19 maja, piątek

Moje dwie ulubione szwedzkie blogerki, a zarazem jedyne blogerki, których życie z rozkoszą śledzę (czyli Sandra i Elsa) stworzyły ostatnio posty pod tytułem „Mat jag inte gillar” czyli o jedzeniu, którego nie lubią (musiałam to napisać w oryginale, żeby przećwiczyć swój biegły w 5% szwedzki). Jako blogerka, postanowiłam więc zostawić tu moją własną listę. Nie lubię:

 

arbuza – bo jest słodkim ogórkiem i nie powinien istnieć;

przetworzonej papryki – ajwar, wszelkie sosy i wszystko, co zawiera pieczoną paprykę, wywołuje u mnie głęboki smutek i ciarki, marynowana papryka to już szczyt wszystkiego

owoców morza – to niepopularne, ale there, I said it; mają nieznośną konsystencję i pachną jak weneckie kanały, które po raz pierwszy i ostatni zobaczyłam (i poczułam) na wycieczce z rodzicami w wieku lat trzynastu; w weneckich kanałach pływają martwe koty i turystyczne śmieci, a w morskich zatoczkach, domu tych owoców, zbiera się czasem paskudna żółta piana – wszystko to razem powoduje, że odmawiam krewetce, kalmarowi, a już zwłaszcza ośmiorniczce;

budyniu – jego konsystencja nie przechodzi mi przez gardło, na tej samej liście jest też kisiel; napięcie powierzchniowe sięgające zenitu, grube grudy, lepkość, fu!

fig – bo po przekrojeniu wyglądają jak jakaś ludzka, sącząca się tkanka typu jajnik, z kanalikami i zakrętami, jak ze słoja w sali od biologii, a także dlatego, że istnieje coś takiego jak fig wasp.

 

Wszelkich superfoodsów typu chia i nowomowy jedzeniowej typu espuma nawet nie wymieniam. Twoja kolej, jeśli chcesz, a ja tymczasem mówię au revoir, zamykam komputer i jadę (najpierw na galę Kukbuka, w tej błękitnej sukience, którą mi doradzałaś w przymierzalni, pić wino i jeść ser, a potem) w suwalskie chaszcze.

 

k.

17 maja, słońce

My tę „Anię” połknęliśmy w dwa dni, cudowna. Te fartuszki, pieczone w ogniu grube pajdy chleba, warkocze zakończone tasiemką, kwiaty wchodzące przez okno. Wszystko jak trzeba.

 

W tygodniu czas pędzi (chociaż nie tak szybko, jak by mógł, bo w sobotę jedziemy na mazurskie wakacje, a ja bym chciała, żeby to było już za chwilę), ale na szczęście zaczęłam już sezon rowerowy i mogę dwie godziny dziennie pedałować przez tę zieleń, która znów wybuchła niepostrzeżenie. Kasztany znów zdążyły na matury i znowu też wstydzę się rwać bzy. W niedzielę zjedliśmy miły obiad na Targu Śniadaniowym, z bardzo w ciąży Tolą i Pawłem (ja sałatkę ziemniaczaną z matjasem i lemoniadę z pigwy), a potem pojechaliśmy razem na lody do Jednorożca. Ogonek wił się na parę metrów, ale warto było czekać – orzech z Piemontu niezmiennie doskonały, sernik z porzeczką, pistacja, ricotta z figą… same sny.

 

A najlepszą kawę w mieście od niedawna podają w parku nieopodal naszego domu. Robię ją sobie sama jasnym świtem, przelewam do termicznego kubka i jadę rowerem te 500 metrów, z gazetą w koszyku. Pusto, cicho, wróble, bez.

 

Są już piwonie i polskie truskawki, po 28 złotych za kilogram. Jest stosik lektur na Mazury (dla mnie „Wzgórze psów”, „Arkadia”, „Oto jestem”, na oko jakieś dwa tysiące stron). Jest zakwas od Waleckiej. Moja droga, kochamy tę samą kobietę.

 

k.

12 maja, piątek

Tak jak Molly, nie mam ostatnio ochoty pisać o jedzeniu. Nie gotuję nic nowego, nie szperam, nie szukam i nie bywam w nowych restauracjach, bo trzy na krzyż stare od święta mi wystarczają, a na co dzień – smażone z grubą solą szparagi i niezliczone jaja sadzone; botwina z mlekiem kokosowym od Jadłonomii, pancakes z pieczonym z pomarańczą rabarbarem i różanym mascarpone, pierwszy garnek młodej kapusty z koperkiem i resztką tegoż mascarpone, szczawiowa i leniwe z baru mlecznego Rusałka, drożdżówki z serem i kruszonką z Lukullusa.

 

Z przeżyć głęboko wzruszających: krzepki pstrąg ojcowski, którego delikatnie rozebraliśmy z mięsa po obradach jury w ramach akcji KUKBUK Poleca – najwspanialsza ryba, jaką przyszło mi jeść od dawien dawna, bo z pewnego źródła i niezagłuszona innymi smakami, nie za słona, ot rybna, rześka; masło z orzechów laskowych, również przytargane z redakcji, rozkoszne, jem i od razu myślę o leszczynie, domku na drzewie, Nutelli z lepszego świata, nie wiem; do przeżyć nie zaliczę zeszłotygodniowej kolacji u Barona, bo tylko Twoja kapusta w kremówce jako tako utkwiła mi w pamięci, ale może przeżyłybyśmy tego pstrąga razem jakoś w czerwcu?

 

 

Największym kulinarnym sukcesem ostatnich dni jest sernik różany, na przykładzie którego przekonałam się, że mieszanka dowolnych serów (kilo) połączona z kremówką (pół litra), jajkami (pięć) i cukrem (3/4 szklanki), wylana na maślany spód z bułki tartej to jest mój wzór na sernik premium.

 

Dziś wieczorem chlebowe warsztaty z Walecką, a potem już tylko lato. Za tydzień Mazury, potem znów, bo festiwal Czas na ser, a potem już tylko daleka północ. Uczę się szwedzkiego. Flicka äter ost.

 

k.

4 maja, rano

Majówka pościelówka – pytałaś kiedyś, czy jeśli mówię, że leżę w pościeli, to naprawdę leżę – otóż tak, w odzieży domowej, na pryzmie poduszek (między nimi pluszowy brokuł, którego fryzura idealnie podpiera kark podczas lektury), pod kołdrą i w wełnianych skarpetkach. Tak też minął nam długi weekend. A rozpoczął się kulinarnie – ostatnim w tym sezonie Restaurant Weekiem w Na Lato. Dobrze było tam siedzieć, w oszklonej oranżerii, a jakby w parku puchnącym zielenią. Na talerzach bruschetta z wątróbką w koniakowej śmietance, okoń morski na fasoli borlotti z pesto, tortellini z kozim serem, piniolami i masłem, a potem jeszcze słonawy sernik z mango. Do nocy oglądaliśmy potem serial The Office, a niektórzy przedawkowali przy tym chipsy. Sobota minęła podobnie, jak tylko wróciłam z baletu, nasmażyłam na śniadanie małdrzyków i zjedliśmy je z pachnącą kardamonem konfiturą z rabarbaru i truskawek (nie hiszpańskich, mrożonych). A potem już było coraz lepiej: wyprawa do Puszczy Kampinoskiej (25 minut od naszego domu!); chilli con garnek z czapą ciasta kukurydzianego z cheddarem, a do tego śmietana, guacamole i fura kolendry (przepis Nigelli Lawson, ale nie będę go powtarzać, bo czapa za gruba i niewyraźna); cały ostatni sezon Mad Men, szarlotka zrobiona od niechcenia, a chyba najlepsza, jaką jadłam – z cynamonem, kardamonem i orzechami włoskimi w cieście, całym słoikiem tartych jabłek od babci i pianą; leniwe śniadanie w SAMie – tego to dawno nie grali, bo trochę się na nich obraziłam za porcje/ceny, ale bajgiel Marcka z jajem na bekonie był naprawdę rozkoszny, moje jajka po wiedeńsku, chleb z masłem i twarożek od Ziembińskiego również; Muzeum Narodowe i wystawa japońskich drzeworytów – zapomniałam, jak bardzo mi jest zawsze duszno w muzeach; lody o smaku ricotty z miodem na Bielanach; dwa razy kino – „Piękna i Bestia”, bo kocham się w Emmie, i „Klient”, który mnie podobał się bardzo, a Ty widziałaś?; wytęsknione rowerowe snucie się po mieście; sklepowe snucie się międzyświąteczne z mamą i sałatka bum bo nam bo zagryzane spring rolls w Toan Pho; onieśmielające zakupy w sklepie baletowym – mam wreszcie trykot i baletki; wielkie odzieżowe sprzątanie międzysezonowe, a na pokrzepienie ligole z masłem orzechowym; na wczorajszy obiad aloo gobi, a potem spacer po Grochowie i „Mój przyjaciel Hachiko”, bo nigdy nie oglądałam. Taki oto strumień świadomości. Do zobaczenia w Bibendzie.

 

k.

25 maja, czwartek

dziś będzie strumień świadomości i nieświadomości:

 

tydzień, w którym niewiele mi trzeba do łez. zbigniew wodecki, nagranie owacji i oświadczenia zespołu starego teatru po premierowym przestawieniu „wesela” (oraz krzysztof globisz, którego w trakcie przemów wprowadza na scenę marcin czarnik), teaser wesela, zachwyt majem, nieobecność matko, a dziś rano to nawet informacja w serwisie informacyjnym radio pogoda (które mam nastawione w radio w samochodzie), że dziś urodziny obchodzi kamil stoch, tegoroczny zdobywca pucharu jakiegośtam, i nagranie ekstatycznej reakcji komentatora sportowego, który podawał tę wiadomość, mokre oczy, mokry kraków (od deszczu).

byłam dziś we wrocławiu, w drodze powrotnej zaprzyjaźniłam się z panem z warsu, przypominał zdzisława pietrasika i był przemiły. czytałam głównie hena, przy zdaniu „wszyscy kupują bułki i mleko” zrobiło mi się ciepło w brzuchu, sama miałam wielką ochotę na mleko i pszenną bułkę z masłem i dżemem, do tego zupa mleczna, dzieciństwo u babci. albo inny fragmencik- „jego pasją było samo życie”, to o mnie, zamierzam cytować to zdanie przy każdym pytaniu o zainteresowania, pasje i cel. poza tym ta książka („milczące między nami”) to „pestka” po męsku; nie wiem, czy jestem bardziej oczarowana, czy zirytowana.

z ogromnym zainteresowaniem śledzę konflikt wokół osoby pana michała gielety- dla jednych michaela, dla innych michałka. naprawdę ojczyzna dostarcza wielu przeżyć i nie sposób się tu nudzić.

za jedyny plus drastycznie postępujących dni maja uważam coraz bliższą perspektywę nowego sezonu „house of cards”.

a maj taki, że mam wielką ochotę gdzieś się zerwać, ale jestem już duża i jakoś rozumiem, że są rzeczy ważne i pilniejsze.

czy widziałaś apel jaya raynera w guardianie- „i`m sick of half-hearted desserts. give me a proper pudding” (o tu)? popieram ten głos całym sercem, obiema dłońmi i językiem. to zdaje się nie tylko problem brytyjskich restauracji, w polsce też z reguły restauracyjne karty deserów powodują ziewnięcie (jakiś deser czekoladowy, jakaś beza, jakiś sernik-nie sernik oraz pudding chia), a pod hasłem „sernik” coraz częściej objawia się kupka ubitego sera obsypanego kruszonką i rzeczywiście bezą. ja też protestuję przeciwko takim praktykom.

 

i na koniec- paweł brawo z katalogu festiwalu copernicus, załączonego do ostatniego numeru „tygodnika powszechnego”- o smaku emocji. bardzo lubię pawła bravo, on i agnieszka kręglicka to moi ulubieni polscy pisarze jedzenia (zniknięcie kręglickiej z „wysokich obcasów” uważam za skandal i dość kretyńską taktykę). pod hasłem „strach” taki fragmencik:

„[kuchnia], służąca w naszej kulturze za spokojny azyl. w pobliżu gorącego pieca, za stołem, w cieniu kredensu człowiek nie miał prawa się bać. do czasu jednak. w epoce gruntownego mieszania porządków strach nawiązał z jedzeniem całkiem nową, bliską, lecz perwersyjną więź. jest sprężyną napędową wszelkiej ortoreksji- czyli kompulsywnego szukania zbawienia w kuchni [pogrubienie moje], co przejawia się unikaniem całych kategorii składników uznanych przez daną sektę za szkodliwe (np. gluten) i również obsesyjnym pochłanianiem modnego w danym sezonie superfoods. intensywność w głoszeniu dietetycznych prawd i całościowa obietnica przemiany człowieka pozwalają bez pudła rozpoznać przewrotnie religijny charakter zjawiska, chociaż za jego podsycanie odpowiada raczej nie pustka w niebie, lecz pełnia w portfelach ludzi zbijających na tym ogromny doczesny kapitał”. i dalej: ” za tę właśnie bezsensowną mękę tylu przyjaciół, a zwłaszcza przyjaciółek [czyli między innymi jedzenie bezglutenowych ciastek], chciałbym, żeby się wszyscy ci sprzedawcy strachu kiedyś porządnie wysmażyli w piekle, jedząc bułki z wiórów naszprycowane skrobią, która będzie im powoli rozrywać wątrobę. posmarowane bezlaktozowym serkiem, rygorystycznie nieposolonym, bo sól w tym ortorektycznym kręgu potępienia służyć może najwyżej do posypania waszych ran, łobuzy”.

 

albo fragment o „wzruszeniu”- „wzruszenie. w swojej sentymentalnej wersji nieoczekiwany sojusznik strachu i wstydu w dziele zamiany jedzenia w czynność parareligijną. jest emocjonalnym podłożem jednej z większych plag moralnych naszej doby- wegańskiej ściemy. mechanizm zastąpienia uczucia sentymentem znamy już od czasów schelera, który wymownie opisał, jak skutecznie nas to chroni przed podejmowaniem odpowiedzialności za siebie i świat w zasięgu ręki. wegańskie wzruszenie zaspokaja naszą chęć bycia milutkim dla zwierzątka na obrazku, co nijak nie przekłada się na los realnych zwierząt i ludzi, którzy konkretnie walczą o ich dobrostan”.

 

i tak dalej. to bardzo, bardzo mądry tekst, i ważny. a w samym „tygodniku” jeszcze felieton bravo o włoskich kiełbasach.

 

mniej więcej to wszystko mnie ostatnio zajmuje i interesuje. to i jeszcze pierwsze polskie truskawki, nietanie, ale całkiem smaczne.

 

a.

 

 

22 maja, poniedziałek, maju stój

wyjątkowo lubię takie zabawy, moja droga. zawsze przepadałam za wpisywaniem się do złotych myśli i wypełnianiem ankiet. co ciekawe- okazuje się, że podzielamy nie tylko liczne sympatie, ale i antypatie. ja też nie jem arbuza (takoż, nie rozumiem tego zjawiska), owoców morza, papryki to ani przetworzonej (wyjątek stanowi papryka w ratatui z przepisu z bon appetit, ale ona składa się w znacznej mierze z oliwy), ani surowej (kanapka z uszami surowej papryki- giń), budyniu i kisielu, chia, espum, młodego jęczmienia, pyłku pszczelego etc. z twojej nienawistnej siódemki przepadam jedynie za figami, i to powiedziałabym w sposób znaczny. nie wiedziałam, że nie lubisz fig, będę pamiętała.

a że jestem bardziej kapryśna niż ty, do od siebie dorzucam jeszcze grzyby (nie bardzo rozumiem, jak można nie jeść owoców morza, ale jeść grzyby, przecież to ten sam glut; uważam, że są ze sobą ściśle powiązane), matchę, kozi nabiał, bardzo pleśniowe sery (brzydzę się), „surowy” krowi nabiał- świeże mleko albo maślanka z grudami (patrz poprzedni nawias), biszkopty i biszkoptowe ciasta przekładane kremem, galaretkę, bezę, rosół i ramen, surową cebulę, słodkie zupy kremy typu krem z marchewki czy krem z pieczonego buraka (ratunku). istnieje też lista produktów, które raz mi smakują, a raz nie- a na niej między innymi podroby (aktualnie nie przechodzą mi przez buzię, ale to się zmienia), czekolada, anyżkowe przyprawy, kozi twarożek, ciasta ucierane, śledzie.

 

dziwny ten maj. wychodzę z domu z gołymi nogami- marznę, zakrywam nogi- za ciepło. w piątek siedziałam do jedenastej wieczorem w ogórku restauracji włoska w letniej sukience, w sobotę przybrałam weselną sukienkę kokonem z koca. mam w pamięci sobotni poranek przed burzą, ciężki od zapachu bzu i drzew, wracałam do domu z targu pietruszkowego przez krakowską i dalej wzdłuż plantów i żywiłam do swojego miasta wyjątkowo ciepłe uczucia. później wieczorem podobnie- gościliśmy na przyjęciu weselnym magdy i karola, na tarasie restauracji oranżeria wychodzącym na wawel, wstążkę wisły i wieże wszystkich możliwych krakowskich kościołów.

 

jadłospis kolacyjny w ciepłe wieczory to często lody (donizetti, najlepsza jest wciąż pistacja bronte) i aperol, albo butelka różowego wina. przez większość ubiegłego tygodnia jedliśmy botwinkę z pieczonymi młodymi ziemniakami i jajami na twardo, ja mogłabym jeść właściwie tylko sałatki (musztardowiec, polska cykoria, rukola, rzymska, mizuna, szparagi, awokado, ciecierzyca, feta, maślankowy winegret) albo ten szparagowy stir-fry od heidi swanson. chyba nigdy nie zjadłam tylu szparagów co tej wiosny, w zeszłym roku jadłam je trochę z obowiązku (bo takie ładne i sezon krótki), w tym potrafię zjeść pęczek na dzień. wczoraj z kolei leczyłam skutki uboczne sobotniego pijaństwa pizzą w en plato (dla mnie jak zawsze salsiccia i brokuły neapolitańskie, bianca) i canolo, a matko to nawet dwiema pizzami.

 

od piątku czytam „milczące między nami” hena, polska powieść (i wspomnienia) osadzone w pierwszych dziesięcioleciach po drugiej wojnie sprawiają mi zawsze ogromną, ogromną przyjemność- jak „pestka”, dygat czy osiecka.

 

wczoraj i dziś po jednej łzie- wczoraj widziałam wspomnienie drużyny „tygodnika kulturalnego” o pietrasiku, rozpłakany deptuła albo chaciński na skraju płaczu nie są na moje nerwy. a dziś odszedł zbigniew wodecki, już nigdy nie przemknie przez krakowski rynek. odśpiewałam mu dziś trzy razy „lubię wracać tam gdzie byłem już”.

 

jak ten nowy żulczyk? mówią, że dobry.

 

a.

15 maja, poniedziałek

udało nam się wczoraj wejść na pożegnalne „wesele” jana klaty do starego teatru. powiodło się to metodą cudu nad wisłą, to znaczy po części dzięki naszej cierpliwości, a po części dzięki nepotyzmowi. jeśli ktoś dysponuje cierpliwością lub koneksjami, a najlepiej i jedynym i drugim- bo bilety na ten spektakl wyprzedane są do końca sezonu- niech bieży do starego. raz, że nie wiadomo, co to dalej będzie, a dwa- to bardzo, bardzo ładne przedstawienie. żywe, krwiste, ironiczne, a w dodatku rozbudzone, co akurat smuci. pierwsza część niesie jak butelka musującego wina, jest pulsująca, agresywna, furiacka. potem jest już tylko pusto, straszno i cierniowo, czyli jak w ojczyźnie (i jeszcze zdanie z wydanego dziś oświadczenia zespołu starego teatru:”teraz my wszyscy, cała polska, gramy w ‚weselu’ „).

dojmujący jest fakt, że to niezmiennie tekst o nas- z jednej strony tłuste hasła i sztandary, z drugiej jakaś impotencja, rozkrok i hamulec pod sercem, ja taka jestem. finałowa scena- te kosy wymierzone w próżnię, to czekanie bóg wie na co- myślałam sobie oho, oto rodacy i to ja: trochę mówię i tyle bym chciała, a na końcu jestem jak ta banda, bezwolna, choć z wycelowanym orężem. niech was wszystkich szlag, wieszcze narodowi. co ciekawe jesienią widziałam popowe „wesele” rychcika i dla odmiany żadna z tych spraw nie przyszła mi do głowy.

radosław krzyżowski- pan młody ujmujący, wierzy się każdemu jego słowu, duża przyjemność i wrażenie; julisz chrząstowski wciąż ulubiony. „kapela weselna”- blackmetalowy zespół furia. a później owacje, najżywsze, jakie widziałam, przy trzeciej do zespołu na scenie dołączył klata, a ja się rozbeczałam, potem płakała też anna dymna i w ogóle wszyscy. widzowie oklaskiwali aktorów, aktorzy widzów, nad wszystkim powiewał sztandar „to jeszcze nie koniec”, i to wszystko było bardzo piękne i duże.

 

zdaje mi się w ogóle, że nasz jasny rząd-czołg, który rozjeżdża wszystko, co napotyka na drodze, przez przypadek wrócił polsce teatr- znów jest o nim głośno, znów łączy i dzieli. w starym bilety wyprzedane, długie ogonki po wejściówki. wzajemne relacje między widownią i aktorami- ukrop, gorączka, komitywa; ja wczoraj wskoczyłabym za nimi do beczki smoły. przypomina mi to wszystko reakcje na spektakle wajdy, dejmka czy grzegorzewskiego, o których czytałam i o których wciąż się pisze i rozmawia.

 

poza tym- maj. spacery, lody donizetti (pistacja bronte i prażone pestki dyni), czytanie pod opuchniętymi kasztanowcami, otwarte okna, wielki bukiet lewkonii (pachną jak kompot z goździkami), który dostałam od matko, i bzu, który sama sobie sprawiłam. jajecznica z czosnkiem niedźwiedzim, niezliczone sałaty- naznosiłam do domu rukoli, musztardowca (ulubiony), cykorii liściowej, drobnych sałat rzymskich (pierwsze polskie); mam nawet liście jadalnej chryzantemy, czyli złocienia wieńcowego od jedynie, ale te akurat nie bardzo mi smakują. obiady pod niebem, w niedzielę w bistro 11 (miecznik na waniliowym risotto, soliród, żółty buraczek). dobre prognozy na przyszłość.

 

zaczęliśmy oglądać adaptację „ani z zielonego wzgórza” netflixa, ja jestem zachwycona, wszystko wygląda tak, jak to sobie całe życie wyobrażałam, a najbardziej kocham mateusza.

aha, i jeszcze podobno mikołaj grabowski zrobił spektakl na podstawie „wielu demonów” pilcha. maj-bomboniera.

a.

 

13 maja, chwila po północy

wiele jest prawdy w pogłoskach o tym, jak dobrze karmią w poznaniu. pogłoski najwyraźniej robią swoje, bo ku naszemu zaskoczeniu to jedzenie jest nietanie, a ja mieszkam w krakowie, mieszkałam w warszawie i paryżu, i wobec tego już niewiele w tym temacie powinno mnie zadziwiać, a jednak. kolacje jedliśmy w a nóż widelcu (piękny sandacz na puree z wędzonego selera i z garnuszkiem kaszy jęczmiennej połyskującej od masła) i w raju (koniec końców niezajmujące testaroli z klasycznym pesto, w którym jednak pokładałam nadzieje; pad thai dla matko, które zjadł z ochotą, a którego ja bym nie zjadła- strasznie słodkie, i moje pyszne curry), obiad w oślej ławce (najsmaczniejsze było czekadełko- papierowa torba świetnego chleba, jeden żytni i ciężki, drugi pszenny, wyraźnie winny, a do nich miseczka oleju rzepakowego z wielkopolski. poza tym pamiętam leniwe pierogi, które podjadałam matko, baron powinien przejechać się do poznania rzucić okiem na kluski, które cieszą, mówię to pomna twoich czwartkowych leniwych w solcu). zjadłam rogala marcińskiego, nadjadłam serniki w la ruinie, które nie smakowały mi przed blisko pięcioma laty i które nie smakują mi i dziś- zbyt słodkie, za mało winne, za maziste. najszczęśliwsza byłam jednak w kawiarni piece of cake, gdzie można zjeść domowego croissanta (PYSZNY) z grubym plastrem masła od jakiegoś pana z placu targowego, a to masło to z kolei epifania wyższego rzędu- jest jakieś takie żywe, cielesne, winne. do rogala można dostać kubek spienionego mleka z miodem gryczanym i czytać wśród gąszczu kwiatów, dom.

 

a poznań- porządne, mieszczańskie miasto, z mieszkańcami zachodzącymi do kościołów i księgarni i z tłumami w kawiarniach. czuję się związana z wielkopolską- urodziłam się w lesznie, sporą część mojego dzieciństwa odbywaliśmy podróże sentymentalne w tamte strony, w dodatku moi rodzice poznali się w poznaniu (ładne masło maślane- poznać się w poznaniu). dobrze było tak sobie iść przed siebie przez miasto, którego się nie zna, bez celu, za to z czasem i z ochotą. czuję się tam jak jedną nogą we wrocławiu, a drugą w gdańsku, czyli znajomo; stara, dobra zachodnia polska.

 

poznań poznaniem, tymczasem zdążyłam już pojechać do (wczoraj) i wrócić z (dziś) wrocławia. oprócz licznych wizyt u licznych specjalistów (od kosmetyczki do akupunktura) nagotowałam obiadów buni, która złamała rękę. jestem trochę zmęczona tym życiem psa, który jeździł koleją, przepakowywaniem w kółko tej samej torby, kolejnymi dworcami kolejowymi. szczęśliwie zanosi się na dwa spokojne tygodnie w krakowie, i chwała bogu. jutro zaraz rano jadę na targ pietruszkowy po sadzonki ziół, później na halę targową po zakupy, później na kleparz, później pojedziemy po doniczki, i tak cudowne i tak dalej.

 

był poznań i wrocław, to jeszcze kraków- jestem szczerze wzburzona aferą wokół teatru starego, z którym jestem związana i który jest dla mnie ważny. na początku ostro się wściekłam, a teraz, po przeczytaniu kilku wywiadów z nowym dyrektorem artystycznym, jestem ostro skołowana i na dodatek mam rozdarte serce. kraków, podobnie jak ja, nie lubi zmian.

w poniedziałek o jedenastej wieczorem towarzyszyłam matko w spacerze do nyski pod halę targową- słyszałaś o tym zjawisku? to stara nysa, przed nysą rożen i dwóch panów, którzy od dwudziestu lat sprzedają grillowane kiełbaski (pyszne). porcja kosztuje osiem złotych, oprócz kiełbaski składa się z wielkiej, polskiej bułki i musztardy, można też sprawić sobie butelkę oranżady. wy macie w warszawie nocne markety z całym światem, my w krakowie starą atramentową nyskę z kiełbaskami i historią. nie odchodząc daleko od jedzenia- na obiad najchętniej jem młodą kapustę duszoną ze śmietanką i białym winem, z ziemniakami pieczonymi z estragonem i podsmażonym chorizo.

i wreszcie- lubię wieczory, gdy oboje z mateuszem wracamy późnym wieczorem z pracy, ja głodna jak dzik; kiedy przygotowuję na kolanie jakąś prędką kolację, a później siadamy do stołu, nie wiadomo kiedy wypijamy butelkę wina, i kiedy nagle wydarzają się jakieś ważne rozmowy, a ja czuję, że rosnę i że mam dom.

i jeszcze- że niełatwo dostrzec urodę innych miast patrząc na co dzień na kraków, na to ciastko z kremem, które wchodzi do oczu i jest nachalnie ładne ostentacyjną urodą. chodziłam po poznaniu z przyjemnością, ale później wystarczy przejechać się taksówką z krakowskiego dworca głównego na moją bonerowską i wszystkie inne czasy pryskają.

 

w całej kolonii pociągów do (prze)czytałam „stryjeńską” (nieładne), „świąteczne” i „nieszpory” agnieszki drotkiewicz („czego nam trzeba? ciężkiej pracy? ziemi? warzyw? dyscypliny? wody? książek? mistrza? pięknej pogody? wolnego czasu? dziecka?” no właśnie, czego?), a w pociągach z- „coś do oclenia” barnesa (tak) i dziś zaczęłam „zdradziecką osiecką”, którą przyniosłam z biblioteki. po raz kolejny czytam o tym, co już wiem. uspokaja mnie to.

 

a.

4 maja, czwartek, rano

ostatnie dni- ten makaron (u mnie świeże tagliatelle) z kremówką i szczawiem, plus bułka tarta ze skórką otartą z cytryny- obowiązkowe w maju, gdy szczaw jest jeszcze drobny. wczoraj jedliśmy śniadanie w rannym ptaszku, ja po raz pierwszy- smakował mi mój sabih z plastrami pieczonego bakłażana i pikle, szakszuka matko już mniej. później cały dzień piliśmy aperol i oglądaliśmy drugą część listy przebojów polskiej piosenki, o które pisałam tu dokładnie rok temu- najważniejsze i najbardziej udane (podobno!) kompozycje w polskiej muzyce rozrywkowej według bandy kilku krytyków muzycznych, opatrzone obszernymi analizami i uzasadnieniami. rok temu wysłuchaliśmy pierwszej setki, wczoraj dokończyliśmy- wademekum tej listy jest naprawdę przedziwne. tak przeszło nam całe popołudnie, z przerwą na obiad- pęk pieczonej młodej marchwi z pesto i labneh, młode sałaty z awokado i winegretem z estragonem i piąstka burraty. a wieczorem jedliśmy z karolami kolację w euskadi, i po czwartych odwiedzinach wpisałabym sobie to miejsce w życiorys. wczoraj- talerz iberyjskich wędlin i kiełbas, ser, galaretka z jabłek i włoskie orzechy w łupkach, szparagi, policzki ze świnki, chrupki szpinak, świeże sardele, pieczony rabarbar ze śmietaną, lody o smaku kawy z mlekiem.

 

piekę rabarbar z wanilią, zaraz zjemy go z ricottą na śniadanie, a potem lecimy łapać pociąg, najpierw do warszawy, jutro do poznania. do zobaczenia wieczorem, marcki!

 

a.

poniedziałek, wiwat maj

okazuje się, że gdy twoja przyjaciółka wychodzi za mąż, a na dodatek rośnie jej pod sercem mały człowiek, to coś rośnie i w tobie. nagle otwierają się w głowie jakieś nowe szuflady i uruchamia się świeżość przeżycia (to osieckie)- naraz jestem bardzo przejęta, przeżywam, myśli mi się o sprawach, które wcześniej nie zaprzątały uwagi. jakoś mi się to wszystko nie mieści w głowie. basia była piękna, z wiązanką maków, róż i główek piwonii w dłoniach, z jasną pewnością na buzi. były łzy, śmiech, wyznania, objęcia i radość. przez ostatnie trzy tygodnie składałam pani młodej prezent- selekcjonowałam, redagowałam i w końcu wydrukowałam nasze listy i rozmowy, które leżały odłogiem w archiwum fejsbuka. wyszło z tego nieco ponad siedemdziesiąt stron mnie i basi, listy z lat 2013-2016. jestem z tej książeczki bardzo zadowolona, to nasza kronika, tłusta od przeżyć i zdarzeń- jest tam nasza równoległa emigracja, moja francuska i szkocka basi, wyprowadzki i przeprowadzki, prace i bezprace, radości i smutki, złamane serca i pijane serca, marzenia i spełnienia, sprzeczki i wyznania. wszystko. mam poczucie, że wyrosłyśmy z jakiegoś etapu i z jakichś żyć, i że przed nami wielkie morze.

 

z życia brzucha- to było bardzo smaczne wesele, ze śląską roladą i modrą kapustą, z festiwalem pizzy z pieca opalanego drewnem, z tortem, który zjadłam z ochotą, i który bardziej niż tortem był amerykańskim ciastem w stylu naked cake z ciemnymi, wilgotnymi plackami przełożonymi masą z mascarpone i umajonymi truskawkami i malinami. a także i przede wszystkim- z boskimi pączkami, jednymi z konfiturą z róży i płatkami róży, innymi z domowymi powidłami śliwkowymi z bławatkami na lukrowanej głowie. jadłam później te pączki w poślubny poranek z jednakowymi ciepłymi uczuciami na ich temat, a ja przecież nawet nie lubię pączków. po pączkach jedliśmy kiełbasy z pieca do pizzy, bo ulewa nie pozwoliła rozpalić ogniska, a po kiełbasach na stołach znów lądowała pizza. bardzo miłe błędne koło.

w sobotę ugotowałam na obiad kaszę pęczak a la risotto, ze szparagami i z łyżką pesto z rukoli; pierwsza w tym roku, na pewno nie ostatnia. na śniadania- w sobotę fritatta z fenkułem (emiko davies), w niedzielę ricotta z pistacjami i z rabarbarem pieczonym z wodą różaną i laską wanilii, dziś naleśniki z twarogiem i tłustą śmietaną. na obiad w święto pracy pełne pracy poszliśmy spacerem do bistro 11 i zjadłam lancz dnia, który mnie tam przywiał- kremową zupę szczawiową i sadzone jaja z zapiekanką z ziemniaków i z bigosikiem z młodej kapusty i botwiny. a wczoraj gościliśmy na komunii w jarosławiu i to było na swój sposób cudowne- rosół, winogrona na paterach, na deser pucharek lodów z takimi kandyzowanymi wiśniami czy czereśniami we wszystkich kolorach tęczy, wiesz jakimi, symbol lat dziewięćdziesiątych; domowe, wzmacniane wino, niejadalne torty i jakiś kandinsky na kolację- kasza gryczana, surówka z białej kapusty i plastry tłustej karkówki w sosie z ananasem z puszki, mocno onieśmielające. wróciliśmy do krakowa z podarkami od rodziców matko- z nowym akumulatorem, naręczem bzu, trzydziestoma jajami od szczęśliwych kurek i workiem mrożonych malin. podróże niewątpliwie wzbogacają.

 

z życia głowy- czytam „stryjeńską” angeliki kuźniak i coś mi w niej nie gra, nie podoba mi się cały sposób tej książki. jestem pod sporym wrażeniem „vegetable literacy” madison- ile wiedzy! a dziś byliśmy w kinie na „kliencie” farhadiego i pierwsze skojarzenie takie, że farhadi to taki irański zwiagincew, który nawiasem mówiąc jest wielki (te wszystkie hurra entuzjastyczne recenzje „klienta” moim zdaniem mocno na wyrost, ale i tak miło, bo dawno nie byłam w kinie).

 

poza tym wieje jak czort, nienajcieplej, ale w końcu zakwitły bzy na plantach i przestało lać. podobno nie na długo i od jutra zapłakana karuzela rusza na nowo. nie najłatwiej żyje się ostatnio w ramionach mateczki polski.

 

a.

25 maja, czwartek

dziś będzie strumień świadomości i nieświadomości:

 

tydzień, w którym niewiele mi trzeba do łez. zbigniew wodecki, nagranie owacji i oświadczenia zespołu starego teatru po premierowym przestawieniu „wesela” (oraz krzysztof globisz, którego w trakcie przemów wprowadza na scenę marcin czarnik), teaser wesela, zachwyt majem, nieobecność matko, a dziś rano to nawet informacja w serwisie informacyjnym radio pogoda (które mam nastawione w radio w samochodzie), że dziś urodziny obchodzi kamil stoch, tegoroczny zdobywca pucharu jakiegośtam, i nagranie ekstatycznej reakcji komentatora sportowego, który podawał tę wiadomość, mokre oczy, mokry kraków (od deszczu).

byłam dziś we wrocławiu, w drodze powrotnej zaprzyjaźniłam się z panem z warsu, przypominał zdzisława pietrasika i był przemiły. czytałam głównie hena, przy zdaniu „wszyscy kupują bułki i mleko” zrobiło mi się ciepło w brzuchu, sama miałam wielką ochotę na mleko i pszenną bułkę z masłem i dżemem, do tego zupa mleczna, dzieciństwo u babci. albo inny fragmencik- „jego pasją było samo życie”, to o mnie, zamierzam cytować to zdanie przy każdym pytaniu o zainteresowania, pasje i cel. poza tym ta książka („milczące między nami”) to „pestka” po męsku; nie wiem, czy jestem bardziej oczarowana, czy zirytowana.

z ogromnym zainteresowaniem śledzę konflikt wokół osoby pana michała gielety- dla jednych michaela, dla innych michałka. naprawdę ojczyzna dostarcza wielu przeżyć i nie sposób się tu nudzić.

za jedyny plus drastycznie postępujących dni maja uważam coraz bliższą perspektywę nowego sezonu „house of cards”.

a maj taki, że mam wielką ochotę gdzieś się zerwać, ale jestem już duża i jakoś rozumiem, że są rzeczy ważne i pilniejsze.

czy widziałaś apel jaya raynera w guardianie- „i`m sick of half-hearted desserts. give me a proper pudding” (o tu)? popieram ten głos całym sercem, obiema dłońmi i językiem. to zdaje się nie tylko problem brytyjskich restauracji, w polsce też z reguły restauracyjne karty deserów powodują ziewnięcie (jakiś deser czekoladowy, jakaś beza, jakiś sernik-nie sernik oraz pudding chia), a pod hasłem „sernik” coraz częściej objawia się kupka ubitego sera obsypanego kruszonką i rzeczywiście bezą. ja też protestuję przeciwko takim praktykom.

 

i na koniec- paweł brawo z katalogu festiwalu copernicus, załączonego do ostatniego numeru „tygodnika powszechnego”- o smaku emocji. bardzo lubię pawła bravo, on i agnieszka kręglicka to moi ulubieni polscy pisarze jedzenia (zniknięcie kręglickiej z „wysokich obcasów” uważam za skandal i dość kretyńską taktykę). pod hasłem „strach” taki fragmencik:

„[kuchnia], służąca w naszej kulturze za spokojny azyl. w pobliżu gorącego pieca, za stołem, w cieniu kredensu człowiek nie miał prawa się bać. do czasu jednak. w epoce gruntownego mieszania porządków strach nawiązał z jedzeniem całkiem nową, bliską, lecz perwersyjną więź. jest sprężyną napędową wszelkiej ortoreksji- czyli kompulsywnego szukania zbawienia w kuchni [pogrubienie moje], co przejawia się unikaniem całych kategorii składników uznanych przez daną sektę za szkodliwe (np. gluten) i również obsesyjnym pochłanianiem modnego w danym sezonie superfoods. intensywność w głoszeniu dietetycznych prawd i całościowa obietnica przemiany człowieka pozwalają bez pudła rozpoznać przewrotnie religijny charakter zjawiska, chociaż za jego podsycanie odpowiada raczej nie pustka w niebie, lecz pełnia w portfelach ludzi zbijających na tym ogromny doczesny kapitał”. i dalej: ” za tę właśnie bezsensowną mękę tylu przyjaciół, a zwłaszcza przyjaciółek [czyli między innymi jedzenie bezglutenowych ciastek], chciałbym, żeby się wszyscy ci sprzedawcy strachu kiedyś porządnie wysmażyli w piekle, jedząc bułki z wiórów naszprycowane skrobią, która będzie im powoli rozrywać wątrobę. posmarowane bezlaktozowym serkiem, rygorystycznie nieposolonym, bo sól w tym ortorektycznym kręgu potępienia służyć może najwyżej do posypania waszych ran, łobuzy”.

 

albo fragment o „wzruszeniu”- „wzruszenie. w swojej sentymentalnej wersji nieoczekiwany sojusznik strachu i wstydu w dziele zamiany jedzenia w czynność parareligijną. jest emocjonalnym podłożem jednej z większych plag moralnych naszej doby- wegańskiej ściemy. mechanizm zastąpienia uczucia sentymentem znamy już od czasów schelera, który wymownie opisał, jak skutecznie nas to chroni przed podejmowaniem odpowiedzialności za siebie i świat w zasięgu ręki. wegańskie wzruszenie zaspokaja naszą chęć bycia milutkim dla zwierzątka na obrazku, co nijak nie przekłada się na los realnych zwierząt i ludzi, którzy konkretnie walczą o ich dobrostan”.

 

i tak dalej. to bardzo, bardzo mądry tekst, i ważny. a w samym „tygodniku” jeszcze felieton bravo o włoskich kiełbasach.

 

mniej więcej to wszystko mnie ostatnio zajmuje i interesuje. to i jeszcze pierwsze polskie truskawki, nietanie, ale całkiem smaczne.

 

a.

 

 

22 maja, poniedziałek, maju stój

wyjątkowo lubię takie zabawy, moja droga. zawsze przepadałam za wpisywaniem się do złotych myśli i wypełnianiem ankiet. co ciekawe- okazuje się, że podzielamy nie tylko liczne sympatie, ale i antypatie. ja też nie jem arbuza (takoż, nie rozumiem tego zjawiska), owoców morza, papryki to ani przetworzonej (wyjątek stanowi papryka w ratatui z przepisu z bon appetit, ale ona składa się w znacznej mierze z oliwy), ani surowej (kanapka z uszami surowej papryki- giń), budyniu i kisielu, chia, espum, młodego jęczmienia, pyłku pszczelego etc. z twojej nienawistnej siódemki przepadam jedynie za figami, i to powiedziałabym w sposób znaczny. nie wiedziałam, że nie lubisz fig, będę pamiętała.

a że jestem bardziej kapryśna niż ty, do od siebie dorzucam jeszcze grzyby (nie bardzo rozumiem, jak można nie jeść owoców morza, ale jeść grzyby, przecież to ten sam glut; uważam, że są ze sobą ściśle powiązane), matchę, kozi nabiał, bardzo pleśniowe sery (brzydzę się), „surowy” krowi nabiał- świeże mleko albo maślanka z grudami (patrz poprzedni nawias), biszkopty i biszkoptowe ciasta przekładane kremem, galaretkę, bezę, rosół i ramen, surową cebulę, słodkie zupy kremy typu krem z marchewki czy krem z pieczonego buraka (ratunku). istnieje też lista produktów, które raz mi smakują, a raz nie- a na niej między innymi podroby (aktualnie nie przechodzą mi przez buzię, ale to się zmienia), czekolada, anyżkowe przyprawy, kozi twarożek, ciasta ucierane, śledzie.

 

dziwny ten maj. wychodzę z domu z gołymi nogami- marznę, zakrywam nogi- za ciepło. w piątek siedziałam do jedenastej wieczorem w ogórku restauracji włoska w letniej sukience, w sobotę przybrałam weselną sukienkę kokonem z koca. mam w pamięci sobotni poranek przed burzą, ciężki od zapachu bzu i drzew, wracałam do domu z targu pietruszkowego przez krakowską i dalej wzdłuż plantów i żywiłam do swojego miasta wyjątkowo ciepłe uczucia. później wieczorem podobnie- gościliśmy na przyjęciu weselnym magdy i karola, na tarasie restauracji oranżeria wychodzącym na wawel, wstążkę wisły i wieże wszystkich możliwych krakowskich kościołów.

 

jadłospis kolacyjny w ciepłe wieczory to często lody (donizetti, najlepsza jest wciąż pistacja bronte) i aperol, albo butelka różowego wina. przez większość ubiegłego tygodnia jedliśmy botwinkę z pieczonymi młodymi ziemniakami i jajami na twardo, ja mogłabym jeść właściwie tylko sałatki (musztardowiec, polska cykoria, rukola, rzymska, mizuna, szparagi, awokado, ciecierzyca, feta, maślankowy winegret) albo ten szparagowy stir-fry od heidi swanson. chyba nigdy nie zjadłam tylu szparagów co tej wiosny, w zeszłym roku jadłam je trochę z obowiązku (bo takie ładne i sezon krótki), w tym potrafię zjeść pęczek na dzień. wczoraj z kolei leczyłam skutki uboczne sobotniego pijaństwa pizzą w en plato (dla mnie jak zawsze salsiccia i brokuły neapolitańskie, bianca) i canolo, a matko to nawet dwiema pizzami.

 

od piątku czytam „milczące między nami” hena, polska powieść (i wspomnienia) osadzone w pierwszych dziesięcioleciach po drugiej wojnie sprawiają mi zawsze ogromną, ogromną przyjemność- jak „pestka”, dygat czy osiecka.

 

wczoraj i dziś po jednej łzie- wczoraj widziałam wspomnienie drużyny „tygodnika kulturalnego” o pietrasiku, rozpłakany deptuła albo chaciński na skraju płaczu nie są na moje nerwy. a dziś odszedł zbigniew wodecki, już nigdy nie przemknie przez krakowski rynek. odśpiewałam mu dziś trzy razy „lubię wracać tam gdzie byłem już”.

 

jak ten nowy żulczyk? mówią, że dobry.

 

a.

19 maja, piątek

Moje dwie ulubione szwedzkie blogerki, a zarazem jedyne blogerki, których życie z rozkoszą śledzę (czyli Sandra i Elsa) stworzyły ostatnio posty pod tytułem „Mat jag inte gillar” czyli o jedzeniu, którego nie lubią (musiałam to napisać w oryginale, żeby przećwiczyć swój biegły w 5% szwedzki). Jako blogerka, postanowiłam więc zostawić tu moją własną listę. Nie lubię:

 

arbuza – bo jest słodkim ogórkiem i nie powinien istnieć;

przetworzonej papryki – ajwar, wszelkie sosy i wszystko, co zawiera pieczoną paprykę, wywołuje u mnie głęboki smutek i ciarki, marynowana papryka to już szczyt wszystkiego

owoców morza – to niepopularne, ale there, I said it; mają nieznośną konsystencję i pachną jak weneckie kanały, które po raz pierwszy i ostatni zobaczyłam (i poczułam) na wycieczce z rodzicami w wieku lat trzynastu; w weneckich kanałach pływają martwe koty i turystyczne śmieci, a w morskich zatoczkach, domu tych owoców, zbiera się czasem paskudna żółta piana – wszystko to razem powoduje, że odmawiam krewetce, kalmarowi, a już zwłaszcza ośmiorniczce;

budyniu – jego konsystencja nie przechodzi mi przez gardło, na tej samej liście jest też kisiel; napięcie powierzchniowe sięgające zenitu, grube grudy, lepkość, fu!

fig – bo po przekrojeniu wyglądają jak jakaś ludzka, sącząca się tkanka typu jajnik, z kanalikami i zakrętami, jak ze słoja w sali od biologii, a także dlatego, że istnieje coś takiego jak fig wasp.

 

Wszelkich superfoodsów typu chia i nowomowy jedzeniowej typu espuma nawet nie wymieniam. Twoja kolej, jeśli chcesz, a ja tymczasem mówię au revoir, zamykam komputer i jadę (najpierw na galę Kukbuka, w tej błękitnej sukience, którą mi doradzałaś w przymierzalni, pić wino i jeść ser, a potem) w suwalskie chaszcze.

 

k.

17 maja, słońce

My tę „Anię” połknęliśmy w dwa dni, cudowna. Te fartuszki, pieczone w ogniu grube pajdy chleba, warkocze zakończone tasiemką, kwiaty wchodzące przez okno. Wszystko jak trzeba.

 

W tygodniu czas pędzi (chociaż nie tak szybko, jak by mógł, bo w sobotę jedziemy na mazurskie wakacje, a ja bym chciała, żeby to było już za chwilę), ale na szczęście zaczęłam już sezon rowerowy i mogę dwie godziny dziennie pedałować przez tę zieleń, która znów wybuchła niepostrzeżenie. Kasztany znów zdążyły na matury i znowu też wstydzę się rwać bzy. W niedzielę zjedliśmy miły obiad na Targu Śniadaniowym, z bardzo w ciąży Tolą i Pawłem (ja sałatkę ziemniaczaną z matjasem i lemoniadę z pigwy), a potem pojechaliśmy razem na lody do Jednorożca. Ogonek wił się na parę metrów, ale warto było czekać – orzech z Piemontu niezmiennie doskonały, sernik z porzeczką, pistacja, ricotta z figą… same sny.

 

A najlepszą kawę w mieście od niedawna podają w parku nieopodal naszego domu. Robię ją sobie sama jasnym świtem, przelewam do termicznego kubka i jadę rowerem te 500 metrów, z gazetą w koszyku. Pusto, cicho, wróble, bez.

 

Są już piwonie i polskie truskawki, po 28 złotych za kilogram. Jest stosik lektur na Mazury (dla mnie „Wzgórze psów”, „Arkadia”, „Oto jestem”, na oko jakieś dwa tysiące stron). Jest zakwas od Waleckiej. Moja droga, kochamy tę samą kobietę.

 

k.

15 maja, poniedziałek

udało nam się wczoraj wejść na pożegnalne „wesele” jana klaty do starego teatru. powiodło się to metodą cudu nad wisłą, to znaczy po części dzięki naszej cierpliwości, a po części dzięki nepotyzmowi. jeśli ktoś dysponuje cierpliwością lub koneksjami, a najlepiej i jedynym i drugim- bo bilety na ten spektakl wyprzedane są do końca sezonu- niech bieży do starego. raz, że nie wiadomo, co to dalej będzie, a dwa- to bardzo, bardzo ładne przedstawienie. żywe, krwiste, ironiczne, a w dodatku rozbudzone, co akurat smuci. pierwsza część niesie jak butelka musującego wina, jest pulsująca, agresywna, furiacka. potem jest już tylko pusto, straszno i cierniowo, czyli jak w ojczyźnie (i jeszcze zdanie z wydanego dziś oświadczenia zespołu starego teatru:”teraz my wszyscy, cała polska, gramy w ‚weselu’ „).

dojmujący jest fakt, że to niezmiennie tekst o nas- z jednej strony tłuste hasła i sztandary, z drugiej jakaś impotencja, rozkrok i hamulec pod sercem, ja taka jestem. finałowa scena- te kosy wymierzone w próżnię, to czekanie bóg wie na co- myślałam sobie oho, oto rodacy i to ja: trochę mówię i tyle bym chciała, a na końcu jestem jak ta banda, bezwolna, choć z wycelowanym orężem. niech was wszystkich szlag, wieszcze narodowi. co ciekawe jesienią widziałam popowe „wesele” rychcika i dla odmiany żadna z tych spraw nie przyszła mi do głowy.

radosław krzyżowski- pan młody ujmujący, wierzy się każdemu jego słowu, duża przyjemność i wrażenie; julisz chrząstowski wciąż ulubiony. „kapela weselna”- blackmetalowy zespół furia. a później owacje, najżywsze, jakie widziałam, przy trzeciej do zespołu na scenie dołączył klata, a ja się rozbeczałam, potem płakała też anna dymna i w ogóle wszyscy. widzowie oklaskiwali aktorów, aktorzy widzów, nad wszystkim powiewał sztandar „to jeszcze nie koniec”, i to wszystko było bardzo piękne i duże.

 

zdaje mi się w ogóle, że nasz jasny rząd-czołg, który rozjeżdża wszystko, co napotyka na drodze, przez przypadek wrócił polsce teatr- znów jest o nim głośno, znów łączy i dzieli. w starym bilety wyprzedane, długie ogonki po wejściówki. wzajemne relacje między widownią i aktorami- ukrop, gorączka, komitywa; ja wczoraj wskoczyłabym za nimi do beczki smoły. przypomina mi to wszystko reakcje na spektakle wajdy, dejmka czy grzegorzewskiego, o których czytałam i o których wciąż się pisze i rozmawia.

 

poza tym- maj. spacery, lody donizetti (pistacja bronte i prażone pestki dyni), czytanie pod opuchniętymi kasztanowcami, otwarte okna, wielki bukiet lewkonii (pachną jak kompot z goździkami), który dostałam od matko, i bzu, który sama sobie sprawiłam. jajecznica z czosnkiem niedźwiedzim, niezliczone sałaty- naznosiłam do domu rukoli, musztardowca (ulubiony), cykorii liściowej, drobnych sałat rzymskich (pierwsze polskie); mam nawet liście jadalnej chryzantemy, czyli złocienia wieńcowego od jedynie, ale te akurat nie bardzo mi smakują. obiady pod niebem, w niedzielę w bistro 11 (miecznik na waniliowym risotto, soliród, żółty buraczek). dobre prognozy na przyszłość.

 

zaczęliśmy oglądać adaptację „ani z zielonego wzgórza” netflixa, ja jestem zachwycona, wszystko wygląda tak, jak to sobie całe życie wyobrażałam, a najbardziej kocham mateusza.

aha, i jeszcze podobno mikołaj grabowski zrobił spektakl na podstawie „wielu demonów” pilcha. maj-bomboniera.

a.

 

13 maja, chwila po północy

wiele jest prawdy w pogłoskach o tym, jak dobrze karmią w poznaniu. pogłoski najwyraźniej robią swoje, bo ku naszemu zaskoczeniu to jedzenie jest nietanie, a ja mieszkam w krakowie, mieszkałam w warszawie i paryżu, i wobec tego już niewiele w tym temacie powinno mnie zadziwiać, a jednak. kolacje jedliśmy w a nóż widelcu (piękny sandacz na puree z wędzonego selera i z garnuszkiem kaszy jęczmiennej połyskującej od masła) i w raju (koniec końców niezajmujące testaroli z klasycznym pesto, w którym jednak pokładałam nadzieje; pad thai dla matko, które zjadł z ochotą, a którego ja bym nie zjadła- strasznie słodkie, i moje pyszne curry), obiad w oślej ławce (najsmaczniejsze było czekadełko- papierowa torba świetnego chleba, jeden żytni i ciężki, drugi pszenny, wyraźnie winny, a do nich miseczka oleju rzepakowego z wielkopolski. poza tym pamiętam leniwe pierogi, które podjadałam matko, baron powinien przejechać się do poznania rzucić okiem na kluski, które cieszą, mówię to pomna twoich czwartkowych leniwych w solcu). zjadłam rogala marcińskiego, nadjadłam serniki w la ruinie, które nie smakowały mi przed blisko pięcioma laty i które nie smakują mi i dziś- zbyt słodkie, za mało winne, za maziste. najszczęśliwsza byłam jednak w kawiarni piece of cake, gdzie można zjeść domowego croissanta (PYSZNY) z grubym plastrem masła od jakiegoś pana z placu targowego, a to masło to z kolei epifania wyższego rzędu- jest jakieś takie żywe, cielesne, winne. do rogala można dostać kubek spienionego mleka z miodem gryczanym i czytać wśród gąszczu kwiatów, dom.

 

a poznań- porządne, mieszczańskie miasto, z mieszkańcami zachodzącymi do kościołów i księgarni i z tłumami w kawiarniach. czuję się związana z wielkopolską- urodziłam się w lesznie, sporą część mojego dzieciństwa odbywaliśmy podróże sentymentalne w tamte strony, w dodatku moi rodzice poznali się w poznaniu (ładne masło maślane- poznać się w poznaniu). dobrze było tak sobie iść przed siebie przez miasto, którego się nie zna, bez celu, za to z czasem i z ochotą. czuję się tam jak jedną nogą we wrocławiu, a drugą w gdańsku, czyli znajomo; stara, dobra zachodnia polska.

 

poznań poznaniem, tymczasem zdążyłam już pojechać do (wczoraj) i wrócić z (dziś) wrocławia. oprócz licznych wizyt u licznych specjalistów (od kosmetyczki do akupunktura) nagotowałam obiadów buni, która złamała rękę. jestem trochę zmęczona tym życiem psa, który jeździł koleją, przepakowywaniem w kółko tej samej torby, kolejnymi dworcami kolejowymi. szczęśliwie zanosi się na dwa spokojne tygodnie w krakowie, i chwała bogu. jutro zaraz rano jadę na targ pietruszkowy po sadzonki ziół, później na halę targową po zakupy, później na kleparz, później pojedziemy po doniczki, i tak cudowne i tak dalej.

 

był poznań i wrocław, to jeszcze kraków- jestem szczerze wzburzona aferą wokół teatru starego, z którym jestem związana i który jest dla mnie ważny. na początku ostro się wściekłam, a teraz, po przeczytaniu kilku wywiadów z nowym dyrektorem artystycznym, jestem ostro skołowana i na dodatek mam rozdarte serce. kraków, podobnie jak ja, nie lubi zmian.

w poniedziałek o jedenastej wieczorem towarzyszyłam matko w spacerze do nyski pod halę targową- słyszałaś o tym zjawisku? to stara nysa, przed nysą rożen i dwóch panów, którzy od dwudziestu lat sprzedają grillowane kiełbaski (pyszne). porcja kosztuje osiem złotych, oprócz kiełbaski składa się z wielkiej, polskiej bułki i musztardy, można też sprawić sobie butelkę oranżady. wy macie w warszawie nocne markety z całym światem, my w krakowie starą atramentową nyskę z kiełbaskami i historią. nie odchodząc daleko od jedzenia- na obiad najchętniej jem młodą kapustę duszoną ze śmietanką i białym winem, z ziemniakami pieczonymi z estragonem i podsmażonym chorizo.

i wreszcie- lubię wieczory, gdy oboje z mateuszem wracamy późnym wieczorem z pracy, ja głodna jak dzik; kiedy przygotowuję na kolanie jakąś prędką kolację, a później siadamy do stołu, nie wiadomo kiedy wypijamy butelkę wina, i kiedy nagle wydarzają się jakieś ważne rozmowy, a ja czuję, że rosnę i że mam dom.

i jeszcze- że niełatwo dostrzec urodę innych miast patrząc na co dzień na kraków, na to ciastko z kremem, które wchodzi do oczu i jest nachalnie ładne ostentacyjną urodą. chodziłam po poznaniu z przyjemnością, ale później wystarczy przejechać się taksówką z krakowskiego dworca głównego na moją bonerowską i wszystkie inne czasy pryskają.

 

w całej kolonii pociągów do (prze)czytałam „stryjeńską” (nieładne), „świąteczne” i „nieszpory” agnieszki drotkiewicz („czego nam trzeba? ciężkiej pracy? ziemi? warzyw? dyscypliny? wody? książek? mistrza? pięknej pogody? wolnego czasu? dziecka?” no właśnie, czego?), a w pociągach z- „coś do oclenia” barnesa (tak) i dziś zaczęłam „zdradziecką osiecką”, którą przyniosłam z biblioteki. po raz kolejny czytam o tym, co już wiem. uspokaja mnie to.

 

a.

12 maja, piątek

Tak jak Molly, nie mam ostatnio ochoty pisać o jedzeniu. Nie gotuję nic nowego, nie szperam, nie szukam i nie bywam w nowych restauracjach, bo trzy na krzyż stare od święta mi wystarczają, a na co dzień – smażone z grubą solą szparagi i niezliczone jaja sadzone; botwina z mlekiem kokosowym od Jadłonomii, pancakes z pieczonym z pomarańczą rabarbarem i różanym mascarpone, pierwszy garnek młodej kapusty z koperkiem i resztką tegoż mascarpone, szczawiowa i leniwe z baru mlecznego Rusałka, drożdżówki z serem i kruszonką z Lukullusa.

 

Z przeżyć głęboko wzruszających: krzepki pstrąg ojcowski, którego delikatnie rozebraliśmy z mięsa po obradach jury w ramach akcji KUKBUK Poleca – najwspanialsza ryba, jaką przyszło mi jeść od dawien dawna, bo z pewnego źródła i niezagłuszona innymi smakami, nie za słona, ot rybna, rześka; masło z orzechów laskowych, również przytargane z redakcji, rozkoszne, jem i od razu myślę o leszczynie, domku na drzewie, Nutelli z lepszego świata, nie wiem; do przeżyć nie zaliczę zeszłotygodniowej kolacji u Barona, bo tylko Twoja kapusta w kremówce jako tako utkwiła mi w pamięci, ale może przeżyłybyśmy tego pstrąga razem jakoś w czerwcu?

 

 

Największym kulinarnym sukcesem ostatnich dni jest sernik różany, na przykładzie którego przekonałam się, że mieszanka dowolnych serów (kilo) połączona z kremówką (pół litra), jajkami (pięć) i cukrem (3/4 szklanki), wylana na maślany spód z bułki tartej to jest mój wzór na sernik premium.

 

Dziś wieczorem chlebowe warsztaty z Walecką, a potem już tylko lato. Za tydzień Mazury, potem znów, bo festiwal Czas na ser, a potem już tylko daleka północ. Uczę się szwedzkiego. Flicka äter ost.

 

k.

4 maja, rano

Majówka pościelówka – pytałaś kiedyś, czy jeśli mówię, że leżę w pościeli, to naprawdę leżę – otóż tak, w odzieży domowej, na pryzmie poduszek (między nimi pluszowy brokuł, którego fryzura idealnie podpiera kark podczas lektury), pod kołdrą i w wełnianych skarpetkach. Tak też minął nam długi weekend. A rozpoczął się kulinarnie – ostatnim w tym sezonie Restaurant Weekiem w Na Lato. Dobrze było tam siedzieć, w oszklonej oranżerii, a jakby w parku puchnącym zielenią. Na talerzach bruschetta z wątróbką w koniakowej śmietance, okoń morski na fasoli borlotti z pesto, tortellini z kozim serem, piniolami i masłem, a potem jeszcze słonawy sernik z mango. Do nocy oglądaliśmy potem serial The Office, a niektórzy przedawkowali przy tym chipsy. Sobota minęła podobnie, jak tylko wróciłam z baletu, nasmażyłam na śniadanie małdrzyków i zjedliśmy je z pachnącą kardamonem konfiturą z rabarbaru i truskawek (nie hiszpańskich, mrożonych). A potem już było coraz lepiej: wyprawa do Puszczy Kampinoskiej (25 minut od naszego domu!); chilli con garnek z czapą ciasta kukurydzianego z cheddarem, a do tego śmietana, guacamole i fura kolendry (przepis Nigelli Lawson, ale nie będę go powtarzać, bo czapa za gruba i niewyraźna); cały ostatni sezon Mad Men, szarlotka zrobiona od niechcenia, a chyba najlepsza, jaką jadłam – z cynamonem, kardamonem i orzechami włoskimi w cieście, całym słoikiem tartych jabłek od babci i pianą; leniwe śniadanie w SAMie – tego to dawno nie grali, bo trochę się na nich obraziłam za porcje/ceny, ale bajgiel Marcka z jajem na bekonie był naprawdę rozkoszny, moje jajka po wiedeńsku, chleb z masłem i twarożek od Ziembińskiego również; Muzeum Narodowe i wystawa japońskich drzeworytów – zapomniałam, jak bardzo mi jest zawsze duszno w muzeach; lody o smaku ricotty z miodem na Bielanach; dwa razy kino – „Piękna i Bestia”, bo kocham się w Emmie, i „Klient”, który mnie podobał się bardzo, a Ty widziałaś?; wytęsknione rowerowe snucie się po mieście; sklepowe snucie się międzyświąteczne z mamą i sałatka bum bo nam bo zagryzane spring rolls w Toan Pho; onieśmielające zakupy w sklepie baletowym – mam wreszcie trykot i baletki; wielkie odzieżowe sprzątanie międzysezonowe, a na pokrzepienie ligole z masłem orzechowym; na wczorajszy obiad aloo gobi, a potem spacer po Grochowie i „Mój przyjaciel Hachiko”, bo nigdy nie oglądałam. Taki oto strumień świadomości. Do zobaczenia w Bibendzie.

 

k.

4 maja, czwartek, rano

ostatnie dni- ten makaron (u mnie świeże tagliatelle) z kremówką i szczawiem, plus bułka tarta ze skórką otartą z cytryny- obowiązkowe w maju, gdy szczaw jest jeszcze drobny. wczoraj jedliśmy śniadanie w rannym ptaszku, ja po raz pierwszy- smakował mi mój sabih z plastrami pieczonego bakłażana i pikle, szakszuka matko już mniej. później cały dzień piliśmy aperol i oglądaliśmy drugą część listy przebojów polskiej piosenki, o które pisałam tu dokładnie rok temu- najważniejsze i najbardziej udane (podobno!) kompozycje w polskiej muzyce rozrywkowej według bandy kilku krytyków muzycznych, opatrzone obszernymi analizami i uzasadnieniami. rok temu wysłuchaliśmy pierwszej setki, wczoraj dokończyliśmy- wademekum tej listy jest naprawdę przedziwne. tak przeszło nam całe popołudnie, z przerwą na obiad- pęk pieczonej młodej marchwi z pesto i labneh, młode sałaty z awokado i winegretem z estragonem i piąstka burraty. a wieczorem jedliśmy z karolami kolację w euskadi, i po czwartych odwiedzinach wpisałabym sobie to miejsce w życiorys. wczoraj- talerz iberyjskich wędlin i kiełbas, ser, galaretka z jabłek i włoskie orzechy w łupkach, szparagi, policzki ze świnki, chrupki szpinak, świeże sardele, pieczony rabarbar ze śmietaną, lody o smaku kawy z mlekiem.

 

piekę rabarbar z wanilią, zaraz zjemy go z ricottą na śniadanie, a potem lecimy łapać pociąg, najpierw do warszawy, jutro do poznania. do zobaczenia wieczorem, marcki!

 

a.

poniedziałek, wiwat maj

okazuje się, że gdy twoja przyjaciółka wychodzi za mąż, a na dodatek rośnie jej pod sercem mały człowiek, to coś rośnie i w tobie. nagle otwierają się w głowie jakieś nowe szuflady i uruchamia się świeżość przeżycia (to osieckie)- naraz jestem bardzo przejęta, przeżywam, myśli mi się o sprawach, które wcześniej nie zaprzątały uwagi. jakoś mi się to wszystko nie mieści w głowie. basia była piękna, z wiązanką maków, róż i główek piwonii w dłoniach, z jasną pewnością na buzi. były łzy, śmiech, wyznania, objęcia i radość. przez ostatnie trzy tygodnie składałam pani młodej prezent- selekcjonowałam, redagowałam i w końcu wydrukowałam nasze listy i rozmowy, które leżały odłogiem w archiwum fejsbuka. wyszło z tego nieco ponad siedemdziesiąt stron mnie i basi, listy z lat 2013-2016. jestem z tej książeczki bardzo zadowolona, to nasza kronika, tłusta od przeżyć i zdarzeń- jest tam nasza równoległa emigracja, moja francuska i szkocka basi, wyprowadzki i przeprowadzki, prace i bezprace, radości i smutki, złamane serca i pijane serca, marzenia i spełnienia, sprzeczki i wyznania. wszystko. mam poczucie, że wyrosłyśmy z jakiegoś etapu i z jakichś żyć, i że przed nami wielkie morze.

 

z życia brzucha- to było bardzo smaczne wesele, ze śląską roladą i modrą kapustą, z festiwalem pizzy z pieca opalanego drewnem, z tortem, który zjadłam z ochotą, i który bardziej niż tortem był amerykańskim ciastem w stylu naked cake z ciemnymi, wilgotnymi plackami przełożonymi masą z mascarpone i umajonymi truskawkami i malinami. a także i przede wszystkim- z boskimi pączkami, jednymi z konfiturą z róży i płatkami róży, innymi z domowymi powidłami śliwkowymi z bławatkami na lukrowanej głowie. jadłam później te pączki w poślubny poranek z jednakowymi ciepłymi uczuciami na ich temat, a ja przecież nawet nie lubię pączków. po pączkach jedliśmy kiełbasy z pieca do pizzy, bo ulewa nie pozwoliła rozpalić ogniska, a po kiełbasach na stołach znów lądowała pizza. bardzo miłe błędne koło.

w sobotę ugotowałam na obiad kaszę pęczak a la risotto, ze szparagami i z łyżką pesto z rukoli; pierwsza w tym roku, na pewno nie ostatnia. na śniadania- w sobotę fritatta z fenkułem (emiko davies), w niedzielę ricotta z pistacjami i z rabarbarem pieczonym z wodą różaną i laską wanilii, dziś naleśniki z twarogiem i tłustą śmietaną. na obiad w święto pracy pełne pracy poszliśmy spacerem do bistro 11 i zjadłam lancz dnia, który mnie tam przywiał- kremową zupę szczawiową i sadzone jaja z zapiekanką z ziemniaków i z bigosikiem z młodej kapusty i botwiny. a wczoraj gościliśmy na komunii w jarosławiu i to było na swój sposób cudowne- rosół, winogrona na paterach, na deser pucharek lodów z takimi kandyzowanymi wiśniami czy czereśniami we wszystkich kolorach tęczy, wiesz jakimi, symbol lat dziewięćdziesiątych; domowe, wzmacniane wino, niejadalne torty i jakiś kandinsky na kolację- kasza gryczana, surówka z białej kapusty i plastry tłustej karkówki w sosie z ananasem z puszki, mocno onieśmielające. wróciliśmy do krakowa z podarkami od rodziców matko- z nowym akumulatorem, naręczem bzu, trzydziestoma jajami od szczęśliwych kurek i workiem mrożonych malin. podróże niewątpliwie wzbogacają.

 

z życia głowy- czytam „stryjeńską” angeliki kuźniak i coś mi w niej nie gra, nie podoba mi się cały sposób tej książki. jestem pod sporym wrażeniem „vegetable literacy” madison- ile wiedzy! a dziś byliśmy w kinie na „kliencie” farhadiego i pierwsze skojarzenie takie, że farhadi to taki irański zwiagincew, który nawiasem mówiąc jest wielki (te wszystkie hurra entuzjastyczne recenzje „klienta” moim zdaniem mocno na wyrost, ale i tak miło, bo dawno nie byłam w kinie).

 

poza tym wieje jak czort, nienajcieplej, ale w końcu zakwitły bzy na plantach i przestało lać. podobno nie na długo i od jutra zapłakana karuzela rusza na nowo. nie najłatwiej żyje się ostatnio w ramionach mateczki polski.

 

a.