16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

16 stycznia, noc

Trzeci już dzień z rzędu jestem nieprzytomnie zakichana, a moje zatoki płoną, może więc dlatego zapomniałam o Twoich urodzinach. Wygląda jednak na to, że dostałaś z okazji ich obchodów prawie wszystko, co mogłabyś sobie wymarzyć, składam więc pocałunek na czole i winszuję Ci na uboczu (już zajrzałaś).

 

Trzeci już dzień z rzędu nie działa mi zmysł powonienia. Ostatni posiłek jaki pamiętam to obiad w Łubinowym Wzgórzu, w którym w czerwcu weźmiemy ślub. To było przeżycie na szczęście z gatunku bezpiecznych, bo lubelskie resorty spa chorują na tendencję do popisów, zwłaszcza, gdy na drzwiach mają nalepkę Gault&Millau. A tu tak, jakby miła babunia dążyła do elegancji – dużo masełka i śmietany, pęczak, jarzębina i gąska, królik w winie, confit z koźlęciny z salsą z ogórków kiszonych (pistacji, kolendry, limonki), halibut w palonym maśle z mirabelką i rumianym kalafiorem. Przerostu formy nad treścią nie odnotowano i chociaż może faktycznie mają za dużo przecieranym mebli udających starą Francję, to bardzo się na to przyjęcie cieszę, bo będzie czerwiec, naprawdę kiedyś będzie czerwiec. No i na moje wypracowanie pod tytułem „Co lubię jeść latem” państwo niezwykle się ucieszyli, więc się dogadamy.

 

Trzeci już dzień z rzędu marzę o drożdżówce z serem z Lukullusa albo od Gessler, misce ciepłego puddingu ryżowego z masłem i cynamonem (jak w Szwecji), domowych frytkach z keczupem. Jest earl grey z sokiem malinowym i żytnie tosty z solonym masłem i marmoladą z sycylijskich pomarańczy. W temacie żyta: buzuje mi nowy zakwas, pora zarumienić chlebowe życie.

 

Z ciekawostek: mój pies odkrył smak twarogu i automatycznie też miłość, jakim go darzy. Jeszcze będziemy jeść z jednego garnka, tak jak w nowej Bator dwie tłuste ryby przypadały na dziewczynę i kota.

 

k.

15 stycznia, poniedziałek

wczoraj skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i jestem trochę przejęta. z tej okazji (urodzin) od piątku robiłam to, co sprawia mi jedną z większych przyjemności, to znaczy jadłam głównie pizzę, chleb i affogato, było wspaniale. w piątkowy wieczór nolio (pizza nduja z dołożoną ricottą zajmuje drugie miejsce na podium, zaraz po aglio). w sobotnie popołudnie en plato i zjawiskowa pizza z wędzoną mozzarellą, escarolą, kaparami, oliwkami i anchois- łał; na deser canolo na pół. w sobotni ranek w drodze po chleb do zaczynu zaszliśmy do salwatorskiej kawiarni żonglerka, gdzie przydarzyły nam się same miłe rzeczy. dobra kawa i kanapki, za które masz ochotę wyściskać pana za barem- na świeżym chlebie zosi (nie sądziłam, że dożyję tego dnia), z przejrzałym, słodkawym serem ze zmarszczką pleśni z rancza frontiera, pieczonym batatem, awokado, pestkami dyni i garścią kolendry, z pytaniem „czy chcecie jajko na miękko i oliwę”? to kawiarnia, gdzie wspomniany już pan, na moją prośbę o jakąś korzenną herbatę, pyta, czy chciałabym do niej mleko. alleluja!

 

w dzień jubileuszu rano złoto i trufle- bo bochen chleba z zaczynu, z oliwkami i orzechami włoskimi, solone masło, miód i orzechy. brie z truflami, który sprawiłam sobie w le rond w prezencie, nie mam słów; oliwa truflowa kupiona w gubbio. tłusty biały ser, konfitury z czarnej porzeczki. przy toaście- prosecco z wodą różaną i odrobiną soku z granata. i kolacja w euskadi, które jest wspaniałe, o czym ostatnio trochę zapomnieliśmy. chorizo, chleb, oliwa. mały burger z baskijską wieprzowiną, domowe czipsy. wątróbka królicza w sosie śmietanowym na zgrillowanej brioszce. pyszne patatas bravas z aioli i z salsą z pomidorów (od piątku głosiłam światu, że na urodziny chcę tylko pizzę i ziemniaki z majonezem). ulubiona tortilla z dorszem i szpinakiem. pieczone pory z romesco. więcej chleba. więcej wina. karkówka z jakiegoś cudu, oliwa, tymianek. talerzyk maleńkich rybek usmażonych w cieście na głębokim tłuszczu, aioli, ćwiartka cytryny. przeżycie z rzędu tych wyższych. na deser, już w domu, affogato z lodami od włochów, i „pożegnanie z afryką” (płakałam). od dziś do kolejnych urodzin powinnam być na diecie.

 

koziorożec

 

11 stycznia, czwartek

cykoria z pomarańczami z sycylii. fenkuł z pomarańczami z sycylii. radicchio z pomarańczami z sycylii. cykoria, fenkuł i radicchio z pomarańczami z sycylii. ta sałatka stanowi obecnie jakieś trzy czwarte mojej diety codziennej. jak dotąd rekord to pomarańcze i cykorie na śniadanie, obiad i kolację. pomarańcze, fenkuł i cykorie to punkty stałe, a ze zmiennych- awokado, orzechy włoskie, ciecierzyca, czasami feta albo pecorino, zawsze olej orzechowy- mam w szafce z olejami i octami (moja ulubiona) taki z orzechów włoskich, laskowych albo z prażonych pistacjowych.

 

w przerwie od cykorii i pomarańczy- ulubiona zupa z kapusty, z pomidorami, winem, fenkułem i i kuminem (seeds). potrafi być skromna albo ekskluzywna- wtedy na stole grube podgrzane kromki chleba, oliwki, podsmażone chorizo, creme fraiche, dużo ziół, ciecierzyca.

sporo bawarek.

jabłka i sery.

w sobotę byliśmy w dopiero co otwartej nowej knajpie włoskiej (la carbonara), która przedstawia się jako rzymska osteria. z rzymu zupa z fasoli, krem z soczewicy (?), cacio e pepe i trochę pecorino, poza tym niespecjalnie rzymsko, a jedzenie też niespecjalnie specjalne, co zawsze mnie smuci. najbardziej smakowało mi chyba affogato z domowymi lodami waniliowymi, które wyprosiłam spoza karty. właściciel- włoch uroczy, a byłby jeszcze bardziej uroczy gdyby karmił makaronem z fasolą, fasolą w ogóle, anchois i cykoriami.

 

ten nowy rok goni za czymś zupełnie tak samo jak ten poprzedni, błędny rycerz. biegnie w smogu, ciemnicy i codziennych znojach.

 

a.

5 stycznia, nowy rok

ten dom nad polami to jedno z moich ulubionych miejsc do bycia. wszystko jak zawsze- w stary rok ognisko, patyki z kiełbaskami, kociołek z pieczonkami od oli i piotra, szklane butelki z cytrynówką marco. nad ogniskiem księżyc w zaawansowanej pełni, czyste niebo, gwiazdozbiory. tańce (w rytm playlisty „od zbawienia lepsza zabawa”) i jedzenie: rostbef marco- rolki z domowym majonezem- i moje do niego pikle (marchew i kalarepa) i sałatka z pieczonych ziemniaków, z marynowaną czerwoną cebulą i dymką, kaparami, zieleniną i sosem z majonezu i musztardy. labneh z oliwą i dukkah (przepis ducksoup), pasta z pieczonej dyni z tahiną i melasą z granatów(„jerusalem”), domowe chleby, maślany sernik buni, czipsy, włoskie sery i salami i coppa. bąbelki, aperol, a dla niektórych prosecco z cytrynówką. północ na tarasie. w nowy rok też wspaniałe jak zawsze: najpierw wspaniale- coraz wspanialsze!- naleśniki magdy i pawła (jesteśmy po bruderszafcie)- twaróg, skórka pomarańczowa, rodzynki, masło, masło, masło. na obiad chili, na deser wirtuozerskie tiramisu oli, chyba nie jadłam lepszego, wybitna sprawa. spacer, samotna godzina na tarasie objętym przez karkonosze, zajadłe rozgrywki w milionerów (znam wiele nowych słów). niemrawy powrót do domu, smutki, żmudność zwykłych obowiązków.

 

zdjęłam z tablicy kartkę z postanowieniami i zapałami z zeszłego roku, wygląda tak:

 

1.chleby z „tartine 3”

2.pikle

3.konfitury

4.drukować OD RAZU teksty, które zachwycają

5.pola paris

6.notować z książek, od razu, w jednym miejscu!

7.kwiaty i zioła

8.jaja w koszulce!

9.przygotowywać mięso bez nerwów

10.czytać poezję

sierpień- le grand aioli

listopad- kolacja dziękczynna

 

niektórych spraw nawet nie dotknęłam, ale patrzę na siebie z sympatią. w tym roku dorzucam punkt 11- więcej czytać po angielsku.

 

co mnie ostatnio zajęło- niegasnący zachwyt franzenem, czytam teraz jego teksty w „new yorkerze” (a propos- masz już ten głośny „polski new yorker”?). odsłuchiwane wywiady z franzenem. dziś w drodze z targu słuchałam wspomnienia o leszku aleksandrze moczulskim (dwójka), który zmarł w grudniu. krakowska brać w jednym studio- zagajewski, jan kanty, turnau. moczulski napisał teksty do kilku moich ulubionych piosenek, z którymi spędziłam sporą część tegorocznych wakacji- „linoskoczka” albo „wszystko co piękne”, ta druga- co za wiersz! dla równowagi słyszałam też rozmowę z bator- wciąż nosi koronę pretensjonalności, na swój sposób fascynujące. dostałam w święta „vegetable book” jane grigson, już rozumiem zachwyty rachel roddy i juliana barnesa. człowiek przez lata odurza się nigelem slaterem, a potem okazuje się, że to wtórne, że matką takiego pisania o warzywach jest jane.

 

dziś miły spacer bez pośpiechu, ostatnio gatunek zagrożony wymarciem. kiosk, okołorynek, stary kleparz, kawa w kaboom, planty, poczta. w siatce na zakupy białe główki rzepy z zielonymi warkoczami (na tę okazję tekst o zimowych rzepach na blogu rachel roddy, chyba sprzed roku), fioletowa cykoria, jędrny fenkuł, dwa awokado, wędzona sieja i zębacz. po grudniu jestem mięciutka jak święty mikołaj, chyba trzeba nieco zacisnąć pasa.

 

zmyłam dziś parkiety, wyszorowałam zlew, zmieniłam pościel. mogę zaczynać rok.

 

a.

 

 

2 stycznia, dwa tysiące osiemnasty

Jakoś tak ostatnio bywa, że w wolne dni nie tykam telefonu, a już tym bardziej komputera, stąd milczenie, po co zresztą mówić, jak nie ma specjalnie o czym – nieśmiało mi pisać o znużeniach i złostkach. Święta na szczęście takie same, jak co roku, bez specjalnych uniesień, bo akurat tej całej kapustno-barszczowej tradycji kulinarnej wielką fanką nie jestem: na podium indyk z wątróbkowym nadzieniem, cytrynowe ciasto z lukrem, bułka drożdżowa z plastrem pasztetu i ćwikłą, sernik z ricottą i kołdrą żurawiny oraz, o dziwo, karp – nie wiem, jak babcia to zrobiła, ale ze smakiem zjadłam trzy soczyste kawałki. Nadal dojadam okruszki – kostki piszingera z masą czekoladową, orzechami i żurawiną, pierniki ze skrzyneczki na najwyżej półce w kuchni, nałęczowskie śliwki w czekoladzie, które przyniósł Mikołaj. Wśród najmilszych prezentów: „Two Kitchens” Rachel Roddy (kocham, wertuję, gotuję, alleluja – czy jej pierwsza książka, która stoi u ciebie na parapecie też jest tak wspaniale napisana?) i kostka solonego masła z Belgii, od mojego brata, który życzył mi na święta wreszcie wyprowadzić się z tego zanurzonego w błocie kraju. Gdy już objechaliśmy wszystkie porty, dobrze było potkwić w tym pozbawionym dat tygodniu, wyspacerowywać kilometry z puszystą na zimę jak miś Chałką, odsmażać białe mięso indyka z oliwkami, papryką i płatkami migdałów na modłę Nigelli Lawson, parować pastrami, którego kawał dostał ode mnie na urodziny Marcin (majonez, pikle, chleb, musztarda), oglądać Black Mirror, planować, rozmawiać, rozmyślać, leżeć i spać.

 

Gdy wy tańczyliście w Tarczynie, my wędrowaliśmy egzotyczną Olszynką Grochowską, piekliśmy pizzę (moja ulubiona tegoroczna kombinacja: ricotta, prosciutto cotto, pomidory koktajlowe, parmezan, bazylia – słodkie i miękkie sprawy) i karmiliśmy psa wołowym sushi z dorszem, które miało odwrócić jego uwagę od fajerwerków i tegoż dokonało. W Nowy Rok tradycyjnie i na szczęście soczewica (od Rachel, z marchewką i gałązką selera naciowego, listkiem laurowym, oliwą), rukola, słodkie jak cukier pomidorki z soloną ricottą, pieczone radicchio z tymiankiem i balsamico, smażone jajko, po toście na głowę. Bardzo kocham mój mały dom.

 

Postanowień na 2017 nie było, ale planowałam przeczytać 52 książki (wyszło 45, stawkę zamknęła królicza Bator – czytałam z zainteresowaniem – oraz nowy i sławny tomik opowiadań „Instrukcja dla pań sprzątających” – trochę genialne, a trochę męczące) i zrobić szpagat (zabrakło 5 centymetrów). Przerzucam je więc na rok bieżący. Poza tym w styczniu chcę się odwrócić od mięsa, bo mnie brzydzi, a dalej – ćwiczyć brzuch, żeby być zrównoważoną baletnicą; uczyć się szwedzkiego, nie brać dokładek, pływać, nie gubić rzeczy (dysk przenośny, karta do aparatu, pismo od ZUS-u, sztyft do podkreślania brwi – to jest bilans zgub na 13:52) i głowy w emocjonalnym szale, szalu, nie kupować ubrań, odpisywać na maile, używać książek kucharskich, wziąć ślub i nie oszaleć. Poproszę. Całuję!

 

k.

30 grudnia, sobota

… i w gwiazdkę też jak zawsze. winny barszcz i krucho-drożdżowe paszteciki z kapustą, ryba (w tym roku po kawałku dorsza, halibuta i sandacza, nikt u nas nie lubi karpia) z fasolą jaś (to na szczęście, entuzjastycznie podchodzę do przekonania włochów i francuzów o przynoszącej pomyślność właściwości strączków), sałatka jarzynowa, ćwikła, jabłecznik, miodownik, bigos, korzenne i kwiatowe herbaty. las, psy, gadanie, słuchanie, wątłe próby czytelnicze.

 

te ostatnie dni grudnia zawsze wyglądają w kalendarzu jakoś fikcyjnie. z moich obserwacji wynika, że ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za tym schyłkowym czasem i na tych, którzy go nie lubią. ja go oficjalnie nie lubię i zazdroszczę tej drugiej stronie. rok gaśnie w tym roku wyjątkowo niełatwo, wiele trudnych spraw, nastroje pod psem. mimo wszystko będę tęskniła za siedemnastym, byłam w nim szczęśliwa.

 

dopiekam czwarty bochen chleba (jak widzisz dość intensywnie się rozwijam, w ostatnim tygodniu upiekłam odo kupy dziesięć chlebów)- jutro jak co roku jedziemy żegnać się z grudniem do tarczyna, nad pola.

 

na ostatni w tym roku obiad przy naszym okrągłym stole była burrata i drobna hokkaido pieczona z rozmarynem, cykorie z pestkami granatu, sycylijskimi pomarańczami i orzechami włoskimi i resztka ciecierzycy ze wspaniałą ‚pastą’ od deborah madison- creme fraiche, prażone orzechy włoskie, czosnek i nać pietruszki, wszystko zmiksowane i w zachowaniu podobne do masła.

na ostatnie śniadanie- ryż (brązowy-okrągły, ulubiony) na mleku gotowany z laskami cynamonu i wanilią, z łyżką creme fraiche.

 

a na nowy rok życzę nam wszystkim, żebyśmy nie żyli na pamięć i z przyzwyczajenia. uwagi! i jeszcze żeby franzen napisał nową powieść.

 

a.

 

 

wigilia, studzienka

przed gwiazdką jak zawsze. smerek, który przyprowadza do domu matko, co roku wyższy. świerkowy wianek na ścianie, tym razem nawet dwa. hossa chlebowa- od wtorku wyrastało w lodówce sześć bochenków, część przyjechała ze mną pociągiem do kotliny kłodzkiej, pozostałe spędzą święta na wschodzie. pieczenie ciastek- w tym roku kruche z syropem klonowym i orzechami laskowymi od nigela slatera („kitchen diaries”, tom trzeci) i ciastka z masłem orzechowym z książki „tartine bread”, te były podarkiem dla mateusza. nasza wigilijka, tym razem okołofrancuska. a później pociąg wczesnym rankiem, wśród toreb pachnących chlebem.

 

schyłek grudnia też jak zwykle- wichury, wieje wiatrem i deszczem. ubieram się na spacery w golf, dwa swetry i wielki płaszcz. las skamle i zawodzi, nad górami sine niebo. w domu kominek, lampki na pękatym świerku.

 

życzę wam w ten nieodmienny, ograny czas jakiejś nowości przeżycia, to ważne i zdrowe. zalecam deklarację świąteczną mikołajewskiego (jego profil na fejsbuku)- najchętniej posyłałabym ją zamiast „życzę”.

 

a.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.