9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.

21 lutego, środa

Razem z mrozem przyszedł do nas w gości głód. Nie taki z Caparrosa, bo jesteśmy jednak uprzywilejowani, taki prostacki i naglący, który każe zjeść po kolacji kanapkę z majonezem i kiełbaską z Mazur, który wlewa we mnie dodatkowe chochle zupy buraczkowej z koprem i fasolą, który zmusił do zjedzenia całego pudełka Ferrero Rocher, kula po kuli, do wtóru stukotu klawiszy. Rozpędu nabierałam w Tłusty Czwartek i w Rzymie, na Fine Dining Weeku i nad bochnami „żytniego 66%” Hamelmana, który teraz jest także moim ulubionym i który smakuje jak niebo, gdy (miałaś rację) go posmarować creme fraiche i dołożyć łyżeczkę konfitury z czarnych porzeczek.

 

W zeszły poniedziałek zjedliśmy kolację w podziemiach Pałacu Sobańskich, w samym sercu kuchni Roberta Skubisza. Oni wszyscy, tancerze z obręczami do układania kaszy, tańczyli ten swój kuchenny balet nad płytami i blatami, a my na stole mieliśmy kolejno: chleb, masło (z truflą i bez trufli), wino; komosę z ogórkiem, kalarepą, szpinakiem i szczawikiem zajęczym; jajko sous-vide ze słodkim jak wiosna zielonym groszkiem; ślimaki (których nie jadłam, bo mają konsystencję grzyba skrzyżowanego z małżą i to jest dla mnie przeżycie skrajne), zupę kukurydzianą z mlekiem, troć z pastelami z buraka, marchewki i rzodkwi, wołowinę z ziemniakiem truflowym, dynią piżmową i sosem winnym; dyniowe risotto z bursztynem, szałwią i migdałami, a w końcu sferę, z jaką zawsze kojarzył mi się Amber Room, od czasu tej pierwszej, sprzed 3 lat (czekoladowa kula, w środku czekoladowe ciastko z masłem orzechowym, pudrowy czekoladowy „styropian”, gorący sos z białej czekolady, który topi wszystko, wsiąka i płynie, a to wszystko, o dziwo, niezasładzające tylko rozkoszne) – tym razem beza, marakuja z imbirem, dużo kremówki, kokos, wiśnia. Zawsze zapominam, że ta restauracja istnieje, a potem sobie myślę, że jako jedna z niewielu nie przekracza pewnych modnych granic, przez które do wielu miejsc już nie zaglądam.

 

No dobra, kogo ja chcę oszukać, nigdzie nie zaglądam. W sferze marzeń: Bibenda i jej nowe urodzinowe menu (gnudi, skrei, fasola z masłem). W sferze planów: portugalska restauracja na Poznańskiej, która nazywa się idiotycznie (East Go West), a serwuje autentyczne jedzenie dla chłopa małorolnego, a nie żadne tam spolszczone wizje – tosty z sardynkami, zupę z ziemniakami, „collard greens”, smażonym chorizo i oliwą, solonego dorsza z ziemniakami i jajkiem, a na deser to, czego nie lubisz.

 

A, wiem gdzie zaglądam, do kina: „Niemiłość” wbiła mnie w fotel i zdruzgotała, bo lubię chyba kino społeczne, a zwłaszcza takie, które nie dzieje się na zasikanej klatce schodowej albo w zapijaczonej rodzinie, bo to już było sto razy. „I tak cię kocham” nudnawe i przewidywalne, jak każda komedia, co mi w ogóle przyszło do głowy, żeby iść na komedię do kina? „Trzy billboardy” – zgadzam się, nie do przeżywania, a ta scena z sarną powinna zostać spuszczona do klozetu. I do książek też zaglądam, „Exodusowi” i Orbitowskiemu wyznaję oto teraz publicznie miłość, każdą jego książkę czytam od świtu do nocy, nie przerywając nawet podczas spaceru z metra do pracy i z tramwaju do domu; na półce czekają teraz „Szkice piórkiem”, bo nigdy tego nie miałam w rękach, a wiem, że powinnam, kolejny tom opowiadań Kornela Filipowicza, Alain de Botton, tomiszcze „Patrioci” Sany Krasikov. Gdy akurat mamy czas leżeć bez ruchu, to włączamy sobie „Downton Abbey” i zagryzamy śliwkami w czekoladzie.

 

Z końcem lutego staję się strasznie naiwna w temacie wiosny. Z krzaków już ćwierka, przed siódmą jest jasno i przed siedemnastą też, słońce można spijać jak syrop, ale futerko Chałki dalej nasiąka zapachem wędzonki, wydobywającym się z grochowskich pieców, a ja mam zatoki w ogniu. Ale o tym już pisać nie będę, bo i tak mam szczęście.

 

Całuję Cię bido w obolałą jaźń,

 

k.

 

 

 

 

19 lutego, poniedziałek

dwa tygodnie nieprzytomnego bólu. związane z tym strachy, grube pokłady czasu marnowane na telefony, badania i szukanie ratunku. chodzę spać w godzinach, o których nigdy nie usypiałam, wstaję w porach, o których zawsze byłam już na nogach. czas siniaków w zagłębieniach łokci, poczekalni, irytacji. niewiedza, jak będzie jutro. niewiedza, jak będzie w ogóle. dawno nie byłam od siebie tak daleko. organizm, który nagle jest ciałem obcym. niespecjalnie dobrze to znoszę.

 

w przerwie od bólowania udało mi się obejrzeć kilka filmów. „trzy billboardy”, które rozbiły wczoraj bank na bafcie- bardzo sprawny film, choć raczej  do nagradzania niż przeżywania. ja jednak chodzę do kina po przeżywanie. w tym celu poszliśmy na „niemiłość” zwiagincewa, niestety bez rezultatów. wolę, gdy zwiagincew jest biblijny i ogromny, kino z zacięciem społecznym mnie nie wzrusza. w któryś domowy wieczór obejrzeliśmy „dalidę”, po licznych namowach ze strony buni, i często gra mi teraz w domu ta ścieżka dźwiękowa. choć film to zmarnowany potencjał, matko ma rację, powinien był się za to zabrać sorrentino. a ostatnio, jako prawdopodobnie ostatnia dziewczyna na ziemi bez doświadczenia w tej dziedzinie, widziałam „pamiętnik” i chyba nieszczególnie mi się podobał.

 

tydzień temu byliśmy na (późnym) wieczorku łukasza modelskiego i pawła bravo w ramach opery rara, i to były himalaje retoryczne do późnej nocy. boże, daj więcej.

 

przy łóżku mam nową część dziennika osieckiej (lata 1954-55), arcyciekawe i równie nie do wiary jak tom poprzedni.

 

w weekend byłam w polanicy, doglądać mamy po operacji. nie myślałam, że mój parszywy horoskop będzie rzutował także na moich bliskich. uzdrowisko białe i senne, mróz, scrabble i mocno niecodzienne warunki rodzinne.

 

niespecjalnie pamiętam, co jem. teraz cytrynową zupę z soczewicy heidi swanson z kolendrą i brązowy ryż z jabłkami i cynamonem. kanapki z ulubioną ricottą, kanapki z kiszoną kapustą, cheddarem i jajami na twardo. soczewicę. cykorie z grejpfrutami. wczoraj wspaniała kalafiorowa i pstrąg z oliwą z fermentowanym czosnkiem w karakterze. w zeszły weekend chili i szarlotka waleckiej. dużo ogórków kiszonych i dużo kefiru.

 

a.

 

 

9 lutego, piątek

Wczoraj Rzym, rozpięty płaszcz, szalik wepchnięty w torbę, grzywka rozdmuchana po całej twarzy (w końcu Wietrzne Miasto), dziś jasny mróz i cała jestem zaciśniętą piąstką, bo chciałabym już gołe chodniki, wiosenne buty, rower, móc jeść jabłka na świeżym powietrzu i móc oddychać czym innym, niż strzępkami smogowego kożucha. Jak to zwykle bywa na wycieczkach zorganizowanych, człowiek nie jest sobie sterem i co z tego, że Michelin, hotel ze złota i basen z lapisu, jak trzy razy dziennie makaron i tiramisu, bo karczoch wzbudza strach, a krem z ciecierzycy co najmniej zdziwienie.

 

Z przeżyć: przede wszystkim spacer (uciekłam z autokaru pełnego wycieczki) przez Testaccio, Zatybrze i centrum, skok na Il Fornaio po cannolo, te ich malutkie, pachnące cytryną pączki unurzane w cukrze i sfogliatelle (oraz plaster focacci z prosciutto i mozzarellą dla Marcka) (gdyby nie te zakupy, musiałabym zjeść na deser brownie z kleksami z budyniu, którym próbowano nas nakarmić w restauracji z rekomendacją Michelin, nie próbuję tego zrozumieć). Warsztaty z turlania po widelcach cavatelli w Eataly. Dziesięciodaniowe menu degustacyjne w All’oro (też Michelin), które mnie zachwyciło: makaroniki z humusem, pianki z parmezanem i truflą, ciasteczka z masłem i anchovies, fantastyczna REDUKCJA CARBONARY ukryta w skorupce jajka i kruche grissini do zanurzenia się w tej jajeczno-guancialowej toni, ogony wołowe z pomidorami tak idealnie kwaskowato-słodkimi, jak to tylko we Włoszech, tortellini z mascarpone i śmietaną w winnym sosie, kojące jak poduszki, na których mogłabym złożyć głowę i zasnąć, bo gdy dojadaliśmy deser, była północ. Hotelowe śniadanie niewarte uwagi, ale komnata, w której spałam, cała z marmuru i złota, z widokiem na Rzym, pełna włączników światła, które nigdy nie włączały tego, czego się spodziewałam (w łazience – balkon, przy łóżku – przedpokój, przy biurku – łazienkę). Śniadanie niewarte uwagi, jak to we Włoszech, ale kto by dbał o śniadanie, gdy jadł w nocy bezową sferę z gorzkim jak czort kawowym biszkoptem, kremem, pudrem, cytrynowe makaroniki, jabłkowe kule błyszczące od galaretki i ozdobione malutkim, marcepanowym listkiem.

 

Przywiozłam sobie znad basenu gałązkę oliwki z zamiarem ukorzenienia, paczkę fasoli borlotti, polentę i miękkie buty ze złotymi skrzydełkami, które z powodzeniem mogłabym włożyć na bal przebierańców jako wcielenie Bambi. Lub na ślub. Wczoraj dzień czterech pączków, a dziś podobno pizzy, więc na kolację wariacja w temacie – torta di ceci z gorgonzolą. Amen.

 

 

k.

4 lutego, niedziela

w środę na obiedzie najmilsi goście- nasza agnieszka i droga sercu tessa capponi-borawska. goszcząc takich gości ma się jednak ambicję, by postawić na stole coś ładniejszego niż zupę, choć dla mnie największym wyzwaniem było nieubieranie obiadu w nic o włoskiej proweniencji, bo najpewniej umarłabym na serce. w efekcie urodziła mi się mała prowansja.

w ramach antipasto słodko-gorzka huśtawka: wzbudzające powszechny entuzjazm smażone w oliwie daktyle medjool oprószone grubą solą (przepis z nieistniejącej już river boat cafe w seattle) oraz cierpkie radicchio i cykorie z cierpkimi orzechami włoskimi, cierpkim winegretem z olejem z orzechów włoskich i z momentami cierpkimi pomarańczami, a także usmażonymi na oleju orzechowym kęsami croissanta. do tego chleb i świetne francuskie sery (także wzbudzające powszechny entuzjazm)- mocno ekstatyczny brillat savarin affinee, jak tłusta, słonawa śmietana opakowana w cierpką skórkę; stary cantal, śnieżny tomme de savoie, który przybrałam resztką marynowanych rodzynek z dna słoika.

 

danie właściwe- bezrybna wariacja na temat bouillabaisse, na pierońsko intensywnym wywarze, który zrobiłam na oko, a z którego jestem wyjątkowo zadowolona- czosnek, cebula, anchois, kiszone cytryny, pasek skórki zdjętej z pomarańczy, sok wyciśnięty z czerwonej pomarańczy, bulion, białe wino, włoski bitter, anyż, wspaniały, wspaniały szafran z targu w dubaju, nasiona kopru włoskiego, szałwiowy, oliwny wywar, w którym piekłam fasolę, łyżka przecieru pomidorowego. wszystko razem- burza w buzi, obawiam się, że nie do powtórzenia, choć w sumie zrobiłam notatki. w tej skondensowanej francji pływała upieczona fasola duży jaś, fenkuł, w połowie ugotowany, w połowie upieczony. upiekłam też ziemniaki w mundurkach, w mleku i szafranie, bardzo interesujące. fundamenty- nie wyobrażam sobie tych wszystkich południowofrancuskich potrawek bez aioli, więc ukręciłam słoik szafranowego aioli. poza tym cierpkie oliwki, migdały, nać fenkułu, chleb. piliśmy białe wino z włoskiego tyrolu. na deser- kawa i laskowe ciasto nigela slatera. gdybym miała wytłumaczyć komuś za co kocham orzechy laskowe, to upiekłabym po prostu to ciasto. pyszne gołe, ale z polewą z espresso i creme fraiche jeszcze lepsze.

dostałam w prezencie od pań najmilsze prezenty- od agnieszki pudło faworków z lukullusa, od tessy- dżem z grejpfrutów.

 

z innych smacznych spraw- ulubiony ostatnio napój to prosecco, gin i skórka z pomarańczy. w piątek zjadłam w niepozornym wrocławskim barze mlecznym całkiem dobrą zupę szczawiową. wczoraj dojadaliśmy na obiad ziemniaki z aioli (jeden ze wspanialszych wynalazków ludzkości), i zrobiłam surówkę z radicchio z warzywnej książki deborah madison („vegetable literacy”)- poszatkowane radicchio, winegret z szalotką, musztardą i olejem z orzechów, orzechy włoskie, podsmażony chleb, jajo twardo, nać pietruszki. dziś- braised green cabbage with anchovies and garlic, food 52, pół kostki masła, polecam uwadze. okazuje się, że można podnieść zwyczajną kapustę do rangi szampana.

 

dziś przeczytałam u rachel roddy („two kitchens”) o przyjemności chwili, w której uświadamiasz sobie, że coś, co dość często ci się przydarza lub odbywa, właściwie stało się już rytuałem. święta prawda. u nas to pizza w nolio w piątkowe wieczory i kanapki w żonglerce na niedzielnie śniadanie, i pewnie setka innych spraw.

 

a.

 

 

31 stycznia, środa

Poranki: plié, chassé, assemblé, szpagaty, brzuszki, nadzieja (na podniesienie kiedyś może nogi tak wysoko, jak trzeba, na pokaz, który ma być wiosną, naprawdę), mroźne słońce w okienku dziedzińca; dom za dnia – podłoga błyszczy, w gazecie dobre rozmowy, na blacie dwa żytnie bochenki, całkiem zgrabne jak na półroczną przerwę (no, półtora, bo śniadanie – grube płatki belgijskiego sera, solone masło, jajko na miękko, herbata z wiśniami). W garnku metr sześcienny złotego rosołu, bywa, że jem go tydzień, codziennie, jak kolejne dawki lekarstwa. Za oknem gruby, lekki śnieg, jakby ktoś porwał chleb.

 

 

Popisy: najlepsze ze wszystkich dotychczasowych szwedzkie supełki (Linda Lomelino, ale dodałam kardamonowy cukier, w każdym razie dwie kostki masła na 80 deko mąki), migdałowe ciastka ze skórką cytrynową (Rachel Roddy dla Guardiana), domowe digestive z mąki orkiszowej z chrupiacą warstwą gorzkiej czekolady i solą morską (Walecka), czekoladowe, mokre babeczki z wiśniami spod Włocławka rocznik 2016 (dla chłopca); też ów fenkuł i pomarańcze, sok strumieniami, na choroby, w lepkich, podduszonych z oliwą półksiężycach fenkułu tłuste kawałki dorsza, sok z cytryny („Two kitchens”), chleb, majonez; żoliborskie naleśniki z ricottą i jagodowym sosem z kokosem u Toli, Pawła i Gugu; dhal z soczewicy, ze śmietaną i kolendrą, gęsta zupa z czarną fasolą i orkiszem, kawałek cheddara zamiast kromki chleba; bardzo wiele serków homogenizowanych waniliowych (z krówką w fartuchu), ale zapalenie zatok ma swoje prawa.

 

Praca: monument z ciasta drożdżowego wielkości małego jamnika, kostka masła, jemy wszyscy na obiad, niektórzy stoją przy zlewie, inni mruczą przy stole, zbierając palcem kruszonkę; pasztet z wątróbek (łyżeczką z kokilki) na maślanej grzance, miód, gruba sól, tymianek; zbliżający się sezon na Fine Dining, dziś pierwszy odcinek: Casa Pablo, najbardziej nie mogę się doczekać krokiecików z beszamelem; w poniedziałek i wtorek Rzym – dwanaście stopni i słońce, moje usta liczą na karnawał (te pączuszki, cenci, maritozzo – które wydaje się być włoskim odpowiednikiem semli, wszyscy jesteśmy jednym światem), suppli, karczochy.

 

Tête-à-tête: onigiri z wieprzowiną z miso, udon z kaczką, smażony kurczak w lepkim sosie imbirowym, makrela z chrupiącą skórką, sałatka z rzodkwi, miska edamame z solą, wieprzowina w panko, omlet i miękka cebula z bonito posadzone na ryżu, dwa jasne piwa – Sato gotuje na Ochocie naprawdę dobrze, jeszcze nigdy kuchnia japońska nie smakowała tak przyjaźnie.

 

Lipiec: cydr, solone masło i karmel, biało-szare domy, ostrygi, słony wiatr, gryczane naleśniki; mamy bilety do Paryża, mieszkanie w Nantes (z widokiem na targ) i mały, biały domek na półwyspie Quiberon. Niech no tylko weźmiemy ślub.

 

Dziś: kino (boję się zawodu przy „Tamtych nocach…”, ale wyrosłam też już chyba ze stawania w kontrze do rzeczy popularnych dla samego faktu stawania w kontrze), jutro: macanie francuskich koronek u Natalii Siebuły, w piątek: praca na randce, nad talerzem cassoulet z fasoli z estragonowym pesto i zwojem tagliatelle z truflą. Wychodzimy z zimowego snu.

 

k.

 

 

29 stycznia, poniedziałek

dziś refleksje natury ogólnej.

 

na początek piśmienniczej.

 

wpierw wojciech nowicki i jego recenzja restauracji pod baranem sprzed dwóch piątków (krakowskie wydanie magazynu „co jest grane”). otóż moim zdaniem w ojczyźnie jest zaledwie jedna osoba predestynowana do recenzowania restauracji i jest to niestety wojciech nowicki. mówię niestety, bo tak się składa, że niespecjalnie za nim przepadam, co jednak czyni moją opinię dalece bardziej obiektywną. w dodatku podobnego zdania jest jacek dukaj, co wiem od mateusza. wspomniany tekst o baranie- majstersztyk. mój główny zarzut pod adresem recenzji restauracji w ogóle jest taki, że są one zwykle nudne, zupełnie mnie nie zajmują. z reguły recenzent, najczęściej samozwańczy, przytula do siebie jakąś nieszczególnie wyszukaną formę, a następnie w kolejnych tekstach zmienia jedynie nazwę miejsca (najczęściej dopiero co otwartego lub modnego) i litanię zjadanych dań, operując ograniczoną (acz mocno egzaltowaną) pulą przymiotników i porównań. nie nowicki. jego teksty to żonglerka, tłusty język, ironia, zakonspirowane smaczki, zawsze forma, zawsze treść, merytoryczność, brak tej powszechnej miałkości, sprawiedliwość, demokratyczność. ma swój język. sporo od niego wiem. z jednakową uwagą traktuje wystrojone restauracje restauracje i małe bary, sklepy i bazary; umie znaleźć się na modnym festiwalu kulinarnym i na gali, w polsce i za granicą (przykładem niedawny tekst z chicago). wraca do miejsc, w których już kiedyś jadł, publikuje aktualizacje opinii. bardzo często mnie ten gość wkurza, ale nie sposób mu niczego odmówić. znać, że pisarz i fachura. piątkową wyborczą kupuję właściwie tylko dla niego. nad recenzją barana śmiałam się w głos w autobusie do wrocławia, świetnie bawiąc się nad aluzjami do michała pawła markowskiego, profesury krakowskiej i krakowskiej zachowawczości.

 

dalej książki kucharskie. dostałam ostatnio w prezencie cztery. książki kucharskie kupuję rzadko, raz lub dwa razy do roku. mam ich niespecjalnie dużo i jest to świadoma polityka. wspominałam już o „vegetable book” jane grigson i donoszę, że po miesiącu entuzjazm jedynie rośnie.

mam „sweet” ottolenghiego i goh i powiem coś niepopularnego, ale nie wiem, co właściwie myślę o tej książce. rozumiem zachwyty, ale ja reaguję na nią jakoś opornie, co mnie dziwi. na pewno imponująca praca, bardzo demokratyczna i ładna, ale moje serce jest gdzie indziej.

głównie przy nowej rachel roddy, i tu odpowiadam z opóźnieniem na twoje pytanie- tak, jej pierwsza książka, o rzymie, jest równie wspaniała, mądra, czuła i ładna. chyba wolę nawet zdjęcia w tej rzymskiej opowieści. mam tam swoje ulubione teksty do których często wracam, na przykład ten o maśle albo o łuskaniu bobu i zajadaniu go pecorino, albo o piciu bąbelków do warzyw i owoców smażonych w głębokim tłuszczu. wspaniała zdolność do życia- i rachel, i włochów.

 

ale najbardziej czekałam na „bitter” jennifer mclagan.  jest to jedna z ciekawszych rzeczy, jakie czytałam. książka o ginie z tonikiem, cykoriach (zamierzam zjeść wszystko z tego rozdziału), grejpfrutach, bitterach, kawie, piołunie, piwie, orzechach włoskich, gorzkich pomarańczach, brukselce etc. wszystko dziko zajmujące, w tym sezonie jesienno-zimowym mogłabym jeść tylko gorzkie i pizzę (i koper włoski, i anchois). zostało mi kilka stron do końca tej biblijki, a gdy skończę to zamierzam przeczytać ją od nowa. a jutro wybieram się do apteki po chininę na tonik.

 

na drugim stosiku z książkami, tym nie o jedzeniu, „anglia, anglia” barnesa i giedroyć magdaleny grochowskiej (powrót po romansie z franzenem). już to mówiłam, ale powiem to znowu- dawno żadna książka nie wpędziła mnie w takie zdumienie i rozmyślenie, entuzjazm i przygnębienie. nauczyciele języka polskiego, historii i wosu powinni rzucić w cholerę podręczniki i korzystać z grochowskiej. mam wrażenie, że mądrzeję od tej książki w tempie ekspresowym. okazuje się, że nic zupełnie nie wiedziałam o herlingu-grudzińskim, listy osieckiej do giedroycia cudne, rozdział o miłoszu ulubiony.

 

w weekend dwa razy w kinie- w sobotę „tamte dni, tamte noce”- jakie to ładne, pisałam później buni, że jeśli ktoś uratuje kino, to będą to włosi. nie sposób nie pomyśleć o czasach, gdy lato trwało w nieskończoność i na wszystko był czas, i gdy człowiek miał możliwość nie robić w ogóle niczego, bo nie było internetu, komputerów i smartfonów. w niedzielę churchill- wspaniałe! wspaniałe, wspaniałe, wspaniałe. w styczniu obejrzeliśmy też „working girl” i „the big chill”- ten ostatni szczególnie miły, werandy południowej karoliny, ścieżka dźwiękowa, wszystko ładne.

 

wracając ostatnio z zakupów na kleparzu doszłam do wniosku, że oprócz warzyw najbardziej na świecie kocham ser. stary kleparz to raj na ziemi- mirco i sery włoskie, sklep z serami holenderskimi, nowa budka z zagrodowymi serami polskimi, kawałek dalej le rond i francja. tracę tam rozum i mnóstwo pieniędzy. czytanie o serach to z kolei moje comfort reading- na przykład dziś o robioli, której smak przypomina podobno „kombinację jaśminu i przepoconych skarpetek”(hm), i do której pasuje chleb toskański i marmolada z pomarańczy. jutro w takim razie idę po robiolę.

 

jem to samo co cały czas, czyli cykorie, pomarańcze, fenkuły, ser i pizzę, a jeśli nie to soupe au pistou, kaszę gryczaną ze śmietaną i twarogiem (to na śniadanie), w sobotę ragu bolońskie, zimowe panzanelle, grejpfruty, kanapki z cheddarem, jajem na twardo i kiszoną kapustą, z marynowanymi marchewkami, negroni albo prosecco z martini i skórką pomarańczy. zjadłam całą tartę z creme fraiche i jabłkami, od mimi thorisson. w ubiegłym tygodniu postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje w gotowaniu fasoli i ostatecznie upiekłam w piekarniku dwa gary- jeden według wskazówek marcelli hazan, drugi według przepisu heidi swanson z „near and far”- i zdaje się, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. jakie to dobre!

 

ostatni crush– londyńska river cafe, obejrzałam i wysłuchałam wszystkich dostępnych w internecie i archiwum bbc wywiadów z ruth rodgers. i jeszcze zimowe menu restauracji palatino (też londyn).

 

koniec.

 

a.

 

 

 

 

 

 

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.