24 lutego, piątek

Londyn nieźle przeczołgał moje rzepki, ale wspaniale było rozpiąć płaszcz – poniedziałek zastał nas pierwszym dniem wiosny, światłem w powietrzu, radością rozsadzającą tuż po wygramoleniu się z samolotu. Zamiast schować się do metra i hotelu, przebiegłyśmy przez pół miasta, najpierw na wspaniały ramen (Bone Daddies, na oknie obok pałeczek i sezamu w młynku można było znaleźć śliniaki i gumki do włosów, żeby sobie ich nie utaplać w rosole, geniusze!) (pierwszy raz jadłam tak intensywnego w smaku kurczaka, a w zupie, oprócz wszystkiego, pływała jeszcze niesforna kula smażonej bułki panko z chrupiącą, siekaną skórką z tejże kury, jakąś tajemniczą zieleniną i chili; jeśli chodzi o zagadnienie panierki, jestem wielką fanką, więc smakowało), potem do sklepu Anthropologie, z którego wyszłyśmy, każda dzierżąc w objęciach różowy nakrapiany talerz z kamionki ze złotą krawędzią. A potem do teatru – znasz mój stosunek do tej dziedziny rozrywki, trochę bym chciała, a trochę się boję i nie umiem. Szklana Menażeria Tennessee Williamsa trochę zachwyciła, ale trochę jednak nie zrozumiałam. W każdym razie w przerwie sprzedawano lody, zbierając zamówienia po rzędach, a połowa widzów podczas sztuki piła wino. Będę kontynuować ten romans.

 

Wtorek zastał nas już deszczem, tym rozkoszniej jadło się więc owsiankę w 26 grains. Moja świecąca od masła i chrupiąca prażonymi orzechami laskowymi, miała jeszcze sukienkę z cynamonowego cukru palmowego i siekane jabłko, a w misce Uli był kardamon, gruszka, syrop klonowy, jogurt kokosowy i czekoladowe crumble. Powiem to na głos – naprawdę tak chcę spędzać dni, gotując owsiankę i wymyślając, czym ją tym razem ozdobię. Chcę tym karmić ludzkość, nawracać i koić. Na dobry początek tej drogi kupiłam sobie spurtle – nietłumaczalny chyba przyrząd, któremu w języku polskim najbliżej chyba do warząchwi, ale jest drewnianym fletem, który ma czynić owsiankę kremową i jeszcze wspanialszą, niż by wskazywała na to sama jej istota. Wspomina o niej z pewnością Nigel. Będę trzeć jak szalona i dam znać.

 

Pozostałe zachwyty koncentrowały się raczej na radosnym fakcie bycia w dobrym towarzystwie i fantastycznym mieście, które pod koniec jednak nieco zmęczyło (rzepki). Przeszłyśmy się Brick Lane, zahaczając o księgarnie i trafiając w końcu do maleńkiego baru Cereal Killer, który ma ściany z płatków śniadaniowych z całego świata. Zjadłyśmy na pół miskę chrupiących kratek, grudek i listków zalanych zimnym mlekiem migdałowym i było to nadzwyczaj dobre, tak dobre, że znów powiem coś na głos – uwielbiam, uwielbiam po stokroć płatki kukurydziane z mlekiem. Na śniadanie, na kolację i na pocieszenie. Obiad zastał nas na przypadkowej ławce z powodów budżetowych i czasowych – zrobiłyśmy przegląd dóbr dostępnych w gigantycznych delikatesach Marks&Spencer i zarówno sałatki (komosa ryżowa, fasolka mung, zielony groszek, migdały, pistacje, zioła, limonka, chili, miód, oliwa) jak i kanapki (chrzanowy majonez, szpinak i rostbef bardziej kruchy niż w niejednej warszawskiej restauracji) przyniosły nam sporo radości. Częściowo była ona u mnie wywołana faktem, że pierwszy raz w takiej sytuacji odpuściłam sobie gonitwę za kęsem. Tak oto trójkątne kanapki z miękkiego chleba wyzwoliły mnie z kajdan przesadnego foodizmu.

 

A dziś pakujemy bochenek chleba, kawał comte, chipsy, cegłę Toblerone z solonymi migdałami, batony zbożowe z morelami, kokosem i czekoladą, karton mleka oraz butelkę wina i jedziemy na Mazury leżeć bez ruchu i grzać się w saunie. Niech już zastanie nas marzec.

 

k.

 

(gnieciony koper włoski to przecież, że nie biedne warzywo, lecz gniecione ZIARNA kopru włoskiego, omamił mnie afekt do klopsa)

 

20 lutego, poniedziałek

Na wczorajszą kolację festiwal miękkich faktur – meatballs z parmezanem, pietruszką i gniecionym koprem włoskim, upieczone i wytaplane w sosie pomidorowym zagęszczonym skórką chleba z tej kromki, która poszła, namoczona w maślance, do mięsa. Udana sztuczka! Po łyżce wazowej tego parującego cudu rozlałam do dwóch talerzy z polentą (gotowaną w mleku, umalowaną dwiema garściami parmezanu i łyżką masła).

 

Na przedwczorajszą kolację festiwal kolorów – wspominana ostatnio przez Food52 sałatka z czerwonej kapusty, marchewki i ciecierzycy, z dymką, kolendrą i ostrym sosem z masła orzechowego. Na talerzach dołożyłam jeszcze po garści fistaszków i tak ją sobie chrupaliśmy przez dwa dni w oczekiwaniu na jakieś nowe, zielone, świeże i pachnące życiem, a nie ziemią lub lodówką.

 

Usprawiedliwię swoje narzekania na przednówek: fenkułu i jarmużu w bukietach nie widziałam na bazarkach dobry miesiąc, czerwone pomarańcze są tylko w Biedronce, kwaśne jak czort. Z brukselką i kapustą przetworzoną i pachnącą jak klatka schodowa mi w tym roku wyjątkowo nie po drodze. Jedyny ratunek w Azji i włoskich pocieszaczach uniwersalnych, jak wyżej.

 

A dziś lecę na chwilę do Londynu – pospacerować w rozpiętym płaszczu, przeprowadzić wywiad z autorką „Sirocco” i zjeść owsiankę w 26 grains oraz kto wie, co jeszcze. Dziś też wraca z Paryża Monia i jej walizka z chlebem z miso, serami i kto wie, czym jeszcze. Gdy to zjemy, będzie marzec i najbrzydsze za nami.

 

k.

14 lutego, rano i szaro

Codziennie jest Dzień Świstaka, przysięgam. Dni nie różnią od siebie specjalnie nawet posiłkami – zacumowałam w bezpiecznej przystani zup mlecznych i kaszy gryczanej z makrelą, tłustym twarogiem ze Strzałkowa i pieczonymi burakami. Niewiele da się ugotować, kiedy w domu nic nie ma, bo na bazarku nic nie ma – ostatnio w czterech sklepach po kolei nie znalazłam natki pietruszki. No więc odmawiam. Tyle z cieni.

 

Blaski:

-sernikowe kanapki Waleckiej, które przygotowałam w ramach testów do nowego numeru. Zwarte czekoladowe ciastka (z kawą i połową szklanki kakao) na kolejny dzień rozkosznie namiękły wokół ciężkiej kuli masy serowej – wysoce zadowalający twaróg Delfiko, do tego sześć jajek i dwa słoiki kremowego masła orzechowego, upieczone w keksówce i nabierane łyżką do lodów. Chrupało to jeszcze fistaszkami i zwaliło z nóg dwa biura, chociaż Marcin twierdzi, że po połowie kanapki ma palpitacje serca z przetłuszczenia.

-Restaurant Week w Kieliszkach na Próżnej – w jeden taki identyczny jak wszystkie dzień poszliśmy „do pracy”, spróbować pięciodaniowego menu, które wystąpi za tydzień na festiwalu. Nie obyło się bez okruszka pretęchy, ale i tak bałam się, że znów przytłoczy mnie delikatność fine diningu, który najczęściej nie ma smaku (vide dorsz sous vide na puree z dyni, którego ugotował dla mnie na koszmarnie nudnej gali polsko-francuskiej rady biznesu gwiazdkowy szef Pierre Gaignare (też nie znam, ale robili mu dużo zdjęć) i który smakował jak nic wetknięte w zawartość słoika Gerber). Na kolację wystąpiły: pieczona na złoto, utaplana w masełku słodka jak cukierek marchewka w emulsji (olaboga) z trybuli i z sosem rokitnikowym, chmura pasztetowej z foie gras, kromką grillowanej brioszki i dżemem z suszonej moreli – cudo, przecudo, tatar z majonezem i chlebem Tartine (Kieliszki tak dobrze robią ten tatar, nie wiem jaki jest Twój stosunek do surowego mięsa, ale jeśli pozytywny – polecam gorąco), zagrodowy kurczak marynowany w solance i upieczony, już nie pamiętam na czym leżał, ale był doskonały, oraz kostka krówki z orzechami laskowymi, słonym ciastkiem, sosem karmelowym, lodami waniliowymi i wytrawną czekoladową kruszonką. Jeszcze nie widziałam, żeby fine dining był tak komfortowy, jak tam.

(Wracając do Gali – polegała z grubsza na tym, że francuscy krawaciarze przemawiali, a my z Monią powoli wyjadałyśmy zawartość koszyka z chlebem, smarując każdy kęs masłem demi-sel i piłyśmy wino, omawiając sprawy bieżące, przyszłe i przeszłe, bo siedziałyśmy na końcu wielkiej sali i wszystkie dania docierały do nas z koszmarnym opóźnieniem. Z jasnych punktów – lekko wędzony tatar z alpejskiej wołowiny sezonowanej 28 dni i rose, które w przepięknym kieliszku podano do antraktu (beza z buraka, espuma z koziego sera, pomocy). Każdy jego łyk smakował tak, jakby luty nigdy nie istniał.

-upiekłam wreszcie rosewater biscuits z przepisu Heidi Swanson, są niewiarygodne i myślę, że mogłabyś je docenić. Mocno kruche, pełnoziarniste (u mnie orkisz i trochę pszenicy), upstrzone czarnym sezamem, suszonymi płatkami róży i kawałkami prażonych pekanów… To zabawne, ale bukiet róż w prezencie uważam za nudę, a bukiet róż w jedzeniu za luksus i nagrodę.

-ja i Yotam – on był, ale platonicznie. Zawsze przerażała mnie lista składników, więc gotować zaczęłam dopiero niedawno, kiedy się zorientowałam, że to prawie wszystko przyprawy, które mam w domu. Zrobiłam też porowe placki – święty jezu, co za podusie. W planach jeszcze batatowe i chyba powrót do gniecionej soczewicy. Ona wygląda jak to, co mamy dziś na chodnikach. Plus jeden.

 

Kultura:

-czytam Niziurskiego, którego wyjęłam z biblioteczki teściów razem z Jackiem Londonem – stare książki, podobnie jak stara muzyka, niosą promyczki nadziei, że skoro są takie stare, to było już wiele lutych burych jak błoto i zawsze po nich (mniej więcej) następowała wiosna.

-widziałam „Jackie” i okazała się nudna jak czort, a szkoda. Widziałam też „Służącą” i jestem zachwycona.

-podróż do Wrocławia i z powrotem upłynęła nam w słońcu i przy najmilszych melodiach i głosach z Trójki. Niosło to poczucie wewnętrznej stabilizacji.

 

Koniec. Idę świętować Walentynki zupą mleczną.

 

k.

 

 

 

31 stycznia, wtorek

Jestem dumna z Twoich placków, a Ty bądź dumna z tego, że polubiłam się z Yotamem. Pod jego znakiem upłynęła nam końcówka tamtego tygodnia – skropioną oliwą gniecioną soczewicę z tahini i kuminem jedliśmy z kleksem jogurtu z chili, natką w zastępstwie kolendry, jajem na półtwardo i omdlałymi od solnego masażu krążkami czerwonej cebulki. Do wytarcia talerza chleb. W piątek z kolei święto makaronu – pasta fresca oblepiona sosem na bazie śmietanki i palonego masła z szałwią, orzechami włoskimi, skórką i sokiem z cytryny, pietruszką, pieprzem i parmezanem. Osiągnęłam pełnię, której braku bałam się po powrocie z Rzymu. W ramach gotowania z książek kucharskich, które nie mieszczą się już na żadnej powierzchni płaskiej, a ciągle ich przybywa (w czwartek jedziemy po nowy regał), z „Warzywa” Dominiki Wójciak ugotowałam jeszcze kalafiorowe curry z mlekiem kokosowym i nerkowcami, miłe i delikatne, ale kalafior to jednak nie jest mój ulubiony kolega. W ramach gotowania ze wspomnień – na szybki obiad przed miałkim „La la land” prostota – puree z zielonego groszku, czosnku, masła, estragonu (latem byłaby mięta) i odrobiny kwaśnej śmietany, a obok smażony łosoś i piętka z masłem. Tłuszczyk naszym życiem.

 

W kwestii śniadań znów słodko. Na pajdach Vermonta po wielokroć Twoja kombinacja – masło, ricotta, oliwa, płatki soli, miód. Serce mi się tłucze w piersi, gdy to jem. Wiesz jak. Albo miseczka jogurtu greckiego, w nim mgławica z ciepłych jagód (dziś trafiła mi się nawet jeżyna i trochę porzeczek), prażone płatki owsiane i kokosowe, siekane migdały, chia (ale nie w postaci skrzeku, tylko chrupiących drobinek), ćwiartka banana, miód, cynamon. Piękne, jak nic o tej porze roku. Z marzenia o cannolo, które towarzyszyło mi na sobotnim balecie, powstało z kolei morze ricotty z miodem, skórką i sokiem z cytryny, uprażonymi i posiekanymi migdałami i wiórkami gorzkiej czekolady. Objęłam je naleśnikami, które posypałam jeszcze cukrem pudrem i cynamonem, a całość można by nazwać apostle’s fingers i powstało z przepisu Emiko z Food52. Jadłam je jeszcze wczoraj, tuż przed seansem „Sztuki kochania”, na który wybraliśmy się całą redakcją – to chyba najlepszy film, na jakim byłam w kinie od czasów „Ostatniej rodziny”.

 

Czy Ty też, jak byłaś mała, kładłaś sobie na buzię ciepłe naleśniki?

 

k.

24 lutego, piątek

mój tłusty czwartek to pizza w nolio późno w nocy po siedmiu godzinach w pociągu i z deszczowym dniem za plecami (a także z igłami w stopach i kolanach, szyną w buzi i kwasem mlekowym na policzkach). dla mnie aglio, dla matko sopressa, dla nas primitivo. ten rodzaj przyjemności, gdy tylko wzdychamy jedno przez drugie, po brodzie i dłoniach cieknie oliwa, mniesz kolejną serwetkę i chce ci się śpiewać. pączka nie zjadłam, bo nie przepadam.

 

w pociągu czytałam o majowych włoskich cebulkach i wiśniach amarena, przejrzałam spory plik „dużych formatów”, robiłam notatki w „near and far” heidi swanson i zaciskałam palce na wywiadach agnieszki drotkiewicz z kim tylko chcesz („jeszcze dzisiaj nie usiadłam”)- piękne rozmowy, od których się mądrzeje, rozmyśla i nagle rozumie sprawy, które wcześniej nie przychodziły do głowy, choć, jak się teraz okazuje, często ta głowa od nich boli.

zapomniałam jeszcze powiedzieć, że dwa tygodnie temu skończyliśmy oglądać „the crown” i bardzo mi tego brak. widziałam znów w sobotę z rodzicami dwa pierwsze odcinki i cały czas popłakiwałam- to jest wspaniałe. dodatkowo czuję się związana z elżbietą, bo i ja jestem taką powściągliwą służbistką, może ona też urodziła się pod znakiem koziorożca? zachowuje się zupełnie jak koziorożec.

 

nie chcę cię lalu zniechęcać, ale w stołecznych teatrach nikt nie zbiera w przerwach spektaklu zamówienia na lody, a wino, owszem, można sobie sprawić w teatralnym bufecie, ale najczęściej jest dość podłe. ale skoro podobał ci się williams, to widzę światełko w tunelu- ja na przykład za tym jegomościem, mówiąc oględnie, nie przepadam. klasyczny przykład na to, jak studia zabijają ducha w narodzie. choć czytałam ostatnio w świątecznej recenzję świeżo przetłumaczonej przez dehnela powieści larkina z jakiejś dalekiej przeszłości i mam na nią ochotę- i to mimo tego, że larkin był odpowiedzią na wszystko na moim seminarium magisterskim; larkin, isherwood i hasło autobiography oraz autobiografiction, na które sezamie otwórz się.

 

apropos spurtle– gdzieś w szkocji co roku odbywają się mistrzostwa świata w przyrządzaniu owsianki i ta impreza nazywa się właśnie „the golden spurtle”. może się zaciągniesz?

drugie apropos- o odpuszczaniu gonitwy za kęsem i wyzwalaniu z foodizmu wspaniale opowiada agnieszce drotkiewicz tessa capponi-borawska. w ogóle zakreśliłam pół książki.

 

brodka gra w radio audycję z piosenkami o jedzeniu. jak dotąd najbardziej podoba mi się francuska melodia o korniszonach z marmoladą i ta piosenka z refrenem „everybody eats when they come to my house”.

 

a.

23 lutego, znowu czwartek

w górach też odwilż, ale śnieg jeszcze trzyma. nie bardzo wierzę w mrzonki o wiośnie, jednak wciąż panuje nam luty, choć w krakowie od paru dni deszcze jak za jesieni.

byłam w jeleniej górze u naszego doktora od oczu, znów chodzę na akupunkturę- siedzę w wielkim fotelu z igłami w stopach, łokciach, nadgarstkach i szyi i krzyczę, bo boli.

w ostatnich dniach jadłam zupę z soczewicy mojej mamy, z kuminem i masłem orzechowym, bigos taty (taki sam jak na gwiazdkę, z domowej kiszonej, powidłami ze śliwek i z polędwiczką), ulubioną zupę z dzieciństwa, która już dawno nie jest ulubiona- warzywny rosołek kręcący w nosie od lubczyku, z lanymi kluskami-„kluseczkowa”, a w niedzielę pieczonego kurczaka, najpierw nasmarowanego masłem, a później zalanego białym winem i obrzuconego cytrynami, z retro surówką z selera, jabłka i orzechów włoskich i drugą, z tartej marchwi z żurawiną. pięć dni z rzędu razowy chleb z ciemnych mąk żytniej i orkiszowej z pestkami, jaja na miękko i awokado.

mam ostatnio huk roboty- trochę nie ma mnie w domu, a jak jestem, to nie wiem w co ręce włożyć, zresztą nie tylko ja. tęsknię do mojej rutyny. ugotowałam nawet bulion, ale nie mam czasu zrobić zupy. dodam, że jestem słaba w „nie mam czasu”. w poniedziałek ratował mnie słoik zupy od mamy, we wtorek słoik bigosiku od taty, a odkąd skończyły mi się słoiki- obsmażam na złoto na oliwie blanszowane fenkuły, dorzucam pierścionki cykorii i fasolę borlotti, i duszę chwilę ze skórką otartą z cytryny, z kremówką albo białym winem, raz dwa, później więcej skórki cytrynowej, sok z cytryny, tarty parmezan i trochę pokruszonej fety. ratuje życie, zapamiętam to sobie.

 

zaraz znów wsiadam w pociąg do wrocławia, z torbą książek, jabłek i parasolem, okropnie nie mam ochoty na tę wycieczkę. ale zanim:

-zerkam zazdrosnym okiem w kierunku twojego londynu, to ostatnio dużo ochota, lecę na brytyjskość.

-czerwone pomarańcze z biedronki smakują mi właśnie dlatego, że są kwaśne jak czort, nie lubię słodkich.

-co to jest gnieciony koper włoski?

 

nadąsana a.

 

15 lutego, środa

uważam, że w demokratycznym kraju, zanim zaczniemy się gromadzić czy pobierać nauki, każdy obywatel powinien przede wszystkim mieć prawo do oddychania świeżym powietrzem. wróciłam z innego świata- jasnego, wietrznego i czystego. na plażach biegacze, nikt nie przemyka chodnikami w maskach, nikt nie kaszle, nikt nie narzeka, że śmierdzi i że normy znów przekroczone. trudno uwierzyć, że to ten sam kraj.

 

upadek na ziemię z takiego świata i z sopockiego grandu jest, muszę przyznać, dość bolesny. na policzkach jeszcze wiatr od morza, a już trzeba gnać w krakowską wichurę (pod wiatr) po jajka i do punktu ksero. sporo kontrastów.

a w niedzielę obudziłam się o siódmej rano, rdzawa szrama na poduszce, za oknem morze i słońce całe w malinowych szarfach- dawno tego nie grali, ekstatyczne reakcje. poszliśmy na spacer (z wiatrem, z powrotem było trudniej)- pusta plaża, bałtyk zgarbiony od fal, rozkrzyczane mewy, samotny kormoran. malinowa poświata nie trwała długo, prędko zrobiło się złoto-jasno, a zaraz później pobławaciało. piliśmy potem kawę w hotelowym barze, podwójne espresso i dzbanek spienionego mleka, potem powtórka, parowały policzki, tajały dłonie, fruwały szaliki, będę to pamiętała.

 

dużo chodziliśmy i dużo jedliśmy. gdańsk, gdynia, sopot. co mi bardzo smakowało- na przykład pieczone tuszki śledzi z ziemniakami i sałatami z winegretem z chermoulą w gdyńskiej malice. jedliśmy tam też potrawkę z fasoli z warzywami, chili i imbirem (ja), kiełbaski merguez z ognia (matko) i pieczone winogrona z domowym serkiem panir (coś między ricottą a twarogiem) z miodem gryczanym i różą (my). smaczne, prawie domowe jedzenie, prawdomówne i solidne. primitivo, które tam piłam- boże jedyny, pachniało jak konfitury albo krakowski sklep dubaj z produktami arabskimi i indyjskimi. dalej- smażone karczochy z orzechami pinii w hotelowej restauracji w puro, szczególnie przy drugim kieliszku rose. sałata z marynowaną dynią, tofu, cierpką rukolą, pestkami dyni i pastą z oliwek w sopockim tu`gether, które znam z ubiegłego roku- sałatka dla mnie- kwaśna, pikantna, słodkawa, faktury, pestki. ich domowe kiełbaski z jelenia, z puree z truflą, kapustą duszoną z boczkiem z dzika, sosem jałowcowym, jarmużem i majonezem- wybitne. albo udziec z jelenia, na który wróciliśmy wieczorem- wielka sprawa, nie mogłam ochłonąć. wiesz co, zawsze chodziłyśmy do restauracji po wrażenia i olśnienia, pamiętasz- to ja ostatnio zmieniłam kurs. teraz chodzę do restauracji po kiełbaski z puree ziemniaczanym, po dobrze potraktowane mięso, po warzywa, które ktoś potraktował z uwagą. po jedzenie, które mnie nakarmi.

 

i co mi bardzo nie smakowało- obiad w gdańskim eliksirze, nigdy więcej. wszystko nie tak, czynnik ludzki, czynniki pokarmowe, niesmaczne mięso, makrela, od której boli brzuch. bajgle w schopenhauerze- dość paskudne (teraz będzie oświadczenie- nie znoszę, naprawdę nie znoszę tych wszystkich jadalni i bistro, które nie mają wystroju, tylko dizajn będący zamachem na zmysł wzroku, z hipsterską, agresywną muzyką, z kelnerami w za ciasnych spodniach, którzy od drzwi krzyczą do mnie cześć, usiądź, co dla ciebie, i z menu gęstym od gofrów, zup kremów i dekonstrukcji wszystkiego, od przystawki po deser. protestuję.).

 

co przeżywałam-

dwa razy byliśmy w teatrze wybrzeże, raz na scenie gdańskiej i raz na sopockiej. w gdańsku- „maria stuart” ze świetną kolak i beznamiętnym baką (wielki żal) (ładna czytanka), a w sopocie- „płatonow”, do przerwy całkiem zajmujący, po przerwie już mniej, ale to chyba nawet nie tyle wina spektaklu, co czechowa.

kupiłam sobie w antykwariacie we (na?) wrzeszczu „w miasteczku długowieczności. rok przy włoskim stole” tracey lawson i jestem zauroczona. nie przepadam za tą serią czarnego, te książki są z reguły infantylne i jakoś nie bardzo napisane, ale ta jest taka ładna. bez pretensji i sentymentów, poetycka, bardzo ciekawa, a przepisy skupiają się na tym, co ostatnio wyjątkowo mnie interesuje. ratunek na luty.

 

a w odpowiedzi:

-jak to nic ma na bazarkach? a kapusty-białe, czerwone, włoskie, kiszone i brukselka, a ziemniaki, a korzenie, jarmuż, pory, dynia, fasola, a w sklepie obok- pewnie awokado, koper włoski i cykorie (bo sezon?). nie przesadzałabym, myślę, że szparagi czy botwina dostępne przez okrągły rok też by nużyły, ale nuda to jeszcze nie jest nic. choć ja wciąż nie mam dość kapusty, brukselki, awokado, cykorii, ziemniaków i tak dalej.

-analizuję ostatnio swój stosunek do brej i już wiem, co mnie do nich trochę zniechęca- mianowicie za szybko je zjadam i raz dwa jest po posiłku, co jest frustrujące, bo ja z reguły jem powoli i w nieskończoność. jestem gryzoniem.

-tatar nie bardzo- z surowych rzeczy lubię tylko warzywa.

-a ja w walentynki- górski stravecchio i salami i daktyle i orzechy i jabłka i karczochy oliwki słone chipsy i butelka wina na pół po za długim dniu.

 

znów jest środa, a ja jutro rano znów mam pociąg, tym razem na (dziki) zachód. piekę po nocy chleby, znów wstanę niewyspana, a razem ze mną kolejny dzień lutego, już bliżej niż dalej.

 

a.

 

 

8 lutego, chyba środa

z okazji moich imienin trafiliśmy w końcu w niedzielę do białej róży, o której czytałam dużo dobrego. na pewno ktoś potrafi tam obchodzić się z mięsem- smaczne policzki i karczek z dzika, zjawiskowa perliczka (z gorczycą i kiszonymi burakami). kraków jest mocny w kuchni polskiej w tak zwanym nowym wydaniu- bo przecież i pod nosem, i miodova, i biała róża, i do pewnego stopnia albertina. to takie czyste, niedzielne jedzenie, porządne i smaczne, na obiad z rodzicami albo na ochotę na mięso. desery też niedzielne- pączki z serem mr wańczyk (tak ma na imię) i sernik po krakowsku, którego jednak nie zjadłam, bo okazał się podgrzany- zupełnie nie rozumiem tego trendu, odmawiam.

wczoraj z kolei spotkaliśmy się z karolami w urara sushi & shabu shabu (jak się zapewne domyślasz, to nie ja wybierałam miejsce spotkania). wiesz co, zaczynam podejrzewać, że ja może po prostu nie mam jakiegoś receptora albo kubka na języku odpowiedzialnego za odbiór kuchni japońskiej. niezmiennie mi ona nie smakuje i niezmiennie uważam, że tu nie ma co smakować, bo to jedzenie smaku jest pozbawione. towarzystwo jadło shabu shabu (jeden bulion wieprzowy, drugi ryby, obydwa smakowały tak samo, czyli w ogóle) i wrzucało do gara liście włoskiej kapusty, kawałki wołowiny, tofu, lotos i grzybki. ja dostałam kurczaka w panko z sosem curry (sos curry pozbawiony jakiegokolwiek smaku to jest już ostra przesada i niezły wyczyn) z jedną samotną główką brokuła i kopcem ryżu. smakowały mi za to pierożki gyoza z wieprzowiną, wyraźnie imbirowe i kolendrowe (smak!!!) i plaster dyni w tempurze, który zwinęłam matko. ciekawe, czy i co jest ze mną nie tak, bo to nie jest nawet kwestia smaku (przecież każdy ma swoje), tylko jego braku (ja go nie wyczuwam)

 

pomiędzy wycieczkami do restauracji ugotowałam sobie zupę „do gryzienia”- bulion, resztka białego wina, kminek i szałwia z chrupką białą kapustą, koprem włoskim, dużym jasiem i selerem naciowym. jem miskę za miską z gęstym jogurtem z kaparami, ze skórką otartą z cytryny, z nacią pietruszki i ostrą salsą z oliwy, chili i kolendry. mogę tak pięć razy dziennie.

 

jutro rano jedziemy nad morze, POODDYCHAĆ POWIETRZEM. stoję przed regałem i zastanawiam się, co spakować do czytania. na razie padło na „hanemanna” i chyba zabiorę „wiele demonów”- jestem bardzo przejęta i zmartwiona słabymi recenzjami nowego pilcha, na razie zamierzam trzymać się od tego z daleka, jednocześnie tęsknię za pilchem.

na rano upiekłam żytnio-orkiszowy razowiec ze wszystkimi ziarnami, jakie miałam w domu- będzie na śniadanie i na kanapki na drogę (jedne a la stor- grubo masła, grubo cheddara, szpinak i plastry gruszki, drugie z akcentem helleńskim- grubo fety, kapary i cykoria).

 

czytam „sentymentalny portret ryszarda kapuścińskiego”  mikołajewskiego- to mała książeczka, bardzo mikołajewska, serdeczna i ludzka. jak on to robi…?

w nawiązaniu do moich wyznań na temat zielonych liści- kolejnego dnia david lebovitz opublikował na swoim koncie na instagramie zdjęcie zlewu pełnego pędów grelosa (grelosu? grelos?). a to ci! przeczytałam wszystkie komentarze pod zdjęciem z wypiekami na twarzy. a po drugie- nowy felieton rachel roddy w guardianie, między innymi o puntarelle. widać nie tylko mi zielono mi szmaragdowo. doborowe towarzystwo.

 

a.

 

 

5 lutego, niedziela, imieniny agaty

zajechaliśmy wczoraj do en plato, pierwszy raz od prawie roku- okazuje się, że ostatni raz byliśmy tam wszyscy razem, jeszcze z bunią i wojtkiem, przed nocą oscarów. z radością donoszę, że nic się nie zmieniło. tłum, rżnie włoska muzyka, siding ma się dobrze, w telewizorze rdzenni pizzaiolo kręcą plackami na wszystkie strony świata. zjadłam z przyjemnością moją ulubioną pizzę- napoletanę z mozzarellą, salsiccią, grana padano i cudownymi brokułami neapolitańskimi- friarielli napoletani, czyli słynnymi crime di rapa aka broccoli raab aka grelos aka rzepa brokułowa, za którymi szaleję i których wciąż nie można dostać w krakowie (we francji leżą w warzywniakach, powiązane w wielkie bukiety). ciekawe, czy można je zasadzić w polskiej ziemi i czy wzrosną, bo może namówię tatę na eksperyment i jedną grządkę dla mnie. włosi chyba przodują w zielonym- friarielli, liście rzepy (turnip greens), puntarelle, szpinak, włoski jarmuż (lacinato kale aka tuscan cabbage), cykorie, rukole, liście mlecza, boćwina, endywie, sałaty rzymskie. uduszone na oliwie z czosnkiem, w sałatach, z makaronem, w risotto, w zupie, na pizzy. oczy świecą mi się na samą myśl, jak tobie na hasło brejka. prowadzę obfite notatki na ten temat, a gdy tylko spotkam któreś z tej zielonej ferajny w restauracji- biorę od razu. zielone to jedna z wyższych instancji w moim gotowaniu i hierarchii, strasznie mnie to podnieca.

 

wracając do en plato- ja jadłam pizzę (od pewnego czasu gram w drużynie wielbicieli pizzy bez pomidorów, zawsze wybieram biancę), a matko wyjątkowo udany makaron- świeże tagliatelle z sosem z radicchio i z salsiccią. przed obiadem podzieliliśmy się smażonym w głębokim tłuszczu calzone wypełnionym świeżą owczą ricottą prosto z sycylii (taką dostaliśmy informację, ja jednak zdecydowanie wolę ricottę na zimno), a po obiedzie- canolo, wciąż wywołującym ekstatyczne reakcje. ricotta wychylająca się z rurki miała  z jednej strony piegi z pokruszonych pistacji, a z drugiej z kandyzowanej skórki pomarańczowej. za oknem zachodziła paskudna, mglista sobota, siąpił deszcz, na stole leżała skrzynka z włoskimi pomarańczami, skrzynka kopru włoskiego z bujnymi wąsami i cztery karczochy- martwa natura piękniejsza od tych, które widziałam w madryckim prado.

 

poza tym:

-cały tydzień jadłam ryby- dwa dni filet z suma, trzeciego wędzoną makrelę, czwartego dnia upiekłam łososia, była jeszcze sałatka z fasolą borlotti, pierścionkami cebuli, nacią pietruszki, oliwą i tuńczykiem z puszki. raz, że mało czasu, dwa, że mam zapalenie jakiegoś czegoś i jestem cierpiąca, trzy- najwyraźniej mój organizm ma jakieś braki i odbija się od ryb. na pięć kolacji z rzędu- sałata z cykoriami, pistacjami i czerwonymi pomarańczami (mówiłam, że dopiero się zaczyna).

-piliśmy wczoraj włoską coca cole- chino, i o dziwo mi to smakowało. gorzkawe, nie takie bardzo słodkie, trochę jak cola light z vermutem albo z aperolem.

-znalazłam w społem w lodówce z nabiałem „bianco latte- twaróg tradycyjny wyprodukowany na lubelszczyźnie metodą tradycyjną”, firma klinek. nietani, ładny i smakuje jak sernik, fajny (tłusty!).

-kupiłam w moim sklepiku ze zdrową żywnością pyszny miód gryczany z rodzinnego gospodarstwa pasiecznego miody dworskie. jest śliczny- na wpół płynny, na wpół scukrzony, z piwną pianą na głowie. gryczany to chyba mój ulubiony miód.

-śpieszę donieść, że w dzieciństwie nie kładłam sobie na buzię ciepłych naleśników, bo dasz wiarę że mama nieczęsto smażyła naleśniki? pamiętam placki z jabłkami, grzanki ze śmietaną, jagodami i cukrem, makaron-kokardki z twarogiem, śmietaną, cukrem i cynamonem, ryż na mleku z cynamonem, ryż pieczony z jabłkami, lane kluski z wanilią- to często. a jeśli już naleśniki, to zwykle jedliśmy je na słono, takie z ciastem z dodatkiem ciemnego piwa z warzywami w środku. ja tak naprawdę to dopiero teraz mogę powiedzieć, że kocham naleśniki z serem, kiedyś bez większych emocji.

-co to znaczy że polubiłaś się z yotamem? ja przez ten cały czas (przez cały czas naszej znajomości) myślałam, że jesteście w zażyłości. to co właściwe było między wami nie tak? ta soczewica z tahiną i makaron z szałwią i orzechami powtarzają się u nas przynajmniej raz na dwa miesiące, yotam jest w mojej kuchni jak chleb z masłem- zawsze obecny.

-skończyłam wczoraj przed snem „rok królika” i jestem wolnym człowiekiem. przypomina mi się, co powiedział kiedyś pewien absztyfikant jednej z moich koleżanek podczas randki- „masz potencjał, mogłabyś być fajna”. no właśnie.

-byliśmy wczoraj w kinie ars na „elle” i nie chce mi się o tym gadać. chodzenie do kina na filmy, o których potem nie chce się gadać, jest frustrujące (rozmawiałyśmy o tym ostatnio). od długiego czasu festiwal wydmuszek.

 

i jeszcze mądrość na piątego lutego- „chleb świętej agaty od ognia strzeże chaty” i „gdzie święta agata bezpieczna tam chata”. ha!

 

agata adelina

30 stycznia, poniedziałek

niedziela plackiem.

na śniadanie słodkie placki, które- nie uwierzysz- zjadłam z ochotą (jak widać nie ustaję w wysiłkach). choć na imię mają nie „pancakes”, a „winter drop scones with dried apricots, honey and saffron”, to jednak są pankejkami. przepis thomasiny miers, która coraz bardziej mi się podoba. w składzie- prawie cały kubek kwaśnej śmietany, serek wiejski, wanilia, miód, szafran, suszone morele, skórka otarta z cytryny. są cudne spuchnięte, mokre i miodowe, co wyjątkowo mi odpowiada, bo ja chyba po prostu nie lubię placków o smaku mąki z proszkiem od pieczenia. kusiło mnie, żeby wywalić morele, i jeśli ty też miałabyś takie myśli- porzuć je czym prędzej, bo dobrze robi im krótka kąpiel w szafranie i ładnie tańcują z miodem i wanilią (kupiłam te miękkie, brązowe (nie pomarańczowe) morele, bez cukru i trucizny). pierwsze słodkie placki w moim notesie!

 

a na obiad nasmażyłam jedną z moich ulubionych rzeczy na świecie- leek fritters yotama o. (przepis z pierwszego „plenty”, ale hula po internecie). to są placki-obłoki, poduchy pod zęby. w skrócie- dusisz na pięciu łyżkach oliwy pierścionki pora i szalotki, następnie dodajesz do nich przyprawy i zioła; w jednej misce mieszasz ciasto z mąki, jaja, stopionego masła i mleka, w drugiej ubijasz białko na sztywny kożuch, mieszasz wszystko razem i smażysz. każdy kęs smakuje inaczej- na liście przypraw cynamon, kulki kolendry, kumin, nać pietruszki, kurkuma, ostra papryczka. słodycz porów, pieprzność z papryczki, zioła. kocham je. jedliśmy je z zielonym sosem (nać pietruszki i pęczek kolendry zmiksowane z czosnkiem, sokiem z cytryny, śmietaną i jogurtem greckim, przepis w przepisie) i z cykoriami z oliwą i szalotkowym octem. dziś usmażyłam sobie na obiad ostatnie placki z resztki ciasta, zjadłam ze uduszonym szpinakiem, awokado i radością.

 

w sobotę widziałam po raz drugi „toni erdmann” (bądź „toniego erdmanna”, istnieją dwa trendy, jeden deklinacyjny, drugi niedeklinacyjny) i przy drugim spotkaniu to zupełnie inny film. oglądałam go na festiwalu w kazimierzu, w upale i w namiocie pełnym widzów, śmiech rozrywał nam brzuchy i buzie (a później piliśmy wino z rodzicami w folwarku walencja, a ja jadłam jabłka ze studzienki, to pamiętam, nasze genewy, świerszcze krzyczały jak głupie). teraz głowę rozrywał cierpki smutek, na sali kinowej wiele pustych miejsc, umiarkowane wybuchy śmiechu. bardzo ładny film.

 

w domu oglądamy „the crown”, jakie to piękne!

 

a.

 

 

24 lutego, piątek

mój tłusty czwartek to pizza w nolio późno w nocy po siedmiu godzinach w pociągu i z deszczowym dniem za plecami (a także z igłami w stopach i kolanach, szyną w buzi i kwasem mlekowym na policzkach). dla mnie aglio, dla matko sopressa, dla nas primitivo. ten rodzaj przyjemności, gdy tylko wzdychamy jedno przez drugie, po brodzie i dłoniach cieknie oliwa, mniesz kolejną serwetkę i chce ci się śpiewać. pączka nie zjadłam, bo nie przepadam.

 

w pociągu czytałam o majowych włoskich cebulkach i wiśniach amarena, przejrzałam spory plik „dużych formatów”, robiłam notatki w „near and far” heidi swanson i zaciskałam palce na wywiadach agnieszki drotkiewicz z kim tylko chcesz („jeszcze dzisiaj nie usiadłam”)- piękne rozmowy, od których się mądrzeje, rozmyśla i nagle rozumie sprawy, które wcześniej nie przychodziły do głowy, choć, jak się teraz okazuje, często ta głowa od nich boli.

zapomniałam jeszcze powiedzieć, że dwa tygodnie temu skończyliśmy oglądać „the crown” i bardzo mi tego brak. widziałam znów w sobotę z rodzicami dwa pierwsze odcinki i cały czas popłakiwałam- to jest wspaniałe. dodatkowo czuję się związana z elżbietą, bo i ja jestem taką powściągliwą służbistką, może ona też urodziła się pod znakiem koziorożca? zachowuje się zupełnie jak koziorożec.

 

nie chcę cię lalu zniechęcać, ale w stołecznych teatrach nikt nie zbiera w przerwach spektaklu zamówienia na lody, a wino, owszem, można sobie sprawić w teatralnym bufecie, ale najczęściej jest dość podłe. ale skoro podobał ci się williams, to widzę światełko w tunelu- ja na przykład za tym jegomościem, mówiąc oględnie, nie przepadam. klasyczny przykład na to, jak studia zabijają ducha w narodzie. choć czytałam ostatnio w świątecznej recenzję świeżo przetłumaczonej przez dehnela powieści larkina z jakiejś dalekiej przeszłości i mam na nią ochotę- i to mimo tego, że larkin był odpowiedzią na wszystko na moim seminarium magisterskim; larkin, isherwood i hasło autobiography oraz autobiografiction, na które sezamie otwórz się.

 

apropos spurtle– gdzieś w szkocji co roku odbywają się mistrzostwa świata w przyrządzaniu owsianki i ta impreza nazywa się właśnie „the golden spurtle”. może się zaciągniesz?

drugie apropos- o odpuszczaniu gonitwy za kęsem i wyzwalaniu z foodizmu wspaniale opowiada agnieszce drotkiewicz tessa capponi-borawska. w ogóle zakreśliłam pół książki.

 

brodka gra w radio audycję z piosenkami o jedzeniu. jak dotąd najbardziej podoba mi się francuska melodia o korniszonach z marmoladą i ta piosenka z refrenem „everybody eats when they come to my house”.

 

a.

24 lutego, piątek

Londyn nieźle przeczołgał moje rzepki, ale wspaniale było rozpiąć płaszcz – poniedziałek zastał nas pierwszym dniem wiosny, światłem w powietrzu, radością rozsadzającą tuż po wygramoleniu się z samolotu. Zamiast schować się do metra i hotelu, przebiegłyśmy przez pół miasta, najpierw na wspaniały ramen (Bone Daddies, na oknie obok pałeczek i sezamu w młynku można było znaleźć śliniaki i gumki do włosów, żeby sobie ich nie utaplać w rosole, geniusze!) (pierwszy raz jadłam tak intensywnego w smaku kurczaka, a w zupie, oprócz wszystkiego, pływała jeszcze niesforna kula smażonej bułki panko z chrupiącą, siekaną skórką z tejże kury, jakąś tajemniczą zieleniną i chili; jeśli chodzi o zagadnienie panierki, jestem wielką fanką, więc smakowało), potem do sklepu Anthropologie, z którego wyszłyśmy, każda dzierżąc w objęciach różowy nakrapiany talerz z kamionki ze złotą krawędzią. A potem do teatru – znasz mój stosunek do tej dziedziny rozrywki, trochę bym chciała, a trochę się boję i nie umiem. Szklana Menażeria Tennessee Williamsa trochę zachwyciła, ale trochę jednak nie zrozumiałam. W każdym razie w przerwie sprzedawano lody, zbierając zamówienia po rzędach, a połowa widzów podczas sztuki piła wino. Będę kontynuować ten romans.

 

Wtorek zastał nas już deszczem, tym rozkoszniej jadło się więc owsiankę w 26 grains. Moja świecąca od masła i chrupiąca prażonymi orzechami laskowymi, miała jeszcze sukienkę z cynamonowego cukru palmowego i siekane jabłko, a w misce Uli był kardamon, gruszka, syrop klonowy, jogurt kokosowy i czekoladowe crumble. Powiem to na głos – naprawdę tak chcę spędzać dni, gotując owsiankę i wymyślając, czym ją tym razem ozdobię. Chcę tym karmić ludzkość, nawracać i koić. Na dobry początek tej drogi kupiłam sobie spurtle – nietłumaczalny chyba przyrząd, któremu w języku polskim najbliżej chyba do warząchwi, ale jest drewnianym fletem, który ma czynić owsiankę kremową i jeszcze wspanialszą, niż by wskazywała na to sama jej istota. Wspomina o niej z pewnością Nigel. Będę trzeć jak szalona i dam znać.

 

Pozostałe zachwyty koncentrowały się raczej na radosnym fakcie bycia w dobrym towarzystwie i fantastycznym mieście, które pod koniec jednak nieco zmęczyło (rzepki). Przeszłyśmy się Brick Lane, zahaczając o księgarnie i trafiając w końcu do maleńkiego baru Cereal Killer, który ma ściany z płatków śniadaniowych z całego świata. Zjadłyśmy na pół miskę chrupiących kratek, grudek i listków zalanych zimnym mlekiem migdałowym i było to nadzwyczaj dobre, tak dobre, że znów powiem coś na głos – uwielbiam, uwielbiam po stokroć płatki kukurydziane z mlekiem. Na śniadanie, na kolację i na pocieszenie. Obiad zastał nas na przypadkowej ławce z powodów budżetowych i czasowych – zrobiłyśmy przegląd dóbr dostępnych w gigantycznych delikatesach Marks&Spencer i zarówno sałatki (komosa ryżowa, fasolka mung, zielony groszek, migdały, pistacje, zioła, limonka, chili, miód, oliwa) jak i kanapki (chrzanowy majonez, szpinak i rostbef bardziej kruchy niż w niejednej warszawskiej restauracji) przyniosły nam sporo radości. Częściowo była ona u mnie wywołana faktem, że pierwszy raz w takiej sytuacji odpuściłam sobie gonitwę za kęsem. Tak oto trójkątne kanapki z miękkiego chleba wyzwoliły mnie z kajdan przesadnego foodizmu.

 

A dziś pakujemy bochenek chleba, kawał comte, chipsy, cegłę Toblerone z solonymi migdałami, batony zbożowe z morelami, kokosem i czekoladą, karton mleka oraz butelkę wina i jedziemy na Mazury leżeć bez ruchu i grzać się w saunie. Niech już zastanie nas marzec.

 

k.

 

(gnieciony koper włoski to przecież, że nie biedne warzywo, lecz gniecione ZIARNA kopru włoskiego, omamił mnie afekt do klopsa)

 

23 lutego, znowu czwartek

w górach też odwilż, ale śnieg jeszcze trzyma. nie bardzo wierzę w mrzonki o wiośnie, jednak wciąż panuje nam luty, choć w krakowie od paru dni deszcze jak za jesieni.

byłam w jeleniej górze u naszego doktora od oczu, znów chodzę na akupunkturę- siedzę w wielkim fotelu z igłami w stopach, łokciach, nadgarstkach i szyi i krzyczę, bo boli.

w ostatnich dniach jadłam zupę z soczewicy mojej mamy, z kuminem i masłem orzechowym, bigos taty (taki sam jak na gwiazdkę, z domowej kiszonej, powidłami ze śliwek i z polędwiczką), ulubioną zupę z dzieciństwa, która już dawno nie jest ulubiona- warzywny rosołek kręcący w nosie od lubczyku, z lanymi kluskami-„kluseczkowa”, a w niedzielę pieczonego kurczaka, najpierw nasmarowanego masłem, a później zalanego białym winem i obrzuconego cytrynami, z retro surówką z selera, jabłka i orzechów włoskich i drugą, z tartej marchwi z żurawiną. pięć dni z rzędu razowy chleb z ciemnych mąk żytniej i orkiszowej z pestkami, jaja na miękko i awokado.

mam ostatnio huk roboty- trochę nie ma mnie w domu, a jak jestem, to nie wiem w co ręce włożyć, zresztą nie tylko ja. tęsknię do mojej rutyny. ugotowałam nawet bulion, ale nie mam czasu zrobić zupy. dodam, że jestem słaba w „nie mam czasu”. w poniedziałek ratował mnie słoik zupy od mamy, we wtorek słoik bigosiku od taty, a odkąd skończyły mi się słoiki- obsmażam na złoto na oliwie blanszowane fenkuły, dorzucam pierścionki cykorii i fasolę borlotti, i duszę chwilę ze skórką otartą z cytryny, z kremówką albo białym winem, raz dwa, później więcej skórki cytrynowej, sok z cytryny, tarty parmezan i trochę pokruszonej fety. ratuje życie, zapamiętam to sobie.

 

zaraz znów wsiadam w pociąg do wrocławia, z torbą książek, jabłek i parasolem, okropnie nie mam ochoty na tę wycieczkę. ale zanim:

-zerkam zazdrosnym okiem w kierunku twojego londynu, to ostatnio dużo ochota, lecę na brytyjskość.

-czerwone pomarańcze z biedronki smakują mi właśnie dlatego, że są kwaśne jak czort, nie lubię słodkich.

-co to jest gnieciony koper włoski?

 

nadąsana a.

 

20 lutego, poniedziałek

Na wczorajszą kolację festiwal miękkich faktur – meatballs z parmezanem, pietruszką i gniecionym koprem włoskim, upieczone i wytaplane w sosie pomidorowym zagęszczonym skórką chleba z tej kromki, która poszła, namoczona w maślance, do mięsa. Udana sztuczka! Po łyżce wazowej tego parującego cudu rozlałam do dwóch talerzy z polentą (gotowaną w mleku, umalowaną dwiema garściami parmezanu i łyżką masła).

 

Na przedwczorajszą kolację festiwal kolorów – wspominana ostatnio przez Food52 sałatka z czerwonej kapusty, marchewki i ciecierzycy, z dymką, kolendrą i ostrym sosem z masła orzechowego. Na talerzach dołożyłam jeszcze po garści fistaszków i tak ją sobie chrupaliśmy przez dwa dni w oczekiwaniu na jakieś nowe, zielone, świeże i pachnące życiem, a nie ziemią lub lodówką.

 

Usprawiedliwię swoje narzekania na przednówek: fenkułu i jarmużu w bukietach nie widziałam na bazarkach dobry miesiąc, czerwone pomarańcze są tylko w Biedronce, kwaśne jak czort. Z brukselką i kapustą przetworzoną i pachnącą jak klatka schodowa mi w tym roku wyjątkowo nie po drodze. Jedyny ratunek w Azji i włoskich pocieszaczach uniwersalnych, jak wyżej.

 

A dziś lecę na chwilę do Londynu – pospacerować w rozpiętym płaszczu, przeprowadzić wywiad z autorką „Sirocco” i zjeść owsiankę w 26 grains oraz kto wie, co jeszcze. Dziś też wraca z Paryża Monia i jej walizka z chlebem z miso, serami i kto wie, czym jeszcze. Gdy to zjemy, będzie marzec i najbrzydsze za nami.

 

k.

15 lutego, środa

uważam, że w demokratycznym kraju, zanim zaczniemy się gromadzić czy pobierać nauki, każdy obywatel powinien przede wszystkim mieć prawo do oddychania świeżym powietrzem. wróciłam z innego świata- jasnego, wietrznego i czystego. na plażach biegacze, nikt nie przemyka chodnikami w maskach, nikt nie kaszle, nikt nie narzeka, że śmierdzi i że normy znów przekroczone. trudno uwierzyć, że to ten sam kraj.

 

upadek na ziemię z takiego świata i z sopockiego grandu jest, muszę przyznać, dość bolesny. na policzkach jeszcze wiatr od morza, a już trzeba gnać w krakowską wichurę (pod wiatr) po jajka i do punktu ksero. sporo kontrastów.

a w niedzielę obudziłam się o siódmej rano, rdzawa szrama na poduszce, za oknem morze i słońce całe w malinowych szarfach- dawno tego nie grali, ekstatyczne reakcje. poszliśmy na spacer (z wiatrem, z powrotem było trudniej)- pusta plaża, bałtyk zgarbiony od fal, rozkrzyczane mewy, samotny kormoran. malinowa poświata nie trwała długo, prędko zrobiło się złoto-jasno, a zaraz później pobławaciało. piliśmy potem kawę w hotelowym barze, podwójne espresso i dzbanek spienionego mleka, potem powtórka, parowały policzki, tajały dłonie, fruwały szaliki, będę to pamiętała.

 

dużo chodziliśmy i dużo jedliśmy. gdańsk, gdynia, sopot. co mi bardzo smakowało- na przykład pieczone tuszki śledzi z ziemniakami i sałatami z winegretem z chermoulą w gdyńskiej malice. jedliśmy tam też potrawkę z fasoli z warzywami, chili i imbirem (ja), kiełbaski merguez z ognia (matko) i pieczone winogrona z domowym serkiem panir (coś między ricottą a twarogiem) z miodem gryczanym i różą (my). smaczne, prawie domowe jedzenie, prawdomówne i solidne. primitivo, które tam piłam- boże jedyny, pachniało jak konfitury albo krakowski sklep dubaj z produktami arabskimi i indyjskimi. dalej- smażone karczochy z orzechami pinii w hotelowej restauracji w puro, szczególnie przy drugim kieliszku rose. sałata z marynowaną dynią, tofu, cierpką rukolą, pestkami dyni i pastą z oliwek w sopockim tu`gether, które znam z ubiegłego roku- sałatka dla mnie- kwaśna, pikantna, słodkawa, faktury, pestki. ich domowe kiełbaski z jelenia, z puree z truflą, kapustą duszoną z boczkiem z dzika, sosem jałowcowym, jarmużem i majonezem- wybitne. albo udziec z jelenia, na który wróciliśmy wieczorem- wielka sprawa, nie mogłam ochłonąć. wiesz co, zawsze chodziłyśmy do restauracji po wrażenia i olśnienia, pamiętasz- to ja ostatnio zmieniłam kurs. teraz chodzę do restauracji po kiełbaski z puree ziemniaczanym, po dobrze potraktowane mięso, po warzywa, które ktoś potraktował z uwagą. po jedzenie, które mnie nakarmi.

 

i co mi bardzo nie smakowało- obiad w gdańskim eliksirze, nigdy więcej. wszystko nie tak, czynnik ludzki, czynniki pokarmowe, niesmaczne mięso, makrela, od której boli brzuch. bajgle w schopenhauerze- dość paskudne (teraz będzie oświadczenie- nie znoszę, naprawdę nie znoszę tych wszystkich jadalni i bistro, które nie mają wystroju, tylko dizajn będący zamachem na zmysł wzroku, z hipsterską, agresywną muzyką, z kelnerami w za ciasnych spodniach, którzy od drzwi krzyczą do mnie cześć, usiądź, co dla ciebie, i z menu gęstym od gofrów, zup kremów i dekonstrukcji wszystkiego, od przystawki po deser. protestuję.).

 

co przeżywałam-

dwa razy byliśmy w teatrze wybrzeże, raz na scenie gdańskiej i raz na sopockiej. w gdańsku- „maria stuart” ze świetną kolak i beznamiętnym baką (wielki żal) (ładna czytanka), a w sopocie- „płatonow”, do przerwy całkiem zajmujący, po przerwie już mniej, ale to chyba nawet nie tyle wina spektaklu, co czechowa.

kupiłam sobie w antykwariacie we (na?) wrzeszczu „w miasteczku długowieczności. rok przy włoskim stole” tracey lawson i jestem zauroczona. nie przepadam za tą serią czarnego, te książki są z reguły infantylne i jakoś nie bardzo napisane, ale ta jest taka ładna. bez pretensji i sentymentów, poetycka, bardzo ciekawa, a przepisy skupiają się na tym, co ostatnio wyjątkowo mnie interesuje. ratunek na luty.

 

a w odpowiedzi:

-jak to nic ma na bazarkach? a kapusty-białe, czerwone, włoskie, kiszone i brukselka, a ziemniaki, a korzenie, jarmuż, pory, dynia, fasola, a w sklepie obok- pewnie awokado, koper włoski i cykorie (bo sezon?). nie przesadzałabym, myślę, że szparagi czy botwina dostępne przez okrągły rok też by nużyły, ale nuda to jeszcze nie jest nic. choć ja wciąż nie mam dość kapusty, brukselki, awokado, cykorii, ziemniaków i tak dalej.

-analizuję ostatnio swój stosunek do brej i już wiem, co mnie do nich trochę zniechęca- mianowicie za szybko je zjadam i raz dwa jest po posiłku, co jest frustrujące, bo ja z reguły jem powoli i w nieskończoność. jestem gryzoniem.

-tatar nie bardzo- z surowych rzeczy lubię tylko warzywa.

-a ja w walentynki- górski stravecchio i salami i daktyle i orzechy i jabłka i karczochy oliwki słone chipsy i butelka wina na pół po za długim dniu.

 

znów jest środa, a ja jutro rano znów mam pociąg, tym razem na (dziki) zachód. piekę po nocy chleby, znów wstanę niewyspana, a razem ze mną kolejny dzień lutego, już bliżej niż dalej.

 

a.

 

 

14 lutego, rano i szaro

Codziennie jest Dzień Świstaka, przysięgam. Dni nie różnią od siebie specjalnie nawet posiłkami – zacumowałam w bezpiecznej przystani zup mlecznych i kaszy gryczanej z makrelą, tłustym twarogiem ze Strzałkowa i pieczonymi burakami. Niewiele da się ugotować, kiedy w domu nic nie ma, bo na bazarku nic nie ma – ostatnio w czterech sklepach po kolei nie znalazłam natki pietruszki. No więc odmawiam. Tyle z cieni.

 

Blaski:

-sernikowe kanapki Waleckiej, które przygotowałam w ramach testów do nowego numeru. Zwarte czekoladowe ciastka (z kawą i połową szklanki kakao) na kolejny dzień rozkosznie namiękły wokół ciężkiej kuli masy serowej – wysoce zadowalający twaróg Delfiko, do tego sześć jajek i dwa słoiki kremowego masła orzechowego, upieczone w keksówce i nabierane łyżką do lodów. Chrupało to jeszcze fistaszkami i zwaliło z nóg dwa biura, chociaż Marcin twierdzi, że po połowie kanapki ma palpitacje serca z przetłuszczenia.

-Restaurant Week w Kieliszkach na Próżnej – w jeden taki identyczny jak wszystkie dzień poszliśmy „do pracy”, spróbować pięciodaniowego menu, które wystąpi za tydzień na festiwalu. Nie obyło się bez okruszka pretęchy, ale i tak bałam się, że znów przytłoczy mnie delikatność fine diningu, który najczęściej nie ma smaku (vide dorsz sous vide na puree z dyni, którego ugotował dla mnie na koszmarnie nudnej gali polsko-francuskiej rady biznesu gwiazdkowy szef Pierre Gaignare (też nie znam, ale robili mu dużo zdjęć) i który smakował jak nic wetknięte w zawartość słoika Gerber). Na kolację wystąpiły: pieczona na złoto, utaplana w masełku słodka jak cukierek marchewka w emulsji (olaboga) z trybuli i z sosem rokitnikowym, chmura pasztetowej z foie gras, kromką grillowanej brioszki i dżemem z suszonej moreli – cudo, przecudo, tatar z majonezem i chlebem Tartine (Kieliszki tak dobrze robią ten tatar, nie wiem jaki jest Twój stosunek do surowego mięsa, ale jeśli pozytywny – polecam gorąco), zagrodowy kurczak marynowany w solance i upieczony, już nie pamiętam na czym leżał, ale był doskonały, oraz kostka krówki z orzechami laskowymi, słonym ciastkiem, sosem karmelowym, lodami waniliowymi i wytrawną czekoladową kruszonką. Jeszcze nie widziałam, żeby fine dining był tak komfortowy, jak tam.

(Wracając do Gali – polegała z grubsza na tym, że francuscy krawaciarze przemawiali, a my z Monią powoli wyjadałyśmy zawartość koszyka z chlebem, smarując każdy kęs masłem demi-sel i piłyśmy wino, omawiając sprawy bieżące, przyszłe i przeszłe, bo siedziałyśmy na końcu wielkiej sali i wszystkie dania docierały do nas z koszmarnym opóźnieniem. Z jasnych punktów – lekko wędzony tatar z alpejskiej wołowiny sezonowanej 28 dni i rose, które w przepięknym kieliszku podano do antraktu (beza z buraka, espuma z koziego sera, pomocy). Każdy jego łyk smakował tak, jakby luty nigdy nie istniał.

-upiekłam wreszcie rosewater biscuits z przepisu Heidi Swanson, są niewiarygodne i myślę, że mogłabyś je docenić. Mocno kruche, pełnoziarniste (u mnie orkisz i trochę pszenicy), upstrzone czarnym sezamem, suszonymi płatkami róży i kawałkami prażonych pekanów… To zabawne, ale bukiet róż w prezencie uważam za nudę, a bukiet róż w jedzeniu za luksus i nagrodę.

-ja i Yotam – on był, ale platonicznie. Zawsze przerażała mnie lista składników, więc gotować zaczęłam dopiero niedawno, kiedy się zorientowałam, że to prawie wszystko przyprawy, które mam w domu. Zrobiłam też porowe placki – święty jezu, co za podusie. W planach jeszcze batatowe i chyba powrót do gniecionej soczewicy. Ona wygląda jak to, co mamy dziś na chodnikach. Plus jeden.

 

Kultura:

-czytam Niziurskiego, którego wyjęłam z biblioteczki teściów razem z Jackiem Londonem – stare książki, podobnie jak stara muzyka, niosą promyczki nadziei, że skoro są takie stare, to było już wiele lutych burych jak błoto i zawsze po nich (mniej więcej) następowała wiosna.

-widziałam „Jackie” i okazała się nudna jak czort, a szkoda. Widziałam też „Służącą” i jestem zachwycona.

-podróż do Wrocławia i z powrotem upłynęła nam w słońcu i przy najmilszych melodiach i głosach z Trójki. Niosło to poczucie wewnętrznej stabilizacji.

 

Koniec. Idę świętować Walentynki zupą mleczną.

 

k.

 

 

 

8 lutego, chyba środa

z okazji moich imienin trafiliśmy w końcu w niedzielę do białej róży, o której czytałam dużo dobrego. na pewno ktoś potrafi tam obchodzić się z mięsem- smaczne policzki i karczek z dzika, zjawiskowa perliczka (z gorczycą i kiszonymi burakami). kraków jest mocny w kuchni polskiej w tak zwanym nowym wydaniu- bo przecież i pod nosem, i miodova, i biała róża, i do pewnego stopnia albertina. to takie czyste, niedzielne jedzenie, porządne i smaczne, na obiad z rodzicami albo na ochotę na mięso. desery też niedzielne- pączki z serem mr wańczyk (tak ma na imię) i sernik po krakowsku, którego jednak nie zjadłam, bo okazał się podgrzany- zupełnie nie rozumiem tego trendu, odmawiam.

wczoraj z kolei spotkaliśmy się z karolami w urara sushi & shabu shabu (jak się zapewne domyślasz, to nie ja wybierałam miejsce spotkania). wiesz co, zaczynam podejrzewać, że ja może po prostu nie mam jakiegoś receptora albo kubka na języku odpowiedzialnego za odbiór kuchni japońskiej. niezmiennie mi ona nie smakuje i niezmiennie uważam, że tu nie ma co smakować, bo to jedzenie smaku jest pozbawione. towarzystwo jadło shabu shabu (jeden bulion wieprzowy, drugi ryby, obydwa smakowały tak samo, czyli w ogóle) i wrzucało do gara liście włoskiej kapusty, kawałki wołowiny, tofu, lotos i grzybki. ja dostałam kurczaka w panko z sosem curry (sos curry pozbawiony jakiegokolwiek smaku to jest już ostra przesada i niezły wyczyn) z jedną samotną główką brokuła i kopcem ryżu. smakowały mi za to pierożki gyoza z wieprzowiną, wyraźnie imbirowe i kolendrowe (smak!!!) i plaster dyni w tempurze, który zwinęłam matko. ciekawe, czy i co jest ze mną nie tak, bo to nie jest nawet kwestia smaku (przecież każdy ma swoje), tylko jego braku (ja go nie wyczuwam)

 

pomiędzy wycieczkami do restauracji ugotowałam sobie zupę „do gryzienia”- bulion, resztka białego wina, kminek i szałwia z chrupką białą kapustą, koprem włoskim, dużym jasiem i selerem naciowym. jem miskę za miską z gęstym jogurtem z kaparami, ze skórką otartą z cytryny, z nacią pietruszki i ostrą salsą z oliwy, chili i kolendry. mogę tak pięć razy dziennie.

 

jutro rano jedziemy nad morze, POODDYCHAĆ POWIETRZEM. stoję przed regałem i zastanawiam się, co spakować do czytania. na razie padło na „hanemanna” i chyba zabiorę „wiele demonów”- jestem bardzo przejęta i zmartwiona słabymi recenzjami nowego pilcha, na razie zamierzam trzymać się od tego z daleka, jednocześnie tęsknię za pilchem.

na rano upiekłam żytnio-orkiszowy razowiec ze wszystkimi ziarnami, jakie miałam w domu- będzie na śniadanie i na kanapki na drogę (jedne a la stor- grubo masła, grubo cheddara, szpinak i plastry gruszki, drugie z akcentem helleńskim- grubo fety, kapary i cykoria).

 

czytam „sentymentalny portret ryszarda kapuścińskiego”  mikołajewskiego- to mała książeczka, bardzo mikołajewska, serdeczna i ludzka. jak on to robi…?

w nawiązaniu do moich wyznań na temat zielonych liści- kolejnego dnia david lebovitz opublikował na swoim koncie na instagramie zdjęcie zlewu pełnego pędów grelosa (grelosu? grelos?). a to ci! przeczytałam wszystkie komentarze pod zdjęciem z wypiekami na twarzy. a po drugie- nowy felieton rachel roddy w guardianie, między innymi o puntarelle. widać nie tylko mi zielono mi szmaragdowo. doborowe towarzystwo.

 

a.

 

 

5 lutego, niedziela, imieniny agaty

zajechaliśmy wczoraj do en plato, pierwszy raz od prawie roku- okazuje się, że ostatni raz byliśmy tam wszyscy razem, jeszcze z bunią i wojtkiem, przed nocą oscarów. z radością donoszę, że nic się nie zmieniło. tłum, rżnie włoska muzyka, siding ma się dobrze, w telewizorze rdzenni pizzaiolo kręcą plackami na wszystkie strony świata. zjadłam z przyjemnością moją ulubioną pizzę- napoletanę z mozzarellą, salsiccią, grana padano i cudownymi brokułami neapolitańskimi- friarielli napoletani, czyli słynnymi crime di rapa aka broccoli raab aka grelos aka rzepa brokułowa, za którymi szaleję i których wciąż nie można dostać w krakowie (we francji leżą w warzywniakach, powiązane w wielkie bukiety). ciekawe, czy można je zasadzić w polskiej ziemi i czy wzrosną, bo może namówię tatę na eksperyment i jedną grządkę dla mnie. włosi chyba przodują w zielonym- friarielli, liście rzepy (turnip greens), puntarelle, szpinak, włoski jarmuż (lacinato kale aka tuscan cabbage), cykorie, rukole, liście mlecza, boćwina, endywie, sałaty rzymskie. uduszone na oliwie z czosnkiem, w sałatach, z makaronem, w risotto, w zupie, na pizzy. oczy świecą mi się na samą myśl, jak tobie na hasło brejka. prowadzę obfite notatki na ten temat, a gdy tylko spotkam któreś z tej zielonej ferajny w restauracji- biorę od razu. zielone to jedna z wyższych instancji w moim gotowaniu i hierarchii, strasznie mnie to podnieca.

 

wracając do en plato- ja jadłam pizzę (od pewnego czasu gram w drużynie wielbicieli pizzy bez pomidorów, zawsze wybieram biancę), a matko wyjątkowo udany makaron- świeże tagliatelle z sosem z radicchio i z salsiccią. przed obiadem podzieliliśmy się smażonym w głębokim tłuszczu calzone wypełnionym świeżą owczą ricottą prosto z sycylii (taką dostaliśmy informację, ja jednak zdecydowanie wolę ricottę na zimno), a po obiedzie- canolo, wciąż wywołującym ekstatyczne reakcje. ricotta wychylająca się z rurki miała  z jednej strony piegi z pokruszonych pistacji, a z drugiej z kandyzowanej skórki pomarańczowej. za oknem zachodziła paskudna, mglista sobota, siąpił deszcz, na stole leżała skrzynka z włoskimi pomarańczami, skrzynka kopru włoskiego z bujnymi wąsami i cztery karczochy- martwa natura piękniejsza od tych, które widziałam w madryckim prado.

 

poza tym:

-cały tydzień jadłam ryby- dwa dni filet z suma, trzeciego wędzoną makrelę, czwartego dnia upiekłam łososia, była jeszcze sałatka z fasolą borlotti, pierścionkami cebuli, nacią pietruszki, oliwą i tuńczykiem z puszki. raz, że mało czasu, dwa, że mam zapalenie jakiegoś czegoś i jestem cierpiąca, trzy- najwyraźniej mój organizm ma jakieś braki i odbija się od ryb. na pięć kolacji z rzędu- sałata z cykoriami, pistacjami i czerwonymi pomarańczami (mówiłam, że dopiero się zaczyna).

-piliśmy wczoraj włoską coca cole- chino, i o dziwo mi to smakowało. gorzkawe, nie takie bardzo słodkie, trochę jak cola light z vermutem albo z aperolem.

-znalazłam w społem w lodówce z nabiałem „bianco latte- twaróg tradycyjny wyprodukowany na lubelszczyźnie metodą tradycyjną”, firma klinek. nietani, ładny i smakuje jak sernik, fajny (tłusty!).

-kupiłam w moim sklepiku ze zdrową żywnością pyszny miód gryczany z rodzinnego gospodarstwa pasiecznego miody dworskie. jest śliczny- na wpół płynny, na wpół scukrzony, z piwną pianą na głowie. gryczany to chyba mój ulubiony miód.

-śpieszę donieść, że w dzieciństwie nie kładłam sobie na buzię ciepłych naleśników, bo dasz wiarę że mama nieczęsto smażyła naleśniki? pamiętam placki z jabłkami, grzanki ze śmietaną, jagodami i cukrem, makaron-kokardki z twarogiem, śmietaną, cukrem i cynamonem, ryż na mleku z cynamonem, ryż pieczony z jabłkami, lane kluski z wanilią- to często. a jeśli już naleśniki, to zwykle jedliśmy je na słono, takie z ciastem z dodatkiem ciemnego piwa z warzywami w środku. ja tak naprawdę to dopiero teraz mogę powiedzieć, że kocham naleśniki z serem, kiedyś bez większych emocji.

-co to znaczy że polubiłaś się z yotamem? ja przez ten cały czas (przez cały czas naszej znajomości) myślałam, że jesteście w zażyłości. to co właściwe było między wami nie tak? ta soczewica z tahiną i makaron z szałwią i orzechami powtarzają się u nas przynajmniej raz na dwa miesiące, yotam jest w mojej kuchni jak chleb z masłem- zawsze obecny.

-skończyłam wczoraj przed snem „rok królika” i jestem wolnym człowiekiem. przypomina mi się, co powiedział kiedyś pewien absztyfikant jednej z moich koleżanek podczas randki- „masz potencjał, mogłabyś być fajna”. no właśnie.

-byliśmy wczoraj w kinie ars na „elle” i nie chce mi się o tym gadać. chodzenie do kina na filmy, o których potem nie chce się gadać, jest frustrujące (rozmawiałyśmy o tym ostatnio). od długiego czasu festiwal wydmuszek.

 

i jeszcze mądrość na piątego lutego- „chleb świętej agaty od ognia strzeże chaty” i „gdzie święta agata bezpieczna tam chata”. ha!

 

agata adelina

31 stycznia, wtorek

Jestem dumna z Twoich placków, a Ty bądź dumna z tego, że polubiłam się z Yotamem. Pod jego znakiem upłynęła nam końcówka tamtego tygodnia – skropioną oliwą gniecioną soczewicę z tahini i kuminem jedliśmy z kleksem jogurtu z chili, natką w zastępstwie kolendry, jajem na półtwardo i omdlałymi od solnego masażu krążkami czerwonej cebulki. Do wytarcia talerza chleb. W piątek z kolei święto makaronu – pasta fresca oblepiona sosem na bazie śmietanki i palonego masła z szałwią, orzechami włoskimi, skórką i sokiem z cytryny, pietruszką, pieprzem i parmezanem. Osiągnęłam pełnię, której braku bałam się po powrocie z Rzymu. W ramach gotowania z książek kucharskich, które nie mieszczą się już na żadnej powierzchni płaskiej, a ciągle ich przybywa (w czwartek jedziemy po nowy regał), z „Warzywa” Dominiki Wójciak ugotowałam jeszcze kalafiorowe curry z mlekiem kokosowym i nerkowcami, miłe i delikatne, ale kalafior to jednak nie jest mój ulubiony kolega. W ramach gotowania ze wspomnień – na szybki obiad przed miałkim „La la land” prostota – puree z zielonego groszku, czosnku, masła, estragonu (latem byłaby mięta) i odrobiny kwaśnej śmietany, a obok smażony łosoś i piętka z masłem. Tłuszczyk naszym życiem.

 

W kwestii śniadań znów słodko. Na pajdach Vermonta po wielokroć Twoja kombinacja – masło, ricotta, oliwa, płatki soli, miód. Serce mi się tłucze w piersi, gdy to jem. Wiesz jak. Albo miseczka jogurtu greckiego, w nim mgławica z ciepłych jagód (dziś trafiła mi się nawet jeżyna i trochę porzeczek), prażone płatki owsiane i kokosowe, siekane migdały, chia (ale nie w postaci skrzeku, tylko chrupiących drobinek), ćwiartka banana, miód, cynamon. Piękne, jak nic o tej porze roku. Z marzenia o cannolo, które towarzyszyło mi na sobotnim balecie, powstało z kolei morze ricotty z miodem, skórką i sokiem z cytryny, uprażonymi i posiekanymi migdałami i wiórkami gorzkiej czekolady. Objęłam je naleśnikami, które posypałam jeszcze cukrem pudrem i cynamonem, a całość można by nazwać apostle’s fingers i powstało z przepisu Emiko z Food52. Jadłam je jeszcze wczoraj, tuż przed seansem „Sztuki kochania”, na który wybraliśmy się całą redakcją – to chyba najlepszy film, na jakim byłam w kinie od czasów „Ostatniej rodziny”.

 

Czy Ty też, jak byłaś mała, kładłaś sobie na buzię ciepłe naleśniki?

 

k.

30 stycznia, poniedziałek

niedziela plackiem.

na śniadanie słodkie placki, które- nie uwierzysz- zjadłam z ochotą (jak widać nie ustaję w wysiłkach). choć na imię mają nie „pancakes”, a „winter drop scones with dried apricots, honey and saffron”, to jednak są pankejkami. przepis thomasiny miers, która coraz bardziej mi się podoba. w składzie- prawie cały kubek kwaśnej śmietany, serek wiejski, wanilia, miód, szafran, suszone morele, skórka otarta z cytryny. są cudne spuchnięte, mokre i miodowe, co wyjątkowo mi odpowiada, bo ja chyba po prostu nie lubię placków o smaku mąki z proszkiem od pieczenia. kusiło mnie, żeby wywalić morele, i jeśli ty też miałabyś takie myśli- porzuć je czym prędzej, bo dobrze robi im krótka kąpiel w szafranie i ładnie tańcują z miodem i wanilią (kupiłam te miękkie, brązowe (nie pomarańczowe) morele, bez cukru i trucizny). pierwsze słodkie placki w moim notesie!

 

a na obiad nasmażyłam jedną z moich ulubionych rzeczy na świecie- leek fritters yotama o. (przepis z pierwszego „plenty”, ale hula po internecie). to są placki-obłoki, poduchy pod zęby. w skrócie- dusisz na pięciu łyżkach oliwy pierścionki pora i szalotki, następnie dodajesz do nich przyprawy i zioła; w jednej misce mieszasz ciasto z mąki, jaja, stopionego masła i mleka, w drugiej ubijasz białko na sztywny kożuch, mieszasz wszystko razem i smażysz. każdy kęs smakuje inaczej- na liście przypraw cynamon, kulki kolendry, kumin, nać pietruszki, kurkuma, ostra papryczka. słodycz porów, pieprzność z papryczki, zioła. kocham je. jedliśmy je z zielonym sosem (nać pietruszki i pęczek kolendry zmiksowane z czosnkiem, sokiem z cytryny, śmietaną i jogurtem greckim, przepis w przepisie) i z cykoriami z oliwą i szalotkowym octem. dziś usmażyłam sobie na obiad ostatnie placki z resztki ciasta, zjadłam ze uduszonym szpinakiem, awokado i radością.

 

w sobotę widziałam po raz drugi „toni erdmann” (bądź „toniego erdmanna”, istnieją dwa trendy, jeden deklinacyjny, drugi niedeklinacyjny) i przy drugim spotkaniu to zupełnie inny film. oglądałam go na festiwalu w kazimierzu, w upale i w namiocie pełnym widzów, śmiech rozrywał nam brzuchy i buzie (a później piliśmy wino z rodzicami w folwarku walencja, a ja jadłam jabłka ze studzienki, to pamiętam, nasze genewy, świerszcze krzyczały jak głupie). teraz głowę rozrywał cierpki smutek, na sali kinowej wiele pustych miejsc, umiarkowane wybuchy śmiechu. bardzo ładny film.

 

w domu oglądamy „the crown”, jakie to piękne!

 

a.