7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

29 listopada, środa

w niedzielę zrobiłam dwa chleby, mandarynkowy curd, makaron z pulpecikami, ciasto klementynkowe i kilka szklaneczek ginu z tonikiem i z sokiem mandarynkowym. takie maratony niezmiennie cieszą po kolejnych dniach tygodnia z kaszami, pieczonymi warzywami i cykorią z pomarańczami i orzechami włoskimi- te ostatnio są podstawą mojego śródtygodniowego jadłospisu.

 

ze spraw świata zewnętrznego- sobota będzie chyba początkiem mojej separacji  z gazetą wyborczą, bo piana na ustach zbiera mi się od dawna. po którymś z październikowych wydań magazynu świątecznego niosącego światu wywiad z grażyną wolszczak i iloną łepkowską w tym tygodniu zostajemy zaopatrzeni w wywiad z piaskiem. naprawdę niełatwo to skomentować. nie mam już w ojczyźnie ani radia, ani gazety.

w niedzielę kino i ładna „cicha noc”, kamyk w brzuchu i kino rumuńskie po polsku. poza tym dość obsesyjnie odsłuchuję wywiady z julianem barnesem.

 

a jutro przez przypadek i przez uprzejmość lecę na kilka dni do dubaju. nigdy nie byłam tak daleko w świecie i jestem podekscytowana. witajcie sukienki i gołe stopy i jasny świecie.

 

a.

24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.

 

16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.

6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.

 

 

16-17 grudnia, sobota/niedziela

dopiero co piliśmy wszyscy razem gin w naszej niewielkiej kuchni i znowu jest sobota. za nami pękaty, żywy tydzień, po szyję opatulony w atrakcje i wzmożoną pracę. od niedzieli do czwartku codziennie teatr, grudzień w krakowie to jednak festiwal boska komedia. widzieliśmy kolejno „henriettę lacks”, „harper”, „ślub”, „będzie pani zadowolona, czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi kamyk” dudy-gracz i „chłopów” garbaczewskiego, z których zrezygnowałam po pierwszej części. dwa razy w życiu zdarzyło mi się wyjść z teatru i dwa razy ze spektaklu garbaczewskiego właśnie (rok temu uciekłam z „roberta robura”). wciąż nie wiem co lubię w teatrze, ale wiem czego nie lubię i na pewno jestem w opozycji do garbaczewskiego, co za nabijanie narodu w butelkę, w dodatku za niemałe pieniądze.

 

w brzuchu zima. brandade z dorszem, wędzonym węgorzem i orzechami włoskimi z creme fraiche z naszej wspólnej kolacji w zakładce, jedzenie na mróz. w niedzielę po waszym wyjeździe upiekłam pół kilograma brukselki z orzechami włoskimi, zjedliśmy ją z suszoną kiełbasą z dzika, soczewicą (pamiątka z  castelluccio) a la rachel roddy- ze skórką otartą z pomarańczy, nacią pietruszki i oliwą- i niebywałymi serami od pana z le rond- tym razem sędziwy comte, mój ulubiony ostatnio gros lorrain, wspaniały, cierpki, ziemny, i kremowy brie z wyższej półki. wspaniałe jedzenie schyłku jesieni- cierpkość, piołuny, goryczka.

w poniedziałek rano jadłam kanapki z labneh, wędzonym trewalem (jaka to smaczna ryba!) i koperkiem. we wtorek ugotowałam sobie wielki gar drobnej białej fasoli, która cieszyła mnie aż do piątku. chociaż korzystam ze strączków w puszkach, to niestety nijak mają się one do ugotowanej fasoli czy ciecierzycy. szczególnie fasola jest wspaniała, ugotowana z liśćmi laurowymi, ziarnami pieprzu i szałwią- słodka i maślana. w tamtym tygodniu na instagramowym profilu restauracji ducksoup widziałam bardzo apetyczne zdjęcie podpisane „smoked haddock, butterbeans, leeks & soft egg” i przez trzy dni z rzędu jadłam to samo, z trewalem w miejsce łupacza.

wróciły pieczone buraki z pomarańczami, pestkami dyni i fetą. zajęłabym też pewnie wysoką pozycję w konkursie na gorączkowe spożywanie cykorii i innych cierpkich sałat. dziś na śniadanie znów sadzone jaja, labneh, masło z chili, kruszonka z croissata i orzechy pinii, takie, jakie zrobiłam nam w niedzielę. po przepracowanej sobocie ulubiona pizza w nolio.

w środę natomiast gościłam dwie przemiłe panie, z których jedna jest dramaturgiem i wykładowcą na uniwersytecie w hull pracującą nad publikacją o chlebie w kulturze, wspomnieniach i w centrum życia w ogóle. upiekłam nam chleb i przez trzy godziny jadłyśmy kromki z masłem, miodem gryczanym albo mascarpone z rodzynkami (nigel slater) i piłyśmy różaną herbatę z targu w dubaju rozmawiając o dzieciństwie, przyszłości, nietolerancji, ojczyznach, chlebie i piekarnictwie, które odchodzą w niebyt, brexicie i nigelli. przemiłe dopołudnie.

 

i jeszcze najświeższe sympatie- kanapki z cheddarem, kiszoną kapustą i jajkiem na twardo (podpatrzone u gilla mellera, ale to dobre). orzechy włoskie, które ususzyła i podarowała mi mama matko, z jarosławskiego orzecha, nie mogę się ich najeść.

we wtorek dostałam w prezencie od mojego ucznia kilogram creme fraiche i trudno o milszy prezent świąteczny. śmietana ma 40 procent tłuszczu i robi ją, póki do jedynie dla gastronomii, spółdzielnia mleczarska mlekosz. jest nieco bardziej winna niż ta francuska, ale co to właściwie za różnica. kromki z creme fraiche, wędzonym brzuszkiem łososia, marynowaną na kolanie szalotką i kaparami wspaniałe. zapiekane jajka z creme fraiche wspaniałe. creme fraiche z miodem wspaniała. w zamiarach na idący tydzień francuska tarta z jabłkami, alkoholem i creme fraiche (chyba mimi thorisson), pieczone ziemniaki z wędzonymi śliwkami i creme fraiche (chyba yotam i chyba „jerusalem”), soczewica z castelluccio z pastą z orzechów włoskich, naci pietruszki, czosnku i creme fraiche (a to deborah madison), więcej kanapek z creme fraiche. życie jest wspaniałe.

 

chciałam jeszcze podzielić się ekstatycznymi uczuciami na temat czipsów o smaku marmite, są w mojej opinii książkową definicją umami, a w dodatku pachną jak stołówka w kasynie wojskowym w kłodzku, gdzie chodziłam jako brzdąc po obiady z mamą i menażką. nie jest tajemnicą, że mieszkam z największym znanym mi entuzjastą czipsów i ich gorliwym kolekcjonerem. aktualnie mamy w szafce czipsy marmite, moje ulubione brytyjskie kettle o smaku octu balsamicznego albo dojrzałego cheddara albo bekonu i jeszcze solone z pieprzem oraz jedną paczka tyrrellls ser-marynowana cebulka (zakupy poczynione na poczet drugiego sezonu „the crown”, który jest piękny, mądry i wzruszający). mamy laysy z dubaju- o smaku labneh z miętą i drugie limonkowe z pieprzem, i czipsy z soczewicy. są chyba jeszcze jedne czipsy truflowe z umbrii, moje ulubione cacio e pepe już wyjedliśmy. i najświeższy nabytek- „creamy ranch and habanero” i czipsy krewetkowe z czosnkiem i pieprzem, które mateusz dostał w prezencie. co ty na to?

 

pierwszy zupełnie wolny dzień od dłuższego czasu. dziś rano śnieg na dachach, prognozy na święta optymistyczne.

 

a.

 

 

 

7 grudnia, czwartek

w taksówce w drodze na plażę zastanawialiśmy się we czworo nad tym, dokąd trzeba właściwie zajechać, żeby poczuć się obco i niepowszednio. ja uważam, że granicą obcości jest język- dopóki mogę porozumieć się po angielsku, nie czuję się specjalnie daleko od domu. w dubaju chyba najbardziej zaskakujące jest to, jak bardzo jest europejski i zachodni, jestem nawet trochę rozczarowana. poza tym to miasto operujące jedynie najwyższym stopniem przymiotnika- wszystko tam jest naj: największe, najdroższe, najwyższe, najlepsze. złoto, szkło, światła.

 

największe wrażenie robi nierzeczywistość tego miasta. miasto ma ciało, ale nie ma serca. wrażenie robi też zawsze lato w grudniu i jasne ranki. w czwartek lufthansa spóźniła nas na przesiadkowy lot z frankfurtu i w ramach zadośćuczynienia dostaliśmy bilety w emirates , i chyba wszyscy byliśmy zaaferowani. kolekcja płyt i playlist z muzyką brytyjską sprawiają dużo radości, a na kolację dostaliśmy smaczną duszoną wołowinę, krakersy, cheddar i niezłe wino. bardzo nie lubię latać, ale muszę przyznać, że to było przyjemne.

 

jadłam bez opamiętania, to jednak moje smakowe współrzędne geograficzne. pierwszy raz smakowały mi śniadania w hotelu, te naprawdę robiły wrażenie. w sekcji skośnookiej- congee, miso, smażony ryż i makaron, w sekcji hinduskiej- warzywne curry, samosy, pieczone ziemniaki. w sekcji brytyjskiej- owsianka, skandynawskiej- bułeczki cynamonowe w ciepłym sosie waniliowym, europejskiej- jaja i cztery rodzaje kiełbasek, wreszcie arabskiej- humus, labneh, oliwa, wspaniałe kiszonki, mutabal, oliwki, sery, zioła i przyprawy. plaster miodu, marynowane jagody. na kolacje i obiady prowadził nas nasz azizi- kuchnia libańska, turecka, wymieszana. największe przeżycie to chyba restauracja gunaydin, która słynie ponoć z jednych z lepszych steków w świecie. na pewno powinna słynąć z jagnięciny, nigdy nie jadłam takiego mięsa, maślanego, delikatnego, słodkawego. wołowina równie pyszna, podpalana na naszych oczach, następnie obłożona kromkami chałki, w które wsiąkał tłuszcz- to bardziej swawolne niż moje ulubione pieczone w maśle ziemniaki z aioli. na deser kolejne dzbanki herbaty miętowej i piekielnie słodkie ciastko z pistacjami, z lodami, które smakowały jak beza. z tarasu restauracji widok na tańczące fontanny, czterdzieste szóste urodziny zjednoczonych emiratów arabskich, radosny gwar. a tuż przed odlotem w brytyjskim pubie w hotelu jadłam wspaniałe fish and chips.

 

myślę jeszcze o tym, jak przyjemnie jest zostać gdzieś zaproszonym. nie zaprzątać sobie głowy noclegami, dojazdami ani szukaniem restauracji, nie mieć oczekiwań, przyjmować wszystko z radością i wdzięcznością. to raczej obcy mi tryb życia.

 

czytam „silny wstrząs” franzena, to jego pierwsza powieść, on od początku był franzenem. w drodze do dubaju obejrzałam „powidoki”, w drodze powrotnej- dokument o whitney houston (kocham whitney houston). ulubione ostatnio piosenki-„new york state of mind” billego joela i „hazard” richarda marxa. źle znoszę pop w literaturze, kinie i kulinariach, ale kocham go w muzyce anglosaskiej sprzed lat.

we wtorek po przylocie jadłam w bistro 11 zupę z ciecierzycą, jarmużem, włoszczyzną i salami, myślę o niej (dni kaszy gryczanej etc.)- zrobię sobie taką gdy będę miała chwilę czasu, czyli chyba najprędzej w styczniu.

 

a.

7 grudnia, kropi

O czym może napisać na dziennikach stołowych ktoś, kto z uporem gotuje niespektakularnie i w dodatku migają mu tylko poniedziałki i piątki, podczas gdy o siódmej rano coraz ciemniej? Może o minionym weekendzie.

 

Każde kolejne zakupy na Szembeku wypadają nam mądrzej i sprawniej. Już nie kupujemy wszystkiego, tylko: humus, czarne oliwki i jogurt grecki gęsty jak zimowe chmury w libańskiej budce, bukiety tymianku, szałwii i rozmarynu we włoskiej, twaróg wiejski i masło ze Strzałkowa (jedyne dziesięć złotych kostka, jemy w płateczkach, jak foie gras) w nabiałowej. Dwa kilo jabłek mutsu, trzy sztuki renety i oblane rumieńcem złote gruszki, kiszonki u pana, który strasznie wrzeszczy, a ostatnio wpadło mu do beczki z kapustą moje dwadzieścia złotych (i to był ten moment, od którego mogłoby zacząć się opowiadanie). Na koniec gruby kawał rostbefu (w kolejce same staruszeczki w burych beretkach, szepczące poufale „wie pani napiekłam już pasztetów na święta ale zapomniałam obłożyć słoninką”) na wtorkowy Dzień Steka. Obsmażam go porządnie, a potem dopiekam z ziołami. Jemy w grubych plastrach, z tą samą bagietką, pieczarkami i majonezem, co i w poście niżej.

 

Ale dziś czwartek, w lodówce garnek krupniku z marchewką, pęczakiem i poszarpanym mięsem indyka (what am I, five), a w sercu sernik… Nie mogę ostatnio znaleźć ciasta, które sprawiłoby mi przyjemność większą niż lekką. Najświeższa próba zakończona niepowodzeniem: placek z prażonych orzechów laskowych z Tender II, z kawą i lukrecją (to już ode mnie), który taki piękny zobaczyłam u Marty Karcz na instagramie – nie. Najświeższa próba zakończona sukcesem: gruszka w cieście drożdżowym u Żony Krawca. Na brzuszku cukrowa skorupka, duży kubek kawy z mlekiem, sobota rano.

 

To już pojutrze, do zobaczenia!

 

k.

1 grudnia, śnieg

Nie wiem, gdzie poszedł listopad. Wiem, gdzie byliśmy my:

 

w pachnącym drewnem domu moich rodziców w Gołębiu, gdzie Chałka tarzała się w błocie, a kuny zjadły nam samochodowe kable, dzięki czemu mogliśmy dzień dłużej siedzieć we troje pod kocem i oglądać ciągiem drugi sezon „Stranger Things” (już za chwilę „The Crown”, ale póki co wsiąkliśmy w „Mr Robot”);

 

w pachnącym pomarańczami domu na Grochowie, gdzie wszędzie prężą się światełka; ugotowałam w tym miesiącu niezliczone rondelki owsianki (ostatnio przeczę samej sobie i gotuję krótko, w posolonym tłustym mleku, jem z orzechami włoskimi i w systemie zupy jarzynowej – najpierw rzadkie, potem gęste, z lubością), kaszy kukurydzianej (z konfiturą pomarańczową i pistacjami), garnki kapuśniaku i pomidorówki z makaronem, generalnie zmieniam się w emeryta, ale honor domu ratuje Marcek, który leci po kolei po przepisach z Jamiego Olivera i zakochał się w sosie teriyaki. Z wyczynów: dawno nie wyszedł mi taki stek, jak przedwczoraj, krzepki kawał rostbefu zjedliśmy z bagietką, smażonymi na maśle pieczarkami z tymiankiem i majonezem, a komu było mało, mógł sobie jeszcze posmarować bułkę pasztetem z wątróbek z orzechami włoskimi i grubą warstwą palonego masła z szałwią z „Florentine”, kończąc wątek włoski, wczoraj zrobiłam dwie transze tiramisu – jedno klasyczne, a drugie jaśminowe z matchą, przepyszne!

 

nad piekarnikiem, próbując kilku po kolei słodkości z nowej książki Yotama. Każda z nich trochę mnie zawiodła – fistaszkowe herbatniki lepiły się niemiłosiernie i smakowały głównie jakby prażoną mąką (Tobie chyba by podeszły), ciasteczka anzac rozlazły na patelni, cytrynowe ciasto z makiem zzakalczyło, a żurawinowe ciastka w które wtłoczyłam piętnaście deko migdałów, skórkę z całej pomarańczy i tabliczkę białej czekolady, smakowały smutnym niczym.

 

we Wleniu, gdzie upadał złoty mit Polnej Zdrój, naszej kandydatki na wesele. Dawno nie miałam w gardle kuli łez na widok jedzenia. Nie przyznałam się, że jestem Kukbukiem, może to dlatego? A może to te słynne wysokie oczekiwania?

 

w kontakcie, gdzie zjadłam najlepszy chyba jak dotąd ichniejszy humus – z jogurtem, pikantnym masłem, koperkiem i grubą warstwą smażonych okruchów z chleba żytniego. Popiłam to dyniowym mlekiem z cynamonem i ostatecznie zdecydowałam, że dynia na słodko to koszmar;

 

w pracy, gdzie Tomek machnął dwie blachy bułeczek cynamonowych, ukręcił kilka garnków puree ziemniaczanego z masłem i śmietanką oraz upiekł trzy tarty tatin – obrosłam w policzki i ciasno mi w spodniach, znaczy zima;

 

w książkach – nowa japońska Joanna Bator wciągnęła mnie na amen, toteż kończę ten liścik i jadę do domu czytać. Mam chętkę na tofu.

 

k.

 

29 listopada, środa

w niedzielę zrobiłam dwa chleby, mandarynkowy curd, makaron z pulpecikami, ciasto klementynkowe i kilka szklaneczek ginu z tonikiem i z sokiem mandarynkowym. takie maratony niezmiennie cieszą po kolejnych dniach tygodnia z kaszami, pieczonymi warzywami i cykorią z pomarańczami i orzechami włoskimi- te ostatnio są podstawą mojego śródtygodniowego jadłospisu.

 

ze spraw świata zewnętrznego- sobota będzie chyba początkiem mojej separacji  z gazetą wyborczą, bo piana na ustach zbiera mi się od dawna. po którymś z październikowych wydań magazynu świątecznego niosącego światu wywiad z grażyną wolszczak i iloną łepkowską w tym tygodniu zostajemy zaopatrzeni w wywiad z piaskiem. naprawdę niełatwo to skomentować. nie mam już w ojczyźnie ani radia, ani gazety.

w niedzielę kino i ładna „cicha noc”, kamyk w brzuchu i kino rumuńskie po polsku. poza tym dość obsesyjnie odsłuchuję wywiady z julianem barnesem.

 

a jutro przez przypadek i przez uprzejmość lecę na kilka dni do dubaju. nigdy nie byłam tak daleko w świecie i jestem podekscytowana. witajcie sukienki i gołe stopy i jasny świecie.

 

a.

24 listopada, piątek

zaraz znów sobota z niedzielą. poprzednie w domu- gotowanie, jedzenie, pieczenie, jedzenie, czytanie, pisanie, gadanie, planowanie. czas, który z perspektywy piątkowego popołudnia jest niezasiedlony i długoterminowy, a później nagle przekwita.

 

w sobotę jedliśmy moje ulubione meatballs według przepisu z książki „tartine bread”, którymi już się tu zachwycałam. próbowałam też klopsów rachel roddy, emiko davies i elizabeth david, ale te są wzorowe. pachną i smakują jak rzymska trattoria, jest w nich jakaś pierwotność i są pod każdym względem dosadne. w dodatku miałam ostatni kawałek bardzo pieprznego i dość ekspansywnego w smaku pecorino, który przyjechał z nami z włoch, i który robi ze znanego mi już przepisu coś całkiem nowego. do klopsów pomidorowy sos od rachel roddy („two kitchens”), najprostszy i najsmaczniejszy. przy pierwszej turze chleb, przy drugiej (na środowy obiad) polenta, w obydwu razach wino i więcej pecorino.

w niedzielę upiekłam kalafiora pod pierzyną musztardowego beszamelu, przybranego orzechami włoskimi, skórką otartą z cytryny i nacią pietruszki, do tego miska cykorii z olejem z orzechów laskowych. obiad pierzyna.

na deser- śliwkowy placek dana leparda, pewnie ostatni tej jesieni. na śniadania- popularne ostatnio za sprawą nigelli jajka po turecku, i słusznie, bo są wspaniałe, szczególnie z labneh w miejsce jogurtu greckiego.

 

wczoraj podwieczorek na dwa kieliszki z krakowskim makaroniarzem w roli głównej, i półmiski serów, salami, oliwek i chleba, wina, peposo, a na deser panettone. i cały dzień żal, że nie mamy swojego dnia dziękczynienia. wydaje mi się, że bardzo u nas brak takiego święta- świeckiego, radosnego, bliskiego życiu, świętującego przyjaciół. tylko czy byśmy tak umieli.

 

mam jeden zasadniczy problem z takimi pogadankami okołokulinarnymi- to są zwykle miłe spotkania, ale równocześnie bardzo oczywiste i niespecjalnie zajmujące, i to bez względu na to, czy odpytywany jest kucharz, bloger czy dziennikarz. zastanawiam się, czy brakuje nam języka, by mówić o jedzeniu w sposób interesujący i własny, czy może zaplecza kulturalnego, bo to wciąż u nas stosunkowo młode zjawisko.

 

a dziś prosto z pociągu z wrocławia pojechaliśmy na kolację (w moim przypadku na obiad i kolację) do zakładki- bardzo smaczne brandade z dorszem, wędzonym węgorzem, kalafiorem i orzechami włoskimi, parzące język, pożywne. wybitna kapusta idąca w kierunku bigosu, smaczna łopatka jagnięca, pieprzna zupa cebulowa. kolacja na dobry sen.

 

a.

 

16 listopada, czwartek, półmetek miesiąca

z jednej strony jestem rada, że czas przebiega jakiś maraton, a my przekroczyliśmy tym samym połowę listopada, ale z drugiej jest to jednak mocno niepokojące. zaczynam rozumieć tych wszystkich artystów i poetów grzmiących z wysokości, że życie to błysk. moje ostatnio błyska dość intensywnie.

 

w zeszłym tygodniu miałam w domu chłopca po zabiegu stomatologicznym i zmuszeni byliśmy przejść na dietę, którą często tu zachwalasz, tę o konsystencji półpłynnej, przeznaczoną dla ludzi bezzębnych. rozumiem, że to może być kojące, ale we mnie budzi jednak głównie frustrację. po trzech dniach jedzenia zup kremów, puddingów z kasz, koktajli i puree ziemniaczanego byłam przede wszystkich zirytowana, a nasze rozmowy kręciły się głównie wokół litanii „zjadłbym/abym pizzę/ser/rogala marcińskiego/chili con carne/hot doga/chipsy/cokolwiek”. chyba oboje jesteśmy gryzoniami. przy okazji donoszę, że to puree ziemniaczane heidi swanson z oliwą czosnkową i wariacją na temat dukkah jest zabójcze.

 

w niedzielę pojechaliśmy do gliwic, poznać małego gucia i uściskać jego rodziców. po drodze odebraliśmy z katowickiego byfyja zamówione rogale świętomarcińskie, które jedliśmy wszyscy razem (minus gutek) dokładnie rok temu i które bardzo nam wtedy smakowały (teraz też), i potem pół dnia skubaliśmy te rogale, piliśmy herbatę i wino (wino to chyba najbardziej ja), gucio marszczył czoło i kwilił mi na rękach, bardzo to było dla mnie wzruszające. odjechaliśmy wieczorem, ja z prezentem (więcej rogali i pierogi ruskie marcina), i mimo powodowanych rogalami deklaracji, że nic już dziś nie zjem, w samochodzie zmieniliśmy jednak zdanie i zawróciliśmy do chorzowa, do manana bistro, o którym słyszałam już dawno temu. ciekawa karta, smaczna troć i dziczyzna, i właściwie tyle. później droga do krakowa w ulewie i mgłach.

 

wczoraj były drugie urodziny nolio i w związku z tą okazją kolacja-niespodzianka dla wielbicieli. i czuję się w obowiązku oświadczyć, że pomimo faktu, że przybytek ten robi moją ulubioną pizzę, to jednak obiektywnie nie jest to jakaś nadzwyczajna ani frapująca restauracja, co głęboko mnie zasmuca. wczoraj przerost formy, niedostatek treści.

 

sezon na roiboos z mlekiem, zatkany nos i alarmy smogowe. rozstęp w sercu i w życiu po przeczytanym franzenie, który w mojej opinii jest wyjątkowo inteligentny i jest jednym z nielicznych współczesnych prozaików, którym naprawdę o coś chodzi. czytam teraz książkę o giedroyciu magdaleny grochowskiej („do polski ze snu”) i jest to bardzo zajmujące i pouczające. i jednak przygnębiające, że pomimo tylu lat i tylu wolt- w polsce, w polskim kościele katolickim, polskim sposobie w sensie globalnym- niewiele się zmienia.

 

a.

6 listopada, znowu poniedziałek

to może najpierw aktualności i w odpowiedzi do:

nie przysłuchuję się annie gacek od jej początków, więc jak widzisz moja alergia cechuje się niecodzienną konsekwencją. pozostając w temacie- trzy sprawy. raz- trójkę włączam już tylko na markomanię, i zastanawiałam się ostatnio, czy u podstaw tego rozwodu leży powszechny u nas ostatnio cyrk na kółkach, i chyba jednak nie- odeszłam od tego radia już wcześniej, to od dawna nie jest mój język. dwa- słucham właściwie wyłącznie bbc 4 i nie mogę się nadziwić temu radiu bez reklam, bez muzyki, bez krzyków, bez spoufalania się i pieprzenia trzy po trzy. to jest radio dla ludzi o temperamencie starego dziada, czyli dla mnie. na przykład dzisiaj- cały ranek o la boga wokół królowej i rajów podatkowych, wieczorem rozmowa z kennethem lonerganem i program o książkach, za dnia „the food programme” i audycja o josephie conradzie. jest to wszystko dla mnie bardzo zajmujące. i trzy- jestem fanką porannego radioturnieju na antenie radiowej dwójki („dwójka na piątkę”), jeśli mogę to włączam rano polskie radio tylko na ten moment. z reguły jestem załamana (sobą!) jak mało pamiętam ze spraw, o których się uczyłam lub czytałam, jest mi wstyd i sporządzam sobie listę światów do odświeżenia.

 

w czwartkowy ranek moja przyjaciółka basia urodziła pięknego synka i jestem tym wszystkim bardzo przejęta, bardziej, niż zakładałam. wszystko się we mnie wichrzy i odczuwam bardzo wiele wielkich uczuć.

 

u nas też nowe książki, matko wrócił w środę do domu z paczką z antykwariatu- i mam teraz „silny wstrząs” franzena, biografię iwaszkiewicza, olczak-ronikier, „pingpongistę” józefa hena, „wakacje” uzdańskiego, dzienniki gombrowicza.  z innych źródeł przyszły brakujące tomy pana samochodzika, kolejny tom dziennika jana józefa szczepańskiego, drugi „życiorysta” rudnickiego, „ja, geniusz” suchanow i pewnie coś jeszcze. wyposażenie na ciemną porę roku (mam ostatnio takie spostrzeżenie, że w polsce mamy właściwie tylko dwie pory roku- ciemną i jasną), które jednak wzbudza pewien niepokój, bo kiedy ja to niby wszystko przeczytam. a w torbie i plecaku- wciąż „purity” franzena (KTÓREGO KOCHAM) i „pedant w kuchni” barnesa- na swój sposób urocze, ale wolałabym mieć to chyba po angielsku. mam ostatnio dość żywe zapędy w kierunku kręgosłupa jedzeniopisania o rodowodzie brytyjskim, i u barnesa to wszystko jest.

 

oglądam teraz do wieczornych machinacji pielęgnacyjnych „nigella bites” sprzed stu lat i to jest chyba najlepsza seria, choć najmniej atrakcyjna pod względem jadłospisu. młoda nigella jest niedościgle wdzięczna i rozbrajająca, ręcznik spada. podoba mi się w długich włosach.

 

w sobotni wieczór w podróży z łodzi do krakowa odsłuchiwałam płyty sprzed lat, między innymi debiutancką płytę wilków (1992), która ostatnio została chyba odświeżona, bo doklejono do niej spory ogon koncertowych nagrań, i pragnę wyrazić pogląd, że w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych niewiele było bardziej seksownych spraw niż głos młodego gawlińskiego, i będę tego broniła. te piosenki z koncertów są wspaniałe. w ogóle mam słabość do polskich piosenek z upadku lat osiemdziesiątych i narodzin dziewięćdziesiątych. one się oczywiście starzeją, ale mi to nie przeszkadza.

 

prasówka- recenzja nowej książki nigelli (guardian), której (książki) nie mam, ale z której (recenzji) tonem się nie zgadzam, bo ton i argumenty były może zasadne kilka lat temu, ale dziś już jednak coraz częściej trącą myszką. niepotrzebna i nieładna napaść. dalej: tekst mikołejko w świątecznej sprzed tygodnia, „czy protestantyzm uratowałby polskę przed zaborami”, a ja poszłabym jeszcze dalej i spytała czy protestantyzm uratowałby polskę przed polską; jestem załamana. dyskusja o krytyce literackiej i festiwalach literackich na fejsbukowym profilu kurzojadów, bardzo ciekawe. na pocieszenie- wspaniałe teksty gabrielle hamilton (tej od nowojorskiej prune) o domowych przyjęciach, ostatnio ten- ‚the art of the dinner party’.

 

w buzi- byłam na kujawach, więc kurczak i ziemniaki, i dużo kawy w jakiejś drodze. a najchętniej to na okrągło jadłabym cykorię i piła czerwone wino. dziś na kolację- miska kaszy gryczanej z masłem, szklanka maślanki i awokado.

 

w smutkach- jednak ojczyzna, cały czas myślę o tym, że przecież tak niedawno czytałam „małą apokalipsę” i że w głowie mi się to nie mieści. za małą mam też głowę na afery z kevinem spacey, strzelaniny w stanach zjednoczonych, prognozy na przyszłość. i może dobrze, że to wszystko się w nas nie mieści, bo to w ogóle nie powinno mieć miejsca.

 

nieporządek w korespondencji i nieporządek w domu. nie mam butów na zimę ani nawet na jesień. nie mam cierpliwości do zimy i do jesieni. nie lubię chodzić w pełnych butach. post-kujawska melancholia.

 

a.

 

 

6 listopada, poniedziałek, widziałam słońce

Za nami złoty weekend, pełen wszystkiego, co sprawia, że jesień to moja ulubiona pora roku. Latem jest za gorąco, żeby było przytulnie. Spacer w chłodzie, psie nauki na terenie praskiego centrum kultury (mamy pierwszą przyjaciółkę, nazywa się Lusia i wygląda jak bochenek żytniego chleba, a w dotyku jest jak drożdżowe), kawa, kakao i ciasto marchewkowe u Krawca, nowa szeleszcząca pościel w kolorze brudnej zieleni, do tego brudny róż (paryski, jak mówi moja mama), szafir, miód i szmaragdowa narzuta, obraz pod tytulem łóżko zakończony, doskonały. Cynamonowe ślimaki z rodzynkami (nie wiem jak mogłam przeżyć tyle lat bez robota kuchennego, 150 g masła wgniótł w ciasto w trymiga, a ja stałam i patrzyłam, a potem jeszcze podziwiałam jak trze kilogram marchewki w półtorej minuty) i zimne mleko, praca domowa z haftu, nowe książki (Patrick Melrose), dużo czasu w mojej ulubionej piżamie w malwy, bakłażan w lepkim sosie teriyaki z dymką, chili i fistaszkami, chmurka ryżu, kino: „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego (strasznie mocny, wymiętolił mnie doszczętnie, a psie obrazy sprawiły, że gnaliśmy z powrotem do Chałki jak na skrzydłach, tulić ją i tarmosić), lody: Na końcu tęczy, mascarpone z jeżyną, kokos z czekoladą, pistacja. Jeśli chodzi o tą ostatnią, właśnie zamówiłam pół kilo, plus migdały i nową flaszkę wody różanej – do redakcji przyszła książka „Słodkie” i jak wszyscy jestem w niej ciężko zakochana.

 

Nie wiem czy słuchasz, bo chyba masz alergię (he he), ale dzisiejszy Aksamit Anny Gacek wyjątkowo ładny, wyśpiewuje przekleństwa niewinności. Tak ładny, że nie mogę wyjść z kuchni, mimo że tyłek drętwieje mi na zydelku, ale mam też widok na bawiącego się psa, sznur światełek (tak, już) i wstążki bluszczu oraz ten cały szereg utensylijnych wisielców, który tak lubisz. Za mną spacer po liściach ze smyczą w dłoni i paczką przysmaków w kieszeni, miska sałatki (David Lebovitz) z francuskiej soczewicy gotowanej z tymiankiem, chrupiącej włoszczyzną i orzechami włoskimi, posypanej pietruszką i fetą, ciepłej i mokrej od winegretu, który z braku octu winnego podlałam czerwonym winem, z korzyścią dla całości. Na deser petit yaourt. Smutków brak, chociaż się rozglądam.

 

k.

2 listopada, czwartek

Śniadanie: rozmoknięta skóra z chleba, tajemnicza plamka spod wiaty przystankowej, kasztan – to Chałka. Jej mokre całuski od momentu zmiany czasu budzą nas jeszcze wcześniej, ale to nie szkodzi, o ile pozwala mi potem pomiętosić ciepłe uszko, a pozwala na to zawsze, gdy akurat z pasją dziamie kość szpikową na środku naszej kanapy. A więc śniadanie: piwońska grahamka z anonimowym masłem, twarogiem strzałkowskim i znalezionym w redakcyjnej kuchni miodem spadziowym z pasieki Jeronimo Martins, tuż po balecie, który wymęczył (mnie i moje chrupiące lewe kolano)(i moje mięśnie brzucha, teraz nie mogę ich elegancko wciągać żeby prezentować się jak dama) jak dawno nie, czuję wszystkie swoje odcinki i po raz kolejny obiecuję sobie robić w domu deskę (a potem przypominam sobie, że wtedy Chałka wrzuca mi na plecy swoją gumową kość i pcha język do ucha). Ósma rano w czwartek to moja ulubiona godzina, zaraz po dziewiątej w sobotę. Wyjść z domu – to jest najtrudniejsze z codziennych zadań, potem jakoś leci, czasem nawet pięknie. Na przykład dziś, gdy na kolację zjem naleśniki w barze Prasowym i polecę na Muranów na drugie już zajęcia z haftu organizowane przez Zwykłe Życie. Tydzień temu były pupki i biusty, w planach zieleń, kosmos, abstrakcja, własny tamborek i dużo prezentów świątecznych.

 

Wczoraj: leniwy dzień w pościeli (to już się robi nudne, ale każdy ma prawo do zanudzania), chleb bananowy Waleckiej z posiekaną czekoladą, jabłka z masłem orzechowym na przegryzkę do serialu, pieczone w bladym od mascarpone sosie pomidorowym połówki mikrych bakłażanów, kulki mozzarelli, miska ciepłego kuskusu z oliwą cytrynową. Ostatnio nie wymuszam na sobie absolutnie żadnych ambicjonalnych popisów i jem rozkosznie jak leniwy prostak, którym zawsze podskórnie byłam – więcej niż trzy smaki na talerzu to już tłok (ulubione śniadanie: owsianka z płatkami kokosa; ulubiony obiad: polenta z sosem pomidorowym, ulubiony deser: jogurt z łyżką jagód ze słoika). Jak na życzenie przyszła więc do redakcji nowa książka Jamiego Olivera i po pierwszym kartkowaniu mam chyba z dziesięć zakładek. Niewymuszony kuchenny minimalizm jak ta lala, w dodatku sprytny, bo do puddingu Jamie wali cały słoik marmolady pomarańczowej (która mi zbywa, bo czasem tylko kładę ją na chleb z serem), a w ciastkach zamyka mielone suszone jabłka (których tony pobieram od babci i zapominam jeść). Pięć składników, dobra oliwa, tłusta śmietana, no i dobre puszki, słoiki, paczki i mrożonki, czyli podstawa, na której opiera się moje kulinarne poczucie bezpieczeństwa. Nie wstyd, tylko życie, przynajmniej na Grochowie.

 

Jutro: wielki dzień. Odbieram robota planetarnego, którego pomogła mi wybrać Liska (cmok!) i robię absurdalnie maślane drożdżowe.

 

k.