tam jeżdżę, ale pewnie nie przestanę. Mrożona herbata, gardło i palce w KB, spacery po raz setny tymi samymi kątami, na obiad ciemne Buvette i wreszcie warzywo – sałatka z buraczków z siekanymi migdałami, cierpkim winegretem i łychą creme fraiche oraz dwa dymiące wulkany w ceramicznych naczynkach – hachis permentiere i brandade z porem, oba pełne puree i uszczelniające szpary w szaliku. I jeszcze tylko kilka sztabek comte do plecaka, kostka masła (zabrali nam na lotnisku, chociaż tak walczyłam!) i dom, gdzie czekał stęskniony pies i mój brat, który dostał się właśnie na doktorat do Gandawy (łączy nas moja droga genialne rodzeństwo) i ugotował nam (ale nie z tej okazji) pachnący tadżin z kurczaka z oliwkami i kuskusem. Odkąd w Warszawie jest Aromat i Krem, można tęsknić mniej, ale masło we Francji jest tańsze i to jest skandal i podwójny smutek, że jednak zabrali.

 

Dziś pierwszy raz pożałowałam, że nie wzięłam rękawiczek, ale rozgrzał mnie Kornel Filipowicz i jego kochana, dumna prowincja. „Poczułem, że mam w klatce piersiowej dziurę na wylot, coś w rodzaju otworów, jakie się widuje w rzeźbach Moore’a i pomyślałem, że przez ten otwór ktoś patrzący na mnie w tej chwili mógłby zobaczyć wyraźnie kawałek wnętrza mojego mieszkania ładnie wysprzątanego, z meblami, książkami, kolorowymi obrazami, a w tle nawet łąkę, rzekę, las, a może i niebo z obłokami?”.

 

k.

7 października, sobota

w ubiegłym tygodniu dwukrotnie w muzeum manggha- najpierw w sobotę na wystawie zdjęć wojciecha plewińskiego (duże wrażenie), we wtorek na wieczorku wspominkowym o julii hartwig, w deszczu i wietrze. w czwartek nobel dla ishiguro, zadowolenie. wczoraj przyznano pokojową nagrodę nobla i jednak rozczarowanie, bo miałam nadzieję, że komisja noblowska doceni i uhonoruje jednak doktora bartolo z lampedusy, prawdopodobnie ostatniego chrześcijanina na tym kontynencie. nie rozumiem zupełnie, dlaczego uhonorowany został barack obama, a pietro bartolo nie. mam z tym problem. dziś rano wracałam pociągiem z wrocławia, przez całą polskę i aż do krakowskiej niecki- w słońcu, a potem kraków pod burym niebem. dni pędzą nie wiadomo dokąd, coraz prędsze wieczory, ciemne ranki. złe wiadomości, dobre wiadomości, niepomyślne diagnozy, silne wiatry.

 

i duży apetyt. jedliśmy już słynne krakowskiego hot dogi z food trucka the dog, entuzjastyczne przyjęcie. maślana bułka, kiełbaski, marynowane w oliwie warzywa, na moim dodatkowo ser, matko oprócz kiełbaski miał w bułce pulled porka. zjadłam w tym tygodniu strasznie dużo jajek sadzonych, pewnie brakuje mi czegoś ważnego w krwiobiegu. nie mogę najeść się zielonej fasoli szparagowej i placków ze śliwkami- w tym tygodniu z przepisu nigela slatera z jego rubryki w guardianie. wczoraj we wrocławiu na śniadanie jadłam humus w kontakcie, na obiad-ciastka w nanana/u (zupełnie, ale tak zupełnie mi one nie smakują), których nie zjadłam, wypiłam za to dwie kawy. na świąteczną kolację- podwójny jubileusz dobruni, w rozszerzonym gronie kazimiersko-sylwestrowym- warsztat i nowe menu, które brzmi całkiem nieźle, natomiast smakuje całkiem źle. na pocieszenie kilka butelek niezłego wina, przegryzki w taszce i parę wybuchów śmiechu. dziś soczewica z tahiną i kolendrą z „plenty more”. a jutro planuję przez pół dnia dusić i odparowywać sos boloński, który zjemy ze świeżym tagliatelle.

 

październik.

 

a.

 

29 września, piątek

wczoraj „triumf woli” w starym- wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. co to jest za banda- zbuntowana, triumfująca, zawadiacka i przypuszczam, że poważnie chora na głowę- wspaniała! wszyscy moi ulubieńcy w jednym spektaklu: majnicz, krzyżowski, zawadzki i chrząstowski, plus dorota segda, anna radwan, marcin czarnik. kilka razy spłakałam się ze śmiechu, a na końcu, przy „bisie” i wykrzykiwaniu hymnu związkowego- ze wzruszenia i emocji, zresztą popłakiwała i widownia, i scena. mam od wczoraj nowy ulubiony zespół muzyczny- majnicz na perkusji, krzyżowski na basie, zawadzki na gitarze elektrycznej, a przy mikrofonie czarnik albo chrząstowski. świetna zabawa.

 

w tym tygodniu w ogóle więcej strawy dla ducha niż dla brzucha. w niedzielę widzieliśmy w prawie pustej sali kinowej arsu „the square”, bardzo wdzięczne. nie wiem, czy już to oglądaliście, ale podobno i tytułowa wystawa z kwadratem, i wszystko, co „wisi” w muzeum, i do pewnego stopnia scena na bankiecie- to autentyki, co z jakiegoś powodu robi na mnie wrażenie.

wciąż podczytuję dzienniki julii hartwig- za mną „zawsze powroty”, teraz czytam „dziennik amerykański”, na stole mam jeszcze dwa inne tomy. nie lubię nie mieć przy łóżku żadnego dziennika. szczęśliwie matko zaczął znosić do domu tomy jana józefa szczepańskiego- tłuste i liczne- to pewnie zajęcie na całą długą zimę.

przeczytałam na wakacjach osławione „dziedzictwo”, które patrzy teraz z witryny każdej księgarni, i po raz kolejny obiecałam sobie, że przestanę kupować nowości powieściowe, bo to nie ma sensu.

w środę słuchałam do biegania rozmowy kiesielewskiego z wiesławem uchańskim (radiowa dwójka), bardzo zajmujące.

a dziś wiadomość o śmierci wiesława michnikowskiego- mikołajewski napisał, że umiera dzieciństwo; moje na pewno. pisze do mnie z wakacji mama, że na tę przykrą okazję oglądają z tatą jego skecze, ja zastanawiam się, gdzie są moje (taty) kasety z kabaretem starszych panów, i chyba jednak w samochodzie (ulubione „bez ciebie”, „jeżeli kochać” i oczywiście pożegnanie pomidorów- „minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal…” [o jeremi!]).

 

a strawa dla brzucha- u ciebie w garnkach już jesień, ja jeszcze za wszelką cenę trzymam się lata: jemy ratatuje, zieloną fasolkę szparagową duszoną w pomidorach (sos z kuminem i cynamonem), ostatnią pewnie zupę z pieczonych pomidorów (addio, pomidory), jeszcze liście i sałaty. dziś zrobiłam  nicejską potrawkę diane henry (która [diane] bardzo mi się ostatnio podoba), którą zjemy jutro z rouille i bagietką. pochłonęłam też trzy czwarte blachy placka dana leparda ze śliwkami i orzechami laskowymi (plus rozmaryn) i kubeczkiem mascarpone, a dla równowagi od poniedziałku byłam trzy razy na jodze i dwa razy biegałam.

 

jutro sobota, od początku niemrawa, bo pan marek poleciał na wakacje do ameryki. na pocieszenie- w lodówce krzepnie ciasto na gryczane naleśniki z malinami.

 

a.

 

 

25 września, poniedziałek

Piąty dzień jesieni: gołe kostki i nadgarstki, na pierwsze śniadanie lato – mango zmiksowane z masłem orzechowym, na drugie wrzesień – rumiana malinówka w kieszeni (futerka, które kupiłam sobie wczoraj, kocham się w nim ale i nie mogę tego ewenementu przeżyć; styl do którego ewidentnie dążę, to „przedszkolak, którego ubierał tata” – im bardziej coś nie pasuje, tym bardziej pasuje plus nieuczesanie). Im więcej czasu spędzam pod kocem, tym bardziej jestem całkiem w porządku sobą. W kuchni wreszcie się dzieje: mujaddara z Food52 (ale przyprawiona jak w książce „Lubię”, cynamonem i kuminem), z kleksem miętowego jogurtu i grubą kołdrą smażonej cebulki, miękkie tacos z duszonym w pomidorach i kuminie batatem, złotymi boczniakami, sosem z awokado i czerwonym coleslawem z kolendrą (pierwszy raz od dawna zajrzałam do „My new roots” i przypomniałam sobie nasze przemiłe spotkanie nad pieczoną dynią na czarnym ryżu, polaną mandarynkowym tahini, daniem, którego nigdy nie zrobię, bo w tym celu musiałabym pamiętać o wcześniejszym namoczeniu ryżu), orzechowa szarlotka Waleckiej (przykra – nie wiem jakim cudem, ale piana wpłynęła między jabłka i całość smakowała jak mydło), wreszcie wczorajszą nocą wołowy gulasz Jamiego Olivera z dynią, marchewką, ziemniakami i połową butelki czerwonego wina z Apulii i z Lidla jednocześnie.

 

Z przeżyć szwędaczych: na sam koniec jesieni odkryliśmy dwie najlepsze chyba do tej pory warszawskie lodziarnie. Tłusty Kotek na Hożej karmi taką pistacją, że robi się słabo (gęsta i harda, prawie się nie topi i prawie nie jest słodka, a do tego chrupie orzechami pistacjowymi), a Na końcu tęczy przy placu Zbawiciela doprowadziło nas wczoraj do śmietanowych spazmów gałkami wielkimi jak pięść: mascarpone z czarną porzeczką, twaróg z krakersami i dla Marcka testowy solony karmel (czyli lodowy papierek lakmusowy). Szliśmy z rożkami w rękach wyludnioną niedzielnie Marszałkowską i wzdychaliśmy. Oby Kotka i Tęczy nie wykończyła zima, gdyż chcę powtórki.

 

Z marzeń na ten tydzień: polenta z fasolą i cavolo nero oraz pasztet wątróbkowy z kaparami z Florentine. A w sobotę fruniemy do Paryża, leżeć pod tamtejszym kocem z czwartym sezonem „Przyjaciół”, jeść bagietki z masłem i szynką, maczać porwane croissanty w konfiturze mlecznej, grzać ręce belgijskimi goframi faszerowanymi czekoladą, spacerować po liściach, no i uświadomić Marcka, dlaczego tak lubię to miasto, chociaż już wcale nie jestem pewna, czy jeszcze tak lubię. Au revoir!

 

k.

24 września, niedziela

powrót z kraju, w którym powinnam się była jednak urodzić. należę do tamtego klimatu, a nie- wieczne mgły nad górami, dym nad dachami, przygarbione ramiona- od wiatru, deszczu czy chłodu- i burość, przecięte kilkoma zaledwie miesiącami słońca (a i to nie zawsze). w większym stopniu odpowiada mi też życie pod niebem, nie pod dachem. rozgoryczenie na ten temat.

 

w te wakacje miałam wszystko-morze (niejedno), góry (niejedne), jeziora, miasta i końce świata. widziałam na drzewach cytryny, granaty i kiwi, oliwki i szyszki, jabłka i orzechy włoskie. w trzecim dniu drogi przez włochy matko zapytał- „i to żydzi uważają się za naród wybrany”? dźwięczało mi to pytanie w głowie przez wszystkie następne dni. często odtwarzany w samochodzie duet turnaua z baczyńskim (krzysztofem kamilem), wiersz o tym, że „znów wędrujemy ciepłym krajem…”. bezwzględny kraj, wszystko mi się tam podoba, wszystko smakuje i chcę wszystko.

 

gdy wróciliśmy do krakowa, na alei 29 listopada samochodowy licznik pokazał równo sześć tysięcy kilometrów. zajechaliśmy właściwie wszędzie dokąd chcieliśmy dotrzeć. znad jeziora garda (tu bez wrażeń, nie rozumiem, skąd ta powszechna sympatia) wjechaliśmy w lombardię- brescia, urocze bergamo, wspaniałe jezioro como. droga do toskanii przez ligurię, którą znam i lubię. dwudniowy przystanek w toskanii- znajome miasta i miasteczka, miła pienza, której nie znałam, poza tym księżycowy krajobraz po żniwach, złote zmierzchy, winorośl, pocztówka. wspaniała dymna i leśna umbria, na którą czekałam. jej dwie twarze- jedna katedralna i oliwna, druga- zielona, ogromna i górzysta. gdy tylko wyjechaliśmy do umbrii, od razu zapach dymu i drewna, przewodnikowy stereotyp, który żyje. podobało mi się wszystko- perugia, gubbio, asyż, orvieto, todi, spello, bevagna, montefalco, dymna i dumna nursja, lasy wokół nursji, ugryzione przez trzęsienie ziemi castelluccio… ucieczka z umbrii przed deszczem do apulii i gwałtowna zmiana dekoracji- nagle gładka głowa adriatyku, gaje oliwne, oleandry, opuncje figowe, bielone murki, zapach chleba, krajobraz płaski jak kujawy. droga do kampanii, przez basilicatę (z noclegiem w materze) i suche, rosłe góry; imponująca. pocztówkowe wybrzeże amalfi, właściwie wspaniałe. neapol, a z neapolu droga do lacjum- tam campodimele, viterbo, civita di bagnoreggio- znowu umbria. na deser- emilia-romania, a później góry, wodospady, wszystko wyogromniałe.

 

nad jeziorami jadłam ryby, w ligurii- pesto genovese. w bergamo casoncelli della bergamesca- pierożki wypełnione wołowiną i ricottą, pływające w szałwiowym maśle z pancettą- i polentę. w toskanii królika, fasolę z szałwią, ragu z dzika, ribollitę, pecorino i lody. w umbrii- bułki z porchettą, czipsy truflowe, makaron z truflami, papardelle z ragu z dziczyzny i soczewicę z kiełbaskami. w apulli- orechiette, burratę, mozzarellę, oliwki i primitivo, w kampanii- makaron z sosem pomidorowym, pizzę, ryby i sfogliatelle- muszelki ciasta wypełnione ricottą i skórką pomarańczową. w lacjum je się acquacottę z liściastą cykorią i boćwiną, fasolę, parmigianę i salsiccię. w emilii-romanii jedliśmy mortadelę i makaron z ragu bolońskim. a poza tym, wszędzie i na okrągło- lody, brzoskwinie i ser, a także przemysłowe ilości cappuccino, chino, crodino i aperolu.

 

zastanawiam się nad największym wrażeniem i w pierwszym odruchu myślę jednak o leśnej umbrii. nursja, która staje na nogi po trzęsieniu ziemi sprzed roku, castelluccio, które chwieje się na połamanych nogach. mała mieścina górująca nad wielkim, imponującym płaskowyżem na jednym ze szczytów, wiosną ponoć biało-czerwonego od kwitnącej soczewicy i maków. wrażenie amerykańskich bezdroży, silny wiatr, prosta szosa, owce i konie, tablice na budynkach informujące o zagrożeniu życia, kawa i kanapki sprzedawane ze starej przyczepy przez mężczyznę z plastikowym nosem klauna i balonem przyczepionym do przedramienia. dalej wielka zieleń, wszechobecny zapach dymu, puste drogi.

poza tym chyba jednak ogromny widok na morze, czy to z wybrzeża ligurii, czy z amalfi. całe wybrzeże amalfi- można się zżymać, że to kolonia amerykańska, ale wrażenie ogromne.

moment, gdy wysiada się z samochodu w bari po podróży z północy i serca włoch- wszędzie sorrentino. poczucie nieprawdopodobieństwa wszystkiego, co się właśnie wydarza, gwar, nieporządek, upał, zupełny folklor.

i neapol nocą- nieprawdopodobny, niezrozumiały, rozkrzyczany, w tym mieście klaksony nie milkną chyba nigdy. tak jak nie znika poczucie zagrożenia przed właściwie nie wiadomo do końca czym, ale dusza i tak nie schodzi z ramienia. goła cisza w campodimele, górskim miasteczku w środku lacjum (bohaterze książki tracey lawson), po głośnym dniu w neapolu- dalej mgły nad górami, przełęcze, chłodno.

i jeszcze „kanion” w laterzy, to na skraju apulii.

i wieczór w orvieto- złota katedra, jaskółki, wszędzie rokitnik, bezczas.

i ulubiona agroturystyka pod asyżem, do której wracaliśmy dwukrotnie- w oliwnym gaju, zawieszona nad doliną, w której majaczy assisi. zapach oliwek i sosen, rankami i wieczorami.

 

liczne wrażenia w buzi. duże ravioli wypełnione nadzieniem z chleba i parmezanu, wykąpane w szałwiowym maśle, to pierwszego wieczoru, z widokiem na gardę. późna kolacja w san gimignano, w trattori, do której zaprowadziła nas ukraińska gospodyni z naszego pensjonatu- zamówiłam królika uduszonego po toskańsku, w oliwkach, pomidorach, selerze naciowym i cebuli, z fasolą z szałwią i czosnkiem, a matko dostał jedno z lepszych ragu z dzika (a trochę ich zjedliśmy). na deser, blisko północy, były lody z lodziarni, która wygrała jakieś lodowe mistrzostwa- ulubione jogurtowe na schodkach fontanny. ribollita w gospodzie w montepulciano. smażone i nadziewane mozzarellą i anchois kwiaty cukinii  w osterii del tempo perso w ostuni- wspaniałe. jedliśmy tam też duże orechiette z pomidorami jak landrynki i z chrupiącym boczkiem, wędzoną burratę (tak) i migdałowe lody z figami.

obiad na plaży w zatoce, w da adolfo, dokąd płynie się łódką zbierającą chętnych z pomostu w positano. plaża, leżaki, restauracja pod niebem, radosny gwar, świetne jedzenie- mozzarella pieczona na liściach cytryny, mule w sosie pomidorowym (to dla matko), parmigiana, chleb, białe wino, smażone anchois, grillowany labraks w morzu oliwy z octem balsamicznym, ciastko z ricottą i pistacjami-wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. a późnym wieczorem tego samego dnia pizza w neapolu, w di matteo, do którego wyznawców należę (co okazało się następnego dnia, gdy próbowaliśmy pizzy w osławionym sorbillo, nie ta liga). nie mam pojęcia, co oni robią z tym ciastem, ale moje kubki smakowe reagują na nie twistem. z kolei arancini i pizza smażona w głębokim tłuszczu- dość paskudne.

dalej: amatriciana i soczewica castelluccio z salsiccią w najstarszej restauracji w umbrii, il granaro del monte w nursji, która z powodu trzęsienia ziemi działa aktualnie w wielkim namiocie naprzeciw szpitala, w dodatku działa w najlepsze- w środku jak w ulu, strażacy siedzą przy stołach ramię w ramię z mieszkańcami miasteczka, turystami i rodzinami obchodzącymi akurat czyjeś urodziny, krzyk, gwar, zapach mięsa i życia. obiad na pożegnanie umbrii, w asyżu, w trattori pallotta- pierożki z mięsem, z grzywką pecorino, oblane miodem, masłem i makiem, pyszna parmigiana, i jeszcze dzika cykoria uduszona z czosnkiem.

i wreszcie, ostatniego wieczoru- pożegnalna kolacja w drogheria della rosa w bolonii, gdzie już samo siedzenie pod regałami książek i głośnikiem z którego dzwoni muzyka poważna jest przeżyciem, a później jest tylko lepiej- mortadela, salami i mozzarella, fettucine z sosem bolońskim, pierożki z lokalnym serem z kwiatami cukinii, ossobucco w sosie z pomidorów, selera naciowego i jarzyn, ziemniaki pieczone z romazynem, a na deser- mascarpone z brzoskwiniami. butelka lokalnego wina, wielki deszcz, i wielki smutek. od tamtego wieczoru jestem w nastroju ostro emigranckim.

 

i już. w krakowie bezustanny deszcz, wezbrana, gruba wisła. „na drzewach pierwsze kosmyki siwizny jesiennej”, to hartwig. dziś na poprawę humorów pizza w en plato (czy ja będę miała kiedyś dość?), później jeszcze krem pistacjowy. zaraz żmudny proces ubierania butów, kurtek przeciwdeszczowych i rozkładania parasoli- idziemy do kina.

 

a.

 

 

 

 

 

 

18 września, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.