10 kwietnia, poniedziałek

Tak bardzo tęsknię za swoją kuchnią. Mam w nosie, że do pracy jadę rowerem 15 minut, że tuż obok lody Jednorożec (na co komu lody w kwietniopadzie) i kawiarnia Relaks, że całe pola Pola Mokotowskiego, ani nawet, że mamy rzutnik i można w niedzielny wieczór, rozkosznie polegując w półmroku sypialni, obejrzeć „American Beauty”. Na szczęście dziś już spakowaliśmy swój dobytek, pomachaliśmy kotom na do widzenia (pamiątka: jedna duża szrama i trzy małe, wiele kłaków) i wracamy na poczciwy Grochów. Nie wiem jeszcze, co ugotuję jako pierwsze, ale z kronikarskiego obowiązku nadrabiam ubiegły tydzień. A więc zjedliśmy:

 

– przemiłe gnocchi w sosie truflowym z kozim serem i sałatką z fenkułu i pomarańczy, saltimboccę na polencie oraz semifreddo migdałowe w Mercato, jako pani z Kukbuka i pan z Restaurant Weeku

– prawie całą kartę Bibendy, ale na wynos – o ile ziemniaki z aioli obroniły się doskonale, a samosy nieco zwiędły, ale usatysfakcjonowały (ten sos!), to już humus i paté smakowały kolejno jak ścierka do wycierania blatu i piana z wątrobianki, paskudne i smutne

– (ja podczas dziewczyńskiego spotkania z koleżanką Napiórską) talerz raclette w Kremie, tak bardzo ich kocham – są zawsze uśmiechnięci i weseli, mają piękne, jasne wnętrze i same pyszne, porządne klasyki; pod stopionym serem kryły się pieczone ziemniaczki, do przegryzienia korniszony i szynka dojrzewająca; to był lek na całe zło świata, nawet to, które mnie nie dotyczy; Napiórska wtrząchnęła taki sam talerz i to było piękne, jeść z człowiekiem, który nie boi się sera

– (my, wielokrotnie) prawie całą ścianę baru mlecznego Bambino i Prasowego, a więc: chrupiący schabowy, który mi się marzył już jakiś czas, a żeby było jeszcze doskonalej, podany z marchewką z groszkiem; pierogi leniwe hojnie obsypane bułką tartą z masłem, kwaśny żur z jajem, pomidorowa za dwa złote; stary człowiek we mnie kocha bary mleczne

– osiem różnych warszawskich croissantów – robiłyśmy z Monią ślepy test i bardzo nas zdziwiły rezultaty; zagryzłyśmy to potem jajem na miękko, brie i rukolą, słonym karmelem i twarożkiem waniliowym z Mlecznej Drogi.

 

Nie mogę się już doczekać trasy świątecznej. Na fotelu pasażera jest mi czasem tak dobrze, że bez względu na cel, nie chcę, żeby droga się kończyła. Czy wiosna jeszcze przed nami, czy to może już?

 

k.

 

 

 

6 kwietnia, leje

Od poniedziałku mieszkamy na Rakowcu, opiekując się przestrzennym mieszkaniem na poddaszu, w którym nie ma kuchni (oliwy, pieprzu, niczego). Są za to dwa wielkie koty, które nad ranem depczą nam po plecach, a za dnia leżą w plamach słońca na parkiecie. W związku z tym jedzenie stało się jeszcze prostsze, niż zwykle – tostujemy sobie systematycznie kromki z bochenka pszenno-żytniego chleba, jemy z masłem, popijamy winem. Na oknie wyrósł już (mój) las rzodkiewek i rzeżuchy, maleńkie żniwo ląduje na twarogu ze Strzałkowa. Skubiemy palcami wstążki prosciutto, pękate oliwki z Kalabrii i tłusty trójkąt brie z Piccoli Italii (odmienia się?), do której skierowałam swoje pierwsze kroki po wypłacie. Mamy dwa pokoje, po raz pierwszy od zawsze, więc gdy budzę się po szóstej, przez koty i słońce, włączam radio, nastawiam wodę i siadam na parapecie z książką („Wróżba” Agnety Pleijel) i widokiem na prawdziwie wielkomiejską ulicę, która wtedy jeszcze jest cicha. Nie chcę mi się rozmawiać, słuchać cudzego hałasu, nawet tego ambicjonalnego, w restauracjach. Jem też bezgłośnie – drewnianą łyżką. Na coś czekam, ale na co – nie wiem.

 

k.

 

 

29 marca, leje

Nie wiem, jak kogoś może nie nudzić szorowanie ciała szczotką, dlatego z rozkoszą wypróbuję Twój sposób. W ogóle wydaje mi się, że jedyne ablucje, do jakich jestem stworzona, to chlapanie twarzy zimną wodą, mydło jajeczne (przywiozłam sobie ze Szwecji, wspaniałe) i tłusty krem na policzki. Wtedy jestem rumiana jak Pyza na polskich dróżkach i od razu lepiej mi się je śniadanie i lepiej śpi. Płynnie przejdę więc do kolejnej kwestii – oczywiście, że tak. Pisząc, zastanawiam się zawsze, czy już wyrosłam z egzaltacji, albo czy kogoś znowu naśladuję – bo nie wiem jak Ty, ale ja uważam, że słowa, które człowiek pisze, są sałatką ze słów, które człowiek przeczytał i nie sposób, no nie sposób być sobie samym oderwanym. Więc przy każdym akapicie dumam nad szczerością swoją i słów. Czy nadmierną – chyba nie, w końcu to tylko życia część i pryzmat, ten mój stół z nagłówka.

 

Od soboty budzi mnie snop światła słonecznego. Najpierw powoli wspina się po zasłonkach, potem po pościeli i ścianie. Dni zaczynają się więc chwilę wcześniej i jest czas, tak jak wczoraj, wyjść na rześki spacer po paczkę kawy – rude słońce, puste ulice – lub tak jak dziś, upiec na śniadanie jagodowe scones. Lubię je za nieporadność, wyglądają trochę jak bardzo stare skały, a dzisiejsze dodatkowo zabarwiły nam na fioletowo palce i usta. Najlepiej smakowały z solonym masłem i dżemem z czarnej porzeczki, ale przy każdym kęsie marzyłam o tym, aby w Polsce ktoś produkował clotted cream.

 

Na obiad warsztaty z Piotrem Kucharskim (jadłaś jego chleb we Wrocławiu?) – sałatka z czarnej soczewicy ze smażoną gruszką, topinamburem (PFE, wyjęłam), czerwoną cebulą i smażonym halloumi, śliczne plasterki kolorowych buraków i szynki parmeńskiej, ułożone na śmietanie rozkręconej z kozim serem, posypane granatem, polane oliwą – mogłabym mieć sukienkę w taki deseń, zupa ziemniaczana z białą czekoladą (zdziwieniu nie było końca, a to przecież tłuszcz i cukier, na miłość boską) i kaszanką, w uwielbieniu do której pozostałam odosobniona, więc zjadłam dwa kawałki, spora garść fascynującego popcornu z kaszy gryczanej i ciasto migdałowe z gruszkami. Na koniec zasadziliśmy jeszcze w małych doniczkach groszek, rzeżuchę, rzodkiewki i kolendrę, a potem lunął pachnący deszcz.

 

Każda minuta spędzona w zamkniętym pomieszczeniu wydaje mi się pozbawiona sensu. Pracuję nad tym.

 

k.

27 marca, ciepło

W momencie gdy wczoraj wyszłam z domu (po śmietanę) w lekkim płaszczu narzuconym na bluzę i gdy potem czytałam na ławce w parku pełnym dzieci na rolkach, na słońcu, na chwilę, właśnie w tym momencie przyszła chyba wiosna. Trzy godziny spaceru po Saskiej Kępie, lody jagodowe, pączki na drzewach, pikujące główki kwiatów i całkiem już dorodne krokusy w różance w Parku Skaryszewskim – to znaki dymne.

 

W sobotę natomiast, oprócz tego, że była zima, to przyjechała mama poprzesadzać nam kwiaty. Przywiozła ze sobą puławianki, rumiane i obsypane makiem maślane bułeczki, które przez całe dzieciństwo jadłam z masłem i szynką, oraz maślane cebularze z makiem (masło masło masło), lubelski przysmak, który nauczyłam się doceniać dopiero, gdy wyjechałam z miasta, w którym ludzie jedzą takie rzeczy w trolejbusach. Po śniadaniu złożonym z masła dokonałyśmy wspólnie remanentu i przesadzki. Wszystkie bluszcze, fikusy i inne dzieciaczki mają się teraz ładnie zachowywać, bo jeśli nie urosną im nowe liście w takim słońcu i nowych domach, to ja chyba zakończę swoją ogrodniczą karierę. Pestka z awokado trwa niewzruszona, no zobaczymy.

 

W piątek wywołałam zdjęcia z Rzymu i jakoś tak wyszło, że kulinarnie byliśmy w ten weekend we Włoszech. Kiełbaski z czarną soczewicą i rukolą, dużo lepkiego pomidorowego sosu na winie, ser do podgryzania. Linguettine z sosem pomidorowym (za radą Krakowskiego Makaroniarza chlusnęłam doń wódki), z jędrnymi zielonymi oliwkami i kołderką parmezanu. Cudowne, wilgotne, prawie że marcepanowe ciasto Donny Hay (przepis na przykład tu) z ricottą i skórką otartą z cytryny – marzyłam o nim od wieków, a okazją do upieczenia była przymusowa bezglutenowość mamy. W dwa dni zjedliśmy cały okrąg, bez krztyny wyrzutów sumienia. Te, w kontekście kulinarnym, prawie mi się ostatnio nie zdarzają. Wszystko wolno, to mniej się chce.

 

69670034

 

k.

 

18 kwietnia, podobno kwiecień

już zamierzałam donosić, że świat wrócił, ale wczoraj późnym popołudniem nagle zgasło słońce i rozpętała się śnieżyca. tata biegał z psami po ogrodzie i ubierał rośliny w wielkie płachty, ja martwiłam się o porzeczki, oboje próbowaliśmy uruchomić jepa, w którym padł akumulator i który stał na śniegu z otwartą paszczą. dziś o szóstej rano odśnieżanie, między katowicami a krakowem burza śnieżna, długa podróż. mam wrażenie, że znów mieszkam w styczniu i że znikąd nadziei.

a jednak w piątek przydarzył mi się pierwszy zmierzch na schodach werandy- smukłe ramiona magnolii, wiatr, który przynosił zapach skoszonej trawy, pierwszy raz w tym sezonie; złote słońce kładące się do snu nad szczelińcem, beztroskie piski chłopców z sąsiedztwa, mój kot-wdowiec, radosne wzruszenie.

wielkanoc spędziliśmy w lesie. nieciekawe prognozy pogody, wyjąwszy wczorajszy incydent, szczęśliwie się nie spełniły, mam w nogach sporo kilometrów. spacery- do „kazimierza”, do leśnej kapliczki, na ulubioną polanę albo „na zakręt”- lokalna topografia i znajomy rytm. raz spacer w deszczu, z latarką pierwiosnków w dłoni, raz z aureolą od słońca, z rozpiętymi kurtkami. dużo czasu, brak celu, święty spokój. mój rodzinny dom to pewnie jedyne miejsce, w którym nigdy i nigdzie nie mam przy sobie telefonu, więc może stąd ten bezmiar.

 

na świątecznym stole głównie polska- sałatka jarzynowa, buraczki z chrzanem, jaja z chrzanem, w ogóle jaja; kolejne tacki rzeżuchy, domowa szynka, chleb i masło, żurek z chrzanem i białymi kiełbaskami, pstrągi uwędzone przez tatę. na deser- kruche ciasto mojej mamy, pół blachy z konfiturą z róży (domowa) i jabłkami (z naszego sadu), drugie pół z różą i śliwkami (z wątłych poniemieckich śliw na łące). i jeszcze niewielka blaszka „japońca”- krzyżówki jabłecznika i makowca z orzechami, z ośmioma żółtkami. i tyle, bo czego więcej trzeba dla czterech osób.

 

dziś jedliśmy z matko obiad w bistro 11 i myślę o nim z radością- wszystko pyszne, i tagliatelle z żółtkiem, salsiccią i friarielli, i mój miecznik na waniliowym risotto, z żółtym buraczkiem, boczkiem i solirodem, chcę to jeść codziennie.

 

w czwartek o świcie lecimy do londynu, bardzo się cieszę, to moje marzenie od dłuższego czasu. kto by pomyślał.

 

a.

13 kwietnia, wielki czwartek

od poniedziałku wielki post w brzuchu- trochę z powodu wyjątkowo niefrasobliwego weekendu w nolio (w sobotę we dwoje, w niedzielę z delegacją z arabii saudyjskiej), a trochę przed świętami i wycieczką do londynu. jem owoce, warzywa i piję ziółka. wyjątkowo smakuje mi kapusta kiszona przez mojego tatę i zupa z białej kapusty, częsty gość w mojej kuchni. koniec postu przewiduję na jutro w porze obiadowej, bo na wtedy umówiłam się z dobrunią na humus.

 

jutro wstaję o szóstej i jadę do kotliny kłodzkiej, przestraszyły mnie komunikaty o korkach na autostradzie. całkiem cieszę się na tę samotną przejażdżkę, będę sobie śpiewała. wiozę do rodziców burratę, ricottę, moje chleby, kabanosy z dzika, kiełbaskę z mangalicy i nowy ulubiony włoski ser z piegami pieprzu- czyli czym kraków bogaty.

 

jesienna pogoda, spuchnięte zatoki, huk roboty, spękane dłonie. kiedy to się skończy.

 

a.

6 kwietnia, czwartek

a dziś zaszliśmy w końcu na kolację w ramach tajemniczej degustacji, miałam to w głowie od dawna, ale albo nie było miejsc, albo nas nie było. punkty stałe- gotuje krakowski makaroniarz, wina dobiera monika bielka-vescovi, zmienne- miejsce kolacji, mianowicie zawsze wiadomo co będzie zjadane, nie wiadomo jednak gdzie. dziś wylądowaliśmy w industrialnej przestrzeni studia fotograficznego na zabłociu, motyw przewodni- sycylia wiosną, kuchnia i wino sycylii schyłku zimy i przednówka. uczucia mam mieszane, ale na pewno z jadłospisem było mi do twarzy. najpierw cukinia z jajkiem przepiórczym, domowym majonezem i cykorią z olejem z orzechów włoskich i pożegnanie cytrusów- pomarańcze z daktylami, orzechami włoskimi, oliwą i ziołami. później mule zapiekane z bułą tartą z czosnkiem i nacią pietruszki, oddałam swoją porcję matko z przyczyn takich jak zawsze. dalej akcent hiszpański- kurczak w pomarańczach, orzechach włoskich i suszonych śliwkach, to akurat nie moje wybrzeże. na finał- poliki wołowe w czerwonym winie i occie na puree z brukwi i z karmelizowaną cykorią. na deser przeżycie- coś a la panna cotta z pistacji bronte, tłuściutka, niesłodka, intensywna, z kruszonką i kolejnym cudem świata- czekoladą z modica, czy to to kiedyś jadłaś? dawno deser nie sprawił mi takiej przyjemności, może z wyjątkiem kokosowego pączka z modu, który przyjechał z matko z warszawy i którego połówkę miałam dziś na drugie śniadanie.

 

poza tym kwiecień plecień- co pół godziny ulewa lub uśmiech słońca przez chmury. wyjęłam dziś z szafy zimowe buty, które pochowałam w poniedziałek. co nagle i tak dalej.

 

a.

5 kwietnia, środa, po burzy

wróciliśmy kilka chwil temu z kolacji w euskadi i chciałam zanotować jak bardzo lubię to miejsce- sąsiedzkie, skromne i codzienne. wyjątkowo odpowiada mi ich sposób- proste, surowe jedzenie, maksymalnie świeże; prostolinijność, która jest komplementem. zwykle lubię, gdy jedzenie wybucha mi w buzi fakturami i aromatami, ale euskadi lubię za coś zupełnie odwrotnego. dziś- smażone pimientos de padron, cierpka oliwa, ciepły chleb i kwiaty kaparów; tuńczyk bonito na guacamole, jak bryza i poranek nad morzem, dawno nie jadłam takiej ryby. maślana biodrówka jagnięca, pieczony kalafior. dziupla, gdzie nad przyjaznym, niedrogim winem można opowiedzieć sobie nawzajem swój dzień, dziś wyjątkowo roboczy.

 

w poniedziałek obejrzeliśmy ostatni odcinek „wielkich kłamstewek” i jestem poruszona. najpierw nie mogłam usnąć, wczoraj emocjonowałam się na ten temat baszce przez telefon, z wzajemnością. miałam nawet pomysł, żeby przestać chodzić do kina, bo nie pamiętam kiedy coś w kinie zafundowało mi takie przeżycia. sprawa jest otwarta.

 

skończył się sezon na cytrusy, od poniedziałku jem uparcie moją ulubioną sałatkę międzysezonową- kalafior albo romanesco pieczony w ras el hanout, sałata rzymska i dębowa albo cykora, daktyle albo żurawina, pęczak albo orkisz, mięta, sos z kremówki, pieprzu, oliwy i skórki otartej z cytryny, prażone migdały. nowe w koło macieja.

 

a.

2 kwietnia, niedziela

weekend inicjacyjny- pierwsze gołe nogi, pierwsze lody, pierwsze prosecco i oliwki w barawino na mostowej, pierwsze czytanie w ogrodzie mehoffera, pierwsza rukola i  pęk pokrzywy z targu pietruszkowego, pierwsze dni pod niebem, ale tak naprawdę całe, od ranka do zmierzchu; okna pierwszy raz otwarte na oścież, tak, że siedząc na kanapie czuję się trochę w domu, a trochę na zewnątrz, punktualny hejnał przez te okna, dłoń słońca na szyi, ptaki, spokój niedzieli.

 

skoro prowadzimy dziennik z zacięciem kulinarnym, odnotuję dla porządku jadłospisy ostatnich dni- w czwartek wieczorem prawie zmarłam z głodu w pociągu powrotnym z wrocławia, matko odebrał mnie z dworca i zabrał prosto do nolio- najpierw podzieliliśmy się ravioli z kaczką, później każde siedziało uśmiechnięte nad swoją pizzą (ja aglio, matko margherita). jezu, jaka to jest radość. wcześniej rano zjadłam jogurt grecki z oliwą, miodem gryczanym i solą morską, a wcześniej na obiad- humus  z marynowanym burakiem i ligolem w kontakcie, ostatnio ulubiony- kwaskowy i ostry od chrzanu i szczypioru. od dwóch dni jemy na śniadanie bochen razowego chleba (żytnio-orkiszowy z pestkami), twaróg i jaja na miękko. wczoraj przeszliśmy kładką na obiad z mostowej do zakładki i zjadłam świetnego skreia, który w dodatku leżał na wyjątkowo smacznym puree z groszku, przykryty sosem holenderskim, a wcześniej wyjadałam matko krem z karczochów z jajem w koszulce- zanotowałam go sobie, do odtworzenia.

 

dziś mieliśmy na obiad tagliatelle z czosnkiem niedźwiedzim, parmezanem, skórką otartą z cytryny i na końcu z bułką tartą- przepis trochę z bon appetit, a trochę mój. wczoraj i dziś na deser lody- wczoraj w si geli, niezłe parmezanowe z octem balsamicznym, gorsze z czarnej porzeczki, a dziś w dionizetti tuż za rogiem, bo na świętego marka- dla mnie całkiem atrakcyjna, bo wyraźnie słonawa pistacja i ryż na mleku z miodem (naprawdę smakowały jak ryż na mleku z miodem). matko miał w rożku miło słony karmel z masłem, orzech laskowy i kulkę o smaku kaszy manny z musem morelowym, coś dla ciebie. nad świętym markiem zapadał zmierzch, miasto tężało, wracaliśmy pomału do domu, obejrzeliśmy witryny wszystkich mijanych antykwariatów, całe serce szło mi do krakowa.

 

w sprawie zabiegów kosmetycznych- ja też jestem w tej dziedzinie dość oporna i sprawiają mi one niewiele przyjemności. jednakowoż mam świadomość, że będę raczej starsza niż młodsza, i mając to w pamięci od kilku mocnych miesięcy wykonuję regularnie czynności, których nigdy wcześniej w repertuarze nie miałam. i tak oprócz szczotkowania ciała na sucho wcieram w całą siebie olej kokosowy albo jakiś inny olejek, codziennie się też rozciągam. rano, jeszcze przed szklanką wody z sokiem z cytryny, wypijam okrzemki i jedną łyżeczkę rozpuszczonego w wodzie mumio (nie pytaj). codziennie przed snem zażywam też garść wspomagaczy- witamina d, b i k, kwas foliowy, probiotyk, tabletkę na insulinę i bajkalinę tybetańską (nie pytaj). na buzię najlepiej lubię krem od niezastąpionej wrocławskiej magdy, przyjemne jest serum od resibo. zamiast tonika używam borasolu-roztworu boru, pięć złotych w każdej aptece. systematycznie olejuję włosy olejem z amli. przed snem wcieram we wszystkie paznokcie olej rycynowy, ostatnio śpię w skarpetach i rękawiczkach. staram się z tym wszystkim choć trochę polubić. ale i tak najtrudniejsza w codziennej pielęgnacji jest zgoda na siebie- wyrozumiałość dla małostek, których w sobie nie lubię, uważność, myślenie o sobie na miło. niełatwo jest być dziewczyną.

 

w porozstawianych pod domu słoikach bukszpan i bukiet, który dostałam w prezencie- ciemierniki, eukaliptus, jaskry, gerbery i anemony. na plantach startują drzewa.

 

aha, chleba piotra kucharskiego nie jadłam- tata ma jego książkę, widziałam też zdjęcia z wrocławskiej chleboteki- to nie wygląda dobrze, szkoda, żeby insulina skakała mi na darmo.

 

a.

 

 

 

28 marca, wtorek, 19 stopni celsjusza

ilekroć otwieram fejsbuka lub stronę któregoś radia lub gazety i widzę czyjeś zdjęcie pierwsza myśl jest taka, że znów ktoś odszedł. tak było w sobotę z myśliwskim, a po chwili ulga, bo to jedynie fotografia przypominająca o jubileuszu pisarza. martwię się, że to początek stanów lękowych.

 

po ostatnich pętelkach po polsce zupełnie tuzinkowy weekend w krakowie- powszedni, dobry i cichy. w połowie samotny, bo całą sobotę byłam sama w domu. odprawiłam z przyjemnością wszystkie rytuały, już z zacięciem wiosennym- wyprawa na targ pietruszkowy, po pierwsze bukiety czosnku niedźwiedziego i dobrą mąkę, później nieśpieszny spacer na stary kleparz i wszystko jak zawsze- pouśmiechani panowie na stoisku z oliwkami, ogonek do włoskiej budki mirco (kupiłam burratę, świeży makaron i pancettę), starsze panie z zielenina porozkładaną na ścierkach w kratę, budka z ziołami (szałwia i kolendra), arabsko-indyjskie delikatesy dubai (fasola mung, pikle z rzepy, marynowane cytryny). dotarłam też w końcu na ulicę szlak, do le rond- dziupli z francuskimi serami, bo doszły mnie słuchy, że w nowej dostawie przyszedł 28-miesięczny comte, i rzeczywiście- taki sam, jaki wyjadałam z lodówki we francji, świetny.

upiekłam chleb, chyba pierwszy od miesiąca, uwarzyłam bulion. wymiotłam zimę z domu, patrzę z radością na czyste kąty.

wróciło światło, znów budzę się do niebieskiego nieba i czuję się na naszym drugim i połowie piętra jak w złotym bocianim gnieździe. przyjemność, gdy słońce kładzie się na czystych parkietach i regałach, niedowierzanie, że świat znów będzie ubrany w jasną aureolę. wdzięczność za to.

 

matko wrócił do domu w sobotni wieczór, jedliśmy do nocy oliwki, salami, comte, orzechy i bagietkę od nad&greg i sprzeczaliśmy się o możliwości (ja) lub brak możliwości (matko) powiedzenia dużych rzeczy w języku angielskim. każde z nas obstaje przy swoim, matko sięgał po derridę, eco i foucault, ja dostawałam białej gorączki. spór pozostał nierozwiązany.

 

w niedzielę na obiad fasola borlotti, którą przywiozła mi z piemontu bunia, z burratą i z czymś a la salsa z czosnku niedźwiedziego, natki pietruszki, kaparów, anchois, dijon i skórki otartej z cytryny, kałuża oliwy (przepis z książki z przepisami restauracji ducksoup, obsesja trwa w najlepsze). wytarliśmy miski grubą kromką chleba, intensywne doświadczenie. wczoraj usiedliśmy do później kolacji złożonej z miski sałaty z cykorii, pieczonych buraków, brunatnej soczewicy, daktyli, naci pietruszki i fety, ostatnia kulka burraty, twarde sery i chleb, butelka wina. a dziś ugotowałam wielki garnek ribollity, ukręciłam pesto z pietruszki i prażonych orzechów włoskich; szczęśliwie jutro na obiad to samo. u podstaw mojej piramidy żywieniowej leżą zupy z warzywami do chrupania i one są najważniejsze.

 

zastanawiasz się czasami nad tym co i jak tutaj piszesz? czy nie paplasz za dużo, co na to marcin, czy balansujemy na granicy, która nie podoba nam się u innych, czy trzymamy się jeszcze jakichś proporcji? bo ja właśnie tak. podpytałam nawet ostatnio mateusza, prowadzona niepokojem i ewentualnym poczuciem winy, czy mu to nie przeszkadza- dostałam zielone światło.

 

teleexpres:

piekłam to migdałowe ciasto donny hay dzieciakom we francji. właściwie na okrągło, na zmianę z bananowym chlebem sophie dahl i leśnym plackiem nigela.

zauważyłam, że bardziej niż zapach chleba czy ciasta kręci mnie ostatnio w nosie zapach opalanych do bulionu cebul- co za koncentracja aromatu. słodycz, goryczka, dym, coś jak ciemne piwo albo karmel.

jeśli szorowanie ciała na sucho nuży cię tak samo jak mnie to mam dla ciebie wskazówkę- od kilku dni oglądam do tego wieczornego obowiązku nigellę i w efekcie nie mogę przestać się szorować. dodatkowo to dobrze robi na głowę- ty machasz szczotką, ona kroi sobie w piżamie kolejny kawał ciasta czekoladowego- od razu jestem z siebie zadowolona.

 

a.

 

18 kwietnia, podobno kwiecień

już zamierzałam donosić, że świat wrócił, ale wczoraj późnym popołudniem nagle zgasło słońce i rozpętała się śnieżyca. tata biegał z psami po ogrodzie i ubierał rośliny w wielkie płachty, ja martwiłam się o porzeczki, oboje próbowaliśmy uruchomić jepa, w którym padł akumulator i który stał na śniegu z otwartą paszczą. dziś o szóstej rano odśnieżanie, między katowicami a krakowem burza śnieżna, długa podróż. mam wrażenie, że znów mieszkam w styczniu i że znikąd nadziei.

a jednak w piątek przydarzył mi się pierwszy zmierzch na schodach werandy- smukłe ramiona magnolii, wiatr, który przynosił zapach skoszonej trawy, pierwszy raz w tym sezonie; złote słońce kładące się do snu nad szczelińcem, beztroskie piski chłopców z sąsiedztwa, mój kot-wdowiec, radosne wzruszenie.

wielkanoc spędziliśmy w lesie. nieciekawe prognozy pogody, wyjąwszy wczorajszy incydent, szczęśliwie się nie spełniły, mam w nogach sporo kilometrów. spacery- do „kazimierza”, do leśnej kapliczki, na ulubioną polanę albo „na zakręt”- lokalna topografia i znajomy rytm. raz spacer w deszczu, z latarką pierwiosnków w dłoni, raz z aureolą od słońca, z rozpiętymi kurtkami. dużo czasu, brak celu, święty spokój. mój rodzinny dom to pewnie jedyne miejsce, w którym nigdy i nigdzie nie mam przy sobie telefonu, więc może stąd ten bezmiar.

 

na świątecznym stole głównie polska- sałatka jarzynowa, buraczki z chrzanem, jaja z chrzanem, w ogóle jaja; kolejne tacki rzeżuchy, domowa szynka, chleb i masło, żurek z chrzanem i białymi kiełbaskami, pstrągi uwędzone przez tatę. na deser- kruche ciasto mojej mamy, pół blachy z konfiturą z róży (domowa) i jabłkami (z naszego sadu), drugie pół z różą i śliwkami (z wątłych poniemieckich śliw na łące). i jeszcze niewielka blaszka „japońca”- krzyżówki jabłecznika i makowca z orzechami, z ośmioma żółtkami. i tyle, bo czego więcej trzeba dla czterech osób.

 

dziś jedliśmy z matko obiad w bistro 11 i myślę o nim z radością- wszystko pyszne, i tagliatelle z żółtkiem, salsiccią i friarielli, i mój miecznik na waniliowym risotto, z żółtym buraczkiem, boczkiem i solirodem, chcę to jeść codziennie.

 

w czwartek o świcie lecimy do londynu, bardzo się cieszę, to moje marzenie od dłuższego czasu. kto by pomyślał.

 

a.

13 kwietnia, wielki czwartek

od poniedziałku wielki post w brzuchu- trochę z powodu wyjątkowo niefrasobliwego weekendu w nolio (w sobotę we dwoje, w niedzielę z delegacją z arabii saudyjskiej), a trochę przed świętami i wycieczką do londynu. jem owoce, warzywa i piję ziółka. wyjątkowo smakuje mi kapusta kiszona przez mojego tatę i zupa z białej kapusty, częsty gość w mojej kuchni. koniec postu przewiduję na jutro w porze obiadowej, bo na wtedy umówiłam się z dobrunią na humus.

 

jutro wstaję o szóstej i jadę do kotliny kłodzkiej, przestraszyły mnie komunikaty o korkach na autostradzie. całkiem cieszę się na tę samotną przejażdżkę, będę sobie śpiewała. wiozę do rodziców burratę, ricottę, moje chleby, kabanosy z dzika, kiełbaskę z mangalicy i nowy ulubiony włoski ser z piegami pieprzu- czyli czym kraków bogaty.

 

jesienna pogoda, spuchnięte zatoki, huk roboty, spękane dłonie. kiedy to się skończy.

 

a.

10 kwietnia, poniedziałek

Tak bardzo tęsknię za swoją kuchnią. Mam w nosie, że do pracy jadę rowerem 15 minut, że tuż obok lody Jednorożec (na co komu lody w kwietniopadzie) i kawiarnia Relaks, że całe pola Pola Mokotowskiego, ani nawet, że mamy rzutnik i można w niedzielny wieczór, rozkosznie polegując w półmroku sypialni, obejrzeć „American Beauty”. Na szczęście dziś już spakowaliśmy swój dobytek, pomachaliśmy kotom na do widzenia (pamiątka: jedna duża szrama i trzy małe, wiele kłaków) i wracamy na poczciwy Grochów. Nie wiem jeszcze, co ugotuję jako pierwsze, ale z kronikarskiego obowiązku nadrabiam ubiegły tydzień. A więc zjedliśmy:

 

– przemiłe gnocchi w sosie truflowym z kozim serem i sałatką z fenkułu i pomarańczy, saltimboccę na polencie oraz semifreddo migdałowe w Mercato, jako pani z Kukbuka i pan z Restaurant Weeku

– prawie całą kartę Bibendy, ale na wynos – o ile ziemniaki z aioli obroniły się doskonale, a samosy nieco zwiędły, ale usatysfakcjonowały (ten sos!), to już humus i paté smakowały kolejno jak ścierka do wycierania blatu i piana z wątrobianki, paskudne i smutne

– (ja podczas dziewczyńskiego spotkania z koleżanką Napiórską) talerz raclette w Kremie, tak bardzo ich kocham – są zawsze uśmiechnięci i weseli, mają piękne, jasne wnętrze i same pyszne, porządne klasyki; pod stopionym serem kryły się pieczone ziemniaczki, do przegryzienia korniszony i szynka dojrzewająca; to był lek na całe zło świata, nawet to, które mnie nie dotyczy; Napiórska wtrząchnęła taki sam talerz i to było piękne, jeść z człowiekiem, który nie boi się sera

– (my, wielokrotnie) prawie całą ścianę baru mlecznego Bambino i Prasowego, a więc: chrupiący schabowy, który mi się marzył już jakiś czas, a żeby było jeszcze doskonalej, podany z marchewką z groszkiem; pierogi leniwe hojnie obsypane bułką tartą z masłem, kwaśny żur z jajem, pomidorowa za dwa złote; stary człowiek we mnie kocha bary mleczne

– osiem różnych warszawskich croissantów – robiłyśmy z Monią ślepy test i bardzo nas zdziwiły rezultaty; zagryzłyśmy to potem jajem na miękko, brie i rukolą, słonym karmelem i twarożkiem waniliowym z Mlecznej Drogi.

 

Nie mogę się już doczekać trasy świątecznej. Na fotelu pasażera jest mi czasem tak dobrze, że bez względu na cel, nie chcę, żeby droga się kończyła. Czy wiosna jeszcze przed nami, czy to może już?

 

k.

 

 

 

6 kwietnia, czwartek

a dziś zaszliśmy w końcu na kolację w ramach tajemniczej degustacji, miałam to w głowie od dawna, ale albo nie było miejsc, albo nas nie było. punkty stałe- gotuje krakowski makaroniarz, wina dobiera monika bielka-vescovi, zmienne- miejsce kolacji, mianowicie zawsze wiadomo co będzie zjadane, nie wiadomo jednak gdzie. dziś wylądowaliśmy w industrialnej przestrzeni studia fotograficznego na zabłociu, motyw przewodni- sycylia wiosną, kuchnia i wino sycylii schyłku zimy i przednówka. uczucia mam mieszane, ale na pewno z jadłospisem było mi do twarzy. najpierw cukinia z jajkiem przepiórczym, domowym majonezem i cykorią z olejem z orzechów włoskich i pożegnanie cytrusów- pomarańcze z daktylami, orzechami włoskimi, oliwą i ziołami. później mule zapiekane z bułą tartą z czosnkiem i nacią pietruszki, oddałam swoją porcję matko z przyczyn takich jak zawsze. dalej akcent hiszpański- kurczak w pomarańczach, orzechach włoskich i suszonych śliwkach, to akurat nie moje wybrzeże. na finał- poliki wołowe w czerwonym winie i occie na puree z brukwi i z karmelizowaną cykorią. na deser przeżycie- coś a la panna cotta z pistacji bronte, tłuściutka, niesłodka, intensywna, z kruszonką i kolejnym cudem świata- czekoladą z modica, czy to to kiedyś jadłaś? dawno deser nie sprawił mi takiej przyjemności, może z wyjątkiem kokosowego pączka z modu, który przyjechał z matko z warszawy i którego połówkę miałam dziś na drugie śniadanie.

 

poza tym kwiecień plecień- co pół godziny ulewa lub uśmiech słońca przez chmury. wyjęłam dziś z szafy zimowe buty, które pochowałam w poniedziałek. co nagle i tak dalej.

 

a.

6 kwietnia, leje

Od poniedziałku mieszkamy na Rakowcu, opiekując się przestrzennym mieszkaniem na poddaszu, w którym nie ma kuchni (oliwy, pieprzu, niczego). Są za to dwa wielkie koty, które nad ranem depczą nam po plecach, a za dnia leżą w plamach słońca na parkiecie. W związku z tym jedzenie stało się jeszcze prostsze, niż zwykle – tostujemy sobie systematycznie kromki z bochenka pszenno-żytniego chleba, jemy z masłem, popijamy winem. Na oknie wyrósł już (mój) las rzodkiewek i rzeżuchy, maleńkie żniwo ląduje na twarogu ze Strzałkowa. Skubiemy palcami wstążki prosciutto, pękate oliwki z Kalabrii i tłusty trójkąt brie z Piccoli Italii (odmienia się?), do której skierowałam swoje pierwsze kroki po wypłacie. Mamy dwa pokoje, po raz pierwszy od zawsze, więc gdy budzę się po szóstej, przez koty i słońce, włączam radio, nastawiam wodę i siadam na parapecie z książką („Wróżba” Agnety Pleijel) i widokiem na prawdziwie wielkomiejską ulicę, która wtedy jeszcze jest cicha. Nie chcę mi się rozmawiać, słuchać cudzego hałasu, nawet tego ambicjonalnego, w restauracjach. Jem też bezgłośnie – drewnianą łyżką. Na coś czekam, ale na co – nie wiem.

 

k.

 

 

5 kwietnia, środa, po burzy

wróciliśmy kilka chwil temu z kolacji w euskadi i chciałam zanotować jak bardzo lubię to miejsce- sąsiedzkie, skromne i codzienne. wyjątkowo odpowiada mi ich sposób- proste, surowe jedzenie, maksymalnie świeże; prostolinijność, która jest komplementem. zwykle lubię, gdy jedzenie wybucha mi w buzi fakturami i aromatami, ale euskadi lubię za coś zupełnie odwrotnego. dziś- smażone pimientos de padron, cierpka oliwa, ciepły chleb i kwiaty kaparów; tuńczyk bonito na guacamole, jak bryza i poranek nad morzem, dawno nie jadłam takiej ryby. maślana biodrówka jagnięca, pieczony kalafior. dziupla, gdzie nad przyjaznym, niedrogim winem można opowiedzieć sobie nawzajem swój dzień, dziś wyjątkowo roboczy.

 

w poniedziałek obejrzeliśmy ostatni odcinek „wielkich kłamstewek” i jestem poruszona. najpierw nie mogłam usnąć, wczoraj emocjonowałam się na ten temat baszce przez telefon, z wzajemnością. miałam nawet pomysł, żeby przestać chodzić do kina, bo nie pamiętam kiedy coś w kinie zafundowało mi takie przeżycia. sprawa jest otwarta.

 

skończył się sezon na cytrusy, od poniedziałku jem uparcie moją ulubioną sałatkę międzysezonową- kalafior albo romanesco pieczony w ras el hanout, sałata rzymska i dębowa albo cykora, daktyle albo żurawina, pęczak albo orkisz, mięta, sos z kremówki, pieprzu, oliwy i skórki otartej z cytryny, prażone migdały. nowe w koło macieja.

 

a.

2 kwietnia, niedziela

weekend inicjacyjny- pierwsze gołe nogi, pierwsze lody, pierwsze prosecco i oliwki w barawino na mostowej, pierwsze czytanie w ogrodzie mehoffera, pierwsza rukola i  pęk pokrzywy z targu pietruszkowego, pierwsze dni pod niebem, ale tak naprawdę całe, od ranka do zmierzchu; okna pierwszy raz otwarte na oścież, tak, że siedząc na kanapie czuję się trochę w domu, a trochę na zewnątrz, punktualny hejnał przez te okna, dłoń słońca na szyi, ptaki, spokój niedzieli.

 

skoro prowadzimy dziennik z zacięciem kulinarnym, odnotuję dla porządku jadłospisy ostatnich dni- w czwartek wieczorem prawie zmarłam z głodu w pociągu powrotnym z wrocławia, matko odebrał mnie z dworca i zabrał prosto do nolio- najpierw podzieliliśmy się ravioli z kaczką, później każde siedziało uśmiechnięte nad swoją pizzą (ja aglio, matko margherita). jezu, jaka to jest radość. wcześniej rano zjadłam jogurt grecki z oliwą, miodem gryczanym i solą morską, a wcześniej na obiad- humus  z marynowanym burakiem i ligolem w kontakcie, ostatnio ulubiony- kwaskowy i ostry od chrzanu i szczypioru. od dwóch dni jemy na śniadanie bochen razowego chleba (żytnio-orkiszowy z pestkami), twaróg i jaja na miękko. wczoraj przeszliśmy kładką na obiad z mostowej do zakładki i zjadłam świetnego skreia, który w dodatku leżał na wyjątkowo smacznym puree z groszku, przykryty sosem holenderskim, a wcześniej wyjadałam matko krem z karczochów z jajem w koszulce- zanotowałam go sobie, do odtworzenia.

 

dziś mieliśmy na obiad tagliatelle z czosnkiem niedźwiedzim, parmezanem, skórką otartą z cytryny i na końcu z bułką tartą- przepis trochę z bon appetit, a trochę mój. wczoraj i dziś na deser lody- wczoraj w si geli, niezłe parmezanowe z octem balsamicznym, gorsze z czarnej porzeczki, a dziś w dionizetti tuż za rogiem, bo na świętego marka- dla mnie całkiem atrakcyjna, bo wyraźnie słonawa pistacja i ryż na mleku z miodem (naprawdę smakowały jak ryż na mleku z miodem). matko miał w rożku miło słony karmel z masłem, orzech laskowy i kulkę o smaku kaszy manny z musem morelowym, coś dla ciebie. nad świętym markiem zapadał zmierzch, miasto tężało, wracaliśmy pomału do domu, obejrzeliśmy witryny wszystkich mijanych antykwariatów, całe serce szło mi do krakowa.

 

w sprawie zabiegów kosmetycznych- ja też jestem w tej dziedzinie dość oporna i sprawiają mi one niewiele przyjemności. jednakowoż mam świadomość, że będę raczej starsza niż młodsza, i mając to w pamięci od kilku mocnych miesięcy wykonuję regularnie czynności, których nigdy wcześniej w repertuarze nie miałam. i tak oprócz szczotkowania ciała na sucho wcieram w całą siebie olej kokosowy albo jakiś inny olejek, codziennie się też rozciągam. rano, jeszcze przed szklanką wody z sokiem z cytryny, wypijam okrzemki i jedną łyżeczkę rozpuszczonego w wodzie mumio (nie pytaj). codziennie przed snem zażywam też garść wspomagaczy- witamina d, b i k, kwas foliowy, probiotyk, tabletkę na insulinę i bajkalinę tybetańską (nie pytaj). na buzię najlepiej lubię krem od niezastąpionej wrocławskiej magdy, przyjemne jest serum od resibo. zamiast tonika używam borasolu-roztworu boru, pięć złotych w każdej aptece. systematycznie olejuję włosy olejem z amli. przed snem wcieram we wszystkie paznokcie olej rycynowy, ostatnio śpię w skarpetach i rękawiczkach. staram się z tym wszystkim choć trochę polubić. ale i tak najtrudniejsza w codziennej pielęgnacji jest zgoda na siebie- wyrozumiałość dla małostek, których w sobie nie lubię, uważność, myślenie o sobie na miło. niełatwo jest być dziewczyną.

 

w porozstawianych pod domu słoikach bukszpan i bukiet, który dostałam w prezencie- ciemierniki, eukaliptus, jaskry, gerbery i anemony. na plantach startują drzewa.

 

aha, chleba piotra kucharskiego nie jadłam- tata ma jego książkę, widziałam też zdjęcia z wrocławskiej chleboteki- to nie wygląda dobrze, szkoda, żeby insulina skakała mi na darmo.

 

a.

 

 

 

29 marca, leje

Nie wiem, jak kogoś może nie nudzić szorowanie ciała szczotką, dlatego z rozkoszą wypróbuję Twój sposób. W ogóle wydaje mi się, że jedyne ablucje, do jakich jestem stworzona, to chlapanie twarzy zimną wodą, mydło jajeczne (przywiozłam sobie ze Szwecji, wspaniałe) i tłusty krem na policzki. Wtedy jestem rumiana jak Pyza na polskich dróżkach i od razu lepiej mi się je śniadanie i lepiej śpi. Płynnie przejdę więc do kolejnej kwestii – oczywiście, że tak. Pisząc, zastanawiam się zawsze, czy już wyrosłam z egzaltacji, albo czy kogoś znowu naśladuję – bo nie wiem jak Ty, ale ja uważam, że słowa, które człowiek pisze, są sałatką ze słów, które człowiek przeczytał i nie sposób, no nie sposób być sobie samym oderwanym. Więc przy każdym akapicie dumam nad szczerością swoją i słów. Czy nadmierną – chyba nie, w końcu to tylko życia część i pryzmat, ten mój stół z nagłówka.

 

Od soboty budzi mnie snop światła słonecznego. Najpierw powoli wspina się po zasłonkach, potem po pościeli i ścianie. Dni zaczynają się więc chwilę wcześniej i jest czas, tak jak wczoraj, wyjść na rześki spacer po paczkę kawy – rude słońce, puste ulice – lub tak jak dziś, upiec na śniadanie jagodowe scones. Lubię je za nieporadność, wyglądają trochę jak bardzo stare skały, a dzisiejsze dodatkowo zabarwiły nam na fioletowo palce i usta. Najlepiej smakowały z solonym masłem i dżemem z czarnej porzeczki, ale przy każdym kęsie marzyłam o tym, aby w Polsce ktoś produkował clotted cream.

 

Na obiad warsztaty z Piotrem Kucharskim (jadłaś jego chleb we Wrocławiu?) – sałatka z czarnej soczewicy ze smażoną gruszką, topinamburem (PFE, wyjęłam), czerwoną cebulą i smażonym halloumi, śliczne plasterki kolorowych buraków i szynki parmeńskiej, ułożone na śmietanie rozkręconej z kozim serem, posypane granatem, polane oliwą – mogłabym mieć sukienkę w taki deseń, zupa ziemniaczana z białą czekoladą (zdziwieniu nie było końca, a to przecież tłuszcz i cukier, na miłość boską) i kaszanką, w uwielbieniu do której pozostałam odosobniona, więc zjadłam dwa kawałki, spora garść fascynującego popcornu z kaszy gryczanej i ciasto migdałowe z gruszkami. Na koniec zasadziliśmy jeszcze w małych doniczkach groszek, rzeżuchę, rzodkiewki i kolendrę, a potem lunął pachnący deszcz.

 

Każda minuta spędzona w zamkniętym pomieszczeniu wydaje mi się pozbawiona sensu. Pracuję nad tym.

 

k.

28 marca, wtorek, 19 stopni celsjusza

ilekroć otwieram fejsbuka lub stronę któregoś radia lub gazety i widzę czyjeś zdjęcie pierwsza myśl jest taka, że znów ktoś odszedł. tak było w sobotę z myśliwskim, a po chwili ulga, bo to jedynie fotografia przypominająca o jubileuszu pisarza. martwię się, że to początek stanów lękowych.

 

po ostatnich pętelkach po polsce zupełnie tuzinkowy weekend w krakowie- powszedni, dobry i cichy. w połowie samotny, bo całą sobotę byłam sama w domu. odprawiłam z przyjemnością wszystkie rytuały, już z zacięciem wiosennym- wyprawa na targ pietruszkowy, po pierwsze bukiety czosnku niedźwiedziego i dobrą mąkę, później nieśpieszny spacer na stary kleparz i wszystko jak zawsze- pouśmiechani panowie na stoisku z oliwkami, ogonek do włoskiej budki mirco (kupiłam burratę, świeży makaron i pancettę), starsze panie z zielenina porozkładaną na ścierkach w kratę, budka z ziołami (szałwia i kolendra), arabsko-indyjskie delikatesy dubai (fasola mung, pikle z rzepy, marynowane cytryny). dotarłam też w końcu na ulicę szlak, do le rond- dziupli z francuskimi serami, bo doszły mnie słuchy, że w nowej dostawie przyszedł 28-miesięczny comte, i rzeczywiście- taki sam, jaki wyjadałam z lodówki we francji, świetny.

upiekłam chleb, chyba pierwszy od miesiąca, uwarzyłam bulion. wymiotłam zimę z domu, patrzę z radością na czyste kąty.

wróciło światło, znów budzę się do niebieskiego nieba i czuję się na naszym drugim i połowie piętra jak w złotym bocianim gnieździe. przyjemność, gdy słońce kładzie się na czystych parkietach i regałach, niedowierzanie, że świat znów będzie ubrany w jasną aureolę. wdzięczność za to.

 

matko wrócił do domu w sobotni wieczór, jedliśmy do nocy oliwki, salami, comte, orzechy i bagietkę od nad&greg i sprzeczaliśmy się o możliwości (ja) lub brak możliwości (matko) powiedzenia dużych rzeczy w języku angielskim. każde z nas obstaje przy swoim, matko sięgał po derridę, eco i foucault, ja dostawałam białej gorączki. spór pozostał nierozwiązany.

 

w niedzielę na obiad fasola borlotti, którą przywiozła mi z piemontu bunia, z burratą i z czymś a la salsa z czosnku niedźwiedziego, natki pietruszki, kaparów, anchois, dijon i skórki otartej z cytryny, kałuża oliwy (przepis z książki z przepisami restauracji ducksoup, obsesja trwa w najlepsze). wytarliśmy miski grubą kromką chleba, intensywne doświadczenie. wczoraj usiedliśmy do później kolacji złożonej z miski sałaty z cykorii, pieczonych buraków, brunatnej soczewicy, daktyli, naci pietruszki i fety, ostatnia kulka burraty, twarde sery i chleb, butelka wina. a dziś ugotowałam wielki garnek ribollity, ukręciłam pesto z pietruszki i prażonych orzechów włoskich; szczęśliwie jutro na obiad to samo. u podstaw mojej piramidy żywieniowej leżą zupy z warzywami do chrupania i one są najważniejsze.

 

zastanawiasz się czasami nad tym co i jak tutaj piszesz? czy nie paplasz za dużo, co na to marcin, czy balansujemy na granicy, która nie podoba nam się u innych, czy trzymamy się jeszcze jakichś proporcji? bo ja właśnie tak. podpytałam nawet ostatnio mateusza, prowadzona niepokojem i ewentualnym poczuciem winy, czy mu to nie przeszkadza- dostałam zielone światło.

 

teleexpres:

piekłam to migdałowe ciasto donny hay dzieciakom we francji. właściwie na okrągło, na zmianę z bananowym chlebem sophie dahl i leśnym plackiem nigela.

zauważyłam, że bardziej niż zapach chleba czy ciasta kręci mnie ostatnio w nosie zapach opalanych do bulionu cebul- co za koncentracja aromatu. słodycz, goryczka, dym, coś jak ciemne piwo albo karmel.

jeśli szorowanie ciała na sucho nuży cię tak samo jak mnie to mam dla ciebie wskazówkę- od kilku dni oglądam do tego wieczornego obowiązku nigellę i w efekcie nie mogę przestać się szorować. dodatkowo to dobrze robi na głowę- ty machasz szczotką, ona kroi sobie w piżamie kolejny kawał ciasta czekoladowego- od razu jestem z siebie zadowolona.

 

a.

 

27 marca, ciepło

W momencie gdy wczoraj wyszłam z domu (po śmietanę) w lekkim płaszczu narzuconym na bluzę i gdy potem czytałam na ławce w parku pełnym dzieci na rolkach, na słońcu, na chwilę, właśnie w tym momencie przyszła chyba wiosna. Trzy godziny spaceru po Saskiej Kępie, lody jagodowe, pączki na drzewach, pikujące główki kwiatów i całkiem już dorodne krokusy w różance w Parku Skaryszewskim – to znaki dymne.

 

W sobotę natomiast, oprócz tego, że była zima, to przyjechała mama poprzesadzać nam kwiaty. Przywiozła ze sobą puławianki, rumiane i obsypane makiem maślane bułeczki, które przez całe dzieciństwo jadłam z masłem i szynką, oraz maślane cebularze z makiem (masło masło masło), lubelski przysmak, który nauczyłam się doceniać dopiero, gdy wyjechałam z miasta, w którym ludzie jedzą takie rzeczy w trolejbusach. Po śniadaniu złożonym z masła dokonałyśmy wspólnie remanentu i przesadzki. Wszystkie bluszcze, fikusy i inne dzieciaczki mają się teraz ładnie zachowywać, bo jeśli nie urosną im nowe liście w takim słońcu i nowych domach, to ja chyba zakończę swoją ogrodniczą karierę. Pestka z awokado trwa niewzruszona, no zobaczymy.

 

W piątek wywołałam zdjęcia z Rzymu i jakoś tak wyszło, że kulinarnie byliśmy w ten weekend we Włoszech. Kiełbaski z czarną soczewicą i rukolą, dużo lepkiego pomidorowego sosu na winie, ser do podgryzania. Linguettine z sosem pomidorowym (za radą Krakowskiego Makaroniarza chlusnęłam doń wódki), z jędrnymi zielonymi oliwkami i kołderką parmezanu. Cudowne, wilgotne, prawie że marcepanowe ciasto Donny Hay (przepis na przykład tu) z ricottą i skórką otartą z cytryny – marzyłam o nim od wieków, a okazją do upieczenia była przymusowa bezglutenowość mamy. W dwa dni zjedliśmy cały okrąg, bez krztyny wyrzutów sumienia. Te, w kontekście kulinarnym, prawie mi się ostatnio nie zdarzają. Wszystko wolno, to mniej się chce.

 

69670034

 

k.