18 sierpnia, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.

 

 

 

28 sierpnia, chłodek

Klasyk – kiedy połechcze mnie pajda z masłem, mogę pisać peany, a gdy dzieje się coś prawdziwego, nie umiem tego ubrać w słowa. Z norweskich lasów wróciliśmy tydzień temu, ale adaptacja trwa nadal. Pies przyzwyczaił się do nas na nowo, roślinki trochę strzeliły w górę dzięki regularnemu pojeniu przez Monię, Warszawa jakby gładsza (i już nawet nie marzę tak rozpaczliwie o przeprowadzce do Kopenhagi), a w pracy świat się nie zawalił – to miło, ale też miałko.

 

Tęsknię za lasem, prostotą krajobrazu, architektury, posiłków. Kawa i ciasto czekoladowe na powitanie w Ytre Enebakk, ryż z ciecierzycą tikka masala z blaszanej miseczki na drodze wśród owiec, makaron z polskimi pomidorami z działki i parmezanem, przy kominku w chatce, herbatniki i solone migdały w niekończącej się podróży, do zagryzania kart książek. Wielkie grzyby, śpiące pod mchem. Świeży, bo tylko chwilę nieżywy rdzawiec, wyłowiony przez chłopaków z fiordu, usmażony na maśle z cytryną. No i wreszcie jagodowe oceany, przez które brodziliśmy na każdym spacerze. Każdy nieobrany z kulek krzaczek był wyrzutem sumienia, całe garście lądowały więc najpierw w buzi (podobno w Norwegii nie ma bąblowicy), a co zostało, w owsiance, gotowanej co rano na drżącej kuchence w trawie, z widokiem na jezioro, fiord, huk potoku. Kawa z tłustym mlekiem, gruby dres, zimny nos. Duże porcje w ciepłych rękach, niezliczone termosy herbaty, rosa na rzęsach i poduszce. Las miękki i pachnący jak świeża pościel, kryształki wody na igłach, krople w powietrzu, jak złota łuna. Lodowata woda z rzeki, od której dzwoniły zęby, gdy się człowiek szorował. Trochę tęskniłam za czystymi rękami, ciepłą wodą i masłem, ale napewno nie za kanikułą, w której nadal prażyła się ojczyzna. Na północy było jeszcze chłodniej, cały Hedmark wyglądał trochę jak sad. Łąki porostów, kłębiastych i waniliowych jak kalafiory, dywany borówek i te pokręcone, karłowate drzewka, na których oczy same daremnie szukały jabłek, srebrne brzózki, mżawka, ostre szczyty gór, które raniły dłonie, ciągle i ciągle silny wiatr. W nagrodę – cynamonowa drożdżowa bułeczka z rodzynkami z piekarni, karton mleka na pół, ostatnie lokalne truskawki kupione ze straganiku pod wodospadem. W tym okruchu zimy w lecie zasypialiśmy szybciej, niż przychodziła noc.

 

A potem, w drewnianej hytte w środkowej Norwegii, pod głową wypchanego łosia, przed kominkiem i w wełnianym swetrze, zostałam załzawioną narzeczoną.

 

k.

3 sierpnia, skwar

Długo to nie trwało: mamy psa.

Chałka ma cztery miesiące, biały pędzelek na ogonie i wzięła się tydzień temu z fundacji opiekującej się kundelkami. Jej hobby to lizanie naszych stóp, biegi przez wysoką trawę i spanie z głową pod praniem. Za nami pełne ekscytacji spacery, pierwsza wizyta u weterynarza (ani pisku), niejedna w sklepie zoologicznym (wór skórkowych kości starczy jej ząbkom na jakiś tydzień), pierwsze szramy na dłoniach i ślady na nogach łóżka. Po krótkim okresie nieśmiałości rozwinęła już swoje psie skrzydła, zjadając wczoraj szczotkę do butów, długopis oraz ostatnią uschniętą piwonię. Pierwsze koty za płoty, że tak powiem.

 

W temacie jedzenia: liczne pospieszne panzanelle, kolejna blacha śnieżnobiałego sernika z koroną owoców leśnych, nocne owsianki z malinami i masłem orzechowym. Na wczorajsze urodziny: śniadaniowa tradycyjna kanapka z pastą jajeczną w Krawcu, dwie miski z Raju w Niebie, na lepkim ryżu chrupkie warzywa, mango i melon, tofu, sos. W ramach cukierków do szkoły – blok matcha z pieczonymi migdałami do pracy mojej i Marcina, w ramach prezentu od zakładu – pudełeczko z pękatą burratą, włoskie masło, bochen dobrego chleba. Sami swoi. Niezwykłe to były urodziny – bez przyjęcia, bez świeczek i toastu – upał uśpił mnie wśród na wpół zapakowanych toreb i plecaków tuż po dziesiątej wieczorem. Marcek to jest jednak królem cierpliwości.

 

Mam wielką nadzieję, że to mój ostatni skwar tego roku. Nasze auto już czeka, zapakowane po dach nieprzemakalnymi ubraniami, ciepłymi swetrami i paczkami makaronu, jest też strój kąpielowy, scrabble, latarki czołówki i kilka tysięcy stron książek. Chałka jedzie nocować do cioci Moniki, my ruszamy wieczorem do Wrocławia, a jutro na północ. Bez odbioru,

 

k.

3 września, niedziela, okropnie

trochę boję się powiedzieć, że jutro jedziemy na wakacje, bo w sobotę zepsuł się nasz samochód, a po drodze nie udało się jeszcze kilka spraw. w przedpokoju las toreb, namiot, śpiwory, materac, torba z przyborami kuchennymi, torba z książkami itp. itd., z którymi jutro musimy jakimś cudem dotrzeć do kłodzka (dwie przesiadki), gdzie czeka na nas samochód zastępczy. przychodzi mi do głowy jedynie wytarta mantra, że „ćwiczenia są drogą żywota”; zaiste. poza tym deszcz, dwanaście stopni, buro, a w talerzach- ribollita ze świeżym jasiem, chleb, masło i zielone pomidory i- tu deser dla matko, dla ciebie i dla marcka- owoce pod kruszonką z dodatkiem masła orzechowego (z grochami orzechów). matko zjadł trzy czwarte brytfanki, dla mnie chyba za dużo tego dobrego. na długą drogę będą kanapki z awokado, gruszką i cheddarem.

przed nami długa włóczęga po włoszech. wyjątkowo  mam ochotę na prawdziwe wakacje, długie, ciepłe, z wodą, lodami, bez deszczu i zapachu dymu. jeszcze się w tym roku nie wygrzałam, a poza tym lubię moje letnie sukienki.

 

a.

1 września, ale jeszcze o sierpniu

świętowanie sierpnia, obchodzenie lata- pierogi z jagodami w kłodzku, zupa szczawiowa, ogórki małosolne i chleb z masłem, kruchy placek z owocami schyłku sierpnia (pół z jabłkami z domową konfiturą z płatków róż, pół z  morelami, borówkami i jeżynami), pomidory, ogórki, cukinie, ratatuja, kolby kukurdzy. jeżynobranie, ścinanie zemdlałych kwiatów, rwanie chwastów, zbieranie płatków róż (na więcej konfitury), upychanie ogórków w słoikach. nad lasami pierwsze mgły, w lesie pajęczyny i wrzosy, krajobraz przed bitwą (jesienno-zimową). wpada się raz w chłodne i wilgotne, raz w jeszcze rozgrzane i wonne powietrze, dojmująco smutne (choć ładne) doznanie. w całej polsce- nawłocie i coraz prędsze zmierzchy.

 

w świątecznej wyjątkowej urody wspomnienie donaty subbotko o januszu głowackim (to zdjęcie!), odłożyłam sobie te strony, mam otyłe teczki, w których składuję takie doznania. chyba nikt nie powiedział o człowieku niczego mądrzejszego niż ta głowacka konstatacja, że „ludzie są ludzcy”. z kolei w ostatnich dniach połknęłam w tych wszystkich pociągach i autobusach (pociągi- trzy, autobusy- dwa) „trafny wybór” rowling – taka czytanka na wakacje. a teraz „zawsze powroty”- dziennik podróży julii hartwig i przewodniki turystyczne. jeden po wschodnim wybrzeżu ameryki północnej- we wtorek dostaliśmy wizę.

 

pierwszy dzień września i od razu ulewa. wczoraj wieczorem zerwałam się z jogi, a matko z pracy, i poszliśmy obchodzić ostatni dzień sierpnia, w nowej włoskiej restauracji przy świętego tomasza, o której mam do powiedzenia tylko tyle, że podobały mi się obrusy w kratę i stoliki wychodzące na kościół i na niebo.

 

jutro rano pożegnalne naleśniki z jagodami.

 

a.

 

23 sierpnia, środa, chłód

z życia biegacza- dwie wspaniałe rozmowy z jarosławem mikołajewskim. jedna sprzed trzech lat, wiktor osiatyński i mikołajewski o włoszech i włochach, zajmujące i poetyckie. druga z lipca tego roku, o „terremoto”, trzęsieniach ziemi, świecie bez boga, braterstwie, „dzieciach antygony”- tej mogę słuchać w koło macieja. poza tym w moim domu brzmi głównie radio bbc 4- szczególnie czekam na „book of the week”, „gardeners` question time”, muzyczny radioturniej „counterpoint” i „food programme”-świetne są szczególnie odcinki biograficzne, na przykład ostatni o patience gray. angielski w wydaniu brytyjskim wyjątkowo mnie uspokaja.

 

w krakowie o ósmej wieczorem jest już całkiem ciemno, od poniedziałku noszę jesienny płaszczyk. uciekam na zachód polski (z przystankiem na śląsku, u basi- to dziś), tam dnia ubywa nieco wolniej, a ostatni weekend sierpnia zasługuje na ładną, jasną oprawę.

 

a.

19 sierpnia, sobota

zmarł janusz głowacki. nie mogę wyjść ze zdziwienia, wydawał się nieśmiertelny, od zawsze górując nad innymi śmiertelnikami w wiecznie niedopiętej koszuli i łypiąc na nich ironicznie. gdy byłam podlotkiem kochałam się w nim na zabój- w tej jego cierpkiej ironii, worku historii i zbiorze sztuk teatralnych. jest mi więcej niż smutno.

ten dziennik bardziej przypomina ostatnio dziennik żałobny niż dziennik kuchenny, ale i ja jestem ostatnio bardziej żałobna niż kuchenna, choć jem sporo i z ochotą. jakoś brak mi słów, żeby objąć ten zwichnięty, niepełnosprawny świat. dużo we mnie strachów o charakterze globalnym, głowa spuchnięta od niepokoju. ameryka, która zatacza jakieś straszne koło, miłosz, który pewnie przewraca się w grobie. świat, do którego strach wyjechać i wyjść, rzeź drzew, natura, która mści się na nas za te wszystkie bezmyślne lata, a ja się jej nie dziwię. dużo myśli o polsce. w domu mamy oddział szpitalny- każde pilnuje swojego antybiotyku, zasypiam jak dziecko jeszcze przed północą, jestem zupełnie bez formy. wiadomości o odejściach, chorobach i rozstaniach, zawsze wtedy myślę sobie, że właśnie teraz jest mój czas- moi bliscy są zdrowi, w polsce nie wybuchają bomby ani pożary, nie mamy większych trosk, mamy siebie, mieszkamy w pępku świata, powinniśmy co dzień budzić się z zachwytem i podzięką na ten temat; nie robimy tego. wydaje nam się, że wszystko jest dane raz i na zawsze. nie jest.

 

jem, gotuję, czytam,  sporo biegam, dokądś wyjeżdżam i skądś wracam, trochę pracuję, robię coroczne duże porządki, ale mam wrażenie, że to wszystko za mało, że to wszystko nie to. z drugiej strony w głowie wciąż odzywa się zagajewski- „spróbuj opiewać okaleczony świat”, „musisz opiewać okaleczony świat”- to przywraca proporcje. może to ten moment, kiedy człowiek, nierozumiejący i nierozumny, zaczyna szukać rady i pociechy w słowach i w wierszach? nie bez powodu mamy tylu wieszczów narodowych i chyba nie bez powodu przypominają mi się ostatnio te wszystkie wersy, które przez całe lata nie były mi potrzebne.

 

w myśl prób opiewania okaleczonego świata- letni tryb życia. jemy kwiaty cukinii faszerowane ricottą i oregano, bagietki z pesto, pomidorami i mozzarellą, naleśniki z jagodami, bakłażany duszone w pomidorach i tahinie, niezliczone kubki sierpniowych owoców zmiksowanych z maślanką konecką, fasolę szparagową w pomidorach. wczoraj siedzieliśmy do nocy- ostatniej ciepłej przed ochłodzeniem- na szpitalnej, piliśmy wino i jedliśmy sery, dziś usmażyłam „courgette and manouri fritters” ottolenghiego, na deser mamy prosty placek ze śliwkami (moist spelt and damsons cake, „tender”). tydzień temu byliśmy też w dyskutowanej ostatnio gęsi w dymie pod limanową, ale nie ma właściwie o czym dyskutować. jedno co mnie na ten temat cieszy- to to, że może pojawiające się w takich miejscach przybytki to odpowiedź na przydrożne motele, które poznikały lata temu, choć z drugiej strony ciężko nazwać codziennym i „przejazdem” miejsce, w którym na posiłek (nietani) czeka się grubo ponad godzinę, w dodatku w przedziwnej atmosferze.

 

sporo jeździmy ostatnio po małopolsce- szukam dla siebie miejsca i zastanawiam się, co w gruncie rzeczy o niej myślę. czy chciałabym tu żyć, czy właściwie nie bardzo. trochę się do siebie zbliżyłyśmy, lubię o sobie myśleć, że jestem teraz ze wschodu, coraz więcej miejsc budzi moją sympatię.

 

w zeszłym tygodniu obejrzeliśmy wszystkie dziesięć odcinków „ozark”, ja z entuzjazmem, chce mi się teraz do jezior i lasów.

pierwszy raz doczytałam do końca „małą apokalipsę” i cieszę się, że w końcu do niej dojrzałam. czytam teraz „jazz” toni morrison, ona po prostu cholernie dobrze opowiada. zerkam z radością na tyjący kopczyk książek na wakacje.

 

ze spraw, które bawią i wywołują błogosławiony śmiech- ostatnia okładka „new yorkera” albo jimmy kimmel, który ma pomysł na to, jak uratować stany zjednoczone- „instead od president, we make donald trump king”- wspaniałe! sugeruje, żeby zafundować trumpowi pałac na przykład na takiej florydzie, zamknąć go tam w cholerę i w ogóle „let`s make america great britain again”. wspaniałe.

 

i jeszcze zadania na deszczowy weekend dojrzałego sierpnia- chcę zrobić rabarbarowy gin i usmażyć konfiturę z rabarbaru i białych brzoskwiń, zasuszyć zioła na gorsze czasy, trzeba przesadzić rozmaryn. i trzeba „opiewać okaleczony świat”.

 

a.

8 sierpnia, wtorek, wiatr

przemyślniki: dwa brzegi to mój ulubiony festiwal, więc tym bardziej mi niemrawo, że film zajmuje mnie coraz mniej. mam trudności z wysiedzeniem i z uważaniem, niczego właściwie nie przeżywam, nic nie zostaje mi w głowie. w ubiegłym roku chodziły opinie, że rok był słaby; dziś nie umiem powiedzieć, czy słaby jest rok, czy ja. widziałam trochę świeżynek z europejskich festiwali, coś sprzed lat i zbyt słodki dokument o krakowskiej pwst, a i tak najbardziej podobał mi się mikołajewski w mięćmierzu i osiemnastominutowy filmik dokumentalny lindsaya andersona z 1967 roku („raz, dwa, trzy”) kręcony w warszawskiej szkole teatralnej, z młodziutkim i śpiewającym fronczewskim oraz równie młodziutkim i tańczącym andrzejem sewerynem, to było wzruszające.

poza tym na wschodzie bez zmian- malwy, pierogi po lubelsku, kasza gryczana ze skwarkami i twarogiem, dużo wina i dużo słońca. codziennie rano znad kawy widoczek na zamek i trzy krzyże. te same co zwykle miejsca, buzie, radości i złości, ten sam zapach rozgrzanego drewna. komfort i radość takiego przeżycia.

 

jadłospis: placki z cukinii, pizza i lody (pistacjowe z prażonymi pistacjami, migdałowe z migdałami i laskowe z laskowymi- deser dla mnie) w nolio, curry z połową warzyw z hali targowej (to dzisiaj), naleśniki z jagodami i z sosem z jagód. w sobotę piknik w parku bednarskiego- humus (amamamusi) i falafele (mazaya) na kocu w kratę, na deser wybitne w mojej opinii lody z lodowej manufaktury- malina z mascarpone i jogurt z sezamem, idealne, zjedliśmy też dokładkę. potem sporo wina na mostowej. w niedzielę zdjęłam z półki „jerusalem” yotama- więc pieczony kalafior z sosem z tahiny i fattoush. ugotowałam zupę wiśniową, z laską wanilii i cynamonu, z goździkami, tłustą śmietanką i lanymi kluskami- pyszna, myślę o mamie, moja mama jest królową zup owocowych. mamy też ciasto- to jak las nigela z owocowego tomu „tender”, jak zwykle zamiast jeżyn wsypałam czarne porzeczki, a zamiast orzechów laskowych- włoskie. ciasto mojego życia.

 

czytanki: wczoraj odniosłam do biblioteki „miłość” toni morisson (niezłe, dlaczego nikt jeszcze tego nie sfilmował?) i rozmowę z tadeuszem konwickim („pamiętam, że było gorąco”). konwicki to nigdy nie był mój pisarz, ale ten wywiad jest zajmujący, dużo w nim dygata, holoubka i warszawy. na fali tych uczuć przyniosłam nawet do domu „małą apokalipsę” i zamierzam dać jej drugą szansę. czytam teraz „największe szczęście, największy ból. jarosława mikołajewskiego rozmowy z julią hartwig”- ładne i mądre. podczytuję wiersze hartwig. doczytałam dziennik osieckiej i trochę mi go brak. w plecaku zawsze mam pana samochodzika.

 

plany: konfitura z moreli, pieczenie pomidorów, mrożenie owoców na zimę, drożdżówki, wycieczka do wrocławia, placek ze śliwkami, porządki w kredensie. a później jakaś droga.

 

a.

28 lipca, czwartek

przypadkiem wyszedł mi dziś wieczorek prowansalski: na kolację- w rozszerzonym składzie, bo nocujemy dziś bunię z marco- le grand aioli, święto lata. słoik domowego aioli, cierpkiego od niezłej oliwy i czosnkowego jak należy, w którym zanurzaliśmy drobne ziemniaki pieczone z szałwią, zieloną fasolę szparagową, młodą marchew, kolby kukurydzy i wspaniałą bagietkę od zaczynowej zosi. na dodatek oliwki, kapary i rukola podlana musującym winem z usmażonymi na maśle kęsami croissanta; dwie butelki prosecco, pootwierane okna. na deser też w pewnym sensie prowansja- bo lawendowy placek yotama, w którym oprócz lawendy orzechy i morele. zamiast cykad- hejnał.

 

jutro zaczynami trzecią część wakacji- jedziemy do kazimierza na dwa brzegi. próbowałyśmy się dziś z bunią doliczyć które to nasze lato nad lubelską wisłą, siódme, ósme? w prognozach pogody jak co roku piekło na ziemi- wszyscy drżą, ja się cieszę.

na śniadanie mamy kanapki z bagietki pociętej jak ciabatta- z ricottą, pesto, pomidorami, pieczonymi pomidorkami koktajlowymi (piekłam je dziś w stu stopniach trzy godziny z okładem) i bazylią. o szóstej będę parzyła herbatę do termosu.

 

a.

 

 

 

18 sierpnia, poniedziałek, leje

Mam wrażenie, że jesień jest zawsze, tylko na chwilę przerywa ją skwar lata. No więc teraz życie wróciło na właściwe sobie bure tory i najmilej wieść je w domowych pieleszach. Coraz mniej chce nam się jeść na mieście, bo rzadko kiedy można jeść na mieście z psem, ale to jeszcze bym przeżyła, gdyby nie fakt, że mało która knajpa potrafi mi ostatnio sprawić przyjemność. Może to wina pogody, ale jedyne na co mam ochotę, to rzeczy, które da się zalać ciepłym mlekiem, rzeczy które da się zalać szałwiowym masłem, rzeczy które je się z dobrym chlebem i śliwki. Mało która knajpa spełnia takie wymagania, jedynie mój dom. Top 3 rozkoszy, jakie wydała kuchnia na Podskarbińskiej w ostatnim tygodniu to: żytni tost obficie załadowany kupionymi na Szembeku (nowy ulubiony bazar) kurkami w maśle i tymianku; bakłażanowa zapiekanka z ricottą z przepisy Rachel Roddy (ta), którą robiłam osiem godzin, nasączając wonią tłuszczu całe mieszkanie, ale było warto; crumble ze śliwkami Nigela Slatera, z mąką migdałową i orkiszową (z „Tender” nr 2)(a te śliwki podgotowane z gałązką rozmarynu, brązowym cukrem i plastrem masła), które zjedliśmy z gęstą jak masło creme fraiche, które przywiozła z Brukseli Monia. Na wczorajszą kolację do łóżka gorący ryż na mleku (i „Jumanji”), a dziś, na chorobowym, kanapki z jajkiem i krupnik z warzyw z działki. W życiu piecucha to są wartości najwyższe.

 

Czytam „Moją dumną prowincję” Kornela Filipowicza i jest to rzecz piękna, tak bardzo, że robię to powoli. W kolejce same oczekiwania: na książkę Pablopavo, który mnie niezmiennie wzrusza gdy leci w radiu, a ja myję naczynia (wiem że to czyja inna, ale czy ktoś jeszcze płacze jak bober przy tej piosence, w której „już nie ma sąsiadki, co plotła makatki”?), nową Elizabeth Strout, nowego Witkowskiego i Yanagiharę. Chałce wypadają mleczaki i poznała słodki smak snu w otwartej walizce, na mojej sukience z trzeciego w tym roku wesela. Aksamitne uszy muskające łydki, mokre całuski przed siódmą rano, dodatkowa godzina codziennego spaceru, samochód pachnący kostką szpikową – to nowa, wspaniała rutyna.

 

k.

4 września, poniedziałek

Zapomniany już sierpień był miesiącem fine diningu. Nie jest to mój ulubiony rodzaj kulinarnych doświadczeń, gdyż nad kwiaty i pudry w talerzu przedkładam porządną panierkę, masełko i błogość płynącą z tarzania się w glutenie, ale przeżyłam dania warte zanotowania, a już zwłaszcza w takim dzienniku.

 

Po pierwsze – Kopenhaga, gdzie trafiliśmy na pożegnalny wakacyjny weekend. Drużyna Restaurant Weeka zabrała mnie ze sobą do ślicznej jak film Wesa Andersona kultowej podobno restauracji 108, gdzie na stół wjechały młode cukinie w niepokojącym płynie smakującym jak kompot z suszu, miski kwiatowych sałat na kwaśnym jak czort puree z zieleniny oraz na szczęście cudowny, ciepły chleb w stylu francuskim i kilka miseczek z ubitym masłem. Dania główne zagrały lepiej – jędrna biała ryba z siekaną sałatką z młodej kukurydzy i wieprzowy brzuszek utaplany w demiglasie z agrestem, bzem i wędzonym masłem, a do zagryzienia majstersztyk – łuk ulepiony z cieniutkich plasterków kwaśnego jabłka, upudrowany porzeczką, ale nadal wygrywał z tym wszystkim chleb z masłem. A desery… Myślę, że mogłabyś się bardzo wzruszyć: rabarbarowy – lody, krem, skorupka, puder, sok, wszystko aż świdrujące w sam początek języka, i deser las: sorbet z czarnej porzeczki, pączki sosny i domowe mleko z młodych, lekko uprażonych orzechów laskowych. Wylizywaliśmy to mleko palcami, do ostatnich kropli, ze wspólnych misek.

 

Drugi uroczysty obiad zjedliśmy w Barr, czyli tam, gdzie jeszcze niedawno była Noma i to już było przeżycie. Z karty zamówiliśmy wszystko po dwa razy, ale było nas tyle, że pamiętam tylko kęsy: sznycla z kaparowym masłem, groszkiem, tartym chrzanem i bitą kwaśną śmietaną, młode ziemniaki z kozim masłem i lubczykiem, pieczone kurczę z sałatką z kukurydzy, kurek i holenderskim sosem jus, no i puszyste masło, kubeczek smalcu i chleb. Wafle z południowej Jutlandii, z malinami i miseczką tłustej śmietany z kapką oleju lnianego i lody sosnowe z jagodami. Na deser spacer po korytarzach Nomy, patrzeć na te wszystkie pudełeczka, książki, fartuchy z nazwiskami, tablice z rozpisanymi smakami, twarze z filmów – to było coś.

 

W ten krótki weekend zjedliśmy więcej różności, niż przez minione dwa tygodnie w Norwegii, gdzie jednak rządził makaron, płatki owsiane i ryż. Lepiej niż fine dining wspominam jednak kąski uliczne: fish&chips z jędrnym dorszem, grubymi, parzącymi w palce frytkami i sosem tatarskim czy pączka w cukrze nadzianego creme brule, oba dalekie od subtelności.

 

(Ostatni fine, jaki nas spotkał, to warszawska Nolita – wędzone serca pomidorów, pomidorowy tatar i domowy ocet truskawkowy; tatar z tuńczyka z kalarepą i lodami z yuzu, fantastyczny kulbin z gałką puree z wasabi i prażynką z ziołami, francuska cielęcina, od której jęknęłam, skąpana w grzybach, oprószona truflą, chrupiąca ziemniakami allumette wreszcie waniliowa pianka z pistacjami i maliną, a na koniec mała eksplozja marakui z okrągłej praliny – czysta rozkosz, nie tylko na talerzu, bo od dobry wieczór od kamerdynera otwierającego drzwi, przez pachnące zagranicą mydło w pięknej łazience, po nienaganną obsługę, która uszanowała naszą bidę z nędzą i dopasowała do posiłku wino w przyjemnej cenie)

 

Kopenhaga to najpiękniejsze kubki, czarki, talerze, tkane serwetki i bieżniki, miski, filiżanki do espresso i dzbanki do kawy. Najmilsze mieszkania do podglądania przez okna nocą, najpiękniej pachnące bułki z cynamonem, no i wreszcie owsianka w Grød, którą z lubością pożarłam na jedno ze śniadań (z kompotem jagodowym, prażonymi orzechami laskowymi i dulce de leche) (czy Matko toleruje owsiankę? Marcek krzywi się na nią bardzo, bardzo brzydko, zjadł tylko słodkie z wierzchu). Ale chyba wyrosłam z chęci mieszkania tam – miasto, choć piękne, jednak jak każde inne. Chcę domku w lesie, zwłaszcza dziś, kiedy mży i wieje, a mój mały pies jest smutny, gdy wychodzimy rano do pracy. Schować się, piec ciasto (wczoraj przez trzy godziny robiłam bougatsę: pachnący pomarańczami krem, złote od masła płatki filo, cynamon i cukier puder, na nosie, na stole, trzy talerzyki, mój, Marcka i Uli), gotować zupę i żeby już była głęboka jesień.

 

k.

 

 

 

3 września, niedziela, okropnie

trochę boję się powiedzieć, że jutro jedziemy na wakacje, bo w sobotę zepsuł się nasz samochód, a po drodze nie udało się jeszcze kilka spraw. w przedpokoju las toreb, namiot, śpiwory, materac, torba z przyborami kuchennymi, torba z książkami itp. itd., z którymi jutro musimy jakimś cudem dotrzeć do kłodzka (dwie przesiadki), gdzie czeka na nas samochód zastępczy. przychodzi mi do głowy jedynie wytarta mantra, że „ćwiczenia są drogą żywota”; zaiste. poza tym deszcz, dwanaście stopni, buro, a w talerzach- ribollita ze świeżym jasiem, chleb, masło i zielone pomidory i- tu deser dla matko, dla ciebie i dla marcka- owoce pod kruszonką z dodatkiem masła orzechowego (z grochami orzechów). matko zjadł trzy czwarte brytfanki, dla mnie chyba za dużo tego dobrego. na długą drogę będą kanapki z awokado, gruszką i cheddarem.

przed nami długa włóczęga po włoszech. wyjątkowo  mam ochotę na prawdziwe wakacje, długie, ciepłe, z wodą, lodami, bez deszczu i zapachu dymu. jeszcze się w tym roku nie wygrzałam, a poza tym lubię moje letnie sukienki.

 

a.

1 września, ale jeszcze o sierpniu

świętowanie sierpnia, obchodzenie lata- pierogi z jagodami w kłodzku, zupa szczawiowa, ogórki małosolne i chleb z masłem, kruchy placek z owocami schyłku sierpnia (pół z jabłkami z domową konfiturą z płatków róż, pół z  morelami, borówkami i jeżynami), pomidory, ogórki, cukinie, ratatuja, kolby kukurdzy. jeżynobranie, ścinanie zemdlałych kwiatów, rwanie chwastów, zbieranie płatków róż (na więcej konfitury), upychanie ogórków w słoikach. nad lasami pierwsze mgły, w lesie pajęczyny i wrzosy, krajobraz przed bitwą (jesienno-zimową). wpada się raz w chłodne i wilgotne, raz w jeszcze rozgrzane i wonne powietrze, dojmująco smutne (choć ładne) doznanie. w całej polsce- nawłocie i coraz prędsze zmierzchy.

 

w świątecznej wyjątkowej urody wspomnienie donaty subbotko o januszu głowackim (to zdjęcie!), odłożyłam sobie te strony, mam otyłe teczki, w których składuję takie doznania. chyba nikt nie powiedział o człowieku niczego mądrzejszego niż ta głowacka konstatacja, że „ludzie są ludzcy”. z kolei w ostatnich dniach połknęłam w tych wszystkich pociągach i autobusach (pociągi- trzy, autobusy- dwa) „trafny wybór” rowling – taka czytanka na wakacje. a teraz „zawsze powroty”- dziennik podróży julii hartwig i przewodniki turystyczne. jeden po wschodnim wybrzeżu ameryki północnej- we wtorek dostaliśmy wizę.

 

pierwszy dzień września i od razu ulewa. wczoraj wieczorem zerwałam się z jogi, a matko z pracy, i poszliśmy obchodzić ostatni dzień sierpnia, w nowej włoskiej restauracji przy świętego tomasza, o której mam do powiedzenia tylko tyle, że podobały mi się obrusy w kratę i stoliki wychodzące na kościół i na niebo.

 

jutro rano pożegnalne naleśniki z jagodami.

 

a.

 

28 sierpnia, chłodek

Klasyk – kiedy połechcze mnie pajda z masłem, mogę pisać peany, a gdy dzieje się coś prawdziwego, nie umiem tego ubrać w słowa. Z norweskich lasów wróciliśmy tydzień temu, ale adaptacja trwa nadal. Pies przyzwyczaił się do nas na nowo, roślinki trochę strzeliły w górę dzięki regularnemu pojeniu przez Monię, Warszawa jakby gładsza (i już nawet nie marzę tak rozpaczliwie o przeprowadzce do Kopenhagi), a w pracy świat się nie zawalił – to miło, ale też miałko.

 

Tęsknię za lasem, prostotą krajobrazu, architektury, posiłków. Kawa i ciasto czekoladowe na powitanie w Ytre Enebakk, ryż z ciecierzycą tikka masala z blaszanej miseczki na drodze wśród owiec, makaron z polskimi pomidorami z działki i parmezanem, przy kominku w chatce, herbatniki i solone migdały w niekończącej się podróży, do zagryzania kart książek. Wielkie grzyby, śpiące pod mchem. Świeży, bo tylko chwilę nieżywy rdzawiec, wyłowiony przez chłopaków z fiordu, usmażony na maśle z cytryną. No i wreszcie jagodowe oceany, przez które brodziliśmy na każdym spacerze. Każdy nieobrany z kulek krzaczek był wyrzutem sumienia, całe garście lądowały więc najpierw w buzi (podobno w Norwegii nie ma bąblowicy), a co zostało, w owsiance, gotowanej co rano na drżącej kuchence w trawie, z widokiem na jezioro, fiord, huk potoku. Kawa z tłustym mlekiem, gruby dres, zimny nos. Duże porcje w ciepłych rękach, niezliczone termosy herbaty, rosa na rzęsach i poduszce. Las miękki i pachnący jak świeża pościel, kryształki wody na igłach, krople w powietrzu, jak złota łuna. Lodowata woda z rzeki, od której dzwoniły zęby, gdy się człowiek szorował. Trochę tęskniłam za czystymi rękami, ciepłą wodą i masłem, ale napewno nie za kanikułą, w której nadal prażyła się ojczyzna. Na północy było jeszcze chłodniej, cały Hedmark wyglądał trochę jak sad. Łąki porostów, kłębiastych i waniliowych jak kalafiory, dywany borówek i te pokręcone, karłowate drzewka, na których oczy same daremnie szukały jabłek, srebrne brzózki, mżawka, ostre szczyty gór, które raniły dłonie, ciągle i ciągle silny wiatr. W nagrodę – cynamonowa drożdżowa bułeczka z rodzynkami z piekarni, karton mleka na pół, ostatnie lokalne truskawki kupione ze straganiku pod wodospadem. W tym okruchu zimy w lecie zasypialiśmy szybciej, niż przychodziła noc.

 

A potem, w drewnianej hytte w środkowej Norwegii, pod głową wypchanego łosia, przed kominkiem i w wełnianym swetrze, zostałam załzawioną narzeczoną.

 

k.

23 sierpnia, środa, chłód

z życia biegacza- dwie wspaniałe rozmowy z jarosławem mikołajewskim. jedna sprzed trzech lat, wiktor osiatyński i mikołajewski o włoszech i włochach, zajmujące i poetyckie. druga z lipca tego roku, o „terremoto”, trzęsieniach ziemi, świecie bez boga, braterstwie, „dzieciach antygony”- tej mogę słuchać w koło macieja. poza tym w moim domu brzmi głównie radio bbc 4- szczególnie czekam na „book of the week”, „gardeners` question time”, muzyczny radioturniej „counterpoint” i „food programme”-świetne są szczególnie odcinki biograficzne, na przykład ostatni o patience gray. angielski w wydaniu brytyjskim wyjątkowo mnie uspokaja.

 

w krakowie o ósmej wieczorem jest już całkiem ciemno, od poniedziałku noszę jesienny płaszczyk. uciekam na zachód polski (z przystankiem na śląsku, u basi- to dziś), tam dnia ubywa nieco wolniej, a ostatni weekend sierpnia zasługuje na ładną, jasną oprawę.

 

a.

19 sierpnia, sobota

zmarł janusz głowacki. nie mogę wyjść ze zdziwienia, wydawał się nieśmiertelny, od zawsze górując nad innymi śmiertelnikami w wiecznie niedopiętej koszuli i łypiąc na nich ironicznie. gdy byłam podlotkiem kochałam się w nim na zabój- w tej jego cierpkiej ironii, worku historii i zbiorze sztuk teatralnych. jest mi więcej niż smutno.

ten dziennik bardziej przypomina ostatnio dziennik żałobny niż dziennik kuchenny, ale i ja jestem ostatnio bardziej żałobna niż kuchenna, choć jem sporo i z ochotą. jakoś brak mi słów, żeby objąć ten zwichnięty, niepełnosprawny świat. dużo we mnie strachów o charakterze globalnym, głowa spuchnięta od niepokoju. ameryka, która zatacza jakieś straszne koło, miłosz, który pewnie przewraca się w grobie. świat, do którego strach wyjechać i wyjść, rzeź drzew, natura, która mści się na nas za te wszystkie bezmyślne lata, a ja się jej nie dziwię. dużo myśli o polsce. w domu mamy oddział szpitalny- każde pilnuje swojego antybiotyku, zasypiam jak dziecko jeszcze przed północą, jestem zupełnie bez formy. wiadomości o odejściach, chorobach i rozstaniach, zawsze wtedy myślę sobie, że właśnie teraz jest mój czas- moi bliscy są zdrowi, w polsce nie wybuchają bomby ani pożary, nie mamy większych trosk, mamy siebie, mieszkamy w pępku świata, powinniśmy co dzień budzić się z zachwytem i podzięką na ten temat; nie robimy tego. wydaje nam się, że wszystko jest dane raz i na zawsze. nie jest.

 

jem, gotuję, czytam,  sporo biegam, dokądś wyjeżdżam i skądś wracam, trochę pracuję, robię coroczne duże porządki, ale mam wrażenie, że to wszystko za mało, że to wszystko nie to. z drugiej strony w głowie wciąż odzywa się zagajewski- „spróbuj opiewać okaleczony świat”, „musisz opiewać okaleczony świat”- to przywraca proporcje. może to ten moment, kiedy człowiek, nierozumiejący i nierozumny, zaczyna szukać rady i pociechy w słowach i w wierszach? nie bez powodu mamy tylu wieszczów narodowych i chyba nie bez powodu przypominają mi się ostatnio te wszystkie wersy, które przez całe lata nie były mi potrzebne.

 

w myśl prób opiewania okaleczonego świata- letni tryb życia. jemy kwiaty cukinii faszerowane ricottą i oregano, bagietki z pesto, pomidorami i mozzarellą, naleśniki z jagodami, bakłażany duszone w pomidorach i tahinie, niezliczone kubki sierpniowych owoców zmiksowanych z maślanką konecką, fasolę szparagową w pomidorach. wczoraj siedzieliśmy do nocy- ostatniej ciepłej przed ochłodzeniem- na szpitalnej, piliśmy wino i jedliśmy sery, dziś usmażyłam „courgette and manouri fritters” ottolenghiego, na deser mamy prosty placek ze śliwkami (moist spelt and damsons cake, „tender”). tydzień temu byliśmy też w dyskutowanej ostatnio gęsi w dymie pod limanową, ale nie ma właściwie o czym dyskutować. jedno co mnie na ten temat cieszy- to to, że może pojawiające się w takich miejscach przybytki to odpowiedź na przydrożne motele, które poznikały lata temu, choć z drugiej strony ciężko nazwać codziennym i „przejazdem” miejsce, w którym na posiłek (nietani) czeka się grubo ponad godzinę, w dodatku w przedziwnej atmosferze.

 

sporo jeździmy ostatnio po małopolsce- szukam dla siebie miejsca i zastanawiam się, co w gruncie rzeczy o niej myślę. czy chciałabym tu żyć, czy właściwie nie bardzo. trochę się do siebie zbliżyłyśmy, lubię o sobie myśleć, że jestem teraz ze wschodu, coraz więcej miejsc budzi moją sympatię.

 

w zeszłym tygodniu obejrzeliśmy wszystkie dziesięć odcinków „ozark”, ja z entuzjazmem, chce mi się teraz do jezior i lasów.

pierwszy raz doczytałam do końca „małą apokalipsę” i cieszę się, że w końcu do niej dojrzałam. czytam teraz „jazz” toni morrison, ona po prostu cholernie dobrze opowiada. zerkam z radością na tyjący kopczyk książek na wakacje.

 

ze spraw, które bawią i wywołują błogosławiony śmiech- ostatnia okładka „new yorkera” albo jimmy kimmel, który ma pomysł na to, jak uratować stany zjednoczone- „instead od president, we make donald trump king”- wspaniałe! sugeruje, żeby zafundować trumpowi pałac na przykład na takiej florydzie, zamknąć go tam w cholerę i w ogóle „let`s make america great britain again”. wspaniałe.

 

i jeszcze zadania na deszczowy weekend dojrzałego sierpnia- chcę zrobić rabarbarowy gin i usmażyć konfiturę z rabarbaru i białych brzoskwiń, zasuszyć zioła na gorsze czasy, trzeba przesadzić rozmaryn. i trzeba „opiewać okaleczony świat”.

 

a.

8 sierpnia, wtorek, wiatr

przemyślniki: dwa brzegi to mój ulubiony festiwal, więc tym bardziej mi niemrawo, że film zajmuje mnie coraz mniej. mam trudności z wysiedzeniem i z uważaniem, niczego właściwie nie przeżywam, nic nie zostaje mi w głowie. w ubiegłym roku chodziły opinie, że rok był słaby; dziś nie umiem powiedzieć, czy słaby jest rok, czy ja. widziałam trochę świeżynek z europejskich festiwali, coś sprzed lat i zbyt słodki dokument o krakowskiej pwst, a i tak najbardziej podobał mi się mikołajewski w mięćmierzu i osiemnastominutowy filmik dokumentalny lindsaya andersona z 1967 roku („raz, dwa, trzy”) kręcony w warszawskiej szkole teatralnej, z młodziutkim i śpiewającym fronczewskim oraz równie młodziutkim i tańczącym andrzejem sewerynem, to było wzruszające.

poza tym na wschodzie bez zmian- malwy, pierogi po lubelsku, kasza gryczana ze skwarkami i twarogiem, dużo wina i dużo słońca. codziennie rano znad kawy widoczek na zamek i trzy krzyże. te same co zwykle miejsca, buzie, radości i złości, ten sam zapach rozgrzanego drewna. komfort i radość takiego przeżycia.

 

jadłospis: placki z cukinii, pizza i lody (pistacjowe z prażonymi pistacjami, migdałowe z migdałami i laskowe z laskowymi- deser dla mnie) w nolio, curry z połową warzyw z hali targowej (to dzisiaj), naleśniki z jagodami i z sosem z jagód. w sobotę piknik w parku bednarskiego- humus (amamamusi) i falafele (mazaya) na kocu w kratę, na deser wybitne w mojej opinii lody z lodowej manufaktury- malina z mascarpone i jogurt z sezamem, idealne, zjedliśmy też dokładkę. potem sporo wina na mostowej. w niedzielę zdjęłam z półki „jerusalem” yotama- więc pieczony kalafior z sosem z tahiny i fattoush. ugotowałam zupę wiśniową, z laską wanilii i cynamonu, z goździkami, tłustą śmietanką i lanymi kluskami- pyszna, myślę o mamie, moja mama jest królową zup owocowych. mamy też ciasto- to jak las nigela z owocowego tomu „tender”, jak zwykle zamiast jeżyn wsypałam czarne porzeczki, a zamiast orzechów laskowych- włoskie. ciasto mojego życia.

 

czytanki: wczoraj odniosłam do biblioteki „miłość” toni morisson (niezłe, dlaczego nikt jeszcze tego nie sfilmował?) i rozmowę z tadeuszem konwickim („pamiętam, że było gorąco”). konwicki to nigdy nie był mój pisarz, ale ten wywiad jest zajmujący, dużo w nim dygata, holoubka i warszawy. na fali tych uczuć przyniosłam nawet do domu „małą apokalipsę” i zamierzam dać jej drugą szansę. czytam teraz „największe szczęście, największy ból. jarosława mikołajewskiego rozmowy z julią hartwig”- ładne i mądre. podczytuję wiersze hartwig. doczytałam dziennik osieckiej i trochę mi go brak. w plecaku zawsze mam pana samochodzika.

 

plany: konfitura z moreli, pieczenie pomidorów, mrożenie owoców na zimę, drożdżówki, wycieczka do wrocławia, placek ze śliwkami, porządki w kredensie. a później jakaś droga.

 

a.

3 sierpnia, skwar

Długo to nie trwało: mamy psa.

Chałka ma cztery miesiące, biały pędzelek na ogonie i wzięła się tydzień temu z fundacji opiekującej się kundelkami. Jej hobby to lizanie naszych stóp, biegi przez wysoką trawę i spanie z głową pod praniem. Za nami pełne ekscytacji spacery, pierwsza wizyta u weterynarza (ani pisku), niejedna w sklepie zoologicznym (wór skórkowych kości starczy jej ząbkom na jakiś tydzień), pierwsze szramy na dłoniach i ślady na nogach łóżka. Po krótkim okresie nieśmiałości rozwinęła już swoje psie skrzydła, zjadając wczoraj szczotkę do butów, długopis oraz ostatnią uschniętą piwonię. Pierwsze koty za płoty, że tak powiem.

 

W temacie jedzenia: liczne pospieszne panzanelle, kolejna blacha śnieżnobiałego sernika z koroną owoców leśnych, nocne owsianki z malinami i masłem orzechowym. Na wczorajsze urodziny: śniadaniowa tradycyjna kanapka z pastą jajeczną w Krawcu, dwie miski z Raju w Niebie, na lepkim ryżu chrupkie warzywa, mango i melon, tofu, sos. W ramach cukierków do szkoły – blok matcha z pieczonymi migdałami do pracy mojej i Marcina, w ramach prezentu od zakładu – pudełeczko z pękatą burratą, włoskie masło, bochen dobrego chleba. Sami swoi. Niezwykłe to były urodziny – bez przyjęcia, bez świeczek i toastu – upał uśpił mnie wśród na wpół zapakowanych toreb i plecaków tuż po dziesiątej wieczorem. Marcek to jest jednak królem cierpliwości.

 

Mam wielką nadzieję, że to mój ostatni skwar tego roku. Nasze auto już czeka, zapakowane po dach nieprzemakalnymi ubraniami, ciepłymi swetrami i paczkami makaronu, jest też strój kąpielowy, scrabble, latarki czołówki i kilka tysięcy stron książek. Chałka jedzie nocować do cioci Moniki, my ruszamy wieczorem do Wrocławia, a jutro na północ. Bez odbioru,

 

k.

28 lipca, czwartek

przypadkiem wyszedł mi dziś wieczorek prowansalski: na kolację- w rozszerzonym składzie, bo nocujemy dziś bunię z marco- le grand aioli, święto lata. słoik domowego aioli, cierpkiego od niezłej oliwy i czosnkowego jak należy, w którym zanurzaliśmy drobne ziemniaki pieczone z szałwią, zieloną fasolę szparagową, młodą marchew, kolby kukurydzy i wspaniałą bagietkę od zaczynowej zosi. na dodatek oliwki, kapary i rukola podlana musującym winem z usmażonymi na maśle kęsami croissanta; dwie butelki prosecco, pootwierane okna. na deser też w pewnym sensie prowansja- bo lawendowy placek yotama, w którym oprócz lawendy orzechy i morele. zamiast cykad- hejnał.

 

jutro zaczynami trzecią część wakacji- jedziemy do kazimierza na dwa brzegi. próbowałyśmy się dziś z bunią doliczyć które to nasze lato nad lubelską wisłą, siódme, ósme? w prognozach pogody jak co roku piekło na ziemi- wszyscy drżą, ja się cieszę.

na śniadanie mamy kanapki z bagietki pociętej jak ciabatta- z ricottą, pesto, pomidorami, pieczonymi pomidorkami koktajlowymi (piekłam je dziś w stu stopniach trzy godziny z okładem) i bazylią. o szóstej będę parzyła herbatę do termosu.

 

a.