17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.

 

 

 

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.

16 sierpnia, półmetek, czwartek

sierpień jak z schulza- gęsty, miodowy, parny, co na wsi podniesione jest jeszcze o jedną potęgę  (potęgę doznań i zachwytu).

tydzień z herbertem pod pachą, z zakładką z polaroidowej fotografii na której morze i skały wybrzeża amalfi. franaszek mógłby napisać biografię dla przykładu beaty kozidrak, a pewnie i tak przeczytałabym ją z zachwytem. kochać i bohatera biografii, i biografa- gratka.

 

malownicze, apolińskie roztocze, poprzecinane lasami i rzeką wieprz. litania dojrzałego lata: zapach siana, sosen, tataraku, lasy pachnące jak sauna. rozgwieżdżone niebo, od którego staje serce, jak namalowane. lipa parzona z miodem. różowe zmierzchy, pomarańcza słońca w upalne popołudnia. dopołudnia pod wierzbami nad wieprzem, dopołudnie w kajaku. sierpniowy zielnik- kosmosy, łąki nawłoci, dalie i cynie, przygarbione jabłonie i grusze i śliwy. łydki nierówne od siniaków, zadrapań, ugryzień owadów. bezustanne wtórowanie miłoszowi- że tak, szczęście jest dostępne.

 

szczebrzeszyński festiwal literatury i języka, ale i festiwal myśli i przeżyć. dni ludzi czytających i zasłuchanych- na leżakach i kocach nad rzeką, pod namiotami przy scenach, nad śniadaniami i obiadami. dobre dni, duże przeżycie. dość niezwykła inicjatywa- otwarta, demokratyczna, mądra. mała, choć przecież wielka. nieśpieszna, bezpieczna, życzliwa. z myśliwskim, który przechadza się z rożkiem lodów w słomianym kapeluszu wśród zaczytanych ludzi. ze stasiukiem i myśliwskim oraz z tokarczuk i rylskim w pierwszych rzędach podczas rozmów z kolejno rylskim i myśliwskim. wreszcie nad brzegiem wieprza, pod tymi drzewami.

 

bardzo kochałam jeździć tam codziennie ze wsi za zwierzyńcem. słuchać listów wisły do herberta i w drugą stronę leżąc na kocu nad rzeką. słuchać, czytać, czekać, myśleć i robić niespokojne notatki od nadmiaru myśli. w środową rozświerszczoną noc leżeć pod śpiworem między dwoma jesionami, patrzeć na gwiazdy i słuchać mikołaja trzaski dmuchającego w swój saksofon, akompaniującego czytającemu swoje teksty mikołajowi grynbergowi, bardzo to było piękne. słuchać mateusza, który czytał i mówił mi „komedę”. przeżywać jakieś wzmożenie przy oldze tokarczuk, którą widziałam przecież nie pierwszy raz, a która teraz zrobiła na mnie wielkie wrażenie, właściwie cały czas o niej myślę. mówiliśmy potem, że to chyba jedyny w polsce głos z góry, jedyny rozpoznawalny pisarz, który dysponuje autorytetem i własnym głosem, który ma sprawę, która go obchodzi, a na dodatek jest to sprawa nas wszystkich. słuchać z przyjemnością, ale i z przerażeniem urszuli zajączkowskiej, obiecać sobie, żeby przeczytać jej esej. dziękować bogu za taką zajączkowską, za kogoś, kto potrafi tak mówić, tak uważać, tak nastraszyć, tak zapalić, tak wprawić w zdumienie. przytakiwać stasiukowi, grzmiącemu z gorzkim uśmieszkiem, że „innego życia nie będzie, że zaraz umrzesz i trzeba się kurwa tego wszystkiego nachapać”, tak, tak tak tak. przecież wiem, tak. zachwycać się eustachym rylskim, zastanawiać się potem z matko, dlaczego on u licha nie pisze felietonów czy dziennika, być blisko jego poglądów na temat zahaczonego w genach pesymizmu czy bezsensu istnienia, na który jednak pokrzepieniem i wsparciem jest piękno, choćby sierpniowe chwasty na łąkach.

 

to wszystko jest dla mnie bardzo ważne. obcowanie z żywą myślą, zapalanie się do życia i różnych spraw poprzez to obcowanie ciał i ducha, próby rozumienia, wreszcie wymiana myśli. uważam, że takie spotkania autorskie są kluczowe, że czytanie tak, to raz, ale że trzeba słuchać, że żywa myśl ożywia, że mówienie o czytaniu i pisaniu pomaga. mnie i mi na pewno tak. to jedno z moich ulubionych uczuć na całym świecie- gdy ktoś powie mi coś mądrego, co mnie uruchamia.

 

na talerzu interesuje mnie ostatnio najbardziej czystość smaku i czystość w ogóle. w ubiegłym tygodniu pięć razy zjadłam u guciów łupcie- czyli gołąbki z kaszą gryczaną od serca podlane tłoczonym na zimno olejem rzepakowym (lub lnianym, lub konopnym) z okolic, do łupci ukiszone ogórki i cukinia, i to było wielkie. przypieczona kapusta, chrupka gryka, kilka suszonych grzybków, nieco cierpki, piekący w nos i podniebienie olej rzepakowy, jak ziemia, jak dym. prawdopodobnie mogłabym je jeść z ochotą przez kolejne dwa tygodnie, nie zapomnę tej radości. gdy nie jadłam łupci, to jadłam reczczoniaka ze śmietaną albo zabielaną zupę jarzynową z pokrzywą. na śniadanie- naleśniki z twarogiem i jagodami i śmietaną, pieczone na blasze starego pieca podpłomyki z masłem i miodem. piłam zsiadłe mleko i parzone zioła. byłam szczęśliwa.

czystość smaku i czystość w ogóle to też wina w żonglerce, wczoraj piliśmy rose, a potem dużo pomarańczowego z winnicy andert, o słodki boże. w sam raz na matki boskiej zielnej, mówił wczoraj szymon napełniając nam kolejne kieliszki (jeden potem stłukłam), bo to naturalnie robione wino rezonujące od ziół, polności, jabłek. pochwała świata i natury.

w domu czysta monodieta pomidorowa, z czystych pomidorów pani krysi. pomidory z jogurtem, tahiną i za’atarem, pomidory z mozzarellą, pomidory duszone z ziołami i warzywami, zupa z trzech kilogramów malinówek, pomidory jedzone jak jabłka, z grubą solą i pieprzem, pomidory z oliwą albo oliwa z pomidorami, i tak od czterech dni. jeden wyjątek od reguły- jaja na miękko, tost, zimne masło i anchois, ale to też jest smak absolutny i definitywny.

 

w ramach wisienki na torcie (torcie życia)- zdjęcia joanny i notatki jej męża (tu) z i o castellucio, umbrii, włoszech i włochach w ogóle, tyję od nich od wtorku, jest to wspaniały przyrost mnie samej. myślę, że na tym polega podstawowa różnica między włochami i polakami- oni rzeczywiście zdają się „wiedzieć po co żyją”, my zupełnie nie, nas życie w ogóle chyba niespecjalnie interesuje, z wyjątkiem może życia wiecznego, a i to nielicznych. joanna i mateusz też wiedzą po co żyją i potrafią żyć jak mało kto, jestem ich wielką miłośniczką, co powtarzam przy każdej okazji i mam na to świadków. poczucie i emocje porównywalne mało z czym- gdy pokazujesz ludziom, do których ci blisko, „swoje” miejsce, a oni w zamian pokazują, nazywają i tłumaczą ci je w sposób, którego ty nie posiadasz, do którego ty nie masz dostępu. jeśli jakiś bóg stworzył po coś człowiekowi drugiego człowieka- to właśnie po to.

 

zamykam ten ekshibicjonistyczny straganik, idę zjeść jabłko, załatwić kilka spraw, popracować, zjeść pomidory, wieczorem pójść z kochanym chłopakiem na pizzę, rano uciec na wieś. „szczęście jest dostępne”.

 

a.

 

 

 

już sierpień, czwarty, sobota

życie w tym roku słono kosztuje. paliwo, masło, leczenie, czynsz, wino i ser- to też, ale wydaje mi się, że więcej płacę za wnioski i lekcje życia, które od życia dostaję. te zawsze kosztują wiele serca, ale ostatnio też niemało pieniędzy, co zawsze jest dotkliwe, choć zdaje się, że serce mam w gorszej kondycji. wiadomo- rozczarowania są słone, złudzenia zawsze jednak wiedną. o tych spersonalizowanych mówić nie chcę, ale smutek po dwóch brzegach długo mi pewnie nie minie. mój od lat festiwal, który od lat trzech nie domaga, oprawiany przez telewizję tvn, odwiedzany przez inną publiczność, ostatnio niedokochany, od którego już nie rosnę. to bolesne. na domiar złego zniknęły ulubione obiady domowe, a wraz z nimi pierogi po lubelsku, pierogi z wiśniami i kasza gryczana ze skwarkami, które jadłam od dzieciństwa, a w miejsce apteki i spożywczego na rynku jest teraz lewiatan. boleśnie i gwałtownie się na to wszystko nie zgadzam. nie zmienił się żar, który rok w rok leje się w kazimierzu z nieba na bruk i na mnie- mam ogorzałe obojczyki i buzię w piegi, i to tylko od chodzenia z sadowej na krakowską i z krakowskiej na sadową. to jest mój czas w roku- jest mi ciepło, nie ubieram się, jest mi jasno.

 

niezmienna przyjemność płynie chociaż z jechania przez świętokrzyskie i lubelszczyznę- czy to w jakieś tam, czy w któreś z powrotem. myślę zawsze o tych okolicach, że to rdzenna polska, polska od zawsze, z roślinnością i pejzażami z książek, obrazów i filmów, obcymi i egzotycznymi dla mnie, dziewczyny z dolnego śląska. mam taką ambicję i potrzebę, żeby chociaż raz w roku jechać przez te pustkowia albo sady, najchętniej dojrzałym latem, i żeby w tej drodze do zatrzymywać się na kanapki nad sanem i patrzeć na maleńki prom samochodowy kursujący między brzegami (a kanapki na pszennym chlebie zofki z gotowaną krzycą i płaskurką albo samopszą, jeny, już naprawdę wszystko jedno co między kromkami tego chleba), a w drodze z jeść jabłka i śliwki i słuchać z moim chłopcem rozmowy osiatyńskiego z mikołajewskim (z archiwum tok fm) o włoszech, ja po raz któryś, on po raz pierwszy, ale oboje z jednakowym zachwytem. będę to sobie pamiętać.

 

poza tym prowadzę zaawansowane badania nad eleną ferrante (którą kocham). przeczytałam „córkę” i zachłyśnięcie tą pisarką nie mija. mówiłam do buni, gdy siedziałyśmy ostatnio u rodziców w malinach i porzeczkach, że ona wie, ona po prostu wie, wszystko. matko naopowiadał mi jakiś czas temu o koncepcjach, według których książki eleny pisze jej mąż, domenico starnone, i o teoriach odwrotnych, że to ferrante pisze książki mężowi. przeczytałam w ostatnich dniach „sznurówki” starnonego i na razie się nie zgadzam. zamierzam przeczytać jeszcze „psikus” i wtedy się dopowiem.

 

wciąż jem głównie pomidory z gęstym jogurtem i tahiną, raz w za’atarem, raz z sumakiem. jak dotąd najbardziej smakują mi zielone i takie ni to żółte, ni pomarańczowe, pani stasia z hali targowej sprzedaje je jako „ananasowe”. w kazimierzu najadłam się chłodników za całe lato, ulubiony to ten w vincencie, w kolorze lodów malinowych, podawany z gałką lodów z czarnej porzeczki, chrupiący od ogórków i szczypioru, wielki powrót. w domu makaron, sos z malinówek a la rachel roddy, stravecchio. pijemy prosecco z cynarem, który przyjechał z bunią z włoch, wzdychając jedno przez drugie, że jakie do dobre, jakie dobre. dziś piknik w parku na podgórzu i pan bagnat w zosinej bagietce, drzewa, cień, zjadły mnie mrówki, niech jedzą, tylko niech to się nie kończy.

 

jutro zjemy burratę, dwie brzoskwinie, kilka plasterków coppy, chleb, pomidory z talerzyka na parapecie, spakujemy herberta i franaszka i kanapki „na drogę” i wyjedziemy na roztocze.

 

a.

 

27 lipca, piątek

nie może mi wyjść z głowy klementyna suchanow, która grzmiała w „świątecznej” sprzed tygodnia, że tęskni za czystością, jakkolwiek patetycznie to brzmi. sztuki, języka, życia codziennego. od dłuższego czasu borykam się z tym samym brakiem, miałkość wokół mnie wykańcza. zajęłam się reorganizacją życia na stopie codziennej, sporo mi się zdaje, jestem nagle bardzo z sobą zaprzyjaźniona. gnębi mnie jedynie to, że nie umiem przejąć się tym, co wydarza się w ojczyźnie. jakbym była nie stąd, nie z nich. to nie mój język, nie moi rodacy, nie moja forma. sprzed roku pamiętam tępą złość i poczucie dyskomfortu, z tego roku nie zapamiętam niczego. od dawna nie mam już złudzeń na ten temat. z natury jestem sceptykiem, niełatwo mi się zapalić. a poza tym- nie ma ognia na taką głupotę.

 

kilka dni lipca na wsi u rodziców. hortensje jak bezy z witryn cukierni, moje ulubione jeżówki, nad którymi kołują motyle. wysmukłe kapelusze kopru na grządkach, urodzaj w ogórkach. w ogóle urodzaj wszystkiego- przygarbiony agrest, czarne porzeczki w kiściach jak winogrona, w tym lipcu nawet słodkie jak winogrona, co akurat mi niekoniecznie się podoba;  jabłonie jak siostry pękatych bożonarodzeniowych choinek ciężkich od bombek, orzech włoski prognozujący tłuste zbiory jesienią. praca pod niebem, czytanie pod niebem, a z nieba dobry, czekany żar. jeszcze złoto na polach. zastanawiałam się jaki jest sens opowiadania co roku tego samego zachwytu, relacjonowania tych samych prawideł, które mi rok w rok wydają się jednak tak bardzo ważne? czasami myślę, że to jedyny sens w ogóle, że „w życiu” to jedno ma znaczenie.

 

na talerzu- dużo jabłek, jeszcze genewy i papierówki, choć zmierzchające, już pirosy. brokuł gałązkowy z masłem z anchois i kulka mozzarelli, proporcje od diany henry, ale oglądane raz po raz na brytyjskich i włoskich instagramach. lipcowe pomidory- te kanciaste, piegowate, w szramach albo grubawe, na które się tyle czeka- w kałuży tłustego jogurtu z tahiną i przyprószone za’atarem- zobaczyłam je u męża olii hercules i od tej pory jem bez ustanku. ogórki małosolne, chleb z masłem. jeszcze jeden placek z morelami i lawendą yotama o. żonglerka, wina, wina, wina, trochę sera. u rodziców kolacje z grządki, w krakowie jednak nic tak nie smakuje. pierwsza młoda fasola, upieczona z pomidorami, oliwą, czosnkiem i bukiecikiem szałwii, zjedzona z ricottą i z zieloną salsą ze wszystkich ziół znalezionych w lodówce, z kaparami i sardelami. w en plato południe włoch- pizza z anchois, oliwkami, czosnkiem i kaparami albo taka z mozzarellą i provolą, bazylią i żółtymi pomidorkami słodkimi jak landrynki. kilka talerzy szopskiej sałatki, z ogórkami od taty. kasza gryczana, twaróg.

 

poza tym wszystkim miłym zle dni, bez sił i bezsilne, obolałe i obojętne, bez treści. na ten temat już też nie mam złudzeń.

 

jutro jedziemy do kazimierza na dwa brzegi, tradycji zadość.

 

a.

 

17 lipca, wtorek

Powoli wybudzam się ze snu, jakim był przełom czerwca i lipca. Smakował czerwonymi porzeczkami – najsłodszymi, jakie w życiu miałam w ustach – które jedliśmy prosto z krzaczków podczas naszego wesela, gdy urwaliśmy się z deseru, żeby zrobić zdjęcia.  Morelami z pąsem, których całe torby braliśmy na plażę La Palou w Finistere, żeby zagryźć smak fal, świeżym tuńczykiem, makrelą i molwą ze stoiska rybnego w Crozon, które rzucałam na grilla, a potem na talerz z ratatujem. Wszystkimi tymi tępymi, bretońskimi ciastami pozbawionymi paryskiej finezji, na czele kouign-amann, zrobionym z ciasta chlebowego, niewyobrażalnych ilości masła i cukru. Naleśnikami z serem, które najpierw usmażyła mama na mój ostatni panieński posiłek – zjadła je cała dziewczęca delegacja, która mnie stroiła, malowała, filmowała i fotografowała – a potem tymi, które już w podróży a jeszcze ciepłe kupowałam codziennie w naszej piekarni tuż przy plaży. Czipsami sel&vinaigre, zupełnie niesłodkim cydrem, za to buzującym gdzieś w głowie, w nosie, jak morze, gallettes pełnymi sera i gotowanej szynki. Pierwszy raz w życiu przejadłam się masłem, bo zjedliśmy go równe pół kilograma i to tylko na porwanych palcami kawałkach bagietki. Francja jak ze snów – pusta, dzika i spokojna. Oderwane od rzeczywistości Nantes z zieloną linią wiodącą przez najpiękniejsze ulice, zjeżdżalnia z murów zamku Książąt Bretońskich, fantastyczny ogród botaniczny i prawie pusty targ, który objedliśmy z terrin i pasztetów. Cypelek Quiberonu wymyty z kolorów, został tylko błękitny i różne odcienie szarości nieba i oceanu, kępy hortensji jak wielkie ogrodowe pyzy, lody fiołkowe, nasz mały, biały domek z tarasem i wierne Twingo. Finistere jak Kornwalia, Chorwacja, Kalifornia jednocześnie – kołyszące się wrzosy i kwiaty dzikiej marchwi, klify i skały, plaże szerokie jak autostrada, fale miotające człowiekiem na wszystkie strony, wszędzie nikogo. Radość z piłkarskich zwycięstw, jakiej nigdy nie doświadczy nasz kraj, a potem tańce na placu, z całym miastem. Pizza na piasku, belgijskie piwo. Ocean niemieszczący się w głowie ani w oczach. Nie ma możliwości wpisać do dziennika wszystkiego, ani też nie ma potrzeby.

 

No więc jeszcze raz: najpiękniejszy początek lata, cały zapisany w głowie, najmilsze wesele, na jakim byłam, obolałe od tańca stopy, pierwsze łzy jeszcze przed wejściem do kościoła, drugie przed ołtarzem, trzecie w samochodzie nad kieliszkiem szampana, wszystkie scałowane. Drewniana stodoła, kwiaty w dzbankach, sweter na początek lata. Teraz już zawsze będę się wzruszać przy Ericu Claptonie, który zaśpiewał nam pierwszy taniec, dobrze, że kupiliśmy jego winyla na pchlim targu na wybrzeżu i dobrze, że dostaliśmy w prezencie gramofon, dzięki któremu lubię teraz nasz ciasny dom trochę bardziej. O braniu ślubu w tych czasach można mówić różne rzeczy, ale gdy się już go weźmie, zostaje tylko słodycz. Nie martwi praca, ludzie zrobieni z papieru ściernego, pogoda, jedzenie, o które człowiek tak się bił przez pół roku, ani to, czy zdążę zjeść całe lato tego lata, a potem, w podróży, nie kłopoczą żadne przymusy. Zostaje tylko słodycz.

 

Oderwała mnie ta podróż od rzeczywistości, choć to przecież nie pierwszy raz. Ale za to jaki dotkliwy. Co teraz?

 

k.

14 lipca, święto francji, sobota

w jakim kierunku ostatnio powiewa moje serce:

 

1.paul mccartney. marek niedźwiecki zagrał paula w któryś czwartek przed miesiącem i od tej pory jesteśmy nierozłączni. matko pokazał mi przed tygodniem carpool karaoke z udziałem paula i od tej pory jesteśmy nierozłączni jeszcze bardziej. wiele można zarzucić brytyjczykom, ale swoich idoli traktują poważnie, i mi się to podoba.

2.genewy, moje ulubione jabłka. z rumieńcem pod skórką, a rumieniec jak brzask albo palce po drylowaniu wiśni.

3.a palce po drylowaniu wiśni na zupę wiśniową, częste w lipcu śniadanie- cynamon, wanilia, goździki, śmietanka.

4.wrocławska napa- jedliśmy tam obiad przed dwoma tygodniami wśród buź, z którymi co roku zaczyna się sierpień i kończy grudzień, i żałuję, że nie ma napy w krakowie. tak jak lubię- miłe wino, dużo warzyw, dużo ryb, duży obrus. wszystko razem trochę londyńskie, co lubię przecież ogromnie. burrata z groszkiem cukrowym i ziołami, smażone chorizo, sałaty, stek z tuńczyka, canolo, pyszny tost francuski z brioszki. ładne.

5.wzmożona inklinacja do kwiatów cukinii- przy okazji waszej ślubnej domówki poszliśmy na obiad do ale wino, albo te na dzisiejszy obiad, z ricottą i anchois.

6.targ pietruszkowy we wczesny sobotni ranek, gdy piję espresso i czytam felieton pawła bravo w „tygodniku powszechnym”, z torby na zakupy wychylają się zielone ramiona i wąsy (młode fenkuły z wielką nacią, fasolnik, toskański jarmuż lacinato, brokuł gałązkowy, kwiaty cukinii, bób w strąkach, zioła- kocham was, gospodarstwo jedynie), dzieci biegają za gołębiami i jedzą bułki z jagodami i poziomki, a ja myślę o włoszech.

7.musujące rose od martini z ginem.

8.usmażona na oliwie gruba kromka chleba z młodym groszkiem, bobem, miętą, skórką zdjętą z cytryny, pieprzem i z ricottą albo fetą z kleparza- częsty obiad w letnie dni.

9.pierwsze pomidory- z ricottą, z anchois, z oliwą, z fetą, z pesto, z pomidorami.

10.ten wywiad z franzenem, czytałam już dwa razy, częstokroć przerywając z ekscytacji i poczucia związku. nawet go sobie wydrukowałam i chcę go sobie mieć.

11.krempna w lipcu, opaleni borkowscy, niezmiennie jasny gucik, dobre okolice nasycone lipcem. leczo na ganku, kanapki na ganku, śliwki pod kruszonką na ganku, i gin rabarbarowy, i pęk hortensji, i kaszanka z dukli, i wiele kaw.

12.teksty okońskiego o piłce nożnej w „tygodniku powszechnym”, czytam wszystkie od początku mundialu, czytam też artykuły w „guardianie”. nie wiedziałam, że interesuje mnie piłka nożna.

13.w bbc dyskusja o zaleceniach żywieniowych forsowanych przez ich NHS, które zarówno tam, jak i tu, u nas, wymagają rewizji i rewolucji. ważna, potrzebna, u nas obawiam się jednak nierealna.

14.sos tonnato, o którym zapomniałam i o którym przypomniała mi bibenda, i którego teraz nie mogę przestać jeść. z zieloną fasolą szparagową (jak w bibendzie), z pistacjami i z którąś nacią, z jajkami, z warzywami.

15.pizza w en plato- wczoraj z anchois, oliwkami, kaparami, czosnkiem, parmezanem, chili.

16.zosia, jej zaczyn i jej chleb- od pszennego z ugotowanym orkiszem staje serce, szczególnie w samochodzie, w niedzielny ranek, w drodze w beskid niski. i jeszcze zosine jagodzianki, przerost jagód nad bułką.

17.coppa, brzoskwinie, fasola szparagowa, orzechy laskowe, feta.

18.dzisiejsze pierwsze danie, przy którym myśli się o rzymie- łuskanie bobu i zagryzanie jego drobnych, niedojrzałych oczek stravecchio i salva cremasco (co za ser!).

19.tydzień, w którym bliskie ci osoby- bunia, ole, pewna joanna- są we włoszech i można ich podglądać, indagować, molestować, gapić się, wspominać.

20.jan kulma w przypomnianym przez „świąteczną” reportażu przed dwoma chyba tygodniami- że trzeba „szukać radości, które nie potrzebują uznania”. TRZEBA SZUKAĆ RADOŚCI, KTÓRE NIE POTRZEBUJĄ UZNANIA. recepta na życie w czasach, które mamy, i na życie w ogóle.

21.trochę a propos- porządki w instagramach i fejsbukach, przestałam patrzeć na ludzi, którzy mnie drażnią, których uważam za niemądrych, o których w ogóle niczego nie uważam albo którym niezdrowo zazdroszczę, i to jest z kolei zdrowe.

22.edmund fetting, osiecka i komeda w ciemną noc na autostradzie w drodze domu. i jeszcze turnau do społu z moczulskim („czas błękitu”), to chyba trzy razy.

23.marek bieńczyk, który jako młody marek podobno kilkakrotnie przeczytał wszystkie książki o ani z zielonego wzgórza, a w dodatku twierdzi, że było to dla niego przeżycie formujące. przybijam piątkę panu markowi.

24.i wspomnienie-anegdota o julii hartwig, którą przed momentem przypomniał sobie jarosław mikołajewski na swoim koncie na fejsbuku. julia, jedwab, ogon wołowy. rzym, miasto wybitne.

 

mojego serca nie poniosło w stronę „jedynej historii” barnesa, jednak jakaś luka, niedostatek czegoś. letnie uczucia na letni lipiec.

 

a.

 

28 czerwca, czwartek

dla porządku, bo to jednak dziennik stołowy:

pizza w en plato, która ostatnio sięga wyżyn, i ja za jej pomocą takoż. brzegi zjadane do ostatniego kęsa to jednak sporadyczna sytuacja, typowa może tylko dla neapolu.

conchiglioni z młodym groszkiem, bazylią i tłustym jogurtem ze smażonymi w chili orzechami pinii, przepis z „jerusalem”, oboje  przepadamy za nim bardziej niż bardzo.

pieczona makrela, z brzuchem pękatym od ziół, czosnku i cytryny, z salsą z agrestu, a la nigel slater.

kanapki z twarogiem i malinówkami, które mają smak, szczypior.

cztery miski żółtych czereśni od pani zdzisi z półpiętra niżej.

ostatnia scafata w tym roku, niedosyt.

kolacja w ubiegły piątek- sałata z czereśni, liści i specku z winegretem z kremówką (owocowy tom „tender”), bób i młody groszek z miętą i skórką cytryny na pierzynie ricotty, grzanki.

w niedzielę- pieczone młode ziemniaki, cierpkie czarne oliwki, creme fraiche, estragon.

morelowe ciasto yotama z lawendą, to, które lubimy obie, a to nieczęste.

soupe au piostou zielone od lata i pesto, moja ulubiona zupa.

timorasso, które wypiliśmy w nolio w pierwszy dzień lata zanim rozkrzyczała się burza, złote i morskie.

a w warszawie- miły obiad w mące i wodzie. bologna i chino spritz. kwiat cukinii z kozim twarożkiem, crudo, gnudi, raviolo, dwa affogato z lodami pistacjowymi. przyjemne kanapki w supperlardo, o którym ostatnio głośno- szczególnie ta ze smażonym kurczakiem. wieczór w ale wino, ciepły, choć po burzy, radosny i jak przed laty, gdy poznawałam chłopaka, który zwykle siedzi naprzeciwko mnie. chłodnik i wspaniała szczawiowa, kwiaty cukinii, które kocham, i foie gras creme brulee, szparagi z orzechami laskowymi i smażonym jajkiem, przyjemne wino. radość jedzenia, radość siedzenia, radość lata i bycia.

 

doczytałam dziennik osieckiej, był gdańsk, teatrzyk bim-bom, kalina i dygat, jej warszawska miłość do witka- radosne czytanie. stylistycznie jestem jednak osiecka.

czytam listy kota jeleńskiego („listy z korsyki”).

 

smutek, że w najjaśniejszym tygodniu ciemnego z reguły roku wieczny deszcz. dnia zacznie ubywać bez doświadczenia tego, że jest/był.

 

a.

 

 

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.