20 marca, poniedziałek

Bardzo jestem ostatnimi czasy niewyspana, dlatego mój organizm głośniej niż zwykle (codzienny szept o jogurt z lemon curdem się nie liczy) woła o cukier. Ostatnio zjadłam więc:

– grubiutkie pierogi z twarogiem u pani Tamary w Skamiejce, na każdym czapa z tłustej śmietany i truskawka z konfitury; to był nasz pierwszy dzień w nowych okularach i na przystawkę obejrzeliśmy sobie nasze (bez)ślubne zdjęcia

– grubiutkie naleśniki orkiszowe z twarogiem i skórką otartą z cytryny, które usmażyłam dobę po pierogach; doszłam do wniosku, że więcej warte jest szczęście bijące od spełnionego marzenia (naleśniki) niż poczucie zdrowego odżywiania się (warzywa)

– prawie na pewno pół okręgu klasycznego sernika bez smaków innych niż twaróg (w pracy, w domu, wszędzie)

– grube kromki bułki drożdżowej z solonym masłem, comté i powidłami z renklody (dziś)

– owsiankę Nigela z chyba II tomu Dzienników, z samej tylko kaszy, z łyżką kremówki i czarną porzeczką (podczas którejś z licznych marcowych ulew)

– miskę ricotty wyprodukowanej przez mojego brata, ze wszystkim, co znalazłam w domu, a więc z jagodami, czerwoną pomarańczą, miodem wrzosowym, prażonymi płatkami kokosa i migdałów, a suszonymi – róży.

A ze smaków niesłodkich przytrafił kurczak pieczony z klementynkami, musztardą i fenkułem na mamine urodziny, wycierana bagietką poducha labneh z karmelizowaną cebulą, czarną soczewicą i prażonymi orzechami laskowymi na warsztatach z Dominiką Wójciak (idzie trzecia książka, którą tez polubię), zupa koperkowa z kremówką i ziemniakami w wyjątkowo niedelikatny pogodowo dzień, kurczak tikka masala, w którego robieniu mistrzem jest Marcin, a którego zjedliśmy z jabłkowym chutneyem przywiezionym przeze mnie z jabłkowego raju pod Malmö. Croissant z comté i jajo na miękko. Nowy faworyt śniadaniowy, jeszcze tylko żebym gdzieś w tym mieście znalazła jadalne rogale…

 

k.

 

9 marca, czwartek

Codziennie to samo: na śniadanie jogurt z jagodowym kompotem i łyżką granoli (dużo, dużo kokosowych płatków), na obiad sałata z parmezanem, oliwą i jajem na twardo, do tego grzanka, bo chleb wydaje się nie kończyć. Swoją drogą pora na zmianę, Vermont wydaje mi się już za tępy, chcę czegoś mięsistego, czyżby to była pora na Tartine?

 

Kolacje wpadają znienacka – wczoraj z okazji Dnia Kobiet zostałam zabrana do Bibendy, gdzie pożarliśmy tatara z woła marynowanego w wódce i przykrytego salsą z mango i fenkułu, obok była jeszcze dymka i słodkawa focaccia, pyszne to było niemożliwie. Na drugim talerzu spała na soczewicy kiełbaska z marynowaną śliwką, czerwoną cebulą i przeciekawą w tym miesiącu musztardą, a na główne wmaszerował orszak – ozór na podusi z sosu fistaszkowego z miso i mandarynką (święty jezu, to było niezwykłe), przykryty jeszcze kolendrą, kiwi i fenkułem (zima trwa), zagryzaliśmy go klasycznymi ziemniaczkami z aioli oraz rumianym od masła porem z groszkiem i miętą. Niestety okazało się, że jednak nie przepadam za ozorem (jem go przecież swoim językiem, no jakieś to… nie), ale przyznam, że stęsniłam się za Bibendą. Na wszystko patrzył rozkoszny bukiet zmajstrowany przez Przyrodę.

 

Przypomniałam sobie jeszcze, że w zeszły piątek spróbowałam wreszcie słynnej w całej Warszawie pizzy w Ciao a Tutti i zostałam przez nią zdobyta – moim zdaniem dużo lepsza niż w Mące i Wodzie, raczej pozycje klasyczne, ale mi to w niczym nie przeszkadza. Nie jeśli mam salciccię.

 

 

k.

6 marca, poniedziałek, leje

Kochana, to o „please rather than impress” to ja już wiem od dawna, pamiętam jak rozmawiałyśmy o nowo zjedzonych restauracjach i Ty mówiłaś, że Ciebie nic nie zaskakuje, ja tego chyba nigdy nie szukałam. Praca często wpędza mnie do miejsc, gdzie właśnie te kropki, redukcje, przegrzebki, kaczki i topinambury, a na deser pianki w zamszu, a przez cały posiłek ręka mi ucieka do koszyka z chlebem, a potem do talerzyka z masłem. Tak więc ogłaszam, że argument o pozostaniu w Warszawie dla uciech kulinarnych, które proponuje, obalił się sam, tym bardziej po sobotnim śniadaniu, na które poszliśmy do Stora. Swego czasu byłam zakochana w ich kanapkach z dziurawego chleba, grubych od pastrami i chrupiących kapustą kiszoną – teraz są cienkie, niemrawe. Jako że mój własny Vermont dojrzewał w lodówce, postawiłam na owsiankę, do której godzinę (!) później uroniłam gorzkie łzy. Płatki rozmoczone w mikrofali, rozciapane z bananem (co to w ogóle za smutny pomysł), posypane suszoną morwą na podobieństwo wyschniętych bobków. Kawę (po godzinie dwadzieścia) wzięłam już na wynos i wyszłam na wiatr, żeby mi podeschły policzki przed dalszymi przygodami. TAK SIĘ NIE ROBI, TO JEST SKANDAL I KTOŚ W TYM MIEŚCIE POWINIEN SERWOWAĆ PORZĄDNĄ OWSIANKĘ I MOŻE TO POWINNAM BYĆ JA.

 

Na pocieszenie – w zeszłym tygodniu odwiedziłam wreszcie Krem i Boże, jak było dobrze. Croque Monsieur złoty od emmentalera, przełożony jak należy beszamelem, a także niebieskim serem i orzechami włoskimi sprawił, że mało nie spłynęłam ze stołka. Madame z sadzonym jajem i gotowaną szynką równie rozkoszna, a na deser kule kremu mascarpone, kawałki podsmażonych w cynamonie jabłek i kruszonka. Dziś powtórka – wezmę bagietę z pasztetem, bo uwielbiam.

 

Z melodii domowych – na niedzielną kolację lawendowy kurczak Rachel Khoo z pieczonymi ziemniakami i miska sałaty z mocno musztardowym winegretem i szczypiorkiem, butelka nowozelandzkiego wina i powietrze pachnące bułkami cynamonowymi Clausa Meyera. Kiedy byłam w Kopenhadze, spojrzały na mnie z jego piekarni i weszłam, mimo brzucha pełnego owsianki (życia, a jakże) z Grød. Papierową paczuszkę rozbroiłam dopiero późnym popołudniem. Lało tak jak dziś, ale pod moim parasolem było sucho, przytulnie i ciepła kawa. Przepis na te bułki znalazłam jakieś dwa miesiące temu, a wczoraj z łóżka zerwałam się z myślą, że to ostatni dzwonek. Ciasto wyszło z miski, próbowało też uciec z piekarnika, przewalając się i prężąc. Zupełnie nas zahipnotyzowały, co nie dziwi, biorąc pod uwagę ile w tym przepisie jest masła. Poszarpaliśmy dwie do kolejnego odcinka „Chef’s table”, a kolejną zjadłam na śniadanie, do czarnej kawy i ulewnej szarości. Chcę być bohaterką skandynawskiego kryminału.

 

puss

k.

 

24 marca, piątek, gdzie ta wiosna

o czym rozmawiają moje koleżanki z porannej grupy jogi, kolejno 70 plus i 80 plus, w czwartek o dziewiątej rano- o „ulissesie”, że chciałyby to w końcu przeczytać, jedna zaczęła, druga nie może doczekać się książki w bibliotece; o upadku kaczyńskiego („ja nie chciałabym długo żyć, ale jedno bym chciała, dożyć końca tego cyrku i żeby moje dzieci i wnuki żyły w końcu w normalnym kraju”) i przepowiedniach, według których takoż właśnie będzie, o upadku instytucji kościoła katolickiego i biskupie krakowskim, o kolejnej deszczowej wiośnie i zajęciach medytacji. słuchałam z uśmiechem, to jest właśnie wywar z krakowa, miasta, którego mieszkańcy wciąż mają jeszcze jakieś życie wewnętrzne, co wyjątkowo mi odpowiada. zamierzam sięgać po ten przykład ilekroć będę komuś tłumaczyła dlaczego tak lubię tu żyć.

 

a propos polityki-myślę, że ten rząd upadnie z tak prozaicznego powodu, że masło kosztuje blisko sześć złotych, a każde bardziej „markowe”- ponad siedem. zjawisko to budzi mój głęboki sprzeciw i uważam, że to skandal.

 

zamarynowałam w tym tygodniu fenkuły i buraki, fenkuły w oliwie z czosnkiem i pietruszką, buraki w occie z szalotką, po czym zjadłam wszystkie te „przetwory” w trzy dni i z wielkim apetytem (fenkuły do zupy, buraki w sałatce z włoską brunatną soczewicą, nacią pietruszki, prażonymi orzechami laskowymi i ricottą). moja natura chomika ewoluuje.

 

z okazji wiosny kupiłam sobie dziś nowe buty do biegania. pierwsza przebieżka po blisko czteromiesięcznej przerwie smogowej wypadła całkiem nieźle. brakowało mi tego.

 

czytam właśnie tekścik mikołajewskiego, tytuł- „marysi mikołajewskiej, w przeddzień i dzień jej imienin”, ostatnie zdanie-„przejęci tą właśnie sceną, nie inną, nadaliśmy 26 lat temu naszej pierwszej córce imię maria”- wielka ckliwość i mokro w oczach. jarosław mikołajewski, dowód na istnienie pana boga.

 

dziś urodziny marka niedźwieckiego, za dwa dni urodziny mojego taty. wyjątkowo przepadam za marcowymi chłopakami.

 

a.

21 marca, wtorek, urodziny wiosny

w ostatnich dniach zrobiłam spory romb przez polskę- z wrocławia tata zabrał mnie i bunię na kujawy, w sobotnie popołudnie łapałam pociąg z włocławka do warszawy, a stamtąd wróciłam do krakowa razem z matko i jepem. donoszę, że przez mateczkę polskę podróżuje się coraz szybciej- droga do włocławka i lipna zajmowała nam kiedyś najpierw pół dnia, później blisko pięć godzin; dziś wszystkie autostrady i drogi szybkiego ruchu wpadają sobie prędzej czy później w ramiona i ani się obejrzałam wyrosła przed nami ziemia dobrzyńska. trochę mi jednak żal, lubiłam jechać przez antonin, przez lasy przed i za antoninem, przez ostrów wielkopolski i makdonalda w kaliszu, znam tę trasę na pamięć. dzieciństwo, wyprawy tylko z tatą, smak zupy pomidorowej w restauracji lido w antoninie, ale przede wszystkim jednak tata i polska za szybą.

 

od czwartku jadłam kolejno: zupę z soczewicy w bistro 11, gdy okazało się, że pociąg malczewski, który miał zabrać mnie na zachód, ma sto dwadzieścia minut opóźnienia, a sytuacja jest rozwojowa. spory kawał karku we wrocławskim warsztacie, miękkiego i z rumieńcami, z cebulką, kaszą jęczmienną i kiszonym ogórkiem. kwaśny i pieprzny barszczyk od rodziców, na domowych burakach i domowym zakwasie, który czekał na mnie na jaracza. humus w kontakcie, dwie porcje, takie same jak przed tygodniem. sandacza z puree ziemniaczanym z truflami w hotelowej restauracji we włocławku (a właściwie powinno być SANDACZA Z PUREE ZIEMNIACZANYM Z TRUFLAMI WE WŁOCŁAWKU!, polska jednak naprawdę jest członkiem unii europejskiej. nie wiem, czy miałaś kiedyś okazję być we włocławku, ale jeśli tam zajedziesz- sama zobaczysz). na sobotnie śniadanie- hotelowe naleśniki z serem, na obiad- udka z kurczaka, ziemniaki z koperkiem i kiszone ogórki u babci ewy, a na kolację- piknik w bibendzie. mieliśmy na stole chyba wszystkie warzywa z nowej karty- bo i sałatę z bok choyem, radicchio, grejpfrutem, marynowanym jabłkiem z sumakiem i orzechami laskowymi z karmelowym winegretem, i pieczone brukselki i cebulki na musie z kolendry, i pieczone ziemniaki z aioli z harissą, i samosy z groszkiem i marynowanymi warzywami, a matko jeszcze do tego zwyczajową kiełbaskę z soczewicą i musztardą. niewiele się zmienia, wciąż mnie to uszczęśliwia; moje jedzenie.

 

a po maratonie stołowania się w restauracjach w czterech różnych województwach mam ochotę tylko na proste i zielone. i tak w niedzielę duszona do miękkości w oliwie i czosnku cykoria, o której kiedyś tu mówiłam ( z miodem, orzechami laskowymi, chlustem kremówki i podsmażonym salami), brokuły, które po angielsku nazywają się ładnie „charred”, a po polsku już nie tak ładnie, z ricottą ubitą ze skórką otartą z cytryny i z prażonymi orzechami laskowymi, z warkoczem oliwy, i brunatna włoska soczewica, z nacią pietruszki. dziś ugotowałam zupę z białą kapustą i fenkułem, z kuminem i kminkiem, z garścią fasoli i puszką pomidorów.

przed chwilą (23:30) wstaliśmy od inscenizowanej naprędce kolacji z okazji narodzin wiosny- cytrusowa zimowa sałata a la delancey, pewnie jedna z ostatnich, stravecchio, salami, primitivo, matko otworzył paczkę czipsów z fioletowych ziemniaków (marks&spencer). biorąc do kupy wszystko co wyżej- sorry, ale dla mnie życie nie polega na wyborze między naleśnikami a warzywami, których nie uważam za dowód zdrowego prowadzenia się, ale raczej za przyjemność i spełnienie marzeń, i będę tego bronić.

 

poza tym- 1) krajowa siódemka między warszawą a krakowem to wciąż jedna gorszych rzeczy, jaka może ci się przytrafić w polsce. wyjątkowo drażnią mnie te podróże, w dodatku mamy do tej trasy pecha, ile razy byśmy tamtędy nie jechali, zwykle leje, duje, albo leje i duje 2) odebrałam w końcu swoją szynę na zęby i co wieczór przed snem zamieniam się toniego erdmanna, co jest całkiem zabawne 3) we wrocławiu kwitną już pierwsze krzewy i żółcieją forsycję, w krakowie cisza 4) okazało się, że teksty do piosenek „lubię wracać tam gdzie byłem już” wodeckiego i „z kim tak ci będzie źle jak ze mną” kaliny wyszły spod ręki młynarskiego, i do dzisiaj nie umiem wyjść ze zdziwienia i 5) wczoraj, po długiej podróży aż z chin, dotarł do nas odświeżacz powietrza. jest wyrośnięty, ładny i pokładam w nim duże nadzieje.

 

a.

 

 

16 marca, czwartek

po pierwsze- smutek z powodu odejścia wojciecha młynarskiego, to między innymi dzięki niemu potrafię wypowiedzieć się w języku ojczystym.

 

po drugie- byliśmy wczoraj na hucie na „sekretnym życiu friedmanów” w teatrze ludowym i choć mi podobało się najmniej z naszej czwórki, to i tak byłam pod wrażeniem. od biegania za aktorami po piętrach budynku stolarni w butach na słupku bolą dziś stopy i myśli mi się o tym co wczoraj od rana. uważam, że ta sztuka podobałaby się nawet tobie.

 

i po trzecie- późna kolacja w euskadi, tortilla z dorszem i szpinakiem, kawałek świeżej żabnicy z oliwą, czosnkiem i jasnym octem, kalafior z jogurtem i granatem, smażone witlinki z aioli, chleb, oliwa, wino, świetne. a matko zjadł jeżowca.

 

biegnę na pociąg (dziś znów na zachód), wiatr urywa głowę.

 

a.

14 marca, jak to się stało, wtorek

dziewczyńska wyprawa z ulubioną dziewczyną. buzie nie zamykały nam się przed dwie doby i przez dwie doby jeździłyśmy, chodziłyśmy i jadłyśmy w wiankach z eukaliptusa i goździków. spałyśmy w karpnikach (piękny zamek!) i w dobkowie, byłyśmy w miedziance, w górach, we wleniu, na nieczynnej stacyjce kolejowej przy tamie pilchowickiej i wszędzie gdzie lubię. ale najważniejsze były te otwarte buzie i rozmowy, które będę pamiętała- o mamach i tatach, o synach i córkach, braciach i siostrach, panu bogu na wysokościach, codziennych zakupach spożywczych, naszych chłopcach, perspektywach mieszkaniowych, perspektywach życiowych, książkach i filmach, jasnej drodze, jaka przed nami. widać nas na kilku polaroidach, a mój wianek powiesiłam przy okapie, zasuszam go na zawsze. pogodę miałyśmy wybitnie marcową- słońce, deszcz, wilgotno i ciepło, później przeszywający chłód, po drodze wychodziły nam na spotkanie grupy saren i raz nawet stado jeleni, widziałyśmy wiele ściętych drzew, umówiłyśmy się na resztę życia.

 

jadłyśmy dużo i często, kolejno: humusy we wrocławskim w kontakcie (jeden z marynowanymi burakami i ligolami, bardzo smaczny, bo kwaskowy, a drugi z ziołowym jogurtem, masłem z chili, jajkiem w koszulce i podsmażoną bułką tartą, wyjątkowo ładny), oliwki, sery, dalej humus i orzechy w naszej zamkowej komnacie w wieży, naleśniki z serem na śniadanie, placka po węgiersku w browarze w miedziance, jabłka w jepie, pstrąga (ja) i kaczkę (baszka) w grecie w dobkowie, chałkę i drożdżówki z masłem i konfiturami, kawę zbożową, owsiankę i fasolę z pietruszką na niedzielne śniadanie, wreszcie pomarańcze na nikiszowcu.

 

niedzielną kolację, już w krakowie, zjadłam z matko w nolio, i donoszę, że mają tam zjawiskową zupę rybą- wywar z ryb i owoców morza, a w purpurowym bulionie, charakternym jak diabli, pływają kawałki tuńczyka i okonia. świetna zupa. zjadłam też trzy kawałki pizzy aglio i podzieliliśmy się butelką primitivo, wszędzie mi dobrze, i w domu, i w drodze.

 

znowu tydzień ze stopą na gazie, dojadam resztki z ubiegłego tygodnia, od wczoraj do jutra rano upiekę dziesięć ciast, a dziś na obiad był dhal, który robi się sam, gęsty jogurt z tahiną, i „czipsy” z pity, z za`atarem i sumakiem. teraz opalam cebule do bulionu, dom-umami.

nie mam czas czytać ani myśleć, ale w czwartek znów spędzę kilka godzin w pociągu, i w sobotę też, i w tym upatruję zmartwychwstania.

 

a.

10 marca, piątek

na grodzkiej otworzyła się nowa restauracja z kuchnią włoską- fiorentina, i właśnie tam spędziliśmy wieczór dnia kobiet. doświadczenie z rodzaju tych solidnych i równoważących, gdy wychodzisz z restauracji zadowolona i najedzona. miła pizza, co prawda nie wzbudzająca tak zwierzęcych reakcji jak ta z nolio czy en plato, to inny rodzaj placka i inna liga, ale wciąż jesz go z radością. później pappardelle z wołowiną, soffritto i demi glacem dla matko i pierożki z dzikiem duszonym w porto, z uległymi piniami, które co kęs pchają się pod zęby, ze smażoną szałwią i masełkiem dla mnie- idealnie al dente, dymne, leśne. podzieliliśmy się jeszcze tiramisu, takim jakie lubię- chmura mascarpone, mniej ciastek, ale bardzo wilgotnych, omdlałych od kawy i alkoholu. wyjątkowo przyjemnie siedzi się w tej fiorentinie, byliśmy tam zaraz po otwarciu na jakimś winie i serach, nie chce się wstawać od stołów z marmurowymi blatami i konewek z oliwą.

na drugi deser poszliśmy jeszcze spacerem do mercy brown na tak zwanego drinka, i choć miejsce, celowo schowane, nad którym trzeba się nieźle natrudzić, miłe, to mikstury które zamówiliśmy- dość paskudne. chyba dam sobie spokój z alkoholem, zawsze gdy piję piwo czy inną miksturę i tak tęsknię do wina.

 

weekendy- wahadełka, krążenie między wschodem i zachodem. dziś- na zachód, w rudawy janowickie, z basią, która za miesiąc będzie żoną, co ani jej, ani mi nie mieści się w głowie.

 

a.

5 marca, niedziela

w krakowie przedwiośnie objawia się tym, że jak przebiśniegi otwierają się ostatnio nowe bistra i restauracje. dziś jedliśmy spóźniony obiad w osławionym euskadi- bistro i wypasionym tapas barze z kuchnią baskijską na podgórzu, miłe przeżycie. trochę się obawiałam, bo raz, że jestem mało hiszpańska (choć menu włączało wszystkie kubki smakowe po kolei), a dwa, że jestem sceptyczna na temat internetowych zachwytów, branżowych i nie. zjedliśmy pewnie jedną trzecią karty, z dużą radością. naprawdę smakowały mi krokiety z szynką i beszamelem z gałką muszkatołową, rozpływały się w buzi jak ciepłe drożdżówki, i klasyczna hiszpańska tortilla z dorszem i szpinakiem. oprócz krokietów dostaliśmy jeszcze pulpety wołowe w sosie pomidorowym z serem diazabal, papryczkę pequillo z sosem z sepii faszerowaną musem z dorsza, ratatuję na grzance z sadzonym jajeczkiem przepiórczym i kraba (to matko). na większe danie dwie świnki- raz „polędwica ze świni iberyjskiej karmionej żołędziami i ziołami z ziemniakami confit”, i to bardzo smaczne, szczególnie złote od smalcu ziemniaki, a mięso jak masło, i raz ta sama świnka, tylko inna jej część, pani kelnerka wytłumaczyła nam, że w polsce nie je się tej części zwierzęcia i w związku z tym nie mamy w słowniku właściwego terminu na ten specjał. mięso smaczne, a mus z pomidorów i bakłażana, na którym leżało- świetny. do świnek kalafior a la yotam o.- lekko zrumieniony kawał głąba kalafiora, oblany śmietaną, ostrą oliwą i pestkami granata, radocha. na deser wzięliśmy oliwki (w mojej opinii paskudne, smakują jak węgierskie pikle) i idiazabal- dwunastomiesięczny ser  w towarzystwie galaretki z jabłek, zgrillowanego chleba i miseczki orzechów włoskich w płaszczykach (dostaliśmy do tej miseczki dziadka do orzechów, urocze). najmniej smakowały mi wina, ale znowu, hiszpania to nie moja estetyka. bardzo mi się tam podobało i zamierzam jeszcze nie raz pójść tam spacerem, tym bardziej, że kilka razy w tygodniu mają dostawę świeżych ryb, i może uda mi się załapać na smażone papryczki pimientos. poza tym w menu młoda sałata rzymska z sardelą i boczkiem, talerze hiszpańskich kiełbas, ziemniaki z chorizo, i deser ze zsiadłego owczego mleka i miodu, który dzisiaj wyszedł przed naszym przybyciem. i nie uwierzysz- nie spotkaliśmy tam ani jednego hipstera.

 

wczoraj natomiast jedliśmy obiad w bistro 11 i pewne wrażenie zrobił na mnie kurczak, którego zamówiłam bez większych oczekiwań, a właściwie to bardziej posłanie, na którym leżał- puree z szarej renety i cydru, duszony jarmuż, sos z białego wina, anyż, kmin rzymski, cynamon; dyskoteka w buzi.

 

najlepsza za wszystkiego i tak była jednak chałka mamy matko, z zimnym masłem i miodem, i moim zdaniem to jest prawda o jedzeniu w ogóle. można szaleć w baskijskim tapas barze i siorbać sos z białego wina, pieprzny od anyżu i kminu, a koniec końców i tak wraca się myślą do pajdy chałki z masłem. na poparcie swojej tezy załączam wyznanie rachel roddy, którym podpisała dziś zdjęcie dokumentujące jakiś codzienny obiad w rzymskiej tawernie- „when food is delicious and feels as if it were made to please rather than impress (and therefore it might just impress)”. proszę bardzo, to jest wszystko o co chodzi w życiu, choć matko twierdzi, że tę samą zasadę można aplikować do kina, ja uważam, że nie, i sprzeczka nad obiadem gotowa.

 

czytałam dziś w świątecznej teksty o sztucznej inteligencji i technologii 5d i powiem coś niepopularnego, ale przy takiej lekturze na moment przestaję dziwić się bandzie panów, którzy właśnie przeorganizowują nam życie i którzy z takim uporem chcą wrócić do starego porządku, bo mi od takich rewelacji też włos jeży się na głowie i nie umiem się odnaleźć, i sama bym zawróciła do jakiejś przeszłości. domyślam się, że oni w dwudziestym pierwszym wieku czują się tak na co dzień- to musi być okropne.

 

trochę apropos- słucham ostatnio dość histerycznie „going to a town” (starej jak świat) rufusa wainwrighta i to jest mój głos w sprawie tego, co się ostatnio wyprawia, wystarczy podmienić amerykę na mateczkę ojczyznę i „the sunday times” na „wyborczą” (o której nie chce mi się ostatnio gadać i która bardzo mnie boli), et voila.

 

też apropos- wróciliśmy do „młodego papieża” i matko słusznie zauważył, że sorrentino trochę przewidział, a trochę podłączył się pod trend podług którego reakcją obronną i jedyną szansą na przetrwanie (dla bardzo, bardzo, bardzo wielu dziś ludzi) jest powrót do tego, co było- bo to właśnie robi papież lenny (KOCHAM JUDA LAW), odrzuca wszystko co jest i wraca do korzeni. zamartwiam się teraz, jaka będzie puenta tego serialu i jakie perspektywy rysuje przed nami paolo.

 

a.

 

 

 

 

2 marca, marca! czwartek

nic mi nie mów o znikających tygodniach! chcę z powrotem moje życie. ale jak wiadomo- żeby żyć trzeba jeść, toteż od piątku zjedliśmy: garnek soljanki (jak ostatnio- przepis oli(i) hercules via ania, bez pieczarek, z fenkułem, bez ugotowanego salami, za to z chrupiącym podsmażonym salami na głowie), amarantusankę z masłem i solą (jestem naprawdę zadowolona z proporcji, jakie sobie wypracowałam, a w dodatku matko cały czas domaga się tej zupy mlecznej-eureka), ravioli z dynią (mirco), z palonym masełkiem, szałwią i orzechami włoskimi na kołdrze ricotty, cobbler z gruszkami i czerwonymi porzeczkami z zamrażalnika (z kremówką i gęstą śmietaną 36 % tłuszczu od piątnicy), naleśniki półgryczane z twarogiem, konfiturą z czarnej porzeczki i palonym masełkiem (palone masełko to moja główna linia programowa, a przepis claire ptak, guardian), placki z marchewki nigela (warzywny tom „tender”) i miskę sałat (mała rzymska i cykoria) z szalotkowym winegretem, paneer tikka masala, kurczaka w sosie ostrym z dodatkiem masła orzechowego, czipsy z mąki z soczewicy, krokiety ziemniaczane z groszkiem i do picia jogurt z kuminem w taste of india (to dzisiaj, ja mam od tygodnia z okładem zapchane zatoki, matko wrócił wczoraj do domu z katarem, zarządziłam terapię ostrymi sosami i imbirem) i wreszcie- wielki garnek warzywnej bouillabaisse na życzenie mateusza (przepis), którą zachwycałam się kilka tygodni temu i która teraz smakowała mi jeszcze bardziej- chrupkie warzywa, skórka otarta z pomarańczy, wąsy kopru włoskiego, szafran, anyż, ziarna kopru włoskiego, chleb, aioli. chcę to jeść zanim pójdę do nieba. zupa z „majonezem” to może być mój program wyborczy i wyznanie wiary, nie mogę się nadziwić i nacieszyć. poza tym codziennie jem na kolację sałatkę z czerwonych pomarańczy, cykorii, sałaty rzymskiej, awokado, fety i pistacji z cytrusowym winegretem (molly, „delancey”), a to codziennie trwa już miesiąc.

 

a że nie samym jedzeniem człowiek żyje- w niedzielę byliśmy w kinie na „pokocie” i puchnę z dumy małoojczyźnianej- moja kotlina kłodzka jest piękna. film za to trochę naiwny i szkoda, ale za to mieliśmy później do nocy, jeszcze z gosią, rozmowę najpierw o wegetarianizmie, później o feminiźmie, a na końcu to już o wszystkim.

widziałam dwa odcinki „wielkich kłamstewek” i jestem rozentuzjazmowana- nie wiem, czy chłopaki myślą podobnie, ale dla mnie to jest serial o macierzyństwie i małżeństwie, i jest to bardzo ciekawe. w ogóle nie interesuje mnie kto kogo i czy zabił.

a we wtorek oglądaliśmy retransmisję gali oscarowej, jedliśmy czipsy, piliśmy wino, a ja zazdrościłam isabelle huppert sukienki.

 

powiedz mi moja miła, bo zawsze mnie to zastanawia- czy to „w pościeli”, które często pada z twojej strony, to naprawdę w pościeli czy intensywna figura retoryczna? zawsze mnie to ciekawi, ale tak serio- jak wiesz jestem dzieckiem pedantki tysiąclecia i jakiekolwiek w pościeli było u mnie w domu nie do pomyślenia („w łóżku się śpi!”). jestem obciążona genetycznie i nawet jeśli mocno się staram, to rzeczywiście w łóżku umiem tylko spać, a matko w pościeli po dziesiątej rano doprowadza mnie do szewskiej pasji. to jak? naprawdę w ciągu dnia pracujesz i jesz pod kołdrą? w ubraniu czy w piżamie? prowadzę badania w terenie.

 

jutro rano jedziemy do jarosławia, na zaślubiny i na kraniec polski.

 

a.

24 marca, piątek, gdzie ta wiosna

o czym rozmawiają moje koleżanki z porannej grupy jogi, kolejno 70 plus i 80 plus, w czwartek o dziewiątej rano- o „ulissesie”, że chciałyby to w końcu przeczytać, jedna zaczęła, druga nie może doczekać się książki w bibliotece; o upadku kaczyńskiego („ja nie chciałabym długo żyć, ale jedno bym chciała, dożyć końca tego cyrku i żeby moje dzieci i wnuki żyły w końcu w normalnym kraju”) i przepowiedniach, według których takoż właśnie będzie, o upadku instytucji kościoła katolickiego i biskupie krakowskim, o kolejnej deszczowej wiośnie i zajęciach medytacji. słuchałam z uśmiechem, to jest właśnie wywar z krakowa, miasta, którego mieszkańcy wciąż mają jeszcze jakieś życie wewnętrzne, co wyjątkowo mi odpowiada. zamierzam sięgać po ten przykład ilekroć będę komuś tłumaczyła dlaczego tak lubię tu żyć.

 

a propos polityki-myślę, że ten rząd upadnie z tak prozaicznego powodu, że masło kosztuje blisko sześć złotych, a każde bardziej „markowe”- ponad siedem. zjawisko to budzi mój głęboki sprzeciw i uważam, że to skandal.

 

zamarynowałam w tym tygodniu fenkuły i buraki, fenkuły w oliwie z czosnkiem i pietruszką, buraki w occie z szalotką, po czym zjadłam wszystkie te „przetwory” w trzy dni i z wielkim apetytem (fenkuły do zupy, buraki w sałatce z włoską brunatną soczewicą, nacią pietruszki, prażonymi orzechami laskowymi i ricottą). moja natura chomika ewoluuje.

 

z okazji wiosny kupiłam sobie dziś nowe buty do biegania. pierwsza przebieżka po blisko czteromiesięcznej przerwie smogowej wypadła całkiem nieźle. brakowało mi tego.

 

czytam właśnie tekścik mikołajewskiego, tytuł- „marysi mikołajewskiej, w przeddzień i dzień jej imienin”, ostatnie zdanie-„przejęci tą właśnie sceną, nie inną, nadaliśmy 26 lat temu naszej pierwszej córce imię maria”- wielka ckliwość i mokro w oczach. jarosław mikołajewski, dowód na istnienie pana boga.

 

dziś urodziny marka niedźwieckiego, za dwa dni urodziny mojego taty. wyjątkowo przepadam za marcowymi chłopakami.

 

a.

21 marca, wtorek, urodziny wiosny

w ostatnich dniach zrobiłam spory romb przez polskę- z wrocławia tata zabrał mnie i bunię na kujawy, w sobotnie popołudnie łapałam pociąg z włocławka do warszawy, a stamtąd wróciłam do krakowa razem z matko i jepem. donoszę, że przez mateczkę polskę podróżuje się coraz szybciej- droga do włocławka i lipna zajmowała nam kiedyś najpierw pół dnia, później blisko pięć godzin; dziś wszystkie autostrady i drogi szybkiego ruchu wpadają sobie prędzej czy później w ramiona i ani się obejrzałam wyrosła przed nami ziemia dobrzyńska. trochę mi jednak żal, lubiłam jechać przez antonin, przez lasy przed i za antoninem, przez ostrów wielkopolski i makdonalda w kaliszu, znam tę trasę na pamięć. dzieciństwo, wyprawy tylko z tatą, smak zupy pomidorowej w restauracji lido w antoninie, ale przede wszystkim jednak tata i polska za szybą.

 

od czwartku jadłam kolejno: zupę z soczewicy w bistro 11, gdy okazało się, że pociąg malczewski, który miał zabrać mnie na zachód, ma sto dwadzieścia minut opóźnienia, a sytuacja jest rozwojowa. spory kawał karku we wrocławskim warsztacie, miękkiego i z rumieńcami, z cebulką, kaszą jęczmienną i kiszonym ogórkiem. kwaśny i pieprzny barszczyk od rodziców, na domowych burakach i domowym zakwasie, który czekał na mnie na jaracza. humus w kontakcie, dwie porcje, takie same jak przed tygodniem. sandacza z puree ziemniaczanym z truflami w hotelowej restauracji we włocławku (a właściwie powinno być SANDACZA Z PUREE ZIEMNIACZANYM Z TRUFLAMI WE WŁOCŁAWKU!, polska jednak naprawdę jest członkiem unii europejskiej. nie wiem, czy miałaś kiedyś okazję być we włocławku, ale jeśli tam zajedziesz- sama zobaczysz). na sobotnie śniadanie- hotelowe naleśniki z serem, na obiad- udka z kurczaka, ziemniaki z koperkiem i kiszone ogórki u babci ewy, a na kolację- piknik w bibendzie. mieliśmy na stole chyba wszystkie warzywa z nowej karty- bo i sałatę z bok choyem, radicchio, grejpfrutem, marynowanym jabłkiem z sumakiem i orzechami laskowymi z karmelowym winegretem, i pieczone brukselki i cebulki na musie z kolendry, i pieczone ziemniaki z aioli z harissą, i samosy z groszkiem i marynowanymi warzywami, a matko jeszcze do tego zwyczajową kiełbaskę z soczewicą i musztardą. niewiele się zmienia, wciąż mnie to uszczęśliwia; moje jedzenie.

 

a po maratonie stołowania się w restauracjach w czterech różnych województwach mam ochotę tylko na proste i zielone. i tak w niedzielę duszona do miękkości w oliwie i czosnku cykoria, o której kiedyś tu mówiłam ( z miodem, orzechami laskowymi, chlustem kremówki i podsmażonym salami), brokuły, które po angielsku nazywają się ładnie „charred”, a po polsku już nie tak ładnie, z ricottą ubitą ze skórką otartą z cytryny i z prażonymi orzechami laskowymi, z warkoczem oliwy, i brunatna włoska soczewica, z nacią pietruszki. dziś ugotowałam zupę z białą kapustą i fenkułem, z kuminem i kminkiem, z garścią fasoli i puszką pomidorów.

przed chwilą (23:30) wstaliśmy od inscenizowanej naprędce kolacji z okazji narodzin wiosny- cytrusowa zimowa sałata a la delancey, pewnie jedna z ostatnich, stravecchio, salami, primitivo, matko otworzył paczkę czipsów z fioletowych ziemniaków (marks&spencer). biorąc do kupy wszystko co wyżej- sorry, ale dla mnie życie nie polega na wyborze między naleśnikami a warzywami, których nie uważam za dowód zdrowego prowadzenia się, ale raczej za przyjemność i spełnienie marzeń, i będę tego bronić.

 

poza tym- 1) krajowa siódemka między warszawą a krakowem to wciąż jedna gorszych rzeczy, jaka może ci się przytrafić w polsce. wyjątkowo drażnią mnie te podróże, w dodatku mamy do tej trasy pecha, ile razy byśmy tamtędy nie jechali, zwykle leje, duje, albo leje i duje 2) odebrałam w końcu swoją szynę na zęby i co wieczór przed snem zamieniam się toniego erdmanna, co jest całkiem zabawne 3) we wrocławiu kwitną już pierwsze krzewy i żółcieją forsycję, w krakowie cisza 4) okazało się, że teksty do piosenek „lubię wracać tam gdzie byłem już” wodeckiego i „z kim tak ci będzie źle jak ze mną” kaliny wyszły spod ręki młynarskiego, i do dzisiaj nie umiem wyjść ze zdziwienia i 5) wczoraj, po długiej podróży aż z chin, dotarł do nas odświeżacz powietrza. jest wyrośnięty, ładny i pokładam w nim duże nadzieje.

 

a.

 

 

20 marca, poniedziałek

Bardzo jestem ostatnimi czasy niewyspana, dlatego mój organizm głośniej niż zwykle (codzienny szept o jogurt z lemon curdem się nie liczy) woła o cukier. Ostatnio zjadłam więc:

– grubiutkie pierogi z twarogiem u pani Tamary w Skamiejce, na każdym czapa z tłustej śmietany i truskawka z konfitury; to był nasz pierwszy dzień w nowych okularach i na przystawkę obejrzeliśmy sobie nasze (bez)ślubne zdjęcia

– grubiutkie naleśniki orkiszowe z twarogiem i skórką otartą z cytryny, które usmażyłam dobę po pierogach; doszłam do wniosku, że więcej warte jest szczęście bijące od spełnionego marzenia (naleśniki) niż poczucie zdrowego odżywiania się (warzywa)

– prawie na pewno pół okręgu klasycznego sernika bez smaków innych niż twaróg (w pracy, w domu, wszędzie)

– grube kromki bułki drożdżowej z solonym masłem, comté i powidłami z renklody (dziś)

– owsiankę Nigela z chyba II tomu Dzienników, z samej tylko kaszy, z łyżką kremówki i czarną porzeczką (podczas którejś z licznych marcowych ulew)

– miskę ricotty wyprodukowanej przez mojego brata, ze wszystkim, co znalazłam w domu, a więc z jagodami, czerwoną pomarańczą, miodem wrzosowym, prażonymi płatkami kokosa i migdałów, a suszonymi – róży.

A ze smaków niesłodkich przytrafił kurczak pieczony z klementynkami, musztardą i fenkułem na mamine urodziny, wycierana bagietką poducha labneh z karmelizowaną cebulą, czarną soczewicą i prażonymi orzechami laskowymi na warsztatach z Dominiką Wójciak (idzie trzecia książka, którą tez polubię), zupa koperkowa z kremówką i ziemniakami w wyjątkowo niedelikatny pogodowo dzień, kurczak tikka masala, w którego robieniu mistrzem jest Marcin, a którego zjedliśmy z jabłkowym chutneyem przywiezionym przeze mnie z jabłkowego raju pod Malmö. Croissant z comté i jajo na miękko. Nowy faworyt śniadaniowy, jeszcze tylko żebym gdzieś w tym mieście znalazła jadalne rogale…

 

k.

 

16 marca, czwartek

po pierwsze- smutek z powodu odejścia wojciecha młynarskiego, to między innymi dzięki niemu potrafię wypowiedzieć się w języku ojczystym.

 

po drugie- byliśmy wczoraj na hucie na „sekretnym życiu friedmanów” w teatrze ludowym i choć mi podobało się najmniej z naszej czwórki, to i tak byłam pod wrażeniem. od biegania za aktorami po piętrach budynku stolarni w butach na słupku bolą dziś stopy i myśli mi się o tym co wczoraj od rana. uważam, że ta sztuka podobałaby się nawet tobie.

 

i po trzecie- późna kolacja w euskadi, tortilla z dorszem i szpinakiem, kawałek świeżej żabnicy z oliwą, czosnkiem i jasnym octem, kalafior z jogurtem i granatem, smażone witlinki z aioli, chleb, oliwa, wino, świetne. a matko zjadł jeżowca.

 

biegnę na pociąg (dziś znów na zachód), wiatr urywa głowę.

 

a.

14 marca, jak to się stało, wtorek

dziewczyńska wyprawa z ulubioną dziewczyną. buzie nie zamykały nam się przed dwie doby i przez dwie doby jeździłyśmy, chodziłyśmy i jadłyśmy w wiankach z eukaliptusa i goździków. spałyśmy w karpnikach (piękny zamek!) i w dobkowie, byłyśmy w miedziance, w górach, we wleniu, na nieczynnej stacyjce kolejowej przy tamie pilchowickiej i wszędzie gdzie lubię. ale najważniejsze były te otwarte buzie i rozmowy, które będę pamiętała- o mamach i tatach, o synach i córkach, braciach i siostrach, panu bogu na wysokościach, codziennych zakupach spożywczych, naszych chłopcach, perspektywach mieszkaniowych, perspektywach życiowych, książkach i filmach, jasnej drodze, jaka przed nami. widać nas na kilku polaroidach, a mój wianek powiesiłam przy okapie, zasuszam go na zawsze. pogodę miałyśmy wybitnie marcową- słońce, deszcz, wilgotno i ciepło, później przeszywający chłód, po drodze wychodziły nam na spotkanie grupy saren i raz nawet stado jeleni, widziałyśmy wiele ściętych drzew, umówiłyśmy się na resztę życia.

 

jadłyśmy dużo i często, kolejno: humusy we wrocławskim w kontakcie (jeden z marynowanymi burakami i ligolami, bardzo smaczny, bo kwaskowy, a drugi z ziołowym jogurtem, masłem z chili, jajkiem w koszulce i podsmażoną bułką tartą, wyjątkowo ładny), oliwki, sery, dalej humus i orzechy w naszej zamkowej komnacie w wieży, naleśniki z serem na śniadanie, placka po węgiersku w browarze w miedziance, jabłka w jepie, pstrąga (ja) i kaczkę (baszka) w grecie w dobkowie, chałkę i drożdżówki z masłem i konfiturami, kawę zbożową, owsiankę i fasolę z pietruszką na niedzielne śniadanie, wreszcie pomarańcze na nikiszowcu.

 

niedzielną kolację, już w krakowie, zjadłam z matko w nolio, i donoszę, że mają tam zjawiskową zupę rybą- wywar z ryb i owoców morza, a w purpurowym bulionie, charakternym jak diabli, pływają kawałki tuńczyka i okonia. świetna zupa. zjadłam też trzy kawałki pizzy aglio i podzieliliśmy się butelką primitivo, wszędzie mi dobrze, i w domu, i w drodze.

 

znowu tydzień ze stopą na gazie, dojadam resztki z ubiegłego tygodnia, od wczoraj do jutra rano upiekę dziesięć ciast, a dziś na obiad był dhal, który robi się sam, gęsty jogurt z tahiną, i „czipsy” z pity, z za`atarem i sumakiem. teraz opalam cebule do bulionu, dom-umami.

nie mam czas czytać ani myśleć, ale w czwartek znów spędzę kilka godzin w pociągu, i w sobotę też, i w tym upatruję zmartwychwstania.

 

a.

10 marca, piątek

na grodzkiej otworzyła się nowa restauracja z kuchnią włoską- fiorentina, i właśnie tam spędziliśmy wieczór dnia kobiet. doświadczenie z rodzaju tych solidnych i równoważących, gdy wychodzisz z restauracji zadowolona i najedzona. miła pizza, co prawda nie wzbudzająca tak zwierzęcych reakcji jak ta z nolio czy en plato, to inny rodzaj placka i inna liga, ale wciąż jesz go z radością. później pappardelle z wołowiną, soffritto i demi glacem dla matko i pierożki z dzikiem duszonym w porto, z uległymi piniami, które co kęs pchają się pod zęby, ze smażoną szałwią i masełkiem dla mnie- idealnie al dente, dymne, leśne. podzieliliśmy się jeszcze tiramisu, takim jakie lubię- chmura mascarpone, mniej ciastek, ale bardzo wilgotnych, omdlałych od kawy i alkoholu. wyjątkowo przyjemnie siedzi się w tej fiorentinie, byliśmy tam zaraz po otwarciu na jakimś winie i serach, nie chce się wstawać od stołów z marmurowymi blatami i konewek z oliwą.

na drugi deser poszliśmy jeszcze spacerem do mercy brown na tak zwanego drinka, i choć miejsce, celowo schowane, nad którym trzeba się nieźle natrudzić, miłe, to mikstury które zamówiliśmy- dość paskudne. chyba dam sobie spokój z alkoholem, zawsze gdy piję piwo czy inną miksturę i tak tęsknię do wina.

 

weekendy- wahadełka, krążenie między wschodem i zachodem. dziś- na zachód, w rudawy janowickie, z basią, która za miesiąc będzie żoną, co ani jej, ani mi nie mieści się w głowie.

 

a.

9 marca, czwartek

Codziennie to samo: na śniadanie jogurt z jagodowym kompotem i łyżką granoli (dużo, dużo kokosowych płatków), na obiad sałata z parmezanem, oliwą i jajem na twardo, do tego grzanka, bo chleb wydaje się nie kończyć. Swoją drogą pora na zmianę, Vermont wydaje mi się już za tępy, chcę czegoś mięsistego, czyżby to była pora na Tartine?

 

Kolacje wpadają znienacka – wczoraj z okazji Dnia Kobiet zostałam zabrana do Bibendy, gdzie pożarliśmy tatara z woła marynowanego w wódce i przykrytego salsą z mango i fenkułu, obok była jeszcze dymka i słodkawa focaccia, pyszne to było niemożliwie. Na drugim talerzu spała na soczewicy kiełbaska z marynowaną śliwką, czerwoną cebulą i przeciekawą w tym miesiącu musztardą, a na główne wmaszerował orszak – ozór na podusi z sosu fistaszkowego z miso i mandarynką (święty jezu, to było niezwykłe), przykryty jeszcze kolendrą, kiwi i fenkułem (zima trwa), zagryzaliśmy go klasycznymi ziemniaczkami z aioli oraz rumianym od masła porem z groszkiem i miętą. Niestety okazało się, że jednak nie przepadam za ozorem (jem go przecież swoim językiem, no jakieś to… nie), ale przyznam, że stęsniłam się za Bibendą. Na wszystko patrzył rozkoszny bukiet zmajstrowany przez Przyrodę.

 

Przypomniałam sobie jeszcze, że w zeszły piątek spróbowałam wreszcie słynnej w całej Warszawie pizzy w Ciao a Tutti i zostałam przez nią zdobyta – moim zdaniem dużo lepsza niż w Mące i Wodzie, raczej pozycje klasyczne, ale mi to w niczym nie przeszkadza. Nie jeśli mam salciccię.

 

 

k.

6 marca, poniedziałek, leje

Kochana, to o „please rather than impress” to ja już wiem od dawna, pamiętam jak rozmawiałyśmy o nowo zjedzonych restauracjach i Ty mówiłaś, że Ciebie nic nie zaskakuje, ja tego chyba nigdy nie szukałam. Praca często wpędza mnie do miejsc, gdzie właśnie te kropki, redukcje, przegrzebki, kaczki i topinambury, a na deser pianki w zamszu, a przez cały posiłek ręka mi ucieka do koszyka z chlebem, a potem do talerzyka z masłem. Tak więc ogłaszam, że argument o pozostaniu w Warszawie dla uciech kulinarnych, które proponuje, obalił się sam, tym bardziej po sobotnim śniadaniu, na które poszliśmy do Stora. Swego czasu byłam zakochana w ich kanapkach z dziurawego chleba, grubych od pastrami i chrupiących kapustą kiszoną – teraz są cienkie, niemrawe. Jako że mój własny Vermont dojrzewał w lodówce, postawiłam na owsiankę, do której godzinę (!) później uroniłam gorzkie łzy. Płatki rozmoczone w mikrofali, rozciapane z bananem (co to w ogóle za smutny pomysł), posypane suszoną morwą na podobieństwo wyschniętych bobków. Kawę (po godzinie dwadzieścia) wzięłam już na wynos i wyszłam na wiatr, żeby mi podeschły policzki przed dalszymi przygodami. TAK SIĘ NIE ROBI, TO JEST SKANDAL I KTOŚ W TYM MIEŚCIE POWINIEN SERWOWAĆ PORZĄDNĄ OWSIANKĘ I MOŻE TO POWINNAM BYĆ JA.

 

Na pocieszenie – w zeszłym tygodniu odwiedziłam wreszcie Krem i Boże, jak było dobrze. Croque Monsieur złoty od emmentalera, przełożony jak należy beszamelem, a także niebieskim serem i orzechami włoskimi sprawił, że mało nie spłynęłam ze stołka. Madame z sadzonym jajem i gotowaną szynką równie rozkoszna, a na deser kule kremu mascarpone, kawałki podsmażonych w cynamonie jabłek i kruszonka. Dziś powtórka – wezmę bagietę z pasztetem, bo uwielbiam.

 

Z melodii domowych – na niedzielną kolację lawendowy kurczak Rachel Khoo z pieczonymi ziemniakami i miska sałaty z mocno musztardowym winegretem i szczypiorkiem, butelka nowozelandzkiego wina i powietrze pachnące bułkami cynamonowymi Clausa Meyera. Kiedy byłam w Kopenhadze, spojrzały na mnie z jego piekarni i weszłam, mimo brzucha pełnego owsianki (życia, a jakże) z Grød. Papierową paczuszkę rozbroiłam dopiero późnym popołudniem. Lało tak jak dziś, ale pod moim parasolem było sucho, przytulnie i ciepła kawa. Przepis na te bułki znalazłam jakieś dwa miesiące temu, a wczoraj z łóżka zerwałam się z myślą, że to ostatni dzwonek. Ciasto wyszło z miski, próbowało też uciec z piekarnika, przewalając się i prężąc. Zupełnie nas zahipnotyzowały, co nie dziwi, biorąc pod uwagę ile w tym przepisie jest masła. Poszarpaliśmy dwie do kolejnego odcinka „Chef’s table”, a kolejną zjadłam na śniadanie, do czarnej kawy i ulewnej szarości. Chcę być bohaterką skandynawskiego kryminału.

 

puss

k.

 

5 marca, niedziela

w krakowie przedwiośnie objawia się tym, że jak przebiśniegi otwierają się ostatnio nowe bistra i restauracje. dziś jedliśmy spóźniony obiad w osławionym euskadi- bistro i wypasionym tapas barze z kuchnią baskijską na podgórzu, miłe przeżycie. trochę się obawiałam, bo raz, że jestem mało hiszpańska (choć menu włączało wszystkie kubki smakowe po kolei), a dwa, że jestem sceptyczna na temat internetowych zachwytów, branżowych i nie. zjedliśmy pewnie jedną trzecią karty, z dużą radością. naprawdę smakowały mi krokiety z szynką i beszamelem z gałką muszkatołową, rozpływały się w buzi jak ciepłe drożdżówki, i klasyczna hiszpańska tortilla z dorszem i szpinakiem. oprócz krokietów dostaliśmy jeszcze pulpety wołowe w sosie pomidorowym z serem diazabal, papryczkę pequillo z sosem z sepii faszerowaną musem z dorsza, ratatuję na grzance z sadzonym jajeczkiem przepiórczym i kraba (to matko). na większe danie dwie świnki- raz „polędwica ze świni iberyjskiej karmionej żołędziami i ziołami z ziemniakami confit”, i to bardzo smaczne, szczególnie złote od smalcu ziemniaki, a mięso jak masło, i raz ta sama świnka, tylko inna jej część, pani kelnerka wytłumaczyła nam, że w polsce nie je się tej części zwierzęcia i w związku z tym nie mamy w słowniku właściwego terminu na ten specjał. mięso smaczne, a mus z pomidorów i bakłażana, na którym leżało- świetny. do świnek kalafior a la yotam o.- lekko zrumieniony kawał głąba kalafiora, oblany śmietaną, ostrą oliwą i pestkami granata, radocha. na deser wzięliśmy oliwki (w mojej opinii paskudne, smakują jak węgierskie pikle) i idiazabal- dwunastomiesięczny ser  w towarzystwie galaretki z jabłek, zgrillowanego chleba i miseczki orzechów włoskich w płaszczykach (dostaliśmy do tej miseczki dziadka do orzechów, urocze). najmniej smakowały mi wina, ale znowu, hiszpania to nie moja estetyka. bardzo mi się tam podobało i zamierzam jeszcze nie raz pójść tam spacerem, tym bardziej, że kilka razy w tygodniu mają dostawę świeżych ryb, i może uda mi się załapać na smażone papryczki pimientos. poza tym w menu młoda sałata rzymska z sardelą i boczkiem, talerze hiszpańskich kiełbas, ziemniaki z chorizo, i deser ze zsiadłego owczego mleka i miodu, który dzisiaj wyszedł przed naszym przybyciem. i nie uwierzysz- nie spotkaliśmy tam ani jednego hipstera.

 

wczoraj natomiast jedliśmy obiad w bistro 11 i pewne wrażenie zrobił na mnie kurczak, którego zamówiłam bez większych oczekiwań, a właściwie to bardziej posłanie, na którym leżał- puree z szarej renety i cydru, duszony jarmuż, sos z białego wina, anyż, kmin rzymski, cynamon; dyskoteka w buzi.

 

najlepsza za wszystkiego i tak była jednak chałka mamy matko, z zimnym masłem i miodem, i moim zdaniem to jest prawda o jedzeniu w ogóle. można szaleć w baskijskim tapas barze i siorbać sos z białego wina, pieprzny od anyżu i kminu, a koniec końców i tak wraca się myślą do pajdy chałki z masłem. na poparcie swojej tezy załączam wyznanie rachel roddy, którym podpisała dziś zdjęcie dokumentujące jakiś codzienny obiad w rzymskiej tawernie- „when food is delicious and feels as if it were made to please rather than impress (and therefore it might just impress)”. proszę bardzo, to jest wszystko o co chodzi w życiu, choć matko twierdzi, że tę samą zasadę można aplikować do kina, ja uważam, że nie, i sprzeczka nad obiadem gotowa.

 

czytałam dziś w świątecznej teksty o sztucznej inteligencji i technologii 5d i powiem coś niepopularnego, ale przy takiej lekturze na moment przestaję dziwić się bandzie panów, którzy właśnie przeorganizowują nam życie i którzy z takim uporem chcą wrócić do starego porządku, bo mi od takich rewelacji też włos jeży się na głowie i nie umiem się odnaleźć, i sama bym zawróciła do jakiejś przeszłości. domyślam się, że oni w dwudziestym pierwszym wieku czują się tak na co dzień- to musi być okropne.

 

trochę apropos- słucham ostatnio dość histerycznie „going to a town” (starej jak świat) rufusa wainwrighta i to jest mój głos w sprawie tego, co się ostatnio wyprawia, wystarczy podmienić amerykę na mateczkę ojczyznę i „the sunday times” na „wyborczą” (o której nie chce mi się ostatnio gadać i która bardzo mnie boli), et voila.

 

też apropos- wróciliśmy do „młodego papieża” i matko słusznie zauważył, że sorrentino trochę przewidział, a trochę podłączył się pod trend podług którego reakcją obronną i jedyną szansą na przetrwanie (dla bardzo, bardzo, bardzo wielu dziś ludzi) jest powrót do tego, co było- bo to właśnie robi papież lenny (KOCHAM JUDA LAW), odrzuca wszystko co jest i wraca do korzeni. zamartwiam się teraz, jaka będzie puenta tego serialu i jakie perspektywy rysuje przed nami paolo.

 

a.

 

 

 

 

2 marca, marca! czwartek

nic mi nie mów o znikających tygodniach! chcę z powrotem moje życie. ale jak wiadomo- żeby żyć trzeba jeść, toteż od piątku zjedliśmy: garnek soljanki (jak ostatnio- przepis oli(i) hercules via ania, bez pieczarek, z fenkułem, bez ugotowanego salami, za to z chrupiącym podsmażonym salami na głowie), amarantusankę z masłem i solą (jestem naprawdę zadowolona z proporcji, jakie sobie wypracowałam, a w dodatku matko cały czas domaga się tej zupy mlecznej-eureka), ravioli z dynią (mirco), z palonym masełkiem, szałwią i orzechami włoskimi na kołdrze ricotty, cobbler z gruszkami i czerwonymi porzeczkami z zamrażalnika (z kremówką i gęstą śmietaną 36 % tłuszczu od piątnicy), naleśniki półgryczane z twarogiem, konfiturą z czarnej porzeczki i palonym masełkiem (palone masełko to moja główna linia programowa, a przepis claire ptak, guardian), placki z marchewki nigela (warzywny tom „tender”) i miskę sałat (mała rzymska i cykoria) z szalotkowym winegretem, paneer tikka masala, kurczaka w sosie ostrym z dodatkiem masła orzechowego, czipsy z mąki z soczewicy, krokiety ziemniaczane z groszkiem i do picia jogurt z kuminem w taste of india (to dzisiaj, ja mam od tygodnia z okładem zapchane zatoki, matko wrócił wczoraj do domu z katarem, zarządziłam terapię ostrymi sosami i imbirem) i wreszcie- wielki garnek warzywnej bouillabaisse na życzenie mateusza (przepis), którą zachwycałam się kilka tygodni temu i która teraz smakowała mi jeszcze bardziej- chrupkie warzywa, skórka otarta z pomarańczy, wąsy kopru włoskiego, szafran, anyż, ziarna kopru włoskiego, chleb, aioli. chcę to jeść zanim pójdę do nieba. zupa z „majonezem” to może być mój program wyborczy i wyznanie wiary, nie mogę się nadziwić i nacieszyć. poza tym codziennie jem na kolację sałatkę z czerwonych pomarańczy, cykorii, sałaty rzymskiej, awokado, fety i pistacji z cytrusowym winegretem (molly, „delancey”), a to codziennie trwa już miesiąc.

 

a że nie samym jedzeniem człowiek żyje- w niedzielę byliśmy w kinie na „pokocie” i puchnę z dumy małoojczyźnianej- moja kotlina kłodzka jest piękna. film za to trochę naiwny i szkoda, ale za to mieliśmy później do nocy, jeszcze z gosią, rozmowę najpierw o wegetarianizmie, później o feminiźmie, a na końcu to już o wszystkim.

widziałam dwa odcinki „wielkich kłamstewek” i jestem rozentuzjazmowana- nie wiem, czy chłopaki myślą podobnie, ale dla mnie to jest serial o macierzyństwie i małżeństwie, i jest to bardzo ciekawe. w ogóle nie interesuje mnie kto kogo i czy zabił.

a we wtorek oglądaliśmy retransmisję gali oscarowej, jedliśmy czipsy, piliśmy wino, a ja zazdrościłam isabelle huppert sukienki.

 

powiedz mi moja miła, bo zawsze mnie to zastanawia- czy to „w pościeli”, które często pada z twojej strony, to naprawdę w pościeli czy intensywna figura retoryczna? zawsze mnie to ciekawi, ale tak serio- jak wiesz jestem dzieckiem pedantki tysiąclecia i jakiekolwiek w pościeli było u mnie w domu nie do pomyślenia („w łóżku się śpi!”). jestem obciążona genetycznie i nawet jeśli mocno się staram, to rzeczywiście w łóżku umiem tylko spać, a matko w pościeli po dziesiątej rano doprowadza mnie do szewskiej pasji. to jak? naprawdę w ciągu dnia pracujesz i jesz pod kołdrą? w ubraniu czy w piżamie? prowadzę badania w terenie.

 

jutro rano jedziemy do jarosławia, na zaślubiny i na kraniec polski.

 

a.