25 lipca, leje

Śniło mi się, że mam psa. Był żółty i lubił stać na parapecie, patrzeć na inne psy. Gdy się go głaskało, na dłoni zostawała kałuża mojego szamponu na wzmocnienie włosów, żółta i pachnąca. Jakoś na samym początku tej chłodnej wiosny obiecaliśmy sobie takie towarzystwo i od tamtej pory oglądam się za każdym, nadaję mu imię i rys charakterologiczny. Ale przed nami wyjazd jeden, drugi, potem trzeci, może mamy za małe mieszkanie albo za dużo pracy poza domem. Jeszcze chwila, ale już się śni.

 

Na liście swoich osobistych kulinarnych (nie tyle marzeń co) ciekawostek odhaczam kolację u Amaro – zjedliśmy jego popisy z okazji istnienia sekcji kulinarnej na festiwalu Transatlantyk. Nie jestem fanką fine diningu rozciągniętego w czasie na pięć godzin, subtelność tego rodzaju jedzenia jest do zniesienia tylko w wersji skondensowanej (tak jak, co odkryłam ostatnio tonąc w malinowym zmierzchu nad Wisłą, musicale są do zniesienia tylko w wersji improwizowanej, dzięki Ci Boże za Klub Komediowy), więc wyszliśmy raczej głodni i rozbawieni, ale muszę przyznać że pomidorowy chłodnik z garścią poziomek, mięsem węgorza i cytrynową werbeną zapamiętam na długo, w przeciwieństwie do deseru – pan Basiura zapowiedział sernik, a dostaliśmy po trójkącie galaretki z czarnego bzu w kałuży kwaśnego jak czort soku z agrestu. Dlaczego! Dużo bardziej smakował mi ostatni dzień w moim rodzinnym domu – sobota wstała mglista, wciągnęłam tylko na grzbiet sweter i już po szóstej byłyśmy z mamą na targu. Po kwiaty, pomidory, borówki, żółtą odmianę ziemniaków, których w Warszawie uświadczyć się nie da, bochenek chleba, maślane cebularze w sam raz do obłożenia plasterkami masła, najlepszy twaróg na sernik (wysoki i bez spodu, bez mąki, z kremówką i warstwą jagód na wierzchu, pyszny, gdybym miała do końca życia tylko jednym się zasładzać, to sernikiem) i małą, puszystą bułeczkę z serem i rodzynkami, z piekarni w Kazimierzu Dolnym, którą jadam od dzieciństwa i którą zjadłam, zaspana, w samochodzie.

 

Widziałam już pierwszą w tym roku nitkę babiego lata, a przecież to właściwe nawet się jeszcze nie zaczęło. Oprócz wczorajszego dnia ani razu nie było mi naprawdę gorąco. Cała nadzieja w początku sierpnia – nie pamiętam, żeby w moje urodziny kiedykolwiek padał zimny deszcz. Na straganach już śliwki, pierwsze dynie. Tymczasem wakacje ciągle jeszcze przed nami – w pokoju rośnie stosik zapasów na norweskie lasy. Jeszcze nie wiem, co będę czytać – pewnie trochę skandynawskich kryminałów, które rodzą we mnie przyzwolenie na jesień oraz apetyt na chleb z serem, kawę i swetry, ale może też tę całą niepokojącą Atwood? Dwa tygodnie bezczasu, co za rozkosz.

 

k.

10 lipca, poniedziałek

Zaraz połowa lipca, a ja ostatnio wiedziałam na czym stoję chyba w maju. Są takie dni, które widzę tylko w kalendarzu.

 

Czasami stoimy na podwórku w rezydencji ambasadora, w samym środku złotego snu nastolatka – otaczają nas pryzmy burgerów, stojaki z czipsami, aleje pizzy, lodówki coca-coli, stoisko Starbucksa. Kucharze wtykają nam w ręce talerze żeberek w sosie barbecue, płynie na majonezowej fali coleslaw, chwytamy kolejne plastikowe kubki z kalifornijskim winem. Wije się wstęga gości, gra orkiestra wojskowa, ktoś śpiewa hymn, a ktoś inny kroi wielki tort w kolorach flagi, z wiśniami i kremem – niedobry, nadgryzamy cupcakes z masłem orzechowym i konfiturą, trufle, kolejne kawałki pizzy pepperoni. W basenie pływają balony, modlę się, żeby do niego nie wpaść, rozkołysana na swoich brokatowych obcasach, troszeczkę pijana absurdem i rozproszona przez te wszystkie drogie garnitury i twarze znane z wiadomości w telewizji (które oglądałam regularnie chyba tylko wtedy, gdy następowały po wieczorynce). Po zmroku wybuchają fajerwerki, po fajerwerkach wracamy na Grochów, do naszego pełnego treści mieszkania bez balkonu.

 

Czasami dni są pełne treści, nie pracy – jak miniony weekend, z pierwszą w sezonie wyprawą na Wiatrak – po najpiękniejsze w świecie pomidory z Janowa, ostatnie piwonie, jagody, morele – i pierwszą w ogóle wyprawą na Plac Szembeka – odkryliśmy tym samym Azję w środku Pragi, obwieszoną kablami, krzykliwą, kolorową. Nie dość, że można tam kupić absolutnie wszystko, to jeszcze na drzwiach sklepu mięsnego wisi rymowanka (zapomniałam zanotować, a była taka soczysta!), a na głównym placu najdłuższa kolejka wije się do ormiańskiej piekarni, przed którą staruszki zajadają chaczapuri z serem i wołowiną, polecając sobie nawzajem stragany i debatując na temat słuszności krojenia arbuza. Chaczapuri zjedliśmy i my, drugi placek chowając do torby dla Piotrka gwatemalskiego i jego dziewczyny Uli – bo w weekendowych planach zmieścił się tym razem nawet piknik w parku Skaryszewskim. Punktem wyjścia było kimchi, którego nadmiar miałam w lodówce, a punktem kulminacyjnym hot dogi, do których Piotrek kupił jagnięce kiełbaski u rzeźnika, a ja upiekłam maślane bułki z czarnym sezamem, zamarynowałam plasterki kalarepy i ukręciłam majonezowy sos ze srirachą. I niech się schowają Pogromcy Meatów! Na deser zrobiłam blok niby czekoladowy, ale matcha, na który przepis dała mi Marianna i który będzie w jej klującej się książce. Wrzuciłam do środka pieczone migdały i suszone wiśnie i było to, jak można się spodziewać, rozkoszne.

 

I w takie dni, ukołysani winem śliwkowym i mlekiem w proszku wracamy sobie powoli przez te jeziora i zagajniki Skaryszaka, których niektórzy lewobrzeżni warszawiacy nie widzieli na oczy i wcale im nie współczuję. To nic, że jest ładna pogoda – zawsze można sobie uciąć umysłową drzemkę i zebrać siły na atrakcje wieczoru, a mianowicie koncert Marsalisa i Ellinga na Mińskiej, trzy minuty od domu. Kiedyś sobie myślałam, że będę mieszkać w centrum świata, a tymczasem to centrum się jakby przesunęło.

 

Większość weekendów tego lata to jednak będą podróże – tydzień temu byliśmy w Oławie (skrót: wesele, disco polo, nerwoból, wielce malownicza wizyta w szpitalu – cisza trzeciej w nocy, wielkie ciemne okna, jarzeniowe lampy i ja na starutkiej plecionej leżance, w brokatowych pantofelkach i sukience z kokardą, szumiąca i spływająca po dwóch zastrzykach) i przywieźliśmy kilka toreb zieleniny i warzyw. Łatwo przyszło, łatwo poszło: słoik pesto (do pomidorów, na tosty, do makaronu – znów nie zdążyłam z niego zrobić nic godnego przechwałki na blogu kulinarnym), ucierane ciasto ze wszystkimi owocami lipca, garnek zupy botwinkowej na młodziutkiej włoszczyźnie, poziomki jedna po drugiej do buzi (ich urok tkwi w niedosycie, twierdzę, nikt bowiem chyba nigdy na świecie nie miał za dużo poziomek), w wazony cztery bukiety, w tym z cynii i róż. Pęk szałwii jeszcze wczoraj Marcin przerobił na przybranie do kurczęcia, którego nogę zjedliśmy trzęsącymi się rękami koło północy, bo tak to pachniało, a do tego po młodym ziemniaku, który piekł się w maśle tuż obok. Zjadłam już nawet chałwę, którą dostaliśmy od dziadzia Marcka, a to wszystko dlatego, że dziś siedzę w domu i piszę artykuł o tejże właśnie chałwie. Za oknem upalna burza, w szklance zimna kawa z porzeczkami (nie pytaj, mamy jedną foremkę na kostki lodu), nadal jestem w piżamie, a już zaraz siedemnasta. Uwielbiam.

 

k.

 

30 czerwca, piątek

Nadaję z Sopotu, gdzie po siedmiogodzinnej podróży autokarem dotarliśmy wczoraj całą redakcją, żeby sobie pokorzystać z życia w pachnących okolicznościach przyrody. Jakieś dwieście metrów ode mnie deszcz leje się na morze, a potem para unosi się do nieba i tak w koło Macieju. Niepogoda jest tu najlepszą porą roku, od razu przypominają mi się taka jedna książeczka z dzieciństwa, której tytułu za nic nie mogę teraz odnaleźć – rodzina na wydmach, deszcz i na obiad kurczak z majerankiem i mizeria, chłopcu utyka głowa między szczebelkami na balkonie – a może to nie była książka, tylko my, mali? Mam szopę godną Zbigniewa Wodeckiego, milion pijanych włosków, i jak zawsze na Pomorzu, lekki wodny haj, bo po głowie telepie się Odija („Spróbujmy objąć morze i czas – nie starczy nam ramion. W przeciwieństwie do mózgu, który mieści się w dłoni, czas i morze nie mieszczą się w mózgu.” – tak to kocham, że dla tego niewiersza mogłabym przeprowadzić się nad morze, żeby przypominać go sobie właśnie w niepogodę).

 

W brzuchu nic ciekawego – hotelowe śniadania potrafią pozytywnie zaskoczyć chyba tylko w Skandynawii, regionie, który szanuje frukost. Wczorajszą kolację mieliśmy za to zupełnie w klimacie midsommar – sznury lampek, świeże kwiaty, poduszki i wilgoć bijąca z nadmorskich zarośli, jakie okalają Bulaj, a przede wszystkim uśmiechy, które turlały się po stole przez cały wieczór, były jednak lepsze, niż to, co na talerzach – zapamiętałam tylko dorsza w sepii i maśle oraz kopytka. Nienajlepiej. A teraz pakuję manatki i biegnę – najpierw na obiad do Sztuczki, a potem na pociąg do Wrocławia. Trzeba odwiedzić działkę i odhaczyć pierwsze w tym roku wesele. Ahoj!

k.

27 czerwca, wtorek

Gdybym była potrawą, byłabym polentą. Albo kaszą manną, puree, no ciapą jak się patrzy. Nie wydaje mi się, żeby to obrazowało mój charakter, bo jednak sporo się awanturuję (Marcek świadkiem), ale jest to jednak moja najulubieńsza życiowa konsystencja. Wynurzenia te biorą się z faktu, że na wczorajszą kolację i na dzisiejszy obiad zjedliśmy właśnie, korzystając z tego, że powietrze ostre, polentę – raz z malinówką przesmażoną na maśle z młodym czosnkiem, a raz z bobem, szparagami, wyłuskanym świeżym groszkiem, bazylią i koperkiem. Od razu po zapisaniu poprzedniej kartki spłynęła na mnie błogosławiona wena i ugotowałam między innymi młodą marchewkową zupę (dobre sobie, łyżka stała na sztorc) z czarną fasolą, piekącą i rumianą cebulą oraz kolendrą („Jedz” Nigela), wsadziłam do pieca, wyjęłam i zawiozłam do Tolów, na zapoznanie z bobasem, pierwszy w tym roku krążek wspominanego już osiemset razy orzechowego ciasta z morelami, lawendą i cytrynowym lukrem, a natchniona tą wizytą dzień później machnęłam orkiszowe kładzione kluski z bobem, groszkiem, miętą, fetą i odrobiną twarogu, skórką z cytryny no i masłem dla poślizgu… Na dziś wróżę curry z młodych warzyw, bo czeka na mnie w domu wiązka kolendry i piękny, złoty kalafior spod Hali Mirowskiej. No chyba, że Marcek sprzeda fragment nieprzydatnego dobytku, z którego powoli i skutecznie odchudzamy kąty mieszkania, i będziemy mieli za co iść do restauracji – marzą mi się chinkali albo ta słodka i pełna mięsa brioszka z Pogromców Meatów… Widziałam też gdzieś na zdjęciach te wasze (czy też ogólnie krakowskie) lody z Dionizetti i strasznie mnie podekscytowały, bo wyjedliśmy już Haagen Dazs, a ja zdążyłam wpaść w cug. W każdym razie pewnie będzie też deser.

 

A poza doczesnością – nadmiar mimowolnych kontaktów towarzyskich, przerost tego i owego ego, wzajemna adoracja, autoadoracja, wszystko zmierza ku gorszemu, wiesz jak jest. W czwartek Sopot, w piątek Wrocław, w niedzielę dom, a potem lipiec pełen atrakcji mniej lub bardziej lokalnych. Daj Boże wolną sobotę.

 

k.

 

28 lipca, czwartek

przypadkiem wyszedł mi dziś wieczorek prowansalski: na kolację- w rozszerzonym składzie, bo nocujemy dziś bunię z marco- le grand aioli, święto lata. słoik domowego aioli, cierpkiego od niezłej oliwy i czosnkowego jak należy, w którym zanurzaliśmy drobne ziemniaki pieczone z szałwią, zieloną fasolę szparagową, młodą marchew, kolby kukurydzy i wspaniałą bagietkę od zaczynowej zosi. na dodatek oliwki, kapary i rukola podlana musującym winem z usmażonymi na maśle kęsami croissanta; dwie butelki prosecco, pootwierane okna. na deser też w pewnym sensie prowansja- bo lawendowy placek yotama, w którym oprócz lawendy orzechy i morele. zamiast cykad- hejnał.

 

jutro zaczynami trzecią część wakacji- jedziemy do kazimierza na dwa brzegi. próbowałyśmy się dziś z bunią doliczyć które to nasze lato nad lubelską wisłą, siódme, ósme? w prognozach pogody jak co roku piekło na ziemi- wszyscy drżą, ja się cieszę.

na śniadanie mamy kanapki z bagietki pociętej jak ciabatta- z ricottą, pesto, pomidorami, pieczonymi pomidorkami koktajlowymi (piekłam je dziś w stu stopniach trzy godziny z okładem) i bazylią. o szóstej będę parzyła herbatę do termosu.

 

a.

 

 

 

24 lipca, poniedziałek, ukrop

za nami druga część wakacji (lub trzecia, jeśli liczyć turnus w kotlinie kłodzkiej)- małopolska, eklektyczna i dojrzała. małopolska- bo jeden dzień spędziliśmy nad jeziorem rożnowskim, a później pojechaliśmy w kochany beskid niski; między jeziorem a beskidem piękny dunajec, gruby i zamyślony, wspaniała rzeka. eklektyczna- bo wpierw noc w bardzo eleganckim hotelu, a dalej dzikie biwakowanie w nieznajowej. w końcu dojrzała dojrzałym lipcem- zachody słońca, gwałtowne burze, złoto, morele na niebie, upały, trawy sięgające bioder, mleczna droga na beskidzkim niebie, pokrzykiwania świerszczy.

 

rok temu, gdy późnym latem wędrowaliśmy z wołowca do nieznajowej, nad brzegiem szczupłej wisłoki spotkaliśmy kilka dzikich obozowisk. pozazdrościłam tym dzikim osadnikom, zeszłej jesieni plany pomdlały, teraz dołączyli do nas ania z błażejem i psem. rozbijaliśmy namioty niemłodym wieczorem, pod niebem z jeden strony ciemniejącym na noc, a z drugiej jeszcze czerwonym jak maki. chwilę potem nad łąkami wzeszły mgły, tulące się do przydrożnych krzyży, sędziwych jabłoni rodzących niesmaczne jabłka i samotnych drzwi w samotnych framugach, które mają przypominać o domostwach, których już nie ma. kąpiele w wisłoce, przejazdy przez wisłokę, brodzenie w niej. wieczorem ognisko przy szosie, którą nikt nie chodzi- jedliśmy kiełbaski i kromki chleba z musztardą i piliśmy letnie piwo, nad głowami mleczna droga. długo nie mogłam zasnąć, od szumu rzeki, krzyku świerszczy i strachu, że jesteśmy tu całkiem sami i że wszystko może się zdarzyć. rano najpierw zaparzyliśmy herbatę na naszej kuchence gazowej, później kawę w kawiarce; usmażyliśmy jajecznicę, masło, chleb, pomidory. po śniadaniu spacer, jestem opalona w kratkę i w paski, lipcowa dziewczyna. piękna nieznajowa- samotna, zapomniana, dzięki bogu. czytałam później na kocu pana samochodzika („tajemnica tajemnic”) i jadłam genewy, wszystko mi w środku śpiewało.

 

nad jeziorem najadłam się ryb, hotel heron ma wcale niezłą restaurację, hotel lemon, w którym jedliśmy obiad w drodze powrotnej, już mniej. w starym domu zdrojowym w wysowej zdrój miałam ochotę na placki ziemniaczane ze śmietaną. w domu pomidory i pesto, zielona fasola szparagowa, odmiana z tych wielkich i płaskich. chce mi się jeść, gotować, robić zakupy, i znowu. czytam „miłość” toni morrison- postanowiłam odkurzyć kanon literatury amerykańskiej. większość z tych książek czytałam w oryginale, jestem ciekawa, jak brzmią po polsku.

 

z jednej strony sielanka, z drugiej sprawy fundamentalne- burzliwe, wzburzone dni. troska, niepokój, złość, niedowierzanie. ręce, które opadły, nadzieja, która matką głupich i umiera ostatnia, itd., itp. jakaś niewygoda, że gdy ja patrzę na zachodzące słońce, tylu ludzi patrzy na mury sądów czy pałacu prezydenckiego. w sprawie mateczki polski przyjmę chyba strategię grzegorza ciechowskiego- „nie pytaj o polskę”.

mój manifest- „do polityka” miłosza, najchętniej z muzyką preisnera.

 

a.

17 lipca, poniedziałek

w sobotę kupiłam na targu pietruszkowym kwiaty cukinii, poprosiłam jeszcze później na hali targowej moich państwa od ziół o pęk szałwii i w porze kolacji wydałam fritti party. smażone kwiaty z wątłymi ramionami dziecięcych cukinii lubię bardzo, okazuje się, że listki szałwii w złotawym kożuszku są równie pyszne, a w ogóle- co za pomysł! przepis na lekkie jak chmura ciasto  pożyczyłam od rachel roddy  („five quarters”), przeczytawszy uprzednio z dużą radością cały przyroździalik traktujący o smażeniu w głębokim tłuszczu. do półmiska smażonych kwiatów i ziół- oprószonych skórką otartą z cytryny i parmezanem- zgodnie z sugestiami rachel otworzyliśmy ostatnią butelkę musującego rose z węgierskiej winnicy kristinus. w rolach drugoplanowych wystąpili pieczony pęk młodej marchwi z oliwą bazyliową oraz sałaty i zioła z truskawkami i wyrazistym, winnym winegretem. polecam, świetna zabawa.

 

z innych radości- domowy chleb, masło i malinówki, pierwsze naleśniki z twarogiem i jagodami, drożdżówki z wiśniami, malinami, czarną porzeczką i ricottą, lody z orzechów laskowych nocciola tonda gentile trilobata (serio)- wyjątkowo udane, wycieczka rowerowa do puszczy niepołomickiej, cudny czarny staw pośród lasów i ważki wielkie jak pięść, zapach sosen, ciepłego drewna, grzybów i środka lata. telefon do i od basi- myślę ostatnio o tym, jak to ładnie mieć przyjaciół, do których wciąż jeszcze trzeba zadzwonić lub napisać żeby dowiedzieć się gdzie są, z kim i co robią, bo w nosie mają twittery, instagramy i fejsbuki. uważam, że to cudowne. myślę też, że oni naprawdę potrafią żyć naprawdę.

 

w sobotę zmarła julia hartwig. smażyłam kolejną partię powidło-konfitury z pieczonych truskawek (syrop klonowy, ocet balsamiczny, porto) i ostro smuciłam się na ten temat. w ogóle smażenie konfitur i smutek to ładny duecik, do twarzy mi w tym. później, przed snem, czytając biogram i listę dokonań artura międzyrzeckiego, znalazłam wśród litanii tytułów napisaną do spółki z hartwig bajkę „przygody poziomki”, i przypomniała mi się winylowa płyta z przygodami zając poziomki, której ze sporym zacięciem słuchałam w dzieciństwie. znasz „zająca poziomkę”?  matko pokazał mi, jak wyglądał ten mój zając, nie spodobał mi się; potem oglądaliśmy kulfona i monikę, pana tik taka, a na końcu baltazara gąbkę. okropne! z tego wszystkiego wciąż ładny jest tylko smok baltazar.

 

na koniec donoszę, że na youtubie można zobaczyć kilka nowych wywiadów z nigellą, ja uwielbiam, jak ona mówi. ponadto z życia ucha- jestem ostatnio dość mocno przylepiona do radia bbc 4, dziś na przykład wysłuchałam odcinka powieści „the archers”, relacji z londyńskiego festiwalu muzycznego, rozmowy z jakimś specem od demokracji o demokracji, serwisu informacyjnego o dziewiątej wieczorem, a po serwisie była audycyjka o kosie (z cyklu „natural histories”), czytano między innymi wiersze brechta, seamusa heaney i adama zagajewskiego z tym ptakiem w roli głównej. wspaniałe!

 

a.

 

13 lipca, czwartek

doroczny obóz pracy w studzience u rodziców- długie dni pod niebem wypełnione pracą: oberwałam porzeczki (40 kilogramów czarnej i 10 czerwonej, dwie miski taty, reszta moja, nieźle. z części tato zrobił sok na zimę, z drugiej transzy będzie nalewka, a z tego co zostało mama smaży konfitury z dodatkiem słodkiego czerwonego wina), szypułkowałam porzeczki, zbierałam poziomki (obalam twoją teorię, my zawsze mamy za dużo poziomek, rośnie tam jakieś szalone poziomisko), ścinałam lawendę (niekończąca się historia). zabrakło dnia na zbieranie jagód. w ramach czasu wolnego- spacery po lesie, czytanie, długie rozmowy przy białym winie w towarzystwie robaczków świętojańskich i zapachu sosen (ulubiony), wyprawy przez wielki deszcz po kwiaty cukinii w kaloszach i pelerynie taty, zbiorowe dywagacje na temat tego, jakie wino dodać do tej czy innej konfitury, albo czy agrestowi będzie bardziej do twarzy z wanilią czy z imbirem. napadły nas dwie wielkie burze, słońce pogryzło mnie w szyję i przedramiona, widziałam wielkie mgły nad łąkami i górami, takie od lata i takie od deszczu. po czterech dniach na leśnej wsi wszystko mi teraz oddycha- skóra, głowa, serce. już mi brak mi tego poczucia odłączenia od tego, co mam na co dzień.

 

prosta praca i proste jedzenie- tłuste malinówki z mozzarellą, sałata i zioła z grządki, poziomki i czarne porzeczki z moim ulubionym ostatnio jogurtem nabużańskim i cierpkim miodem kasztanowym, fasola szparagowa, młode ziemniaki, jaja na miękko i zsiadłe mleko, szczupłe kolby kukurydzy z masłem i zachodami słońca, bób z oliwą i ziołami, kruchy placek z owocami lipca. a w krakowie- botwinka, zielona fasola szparagowa na sposób libański, duszona z pomidorami, koprem włoskim, przyprawami i ciecierzycą (przepis gdzieś na stronie saveur), wyjątkowo przepadam za takimi potrawkami do gryzienia. sporo ottolenghiego- bo i lawendowy placek, i ricotta utarta z pieczoną główką czosnku, z bobem z czupryną z mięty i cytrynową oliwą („plenty more”), a dziś na obiad makaron z „jerusalem”- muszle z sosem z jogurtu greckiego, młodego groszku, czosnku i oliwy, z garścią bazylii, pokruszoną fetą i usmażonymi na oliwie z chili piniami, super orzeźwiające i wciągające. pizza w nolio, naleśniki z pieczonymi truskawkami i twarogiem, młode cukinie szczupłe jak palce dobruni, usmażone na złoto z miętą, cząbrem i piniami, omlety z kwiatami cukinii. usmażyłam też pierwsze w życiu konfitury- na pierwszy ogień z pieczonych truskawek, z octem balsamicznym i porto, szaleję za nimi. w najbliższą sobotę planuję natomiast przetwórstwo agrestu i może wiśni.

 

w ostatnich dniach skończyłam czytać „wolność” franzena i ze zdwojoną intensywnością pieję, jaki jest znakomity i jakie to ma trzecie oko do patrzenia na ludzi (z zabawnych zbiegów okoliczności- wczoraj guardian podsunął mi pod nos artykuł pod tytułem „want to fight climate change? have fewer children”, to tak a propos). w pociągu do kłodzka doczytałam natomiast „terminal” bieńczyka i nie umiem pozbyć się wrażenia, że to jakaś wariacja na temat „gry w klasy”- on nie umie powiedzieć nic „normalnie”, ona neurotyczna i zaganiania, jest jakiś trzeci, on koniec końców kocha ją tak jak horacio magę, oboje bez grosza przy duszy, no a w tle paryż. chyba przeczytam sobie cortazara po raz kolejny. póki co idę sobie przez świeżutko wydany tom dziennika osieckiej z roku 1953 i to jest nad wyraz przyjemna sprawa, bo przypominam sobie jak to jest mieć siedemnaście lat i myślę o jakichś sprawach, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam- na przykład że ja też całe życie piszę jakiś dziennik, a częściej dzienniki, i jeszcze o chłopach z tamtych lat. a ponad wszystko- to niebywałe, że to napisała siedemnastolatka, ja w jej wieku nie potrafiłam tak myśleć.

 

wakacje, więc obok lektur mam też lekturki- podczytuję sobie serię o ani z zielonego wzgórza i zaczęłam od końca, bo u rodziców znalazłam jedynie „rillę ze złotego brzegu”, resztę wywiozłam do krakowa. przywiozłam też sobie z domu „koniec wakacji” i „wojnę domową”, mam ochotę na wyprawy w przeszłość.

 

i tyle. dziś pół dnia lało, a później pół nie. na czas wakacji mam nową szkołę jogi i chyba podoba mi się tam bardziej niż w tej pierwszej instancji. róże pod teatrem słowackiego jeszcze prężą rumianą pierś. na plantach tłumy, przemykam bocznymi ścieżkami. lipiec, a już po lipach. a jutro rano będę piekła drożdżówki z wiśniami. aha, dziś kupiłam pierwsze genewy i zjadłam od razu trzy i jeszcze jedno na dobry sen. jabłko, mój ulubiony owoc.

 

a.

 

wtorek, czwarty dzień lipca

matko posłał mi ostatnio- jeszcze w czerwcu- smsem zagajewskiego, o którym zapomniałam na amen, a teraz myślę o tym prawidle codziennie, bo tu przecież problemem nie jest tylko czerwiec, ale całe lato i pewnie życie w ogóle. w dodatku to słuszna diagnoza na mój temat, mam skłonności do takich dylematów i zmartwień:

 

„i znowu był czerwiec- łagodne, długie, wolno gasnące wieczory, wieczory które tak wiele obiecują, że cokolwiek się z nimi zrobi, ma się zawsze wrażenie, porażki, zmarnowanego czasu. nie wiadomo, jak najlepiej je przeżyć. iść przed siebie, albo może zostać w domu i siedzieć przy szeroko otwartym oknie, tak żeby ciepłe powietrze, nasycone dźwiękami lata, weszło do pokoju i zmieszało się z książkami, z ideami, z metaforami, z naszym oddechem. ale nie, to także nie jest sposób, to nie jest możliwe. można ich- tych niekończących się wieczorów- tylko żałować, kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. są nieuchwytne”.

 

tu mnie ma, ja już właściwie zaczęłam ich żałować. nie dosyć, że tu, na wschodzie polski, dzień zasypia prędzej niż na przykład na dolnym śląsku, to jeszcze codziennie idzie do łóżka parę minut szybciej, i ja codziennie wieczorem zasmucam się na kilka chwil.

 

a na marginesie- jestem z obozu sympatyków zagajewskiego, nie bardzo rozumiem wyrazy politowania i pobłażliwości, które często tańczą wokół jego nazwiska. on pisze moim językiem i chyba oglądamy ten sam świat.

 

a.

28 czerwca, środa

najpierw w odpowiedzi do- nieulubiony przez ciebie rabarbarowy placek z cukrem kokosowym piekłam trzykrotnie, w dodatku dwa razy z wkładem z truskawek (a więc był jeszcze bardziej wilgotny), i za każdym razem jedyne co nie trzymało się kupy to dwa pierwsze kawałki, wyciągane z tortownicy jeszcze gorące, z łakomstwem. w związku z czym bardzo dziwi mnie twój donos na temat nieskoordynowanej konsystencji tego ciasta, nie mam takich doświadczeń. jeśli chodzi o przywoływane przez ciebie uczucie zawodu na jego temat to nie dziwi mnie to specjalnie, nasze sympatie do ciast mają do siebie bardzo daleko. właściwie jedyne ciasto, które smakuje i mi, i tobie, to chyba lawendowy yotam z morelami. z tym, że ty oddałabyś za nie obie ręce, a ja tylko jedną.

dalej: manifest o krzątaniu nie miał na celu tłumaczenia się przed tobą, choć adresowany jest i do ciebie, bo i ty kpisz ze mnie w żywe oczy, co mi jakby co jakoś specjalnie nie doskwiera, bo jestem zahartowana. swoją drogą dostałam sporo miłych wiadomości z wyrazami solidarności i współodczuwania, co było miłe i krzepiące, tym bardziej, że niespodziewane. cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że żyjemy w podzielonym kraju.

i w końcu w sprawie cen za ciastko francuskie w poznaniu- ja prędzej zapłacę takie pieniądze za croissanta, bo wiem, ile czasu, pracy i umiejętności wymaga zrobienie takiego rogala, niż za sernik na śródce (nietani), bo wiem też (w dodatku bardziej niż bym chciała), że upieczenie sernika to dziesięć minut pracy plus pięć minut zmywania, i że potrafi to zrobić każdy ślepy. tu też się zatem nie zgadzamy, ale uważam, że to cudownie, bo ileż można lubić to samo.

 

następnie w zachwycie nad: „terremoto” mikołajewskiego, piękna książeczka, mniej więcej co dwie strony miałam mokro w oczach.

nad podróżami samochodem, ogromnie to lubię. nie przeszkadza mi nawet największa liczba kilometrów skądś dokądś, lubię wszystko, co się z takim jechaniem wiąże- na przykład wielki sznycel z frytkami i pyszny gulasz w gospodzie w jakimś przydrożnym austriackim miasteczku, zaraz po deszczu, komary żarły bez litości. w ostatnich dniach blisko dwa tysiące kilometrów z dala od autostrad i ekspresówek- cudna europa w letniej krasie. akompaniament, śpiewany przez nas w głos- elvis presley, roy orbison, cohen, turnau, grechuta, krystyna prońko, wodecki.

nad prowincjonalnymi, regionalnymi czechami przy trasie z austrii do boboszowa, daleko od dróg szybkiego ruchu- góry, doliny, jeziora, morawy, senne wsie, jeszcze jaśmin, przestrzeń.

nad długimi, letnimi wieczorami, świetlikami, dojrzewającymi warkoczami porzeczek u moich rodziców, porannymi spacerami do lasu, ciszą letniej nocy.

nad różowym musującym winem z węgierskiej winnicy kristinus, gdzie nocowaliśmy ostatniego wieczoru na węgrzech, bo nigdzie indziej nie było dla nas miejsca. świetne wina.

nad świadomością, że możemy sobie jechać przez węgry, austrię i czechy, pić wieczorem chłodne wino i słuchać rozwrzeszczanych żab, albo siedzieć w studzience wśród róż mojej mamy, dyskutować, śmiać się albo milczeć, i wszyscy są zdrowi, zadowoleni, nikogo nie trapią większe problemy, a dusze nie siedzą nam na ramionach. często mi to ostatnio przychodzi do głowy, i wynikająca z tego wdzięczność za to, co jest, ale też za to, czego (dzięki bogu) nie ma.

nad pierwszą opalenizną- brunatne smugi na stopach, ramionach i pod szyją, uśmiecham się do siebie w lustrach.

w końcu nad budapesztem- jak paryż, kraków, lwów, wiedeń i londyn nad jedną, grubą rzeką, bardzo ładne miasto.

 

wreszcie o węgrzech- przeciętnie ładnym kraju z nieprzeciętnie ładną stolicą, upalnym, zaspanym. wszędzie kwitną oleandry, popołudniami żar leje się z nieba, gdzieniegdzie drą się cykady. gorące dni zanurzone po pas w latach dziewięćdziesiątych, nikt się nigdzie specjalnie nie śpieszy, wszyscy mają czas na piwo w barze albo kąpiel w balatonie. jadłam langosze ze śmietaną i żółtym serem, piłam dobre wino, jadłam dobre sery i gulasze, spróbowałam słynnego węgierskiego deseru- kulki twarogu w bułce tartej podanej ze śmietaną i z cukrem, brzmi dobrze, smakuje gorzej, a właściwie zupełnie pozbawione jest to smaku. spędziliśmy dwa miłe wieczory w osławionych chyba-bistro na modłę francuską- deryne i gerlóczy, zjadłam sporo kaczki i chleba z masłem. kupiliśmy czipsy o smaku langosza, niespecjalne.

 

a później były dwa dni w górach stołowych i jeden we wrocławiu. w studzience czym chata bogata, sałata i zielone z grządek, placek z rabarbarem mojej mamy, trochę pieczony, a trochę grillowany kurczak, wielka miska fasolki szparagowej z bułką tartą. spacery, wędrówki, w niedzielę nawet trzy razy; płyty z gramofonu, śmiechy z gardeł. lato w górskiej wsi.

donoszę jeszcze, że w poniedziałek jedliśmy całą wielką gromadą obiad we wrocławskim menu motto, z bardzo miłej okazji- bunia została magistrem. nie pamiętam do końca, co jadłam, co chyba nie jest najlepszą recenzją, ale było bardzo miło.

 

a teraz już kraków. pod moją nieobecność przekwitł jaśmin i zniknęły szparagi, moje zioła urosły kilka centymetrów na balkonie ulubionej pani sąsiadki, na straganach agrest i pierwsze porzeczki. przed snem buczenie samochodów zmywających ulice, wątle, ale wyczekiwane podmuchy wiatru, zmęczone ciała. upały, powietrze stoi w miejscu, wszyscy narzekają, ale ja nigdy nie powiem złego słowa na lato.

 

a.

 

28 lipca, czwartek

przypadkiem wyszedł mi dziś wieczorek prowansalski: na kolację- w rozszerzonym składzie, bo nocujemy dziś bunię z marco- le grand aioli, święto lata. słoik domowego aioli, cierpkiego od niezłej oliwy i czosnkowego jak należy, w którym zanurzaliśmy drobne ziemniaki pieczone z szałwią, zieloną fasolę szparagową, młodą marchew, kolby kukurydzy i wspaniałą bagietkę od zaczynowej zosi. na dodatek oliwki, kapary i rukola podlana musującym winem z usmażonymi na maśle kęsami croissanta; dwie butelki prosecco, pootwierane okna. na deser też w pewnym sensie prowansja- bo lawendowy placek yotama, w którym oprócz lawendy orzechy i morele. zamiast cykad- hejnał.

 

jutro zaczynami trzecią część wakacji- jedziemy do kazimierza na dwa brzegi. próbowałyśmy się dziś z bunią doliczyć które to nasze lato nad lubelską wisłą, siódme, ósme? w prognozach pogody jak co roku piekło na ziemi- wszyscy drżą, ja się cieszę.

na śniadanie mamy kanapki z bagietki pociętej jak ciabatta- z ricottą, pesto, pomidorami, pieczonymi pomidorkami koktajlowymi (piekłam je dziś w stu stopniach trzy godziny z okładem) i bazylią. o szóstej będę parzyła herbatę do termosu.

 

a.

 

 

 

25 lipca, leje

Śniło mi się, że mam psa. Był żółty i lubił stać na parapecie, patrzeć na inne psy. Gdy się go głaskało, na dłoni zostawała kałuża mojego szamponu na wzmocnienie włosów, żółta i pachnąca. Jakoś na samym początku tej chłodnej wiosny obiecaliśmy sobie takie towarzystwo i od tamtej pory oglądam się za każdym, nadaję mu imię i rys charakterologiczny. Ale przed nami wyjazd jeden, drugi, potem trzeci, może mamy za małe mieszkanie albo za dużo pracy poza domem. Jeszcze chwila, ale już się śni.

 

Na liście swoich osobistych kulinarnych (nie tyle marzeń co) ciekawostek odhaczam kolację u Amaro – zjedliśmy jego popisy z okazji istnienia sekcji kulinarnej na festiwalu Transatlantyk. Nie jestem fanką fine diningu rozciągniętego w czasie na pięć godzin, subtelność tego rodzaju jedzenia jest do zniesienia tylko w wersji skondensowanej (tak jak, co odkryłam ostatnio tonąc w malinowym zmierzchu nad Wisłą, musicale są do zniesienia tylko w wersji improwizowanej, dzięki Ci Boże za Klub Komediowy), więc wyszliśmy raczej głodni i rozbawieni, ale muszę przyznać że pomidorowy chłodnik z garścią poziomek, mięsem węgorza i cytrynową werbeną zapamiętam na długo, w przeciwieństwie do deseru – pan Basiura zapowiedział sernik, a dostaliśmy po trójkącie galaretki z czarnego bzu w kałuży kwaśnego jak czort soku z agrestu. Dlaczego! Dużo bardziej smakował mi ostatni dzień w moim rodzinnym domu – sobota wstała mglista, wciągnęłam tylko na grzbiet sweter i już po szóstej byłyśmy z mamą na targu. Po kwiaty, pomidory, borówki, żółtą odmianę ziemniaków, których w Warszawie uświadczyć się nie da, bochenek chleba, maślane cebularze w sam raz do obłożenia plasterkami masła, najlepszy twaróg na sernik (wysoki i bez spodu, bez mąki, z kremówką i warstwą jagód na wierzchu, pyszny, gdybym miała do końca życia tylko jednym się zasładzać, to sernikiem) i małą, puszystą bułeczkę z serem i rodzynkami, z piekarni w Kazimierzu Dolnym, którą jadam od dzieciństwa i którą zjadłam, zaspana, w samochodzie.

 

Widziałam już pierwszą w tym roku nitkę babiego lata, a przecież to właściwe nawet się jeszcze nie zaczęło. Oprócz wczorajszego dnia ani razu nie było mi naprawdę gorąco. Cała nadzieja w początku sierpnia – nie pamiętam, żeby w moje urodziny kiedykolwiek padał zimny deszcz. Na straganach już śliwki, pierwsze dynie. Tymczasem wakacje ciągle jeszcze przed nami – w pokoju rośnie stosik zapasów na norweskie lasy. Jeszcze nie wiem, co będę czytać – pewnie trochę skandynawskich kryminałów, które rodzą we mnie przyzwolenie na jesień oraz apetyt na chleb z serem, kawę i swetry, ale może też tę całą niepokojącą Atwood? Dwa tygodnie bezczasu, co za rozkosz.

 

k.

24 lipca, poniedziałek, ukrop

za nami druga część wakacji (lub trzecia, jeśli liczyć turnus w kotlinie kłodzkiej)- małopolska, eklektyczna i dojrzała. małopolska- bo jeden dzień spędziliśmy nad jeziorem rożnowskim, a później pojechaliśmy w kochany beskid niski; między jeziorem a beskidem piękny dunajec, gruby i zamyślony, wspaniała rzeka. eklektyczna- bo wpierw noc w bardzo eleganckim hotelu, a dalej dzikie biwakowanie w nieznajowej. w końcu dojrzała dojrzałym lipcem- zachody słońca, gwałtowne burze, złoto, morele na niebie, upały, trawy sięgające bioder, mleczna droga na beskidzkim niebie, pokrzykiwania świerszczy.

 

rok temu, gdy późnym latem wędrowaliśmy z wołowca do nieznajowej, nad brzegiem szczupłej wisłoki spotkaliśmy kilka dzikich obozowisk. pozazdrościłam tym dzikim osadnikom, zeszłej jesieni plany pomdlały, teraz dołączyli do nas ania z błażejem i psem. rozbijaliśmy namioty niemłodym wieczorem, pod niebem z jeden strony ciemniejącym na noc, a z drugiej jeszcze czerwonym jak maki. chwilę potem nad łąkami wzeszły mgły, tulące się do przydrożnych krzyży, sędziwych jabłoni rodzących niesmaczne jabłka i samotnych drzwi w samotnych framugach, które mają przypominać o domostwach, których już nie ma. kąpiele w wisłoce, przejazdy przez wisłokę, brodzenie w niej. wieczorem ognisko przy szosie, którą nikt nie chodzi- jedliśmy kiełbaski i kromki chleba z musztardą i piliśmy letnie piwo, nad głowami mleczna droga. długo nie mogłam zasnąć, od szumu rzeki, krzyku świerszczy i strachu, że jesteśmy tu całkiem sami i że wszystko może się zdarzyć. rano najpierw zaparzyliśmy herbatę na naszej kuchence gazowej, później kawę w kawiarce; usmażyliśmy jajecznicę, masło, chleb, pomidory. po śniadaniu spacer, jestem opalona w kratkę i w paski, lipcowa dziewczyna. piękna nieznajowa- samotna, zapomniana, dzięki bogu. czytałam później na kocu pana samochodzika („tajemnica tajemnic”) i jadłam genewy, wszystko mi w środku śpiewało.

 

nad jeziorem najadłam się ryb, hotel heron ma wcale niezłą restaurację, hotel lemon, w którym jedliśmy obiad w drodze powrotnej, już mniej. w starym domu zdrojowym w wysowej zdrój miałam ochotę na placki ziemniaczane ze śmietaną. w domu pomidory i pesto, zielona fasola szparagowa, odmiana z tych wielkich i płaskich. chce mi się jeść, gotować, robić zakupy, i znowu. czytam „miłość” toni morrison- postanowiłam odkurzyć kanon literatury amerykańskiej. większość z tych książek czytałam w oryginale, jestem ciekawa, jak brzmią po polsku.

 

z jednej strony sielanka, z drugiej sprawy fundamentalne- burzliwe, wzburzone dni. troska, niepokój, złość, niedowierzanie. ręce, które opadły, nadzieja, która matką głupich i umiera ostatnia, itd., itp. jakaś niewygoda, że gdy ja patrzę na zachodzące słońce, tylu ludzi patrzy na mury sądów czy pałacu prezydenckiego. w sprawie mateczki polski przyjmę chyba strategię grzegorza ciechowskiego- „nie pytaj o polskę”.

mój manifest- „do polityka” miłosza, najchętniej z muzyką preisnera.

 

a.

17 lipca, poniedziałek

w sobotę kupiłam na targu pietruszkowym kwiaty cukinii, poprosiłam jeszcze później na hali targowej moich państwa od ziół o pęk szałwii i w porze kolacji wydałam fritti party. smażone kwiaty z wątłymi ramionami dziecięcych cukinii lubię bardzo, okazuje się, że listki szałwii w złotawym kożuszku są równie pyszne, a w ogóle- co za pomysł! przepis na lekkie jak chmura ciasto  pożyczyłam od rachel roddy  („five quarters”), przeczytawszy uprzednio z dużą radością cały przyroździalik traktujący o smażeniu w głębokim tłuszczu. do półmiska smażonych kwiatów i ziół- oprószonych skórką otartą z cytryny i parmezanem- zgodnie z sugestiami rachel otworzyliśmy ostatnią butelkę musującego rose z węgierskiej winnicy kristinus. w rolach drugoplanowych wystąpili pieczony pęk młodej marchwi z oliwą bazyliową oraz sałaty i zioła z truskawkami i wyrazistym, winnym winegretem. polecam, świetna zabawa.

 

z innych radości- domowy chleb, masło i malinówki, pierwsze naleśniki z twarogiem i jagodami, drożdżówki z wiśniami, malinami, czarną porzeczką i ricottą, lody z orzechów laskowych nocciola tonda gentile trilobata (serio)- wyjątkowo udane, wycieczka rowerowa do puszczy niepołomickiej, cudny czarny staw pośród lasów i ważki wielkie jak pięść, zapach sosen, ciepłego drewna, grzybów i środka lata. telefon do i od basi- myślę ostatnio o tym, jak to ładnie mieć przyjaciół, do których wciąż jeszcze trzeba zadzwonić lub napisać żeby dowiedzieć się gdzie są, z kim i co robią, bo w nosie mają twittery, instagramy i fejsbuki. uważam, że to cudowne. myślę też, że oni naprawdę potrafią żyć naprawdę.

 

w sobotę zmarła julia hartwig. smażyłam kolejną partię powidło-konfitury z pieczonych truskawek (syrop klonowy, ocet balsamiczny, porto) i ostro smuciłam się na ten temat. w ogóle smażenie konfitur i smutek to ładny duecik, do twarzy mi w tym. później, przed snem, czytając biogram i listę dokonań artura międzyrzeckiego, znalazłam wśród litanii tytułów napisaną do spółki z hartwig bajkę „przygody poziomki”, i przypomniała mi się winylowa płyta z przygodami zając poziomki, której ze sporym zacięciem słuchałam w dzieciństwie. znasz „zająca poziomkę”?  matko pokazał mi, jak wyglądał ten mój zając, nie spodobał mi się; potem oglądaliśmy kulfona i monikę, pana tik taka, a na końcu baltazara gąbkę. okropne! z tego wszystkiego wciąż ładny jest tylko smok baltazar.

 

na koniec donoszę, że na youtubie można zobaczyć kilka nowych wywiadów z nigellą, ja uwielbiam, jak ona mówi. ponadto z życia ucha- jestem ostatnio dość mocno przylepiona do radia bbc 4, dziś na przykład wysłuchałam odcinka powieści „the archers”, relacji z londyńskiego festiwalu muzycznego, rozmowy z jakimś specem od demokracji o demokracji, serwisu informacyjnego o dziewiątej wieczorem, a po serwisie była audycyjka o kosie (z cyklu „natural histories”), czytano między innymi wiersze brechta, seamusa heaney i adama zagajewskiego z tym ptakiem w roli głównej. wspaniałe!

 

a.

 

13 lipca, czwartek

doroczny obóz pracy w studzience u rodziców- długie dni pod niebem wypełnione pracą: oberwałam porzeczki (40 kilogramów czarnej i 10 czerwonej, dwie miski taty, reszta moja, nieźle. z części tato zrobił sok na zimę, z drugiej transzy będzie nalewka, a z tego co zostało mama smaży konfitury z dodatkiem słodkiego czerwonego wina), szypułkowałam porzeczki, zbierałam poziomki (obalam twoją teorię, my zawsze mamy za dużo poziomek, rośnie tam jakieś szalone poziomisko), ścinałam lawendę (niekończąca się historia). zabrakło dnia na zbieranie jagód. w ramach czasu wolnego- spacery po lesie, czytanie, długie rozmowy przy białym winie w towarzystwie robaczków świętojańskich i zapachu sosen (ulubiony), wyprawy przez wielki deszcz po kwiaty cukinii w kaloszach i pelerynie taty, zbiorowe dywagacje na temat tego, jakie wino dodać do tej czy innej konfitury, albo czy agrestowi będzie bardziej do twarzy z wanilią czy z imbirem. napadły nas dwie wielkie burze, słońce pogryzło mnie w szyję i przedramiona, widziałam wielkie mgły nad łąkami i górami, takie od lata i takie od deszczu. po czterech dniach na leśnej wsi wszystko mi teraz oddycha- skóra, głowa, serce. już mi brak mi tego poczucia odłączenia od tego, co mam na co dzień.

 

prosta praca i proste jedzenie- tłuste malinówki z mozzarellą, sałata i zioła z grządki, poziomki i czarne porzeczki z moim ulubionym ostatnio jogurtem nabużańskim i cierpkim miodem kasztanowym, fasola szparagowa, młode ziemniaki, jaja na miękko i zsiadłe mleko, szczupłe kolby kukurydzy z masłem i zachodami słońca, bób z oliwą i ziołami, kruchy placek z owocami lipca. a w krakowie- botwinka, zielona fasola szparagowa na sposób libański, duszona z pomidorami, koprem włoskim, przyprawami i ciecierzycą (przepis gdzieś na stronie saveur), wyjątkowo przepadam za takimi potrawkami do gryzienia. sporo ottolenghiego- bo i lawendowy placek, i ricotta utarta z pieczoną główką czosnku, z bobem z czupryną z mięty i cytrynową oliwą („plenty more”), a dziś na obiad makaron z „jerusalem”- muszle z sosem z jogurtu greckiego, młodego groszku, czosnku i oliwy, z garścią bazylii, pokruszoną fetą i usmażonymi na oliwie z chili piniami, super orzeźwiające i wciągające. pizza w nolio, naleśniki z pieczonymi truskawkami i twarogiem, młode cukinie szczupłe jak palce dobruni, usmażone na złoto z miętą, cząbrem i piniami, omlety z kwiatami cukinii. usmażyłam też pierwsze w życiu konfitury- na pierwszy ogień z pieczonych truskawek, z octem balsamicznym i porto, szaleję za nimi. w najbliższą sobotę planuję natomiast przetwórstwo agrestu i może wiśni.

 

w ostatnich dniach skończyłam czytać „wolność” franzena i ze zdwojoną intensywnością pieję, jaki jest znakomity i jakie to ma trzecie oko do patrzenia na ludzi (z zabawnych zbiegów okoliczności- wczoraj guardian podsunął mi pod nos artykuł pod tytułem „want to fight climate change? have fewer children”, to tak a propos). w pociągu do kłodzka doczytałam natomiast „terminal” bieńczyka i nie umiem pozbyć się wrażenia, że to jakaś wariacja na temat „gry w klasy”- on nie umie powiedzieć nic „normalnie”, ona neurotyczna i zaganiania, jest jakiś trzeci, on koniec końców kocha ją tak jak horacio magę, oboje bez grosza przy duszy, no a w tle paryż. chyba przeczytam sobie cortazara po raz kolejny. póki co idę sobie przez świeżutko wydany tom dziennika osieckiej z roku 1953 i to jest nad wyraz przyjemna sprawa, bo przypominam sobie jak to jest mieć siedemnaście lat i myślę o jakichś sprawach, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam- na przykład że ja też całe życie piszę jakiś dziennik, a częściej dzienniki, i jeszcze o chłopach z tamtych lat. a ponad wszystko- to niebywałe, że to napisała siedemnastolatka, ja w jej wieku nie potrafiłam tak myśleć.

 

wakacje, więc obok lektur mam też lekturki- podczytuję sobie serię o ani z zielonego wzgórza i zaczęłam od końca, bo u rodziców znalazłam jedynie „rillę ze złotego brzegu”, resztę wywiozłam do krakowa. przywiozłam też sobie z domu „koniec wakacji” i „wojnę domową”, mam ochotę na wyprawy w przeszłość.

 

i tyle. dziś pół dnia lało, a później pół nie. na czas wakacji mam nową szkołę jogi i chyba podoba mi się tam bardziej niż w tej pierwszej instancji. róże pod teatrem słowackiego jeszcze prężą rumianą pierś. na plantach tłumy, przemykam bocznymi ścieżkami. lipiec, a już po lipach. a jutro rano będę piekła drożdżówki z wiśniami. aha, dziś kupiłam pierwsze genewy i zjadłam od razu trzy i jeszcze jedno na dobry sen. jabłko, mój ulubiony owoc.

 

a.

 

10 lipca, poniedziałek

Zaraz połowa lipca, a ja ostatnio wiedziałam na czym stoję chyba w maju. Są takie dni, które widzę tylko w kalendarzu.

 

Czasami stoimy na podwórku w rezydencji ambasadora, w samym środku złotego snu nastolatka – otaczają nas pryzmy burgerów, stojaki z czipsami, aleje pizzy, lodówki coca-coli, stoisko Starbucksa. Kucharze wtykają nam w ręce talerze żeberek w sosie barbecue, płynie na majonezowej fali coleslaw, chwytamy kolejne plastikowe kubki z kalifornijskim winem. Wije się wstęga gości, gra orkiestra wojskowa, ktoś śpiewa hymn, a ktoś inny kroi wielki tort w kolorach flagi, z wiśniami i kremem – niedobry, nadgryzamy cupcakes z masłem orzechowym i konfiturą, trufle, kolejne kawałki pizzy pepperoni. W basenie pływają balony, modlę się, żeby do niego nie wpaść, rozkołysana na swoich brokatowych obcasach, troszeczkę pijana absurdem i rozproszona przez te wszystkie drogie garnitury i twarze znane z wiadomości w telewizji (które oglądałam regularnie chyba tylko wtedy, gdy następowały po wieczorynce). Po zmroku wybuchają fajerwerki, po fajerwerkach wracamy na Grochów, do naszego pełnego treści mieszkania bez balkonu.

 

Czasami dni są pełne treści, nie pracy – jak miniony weekend, z pierwszą w sezonie wyprawą na Wiatrak – po najpiękniejsze w świecie pomidory z Janowa, ostatnie piwonie, jagody, morele – i pierwszą w ogóle wyprawą na Plac Szembeka – odkryliśmy tym samym Azję w środku Pragi, obwieszoną kablami, krzykliwą, kolorową. Nie dość, że można tam kupić absolutnie wszystko, to jeszcze na drzwiach sklepu mięsnego wisi rymowanka (zapomniałam zanotować, a była taka soczysta!), a na głównym placu najdłuższa kolejka wije się do ormiańskiej piekarni, przed którą staruszki zajadają chaczapuri z serem i wołowiną, polecając sobie nawzajem stragany i debatując na temat słuszności krojenia arbuza. Chaczapuri zjedliśmy i my, drugi placek chowając do torby dla Piotrka gwatemalskiego i jego dziewczyny Uli – bo w weekendowych planach zmieścił się tym razem nawet piknik w parku Skaryszewskim. Punktem wyjścia było kimchi, którego nadmiar miałam w lodówce, a punktem kulminacyjnym hot dogi, do których Piotrek kupił jagnięce kiełbaski u rzeźnika, a ja upiekłam maślane bułki z czarnym sezamem, zamarynowałam plasterki kalarepy i ukręciłam majonezowy sos ze srirachą. I niech się schowają Pogromcy Meatów! Na deser zrobiłam blok niby czekoladowy, ale matcha, na który przepis dała mi Marianna i który będzie w jej klującej się książce. Wrzuciłam do środka pieczone migdały i suszone wiśnie i było to, jak można się spodziewać, rozkoszne.

 

I w takie dni, ukołysani winem śliwkowym i mlekiem w proszku wracamy sobie powoli przez te jeziora i zagajniki Skaryszaka, których niektórzy lewobrzeżni warszawiacy nie widzieli na oczy i wcale im nie współczuję. To nic, że jest ładna pogoda – zawsze można sobie uciąć umysłową drzemkę i zebrać siły na atrakcje wieczoru, a mianowicie koncert Marsalisa i Ellinga na Mińskiej, trzy minuty od domu. Kiedyś sobie myślałam, że będę mieszkać w centrum świata, a tymczasem to centrum się jakby przesunęło.

 

Większość weekendów tego lata to jednak będą podróże – tydzień temu byliśmy w Oławie (skrót: wesele, disco polo, nerwoból, wielce malownicza wizyta w szpitalu – cisza trzeciej w nocy, wielkie ciemne okna, jarzeniowe lampy i ja na starutkiej plecionej leżance, w brokatowych pantofelkach i sukience z kokardą, szumiąca i spływająca po dwóch zastrzykach) i przywieźliśmy kilka toreb zieleniny i warzyw. Łatwo przyszło, łatwo poszło: słoik pesto (do pomidorów, na tosty, do makaronu – znów nie zdążyłam z niego zrobić nic godnego przechwałki na blogu kulinarnym), ucierane ciasto ze wszystkimi owocami lipca, garnek zupy botwinkowej na młodziutkiej włoszczyźnie, poziomki jedna po drugiej do buzi (ich urok tkwi w niedosycie, twierdzę, nikt bowiem chyba nigdy na świecie nie miał za dużo poziomek), w wazony cztery bukiety, w tym z cynii i róż. Pęk szałwii jeszcze wczoraj Marcin przerobił na przybranie do kurczęcia, którego nogę zjedliśmy trzęsącymi się rękami koło północy, bo tak to pachniało, a do tego po młodym ziemniaku, który piekł się w maśle tuż obok. Zjadłam już nawet chałwę, którą dostaliśmy od dziadzia Marcka, a to wszystko dlatego, że dziś siedzę w domu i piszę artykuł o tejże właśnie chałwie. Za oknem upalna burza, w szklance zimna kawa z porzeczkami (nie pytaj, mamy jedną foremkę na kostki lodu), nadal jestem w piżamie, a już zaraz siedemnasta. Uwielbiam.

 

k.

 

wtorek, czwarty dzień lipca

matko posłał mi ostatnio- jeszcze w czerwcu- smsem zagajewskiego, o którym zapomniałam na amen, a teraz myślę o tym prawidle codziennie, bo tu przecież problemem nie jest tylko czerwiec, ale całe lato i pewnie życie w ogóle. w dodatku to słuszna diagnoza na mój temat, mam skłonności do takich dylematów i zmartwień:

 

„i znowu był czerwiec- łagodne, długie, wolno gasnące wieczory, wieczory które tak wiele obiecują, że cokolwiek się z nimi zrobi, ma się zawsze wrażenie, porażki, zmarnowanego czasu. nie wiadomo, jak najlepiej je przeżyć. iść przed siebie, albo może zostać w domu i siedzieć przy szeroko otwartym oknie, tak żeby ciepłe powietrze, nasycone dźwiękami lata, weszło do pokoju i zmieszało się z książkami, z ideami, z metaforami, z naszym oddechem. ale nie, to także nie jest sposób, to nie jest możliwe. można ich- tych niekończących się wieczorów- tylko żałować, kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. są nieuchwytne”.

 

tu mnie ma, ja już właściwie zaczęłam ich żałować. nie dosyć, że tu, na wschodzie polski, dzień zasypia prędzej niż na przykład na dolnym śląsku, to jeszcze codziennie idzie do łóżka parę minut szybciej, i ja codziennie wieczorem zasmucam się na kilka chwil.

 

a na marginesie- jestem z obozu sympatyków zagajewskiego, nie bardzo rozumiem wyrazy politowania i pobłażliwości, które często tańczą wokół jego nazwiska. on pisze moim językiem i chyba oglądamy ten sam świat.

 

a.

30 czerwca, piątek

Nadaję z Sopotu, gdzie po siedmiogodzinnej podróży autokarem dotarliśmy wczoraj całą redakcją, żeby sobie pokorzystać z życia w pachnących okolicznościach przyrody. Jakieś dwieście metrów ode mnie deszcz leje się na morze, a potem para unosi się do nieba i tak w koło Macieju. Niepogoda jest tu najlepszą porą roku, od razu przypominają mi się taka jedna książeczka z dzieciństwa, której tytułu za nic nie mogę teraz odnaleźć – rodzina na wydmach, deszcz i na obiad kurczak z majerankiem i mizeria, chłopcu utyka głowa między szczebelkami na balkonie – a może to nie była książka, tylko my, mali? Mam szopę godną Zbigniewa Wodeckiego, milion pijanych włosków, i jak zawsze na Pomorzu, lekki wodny haj, bo po głowie telepie się Odija („Spróbujmy objąć morze i czas – nie starczy nam ramion. W przeciwieństwie do mózgu, który mieści się w dłoni, czas i morze nie mieszczą się w mózgu.” – tak to kocham, że dla tego niewiersza mogłabym przeprowadzić się nad morze, żeby przypominać go sobie właśnie w niepogodę).

 

W brzuchu nic ciekawego – hotelowe śniadania potrafią pozytywnie zaskoczyć chyba tylko w Skandynawii, regionie, który szanuje frukost. Wczorajszą kolację mieliśmy za to zupełnie w klimacie midsommar – sznury lampek, świeże kwiaty, poduszki i wilgoć bijąca z nadmorskich zarośli, jakie okalają Bulaj, a przede wszystkim uśmiechy, które turlały się po stole przez cały wieczór, były jednak lepsze, niż to, co na talerzach – zapamiętałam tylko dorsza w sepii i maśle oraz kopytka. Nienajlepiej. A teraz pakuję manatki i biegnę – najpierw na obiad do Sztuczki, a potem na pociąg do Wrocławia. Trzeba odwiedzić działkę i odhaczyć pierwsze w tym roku wesele. Ahoj!

k.

28 czerwca, środa

najpierw w odpowiedzi do- nieulubiony przez ciebie rabarbarowy placek z cukrem kokosowym piekłam trzykrotnie, w dodatku dwa razy z wkładem z truskawek (a więc był jeszcze bardziej wilgotny), i za każdym razem jedyne co nie trzymało się kupy to dwa pierwsze kawałki, wyciągane z tortownicy jeszcze gorące, z łakomstwem. w związku z czym bardzo dziwi mnie twój donos na temat nieskoordynowanej konsystencji tego ciasta, nie mam takich doświadczeń. jeśli chodzi o przywoływane przez ciebie uczucie zawodu na jego temat to nie dziwi mnie to specjalnie, nasze sympatie do ciast mają do siebie bardzo daleko. właściwie jedyne ciasto, które smakuje i mi, i tobie, to chyba lawendowy yotam z morelami. z tym, że ty oddałabyś za nie obie ręce, a ja tylko jedną.

dalej: manifest o krzątaniu nie miał na celu tłumaczenia się przed tobą, choć adresowany jest i do ciebie, bo i ty kpisz ze mnie w żywe oczy, co mi jakby co jakoś specjalnie nie doskwiera, bo jestem zahartowana. swoją drogą dostałam sporo miłych wiadomości z wyrazami solidarności i współodczuwania, co było miłe i krzepiące, tym bardziej, że niespodziewane. cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że żyjemy w podzielonym kraju.

i w końcu w sprawie cen za ciastko francuskie w poznaniu- ja prędzej zapłacę takie pieniądze za croissanta, bo wiem, ile czasu, pracy i umiejętności wymaga zrobienie takiego rogala, niż za sernik na śródce (nietani), bo wiem też (w dodatku bardziej niż bym chciała), że upieczenie sernika to dziesięć minut pracy plus pięć minut zmywania, i że potrafi to zrobić każdy ślepy. tu też się zatem nie zgadzamy, ale uważam, że to cudownie, bo ileż można lubić to samo.

 

następnie w zachwycie nad: „terremoto” mikołajewskiego, piękna książeczka, mniej więcej co dwie strony miałam mokro w oczach.

nad podróżami samochodem, ogromnie to lubię. nie przeszkadza mi nawet największa liczba kilometrów skądś dokądś, lubię wszystko, co się z takim jechaniem wiąże- na przykład wielki sznycel z frytkami i pyszny gulasz w gospodzie w jakimś przydrożnym austriackim miasteczku, zaraz po deszczu, komary żarły bez litości. w ostatnich dniach blisko dwa tysiące kilometrów z dala od autostrad i ekspresówek- cudna europa w letniej krasie. akompaniament, śpiewany przez nas w głos- elvis presley, roy orbison, cohen, turnau, grechuta, krystyna prońko, wodecki.

nad prowincjonalnymi, regionalnymi czechami przy trasie z austrii do boboszowa, daleko od dróg szybkiego ruchu- góry, doliny, jeziora, morawy, senne wsie, jeszcze jaśmin, przestrzeń.

nad długimi, letnimi wieczorami, świetlikami, dojrzewającymi warkoczami porzeczek u moich rodziców, porannymi spacerami do lasu, ciszą letniej nocy.

nad różowym musującym winem z węgierskiej winnicy kristinus, gdzie nocowaliśmy ostatniego wieczoru na węgrzech, bo nigdzie indziej nie było dla nas miejsca. świetne wina.

nad świadomością, że możemy sobie jechać przez węgry, austrię i czechy, pić wieczorem chłodne wino i słuchać rozwrzeszczanych żab, albo siedzieć w studzience wśród róż mojej mamy, dyskutować, śmiać się albo milczeć, i wszyscy są zdrowi, zadowoleni, nikogo nie trapią większe problemy, a dusze nie siedzą nam na ramionach. często mi to ostatnio przychodzi do głowy, i wynikająca z tego wdzięczność za to, co jest, ale też za to, czego (dzięki bogu) nie ma.

nad pierwszą opalenizną- brunatne smugi na stopach, ramionach i pod szyją, uśmiecham się do siebie w lustrach.

w końcu nad budapesztem- jak paryż, kraków, lwów, wiedeń i londyn nad jedną, grubą rzeką, bardzo ładne miasto.

 

wreszcie o węgrzech- przeciętnie ładnym kraju z nieprzeciętnie ładną stolicą, upalnym, zaspanym. wszędzie kwitną oleandry, popołudniami żar leje się z nieba, gdzieniegdzie drą się cykady. gorące dni zanurzone po pas w latach dziewięćdziesiątych, nikt się nigdzie specjalnie nie śpieszy, wszyscy mają czas na piwo w barze albo kąpiel w balatonie. jadłam langosze ze śmietaną i żółtym serem, piłam dobre wino, jadłam dobre sery i gulasze, spróbowałam słynnego węgierskiego deseru- kulki twarogu w bułce tartej podanej ze śmietaną i z cukrem, brzmi dobrze, smakuje gorzej, a właściwie zupełnie pozbawione jest to smaku. spędziliśmy dwa miłe wieczory w osławionych chyba-bistro na modłę francuską- deryne i gerlóczy, zjadłam sporo kaczki i chleba z masłem. kupiliśmy czipsy o smaku langosza, niespecjalne.

 

a później były dwa dni w górach stołowych i jeden we wrocławiu. w studzience czym chata bogata, sałata i zielone z grządek, placek z rabarbarem mojej mamy, trochę pieczony, a trochę grillowany kurczak, wielka miska fasolki szparagowej z bułką tartą. spacery, wędrówki, w niedzielę nawet trzy razy; płyty z gramofonu, śmiechy z gardeł. lato w górskiej wsi.

donoszę jeszcze, że w poniedziałek jedliśmy całą wielką gromadą obiad we wrocławskim menu motto, z bardzo miłej okazji- bunia została magistrem. nie pamiętam do końca, co jadłam, co chyba nie jest najlepszą recenzją, ale było bardzo miło.

 

a teraz już kraków. pod moją nieobecność przekwitł jaśmin i zniknęły szparagi, moje zioła urosły kilka centymetrów na balkonie ulubionej pani sąsiadki, na straganach agrest i pierwsze porzeczki. przed snem buczenie samochodów zmywających ulice, wątle, ale wyczekiwane podmuchy wiatru, zmęczone ciała. upały, powietrze stoi w miejscu, wszyscy narzekają, ale ja nigdy nie powiem złego słowa na lato.

 

a.

 

27 czerwca, wtorek

Gdybym była potrawą, byłabym polentą. Albo kaszą manną, puree, no ciapą jak się patrzy. Nie wydaje mi się, żeby to obrazowało mój charakter, bo jednak sporo się awanturuję (Marcek świadkiem), ale jest to jednak moja najulubieńsza życiowa konsystencja. Wynurzenia te biorą się z faktu, że na wczorajszą kolację i na dzisiejszy obiad zjedliśmy właśnie, korzystając z tego, że powietrze ostre, polentę – raz z malinówką przesmażoną na maśle z młodym czosnkiem, a raz z bobem, szparagami, wyłuskanym świeżym groszkiem, bazylią i koperkiem. Od razu po zapisaniu poprzedniej kartki spłynęła na mnie błogosławiona wena i ugotowałam między innymi młodą marchewkową zupę (dobre sobie, łyżka stała na sztorc) z czarną fasolą, piekącą i rumianą cebulą oraz kolendrą („Jedz” Nigela), wsadziłam do pieca, wyjęłam i zawiozłam do Tolów, na zapoznanie z bobasem, pierwszy w tym roku krążek wspominanego już osiemset razy orzechowego ciasta z morelami, lawendą i cytrynowym lukrem, a natchniona tą wizytą dzień później machnęłam orkiszowe kładzione kluski z bobem, groszkiem, miętą, fetą i odrobiną twarogu, skórką z cytryny no i masłem dla poślizgu… Na dziś wróżę curry z młodych warzyw, bo czeka na mnie w domu wiązka kolendry i piękny, złoty kalafior spod Hali Mirowskiej. No chyba, że Marcek sprzeda fragment nieprzydatnego dobytku, z którego powoli i skutecznie odchudzamy kąty mieszkania, i będziemy mieli za co iść do restauracji – marzą mi się chinkali albo ta słodka i pełna mięsa brioszka z Pogromców Meatów… Widziałam też gdzieś na zdjęciach te wasze (czy też ogólnie krakowskie) lody z Dionizetti i strasznie mnie podekscytowały, bo wyjedliśmy już Haagen Dazs, a ja zdążyłam wpaść w cug. W każdym razie pewnie będzie też deser.

 

A poza doczesnością – nadmiar mimowolnych kontaktów towarzyskich, przerost tego i owego ego, wzajemna adoracja, autoadoracja, wszystko zmierza ku gorszemu, wiesz jak jest. W czwartek Sopot, w piątek Wrocław, w niedzielę dom, a potem lipiec pełen atrakcji mniej lub bardziej lokalnych. Daj Boże wolną sobotę.

 

k.