22 lipca, piątek

Wczoraj znalazłam w rowerowym koszyku pierwszy złoty liść, a przecież jeszcze nawet nie zaczęło się lato. Od poniedziałku wicher codziennie zwiewa mnie z Mostu Poniatowskiego i wdmuchuje pod autobusy na Puławskiej. Pierwsze ciasto ze śliwkami już za mną – olive oil ricotta cake z tego przepisu, rozkoszne! Własnej produkcji ricottę w dodatku podarował mi brat. Nasza lodówka stoi serami – oprócz trzech kawałów austriaka mamy też strzępek bundzu i trochę ricotty solonej również jego produkcji, no i trzy owcze cuda, po które we wtorek pojechałam aż pod Jeziorany, na reportaż. Pierwszy raz głaskałam wełniste łebki owiec, a pola i niebo, bielone ściany domku i lśniące oczka wodne, wszystko było bardzo jaskrawe i ciężko mi było się stamtąd ruszyć – czasami moja praca jest rozdzierająco przyjemna. Jak byłam mała, to najsmutniejsze wydawały mi się piękne sny. No bo trzeba się było obudzić i dowiedzieć, że po powrocie z przedszkola wcale nie znalazłam za szafą czteropiętrowego domku dla lalek. Trzeba było wrócić do rzeczywistości. Ale zanim dzień się skończył, długo rozmawialiśmy, z kotem plączącym się od miski z tuńczykiem do nagrzanego rombu na dywanie w salonie. Przyglądałam się, jak gotuje polsko-francuska rodzina i jak już wszystko sfotografowaliśmy, zjadłam: muszle św. Jakuba z farszem ze świeżego tuńczyka i leśnych grzybów (dużo masła i śmietany), marynowaną fasolkę w bekonie, owczy ser w cieście francuskim, sałatę z orzechami, szalotką i winegretem, tartę z cudownie słodką cebulą (dużo masła i miodu), tatin z jabłkami z ogrodu i lodami z owczego mleka, trzy deski serów. Z suszoną figą, orzechami, ziołami i w maku, piramidkę w popiele i bez popiołu, Saint Marcelin i brique, suszony brique, musujący na języku, to jeszcze przed obiadem. Plasterek sera na nożu, orzech włoski w drugiej ręce, kieliszek z rose. Samo przebywanie w towarzystwie ludzi, którym radość daje to, co mnie, to już mała lewitacja, no i ta porozumiewawczość: weź łyżkę, zobacz jaki ten farsz wyszedł, a tego sera to chyba jeszcze nie próbowałaś, masz jeszcze wino? Tak wygląda moja praca. Praca.

 

Dobrze jednak, że ten tydzień zmierza ku końcowi, bo o tym wszystkim trzeba było potem napisać. Zaraz przyjeżdża po mnie Marcin (z portkami na przebranie, bo na sukienkę to dziś jednak niezbyt przyjemnie), jedziemy poszukać przeciwdeszczowego płaszcza (nie dowierzam latu) i po kurki i bukiet tymianku. Do przerobienia mamy też oławską fasolkę szparagową, cukinie i śliwki. Razem z bawolimi sercami, cukierkami i torebką czosnku z działki przyszły pocztą od marcinowej mamy, uwierzysz?

 

Jutro próba chlebowa – mam gar.

 

k.

Nadal 15 lipca, o Austrii

Piwo i mięso, tak mogłabym podsumować ten tydzień.

 

Zaczęło się od walki z ekspresem do kawy, który miał mnie uratować po dwunastogodzinnej podróży autobusem. Drożdżówkę makową z Meryka, sześć kanapek z cheddarem, pesto i szpinakiem, pudło pomidorków koktajlowych i dwa ogórki pochłonęliśmy jeszcze przed opuszczeniem mazowieckiego. Na śniadanie, już w Graz, dostaliśmy suszoną kiełbaskę z tartym chrzanem, pomidory z olejem z pestek dyni, ten ser, którego potem kupiliśmy półtora kilograma, a do tego gęsty chleb na miodzie.

 

No więc chleb, piwo, mięso i dużo aperolu, w sumie to tak było. No i spacery. Wśród winnic, w tępym upale – na deser sałatka z fasoli, cebulki i znowu tego zielonego oleju, chleb z jajkiem, szynką i chrzanem, grubo masła – trochę wróciłam do czasów podstawówki, kiedy kanapki nie były jeszcze obciążone ryzykiem węglowodanowej zapaści i tak dalej. No i tym razem wino, chłodne i kwiatowe.

 

W niedzielę wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do Salzburga, z ciastem Yotama (znowu… no ale muszę rozgłaszać tę lawendową wieść, co poradzić). Obiadowy przystanek wypadł w przydrożnym zajeździe, gdzie padł pierwszy wielki zachwyt – na woskowanym papierze makrela z rusztu, nabita na drewnianą szpadkę, cząstki cytryny, octowa sałatka ziemniaczana. I znów piwo – w wielkim ogrodzie starego browaru, a potem przechadzka po wzgórzach – Salzburg jest miastem różnych odcieni bieli, odcina się na tle zieleni i skał. Na deser skok do basenu, już w domu Benjamina, i o złotej godzinie hot dogi z kiełbaską i sosem z majonezu estragonowego, curry i cebulki.

 

A najmilszy posiłek to chyba było moje śniadanie w schronisku górskim nad niebieskim od nieba jeziorem. Wspinaliśmy się tam w deszczu przez dwie godziny, a gdy w końcu przekroczyliśmy poziom chmur, zrobiło się pięknie. Po kolejnych dwóch byliśmy na 2500 metrach, zupełnie sami, zupełnie na dachu, chociaż to przecież nie tak wysoko. Za dzielność i umiarkowane marudzenie (nieużywane od dziesięciu lat buty do wspinaczki zrobiły mi z pięty tatara) dostałam bukiet ze wszystkich możliwych kwiatów, dzwonków i innych zagrożonych cudów, mam nadzieję, że nie pójdziemy za to wyznanie do więzienia. A potem, już na dole, podczas gdy uda trzęsły mi się niemożliwie, pożarłam sznycla z ziemniakami i octową sałatką. Piwo, chińczyk, uno, brak ciepłej wody na prysznic, przygrywki na harmoszce, zacinający deszcz za oknem, dziesięć stopni w naszym ciasnym pokoju z piętrowymi łóżkami i szorstkimi kocami. Odrobina listopada w środku lipca. A rano to śniadanie – kaiserschmarrn z jagodami i cukrem pudrem, ciepłe mleko z widokiem na góry. Wiłam się ze szczęścia i nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na kubek maślanki z czerwonymi borówkami, a potem wróciliśmy do domu, na prysznic i białą kiełbaskę ze słodką musztardą na werandzie, o której ściany bębniła ulewa.

 

Nad chłodnym jeziorem wśród gór przeczytałam „Fatum i furię” (całkiem całkiem, chociaż momentami napisana trochę tanio – wszystkie te grube amerykańskie powieści z tego roku zlewają mi się w jedną) oraz „Skandynawski raj”, zbiór reportaży o Europie Północnej. Bardzo dobra pozycja, zwłaszcza tekst Leszka Talko, ale Europę Centralną przygnębia jak diabli. Leniwie popływaliśmy, bo woda aż się prosiła, przezroczysta i zimna. Opaliliśmy nosy na kamiennym cypelku i wszystko dookoła było wielokrotnie błękitne, jak za czasów szwajcarskich. Powietrze kryształ, pachnące lasem iglastym.

 

Mimo że już zjadłam mazowieckich jagód, pomidorów i moreli, to nie koniec wakacji – jutro jedziemy odwiedzić lubelszczyznę, z miską sałatki ziemniaczanej i pudełkiem ciastek lawendowych. W gości do domu. Opowiem.

 

k.

15 lipca, po wakacjach

Zanim przeczytam Twoje wspominki i opiszę Austrię, wydam z siebie pean, bo nie wytrzymam. W naszym dzisiejszym przed chwilą obiedzie wystąpiły: dojrzałe malinówki, kapiąca sokiem brzoskwinia, mozzarella, szynka serrano, świeża mięta i bazylia, portugalska niefiltrowana oliwa, którą dostałam w paczce świątecznej od „zakładu pracy” i która zapakowana jest w wielką, prossecopodobną butelkę z korkiem, płatki soli, grubo mielony pieprz. Już od pierwszego kęsa myślałam, że zemdleję, a po ostatnim przetarciu talerza kromką (zaskoczenie płynące z Grzybków, dałam szansę ich chlebowi alzackiemu, którego bochenek kosztuje trzy złote a nie osiem, jak w coraz częściej zawodzącym SAMie) odpłynęłam miękko. Być może to zasługa rieslinga schłodzonego malinami i porzeczkami z zamrażarki, a być może soczystego lata. Wiem, że wiesz, jak to wszystko smakuje i tak samo cieszy Ci się buzia po każdym kęsie. Będę to teraz jadła przez tydzień, a na desery i śniadania – twaróg z jagodami.

 

Jestem w niebie, tu, na miejscu.

 

k.

6 lipca, wicher

Ułamek wakacji za nami. Morze mnie nie zawiodło, chociaż sam festiwal już tak – niekończące się kolejki, rozdarte małolaty, snapczaty, selfies, zbyt drogie i niezbyt dopracowane jedzenie (zwykle pyszna a tym razem odgrzewana pljeskavica z ajvarem w Yugo, niesłona pizza z Happy Little Truck, nudne klopsiki od Pana Szamy) zespoły, których znam trzy piosenki i oni ich akurat nie grają. Trochę tak było. Ale podczas koncertów Florence and the Machine, LCD Soundsystem, PJ Harvey czy Beirutu miałam trochę gęsiej skórki. Najpiękniejszy był moment, gdy strzeliliśmy pierwszego gola (40 tysięcy ludzi w zorganizowanej naprędce strefie kibica) oraz ten, gdy zdecydowaliśmy, że ostatniego dnia zostajemy w domu.

 

Rowerami wjechaliśmy więc na Klif Orłowski, a potem zjechaliśmy prosto do portu w Gdyni, na flądrę z kutra, z frytkami i sosem kaszubskim (puszyste masło i czosnek). W drodze powrotnej złapała nas ulewa, ale udało się jeszcze wpaść do sklepu po maliny i kolby kukurydzy, żeby wieczór spędzić przy Listach z Iwo Jimy i jeszcze jakimś filmie z Bradem Pittem, na którym zasnęłam.

 

Była też plaża, a na niej drzemanie, moczenie koniuszków palców w burej i lodowatej wodzie, wyplatanie wianków ze znalezionych po drodze kwiatów i ostatnie kawałki ciasta Yotama – dzięki mące kokosowej z biegiem czasu robiło się tylko lepsze – i było jedzenie malin i porzeczek z dziko rosnących krzaczków, na które trafiliśmy w lesie. Pudełko malin to teraz moja stabilizacja. Mam nadzieję, że poczekają, bo zaraz wsiadamy w autobus i wyposażeni w dziesięć filmów i kanapki jedziemy do Wiednia, a stamtąd dalej w kraj. Będę jeść kluseczki i kaiserschmarrn.

 

Na talerzu jak co lato, rozkoszne repety – twarożek z malinami, migdałami i miodem, z jagodami i chrzęszczącym w zębach cukrem, jajecznica na maśle bez chleba, to rano. Po południu cukinie z oławskiej działki, z orkiszem, pomidorami malinowymi, czosnkiem, grubym portugalskim tuńczykiem, pecorino i ziołami, to dziś. Bób z fetą, miętą, rzodkiewką i młodymi ziemniakami, tortilla hiszpańska z rozmarynem, kalafior z masłem, kukurydza w ręku, to na co dzień. A od święta, czyli wczoraj, Pogromcy Meatów: kanapka z żeberkiem, chorizo, pieczoną papryką, owczym serem, chimichurri i siewkami rukwi wodnej oraz druga z karkiem, czarną fasolą, marynowaną czerwoną cebulą i już nie wiem czym jeszcze. Cuda, cieknące po rękach cuda, no i te trzymające całość brioszki…

 

Jadę, trzymaj kciuki za proste drogi. Do usłyszenia nad kluseczkiem.

 

k.


 

 

28 czerwca, szaro

Też się tak budzę, całą noc nie mogę doczekać się poranka. A więc dziś o szóstej, a kolejne nadmorskie noce będą niepełne, bo przecież jasno jest już o czwartej (wiem, bo z soboty na niedzielę Marcin o tej porze gonił muchę po grudziądzkim pokoju, ja byłam przynętą, łasiła mi się na ramiona i uda), a niektóre koncerty zaczynają się o pierwszej. Nie szkodzi, na co komu spanie latem.

 

Pierwszy sobotni gol zastał nas z Monią między krzaczkami truskawek w podgrudziądzkiej wsi – sąsiedzi zaryczeli,  a świnie w chlewiku trochę się podekscytowały. Resztę meczu obejrzałam już niemal uważnie (była jedna przerwa na truskawki ze śmietaną), a podczas karnych dostałam choroby sierocej.Babcia Moni ze stoickim spokojem polowała w tym czasie z łapką na muchę, która co rusz przysiadała na obudowie telewizora. Jak już było wiadomo, chciało mi się płakać, ale nikt inny nie płakał, więc pozwoliłam sobie tylko na gęsią skórkę.

 

Co z tym Grudziądzem – to było nasze letnisko na ten weekend, chociaż zwiedzanie miasta w upale polegało w zasadzie na człapaniu od fontanny do kurtyny wodnej. Pojechaliśmy z Monią i Jackiem, kanapkami z resztką comte, ciastkami z białą czekoladą i morelą oraz jagodziankami, zahaczając po drodze do ciasnej piekarenki Piwońskich. Monina babcia uraczyła nas tym, o czym marzyłam od dawna, chociaż może nie w taki upał – panierowany złoty kotlet z jednego z domowych kurczaków, ziemniaki z koperkiem, mizeria, kompot truskawkowy. Na deser te truskawki – grudziądzka śmietana osiemnastka, kochana… przypomniały mi się czasy, kiedy moja mama robiła mizerię i namiętnie wyskrobywała łyżeczką wieczko od śmietany (z Krasnystawu), czasami dała mi spróbować tej gęstej, tłustej warstwy. Dziś wszędzie jogurt, zdrowe odżywianie i otyłość. Niemniej, ta śmietana… a następnego dnia jeszcze masło i twaróg na pytlowym, pomidory malinowe i chrupiące ogórki, cheddar, jajecznica od domowych kurek, truskawki z pola, no i dla mnie mleko. Na obiad lody i upalna wycieczka do Torunia. Bardzo lubię tamte okolice – piękna zabudowa i ten nabiał.

 

Siąkam nosem i nie wiadomo czy z powodu fruwających pyłków czy innego wzruszenia, które się trochę czai w powietrzu. Wczoraj ułożyłam w szafie koszule. Ostatni samotny wieczór upłynął nad ciastem (Yotama z morelami i lawendą, dodałam jagody, no i tę nieszczęsną mąkę kokosową zamiast włoskiej, zobaczymy), bulgurem (indyk, cukinie, mięta, feta, pinie) i sprzątaniem oraz radiem – kocham głos Anny Gacek, bez względu na to, o czym mówi. W ostatnim Dużym Formacie było o ludziach, którzy słuchają Trójki. To banał, ale ja też tak mam, że jak kierowca autobusu czy sklepowa mają włączony program trzeci, to się cieszę, a lista, Powtórka z rozrywki, pan Sułek, Kydryński, Mann, Strzyczkowski w Wigilię, Muzyka ciszy i tak dalej – to było zawsze i ważne. Gdzie jest radio, tam jest dom.

 

Od wielu dni rozważam te małe miasteczka, bo Warszawa czasem dusi. Półśrodkiem byłby ogródek działkowy, ale przecież ja nic nie potrafię zrobić w ziemi. To takie dziwne, że tutaj trzeba poziomki, porzeczki, jagody kupować, a nie zrywać.

 

Czytam „Lalę” Dehnela, ale jeszcze nie wiem, czy mi się podoba. Pora na nowy magazyn Książki.

 

k.

20 czerwca, leje

Sobota rano – moje pierwsze drożdżówki z truskawkami i mleko, a potem stary podmiejski pociąg, który wyglądał tak samo, jak podczas wycieczek szkolnych w gimnazjum, tak samo, jak we wszystkich letnich książkach Musierowicz – lepko i przygodowo.

 

Sobota południe – działka w Oławie, naręcza botwiny, młodych marchewek i pietruszek, cukinia i malutkie ogórki, groszek cukrowy, kubki poziomek, truskawek, czerwonej porzeczki (co druga do buzi), kwaśny agrest z krzaka, wór rukoli, małych i grubych listków szpinaku, głowa sałaty, bazylia i koper, palce w ziemi. W nagrodę czekoladowe ciasto z truskawkami i kawa z termosu na kraciastym obrusie. Bieg przez trawę, przełażenie przez płot, pies przy nodze. Strasznie mi się marzy działka i zwierzak.

 

Sobota wieczór – pożegnalny wrocławski grill Marcina. Hot-dogi z merguezami, rukolą i dijon, na zalanym deszczem i słońcem wzgórzu. Amerykańskie czekoladki i dużo, dużo piwa, dużo miłych ludzi, do nocy.

 

Niedziela to były przede wszystkim trzy różne bardzo dobre lodziarnie: Polish Lody i gałka ferrero rocher, Tralala i mascarpone z malinami (o Chryste) oraz zwijane tajskie rolki, które powstawały z wylanej na zmrożoną płytę kremówki, dziarsko siekanej z dodatkami (u nas kinder bueno) i zeskrobywanej do kubeczka. Na szybki obiad dorada pieczona z tym, co wyciągnęliśmy z oławskiej ziemi, do tego pesto z rukoli i migdałów. I do domu. Ostatni wrocławski turnus zakończony. Robię miejsce w szafie i komodzie.

 

k.

21 lipca, czwartek

znajoma gorączka przed dłuższą nieobecnością i tępe łupanie w krzyżu- upiekłam dziś dziesięć ciast, w lodówce dochodzą do siebie dwa bochenki tartine, zakwasy do karmienia, jakieś kartki z notatkami, czego nie zapomnieć, co zrobić, stopniowo rosnący stosik książek i gazet „na wakacje”.

 

we wtorek zaprosiliśmy się nawzajem z matko na kolację do nolio z okazji dwulecia znajomości. oboje byliśmy pod wrażeniem i wyjątkowo zadowoleni, nolio krzepnie i dojrzewa. na początek podzieliliśmy się białą pizzą aglio z czosnkiem jak płatki uszu, mozzarellą di bufala, smaczną wędlinką, która widnieje w menu jako ventricina piccante, peperoncino, natką pietruszki i oliwą. no kochana, byłabyś szczęśliwa. największą przyjemność sprawiła mi chyba ta pietruszka oraz kąpiel w oliwie. wciąż jednak nie umiem się pogodzić z brzeżkami tej pizzy- nie to. trudno, czekam dalej. matko zajadał pizzę chłodnikiem z buraków z gałką lodów z gorgonzolą i twierdził, że to jeden z chłodników jego życia. ja twierdzę, że jedzenie pizzy z chłodnikiem to profanacja.

a potem dwie domowe pasty- maltagliati z ricottą di bufala, kurkami, żółtkiem, prosciutto di parma i pistacjami. pyszne i piękne. i papardelle z ogonem wołowym (a la pogromcy meatów), sosem z pomidorów san marzano, demi-glacem, oliwkami taggiasche (jedna kolacja, a tyle nowych słów- czarne, z ligurii), natką pietruszki i caciocchione di bufala (znowu, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. pójdę spytać mirco). pomruki, radość, wymienianie się talerzami, wreszcie wylizywanie talerzy. dawno nie jadłam tak smacznego makaronu. chapeau bas.

 

od wczoraj festiwal resztek i sprzątanie w lodówce- wczoraj pieczone marchewki (ze studzienki, małe i szczupłe) z za`atarem i laskowymi. pod marchewkami czarna soczewica beluga, na marchewkach mazidło z tahiny i jogurtu greckiego. w miseczce obok uduszone na sporym naparstku masła cukinie jak szczypior, garść bobu. a dziś zielona sałatka szparagowa w płaszczyku z sosu tahini z dna słoika (a la „plenty more”), kilka odsmażonych ziemniaczków z łyżeczką pesto i sałatka, którą jadłonomia reklamowała kilka dni temu jako mistrzowską- bób, pomidory, cebulka i awokado z winegretem z wędzoną papryką. smaczne, ale do mistrzostwa daleko.

 

upiekłam dzisiaj pierwsze w tym sezonie ciasto jak las (nigel slater, owocowy tom „tender”, już  je u mnie jadłaś- czarna porzeczka i orzechy włoskie, choć oryginalny przepis mówi o jeżynach i orzechach laskowych). nie mogłam się powstrzymać, poza tym miałam wielką ochotę na podwieczorek i pudełko porzeczki w lodówce. myślałam o nim rwąc porzeczki u rodziców. cieszy tak samo jak zawsze, co jest krzepiące i kojące.

 

jutro rano zjem pajdę ciepłego chleba z malinówką, masłem i szczypiorkiem. na obiad kolbę kukurydzy. a później jedziemy do jarosławia, a stamtąd, na około i przez małe mieściny, na podlasie, na tydzień. pierwszy tydzień sierpnia, jak co roku od lat, przebędę w kazimierzu dolnym na dwóch brzegach.

jestem bardzo szczęśliwa.

 

a.

19 lipca, wtorek, buro

obóz pracy w studzience.

zapamiętamy ten lipiec wyraźnie i pewnie za kilka lat będziemy do niego wracać w opowieściach, uśmiechając się porozumiewawczo do klęski urodzaju porzeczek, jaka nam się wtedy zdarzyła. ja jeszcze czegoś podobnego nie widziałam, wszędzie wątłe ramiona gałązek, które prosiły, żeby uwolnić je od ciężaru owoców. zerwałam blisko 30 kilo czerwonej porzeczki i pewnie około 15 kilogramów czarnej. w niedzielę pomagał mi tata, więc końcowy rachunek jeszcze wyższy. wszystkie kilogramy zamknięte w słoikach, soki na zimę. z czterech nieobranych krzaków mama usmaży konfitury. kocham porzeczki.

 

co poza tym:

fasolka szparagowa z bułką tartą i kubek maślanki (koneckiej)

sałaty z liści rosnących na grządkach

czereśnie-dziczki, prosto z drzewa

porzeczki, wiśnie i poziomki ze śmietaną

jagody ze śmietaną i cukrem

lipcowa minestrone z tego, co w ogródku

kukurydza na kolbie, masło, wędzona sól

kanapki z latem, pomidory, ogórki małosolne, sałata, szczypior, wędzony ser

pasta fresca z cukiniami grubości palca, z kwiatami cukinii, garścią zielonego groszku, prosciutto, skórką otartą z cytryny, parmezanem, świeżo utartym pieprzem, masłem i cytrynową tartą bułką

powrót do czerwonego wina, na chłodne wieczory

w poniedziałek chłodnik w niemczy, po dopołudniu w arboretum w wojsławicach, mama opowiadała mi o bodziszkach, hortensjach i różanecznikach, pojechałyśmy też po wspomnienia pod pałac w piotrkówku, szare chmury i warkocze zboża na polach.

 

a wczoraj późnym wieczorem, już w krakowie, gdy matko odebrał mnie z dworca- najlepsze resztki w tym miesiącu. malinówki, małe żółte pomidorki od pomidorowego pana z hali targowej, jakaś bazylia, jakaś mozzarella, ricotta, oliwa, pesto, czerstwy chleb, migdały, po łyku różowego wina. widać najlepsza panzanella rodzi się w głodzie, chłodzie i po rozłące.

 

a.

 

15 lipca, piątek

wczoraj dzień pomidora- na śniadanie malinówki z malinami, bazylią i mozzarellą, która miała mięciutki, mleczny brzuszek. na obiad pasta fresca ze świeżym pesto i pieczonymi przez dwie godziny z okładem kolorowymi pomidorkami koktajlowymi, słodkimi jak landrynki. garść bazylii i ricotta. i kolacja, oda do resztek- pomidory i pieczone pomidory z mozzarellą, której nie dojadłam rano, z pesto z dna słoika, z ostatnią gałązką bazylii i czterema migdałami. wciąż się waham, czy mentalnie bliżej mi do włoszki, czy francuzki.

 

07:20, rześki poranek po wietrznej nocy. czytam o nicei i łapię się za głowę, wolałabym nie wiedzieć. za godzinę mam pociąg do wrocławia, a potem przesiadam się do suzi i jadę na roboty do studzienki- czekają na mnie porzeczki, jagody, agrest, lawenda i chwasty.

 

a.

14 lipca, czwartek, parno i deszcze

już są, malinowe pajęczynki i żyłki pod chrupką skórką, jak ślad po szmince. genewy.

jem je na drugie śniadanie, na podwieczorek i od dwóch dni na kolację.

 

co ostatnio- na śniadanie kromki żytniego chleba (zaczyn) z masłem, malinówką i szczypiorem.

we wtorek zrobiłam sałatkę nicejską na podstawie przepisu z bon appetit, a więc pieczony łosoś zamiast tuńczyka z puszki, drobne ziemniaki w mundurkach, przesmażone na chrupko kapary, winegret z całą cytryną i siekaną szalotką. odstępstwa od oryginalnej receptury- sałata rzymska i kolonia oliwek o różnych kolorach i smakach, które zostały mi z niedzielnego pikniku. przepadam za porządną sałatką nicejską, jest ładna, chrupka, intensywna. wypiliśmy do niej butelkę różowego vinho verde.

 

od tygodnia czytam „złoty notes” doris lessing i przez pierwsze sto stron byłam zachwycona, potem zachwyt stopniowo mdlał, a teraz jestem znużona. szkoda.

 

a.

 

 

z wczoraj, 11 lipca, poniedziałek

siedzę na plantach pod klonem, płaczą dzieci, krzyczą tramwaje, upał tężeje. siedzę i rozmyślam, że byłabym fatalną hiszpanką. to była moja trzecia wizyta w hiszpanii i myślę, że między nami wszystko skończone. czego jest w madrycie za dużo- wrzasku, ludzi, stopni na termometrze, jakiejś prowizorki wiszącej w powietrzu. czego jest za mało- owoców, powściągliwości, umiaru, dobrej kawy, alternatyw dla porannej bułki z szynką, bezpiecznie smacznego jedzenia. wszystkie atrakcje madrytu okazały się dla mnie mocno opresyjne. rozumiem, że mogą cieszyć i angażować, ale mnie głównie doprowadzają do pasji. na przykład słynne madryckie targi pod daszkiem- tłum, ścisk, wrzask, często zwiędłe, letnie jedzenie, które odleżało już swoje; do tego ja nie lubię jeść na stojąco, nie lubię nie mieć swojego miejsca, a na brak przestrzeni reaguję histerią.

 

polecieliśmy do madrytu, bo w muzeum prado wisi od niedawna cały bosch. robi wrażenie, podobnie jak całe prado. na przykład tomas hiepes, melendez luis, kwiaty juana de arellano, „senses” breugla. jestem z tej wizyty wyjątkowo zadowolona, tym bardziej, że z reguły boję się muezeów i nie do końca wiem, jak patrzeć na obrazy (matko reprezentuje przeciwny obóz- nie wie, jak nie patrzeć na obrazy. na boscha poszedł dwukrotnie, wcześniej zgubił się na wiele godzin przy goi (zdania na temat deklinacji jego nazwiska podzielone), oznajmił mi, że tycjan to cienias, jezu, jak mi się to podoba). może to jak ze wszystkim, podobny mechanizm- trening czyni mistrza itp. itd. a może powinnam poczytać herberta.

 

co mi się naprawdę podobało- bary w porze aperitivu, lubię ten sznyt. słodki zapach drzew o zmierzchu. olbrzymie magnolie, wielkie kamienice. sroki grube jak koty. ciepłe wieczory. francuzi posyłający do domu niemców. kryształowy pałac w największym miejskim parku. i nasz hotelik, z tarasem widokowym na dachu, dziesiąte piętro.

 

próbowałam tego, czego należy spróbować w stolicy hiszpanii, w miejscach, gdzie podobno warto jeść. smakowały mi pimientos de padron, kozi ser payoyo, karczochy w tempurze, lodowate piwo z dodatkowym lodem i solone czipsy, wino. pod prado kupiłam gałkę lodów z wanilią, tłuściutkich, ciężkich, z piegami wanilii, o wyraźnym posmaku żółtek. nieczęste. ucieszyła mnie też pierwsza bułka z jamon, ale po tej jednej miałam już dość. tęskniłam do warzyw i jajka na miękko na śniadanie.

 

a potem powrót do domu, i radości, których się nie spodziewałam. bo wyjątkowo słodkie tego lata maliny i miejski piknik w parku krakowskim, gdzie można kupić świetny chleb zosi z zaczynu, oliwki, do których tęskni się nad oliwkami w hiszpanii (na przykład te duże zielone nadziewane cytryną, albo czarne węgielki z rozmarynem i skórką z pomarańczy), talerzyk humusu od humus amamamusi, miskę curry, dwa pierogi z botwiną i zjeść pyszny obiad na trawie. wypić na deser smaczną kawę i czytać na kocu do późnego popołudnia. a potem spędzić wieczór w ogrodzie kawiarni przy muzeum mehoffera, na który natknęliśmy się rano w drodze do parku. czekać, aż zmierzch zamieni się w wieczór i zaczną pachnieć róże, drzewa i lawenda (lawendula?). podnosić głowę znad książki czy gazety i patrzeć na jabłka wiszące na gałęziach, na tłuste hortensje i czarne ptaki bawiące się w trawie, a potem słuchać matko, który sprawdził, że te ptaki to kosy. kosy lubią siadać na mrowiskach, sprawia im to przyjemność. śmiać się z kosów aż bolą brzuchy. pić rieslinga i jeździć długopisem po mapie wschodniej polski, planując wakacje. przerzucić kolejną stronę gazety, znaleźć tekst mikołajewskiego, rozpłakać się. zjeść kolację w pino, smaczną makrelę w sosie curry z cydrem, jak zawsze. upaprać sobie żółtawym sosem bardzo lubianą jasną sukienkę. zamówić lampkę świetnego rose, jednym okiem patrzeć na brzoskwiniowy wieczór nad kominem nad krupniczą, drugim- na finałowy mecz mistrzostw europy. uderzać się po łydkach, odganiając komary. doceniać to, co jest i co było.

 

życie jak w madrycie, ale też życie jak w krakowie.

dobrze czasami wyjechać do innego miasta w europie, żeby znów sobie o tym przypomnieć.

 

a dziś ugotowałam sobie na śniadanie wytęsknione jajko na miękko. pierwsza kromka (pszenno-żytnia) z masłem, druga (żytnia razowa na piwie) z cheddarem i pomidorem malinowym.

a na kolację upiekłam clafoutis z wiśniami i czereśniami. stragany krzyczą. przepis claire ptak z jej felietonu w guardianie (tutaj), właśnie na taki deser miałam ochotę. letnie clafoutis, tłusta śmietana, szklanka mleka.

słyszałaś o noyau, gorzkim sercu wiśni? ja niby o tym wiedziałam, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby rozłupać pestkę (stolnica, ściereczka kuchenna i tłuczek do mięsa), wyjąć ten biały rdzeń i wmieszać w piekące się owoce. bardzo odpowiada mi ta wytrawna goryczka, przypomina alkohol albo posmak pierogów z wiśniami, dzieciństwo. właśnie dla takich niespodzianek tak bardzo lubię gotować. i jeść.

 

a.

 

 

6 lipca, środa

wczoraj na obiad scafata i udawana polenta z kaszy jaglanej (już o niej było). tak jak zimą codziennie umiem jeść fasolę, tak w tym sezonie letnim mogłabym polegać jedynie na scafacie i kolejnych owocach ze śmietaną. do obiadu fantastyczne pinot bianco (mirco), co to jest za wino.

 

na śniadanie bircher muesli, a po 11 mamy samolot do madrytu. w hiszpanii 37 stopni, ratunku.

 

a.

4 lipca, poniedziałek

złoty miesiąc. złote pola, złote lipy, złotawe zmierzchy i wczesne poranki; złotawy riesling, na straganach złote czereśnie, fasola szparagowa, morele i brzoskwinie.

 

dwa dni w beskidzkiej krempnej. w piątkową noc nie położyliśmy się spać, czekaliśmy przy ognisku na sobotę, a o piątej rano zaparzyłyśmy z basią kawę i poszliśmy z parującymi szklankami przez mokrą łąkę na bieńkówkę górną, pomachać do ziewającego słońca. było to wszystko bardzo ładne- wschód, wilgotne trawy, biegający między nogami pies, szklanki z kawą na poręczy ganku, radość z nowego dnia. zasnęłam przed szóstą, obudziłam się o dziewiątej, gotowa na targ w dukli. droga przez zieleń i wsie, i letniskowe sprawunki- gazety, chleb, kiełbaski, pomidory, cebula, czarna porzeczka i mleko. upalna sobota przesiedziana na zacienionym ganku- czytanie, mówienie, jedzenie, scrabble, drzemki, zapach świeżo skoszonej trawy.

 

co to za lipiec bez kiełbaski z ogniska, z pszennym chlebem i musztardą. i bez kaszanki o zmroku. jedliśmy dużo pomidorów, chleb z katowickiej lokal bakery, ja jadłam dużo masła. twaróg ze szczypiorem. dwa i pół kilograma czereśni, maliny. bób. upiekłam na deser placek yotama, w którym też się kochasz, ten z orzechami, morelami i lawendą („plenty more”). wystarczyło go na dwa desery, zjedliśmy do niego dwa kubeczki śmietany 22%. kawa w zbyt dużych, niezgrabnych szklankach, wakacje. wino, od którego ciążyły powieki i błędnik. dobre, proste życie.

 

na piątkowy obiad przed podróżą- zielona fasolka szparagowa duszona z pomidorami, bazylią i oregano, resztki ziemniaków z pesto, skwarki z tłuściutkiego włoskiego salami, i toma, młody owczy ser, o którym się ostatnio naczytałam („kropla oliwy”), to fantastyczne, że można go kupić w krakowie, pod nosem.

obiad po podróży- bistro 11, na zupę podzieliliśmy się porcją leczo, na drugie danie zjadłam polędwicę z dorsza ubraną w zieloną część pora, z fasolą szparagową, młodym porem i kalafiorem, z sosem podobno francuskim. bardzo piękne danie, które równie bardzo skrzypiało. polędwica gotowana próżniowo, choć nie odnosiło się takiego wrażenia; sos piekielnie słodki, byłam zasmucona.

 

do krempnej jechaliśmy okrężną drogą, przez wsie nad dunajcem i jezioro rożnowskie. zrobiło na nas wrażenie, umówiłam się z matko na wycieczkę w jakiś wolny krakowski weekend. on mówił, że tam jest jak w panu samochodziku; ja wspominałam wakacje w lutrach i kaszuby, gdzie jeździłam z rodzicami na wakacje dawno temu. jedliśmy czereśnie, w radio lista, niebo w złocie i różach, potem nagle spadła noc.

 

wyjadamy resztki przed kolejną podróżą, nie chcę, żeby lato więdło w lodówce.

 

a.

pierwszy dzień lipca, piątek

siódma rano i żal za czerwcem. bób coraz twardszy, młode ziemniaki coraz większe, są już hortensje.

 

we wtorek jedliśmy zupę pomidorową, taką z połową pęczka oregano i bazylii, gęstą, „zupa jak hymn”. w środę byłam sama w domu i ugotowałam sobie garnuszek sosu pomidorowego z czosnkiem i ziołami, i zjadłam go z usmażoną z oregano cukinią i mozzarellą. to chyba będzie lato sosu pomidorowego i świeżych ziół.

a wczoraj jedliśmy młode ziemniaki z pesto i nie mogę uwierzyć, że dotąd mogłam się bez nich obyć. najpierw podsmażyłam blisko kilogram małych ziemniaków na maśle, a następnie wymieszałam je z trzema łyżkami pesto (proporcje na pesto według przepisu molly wizenberg). jakie to dobre i ładne. na boku- coppa z bobem i dressingiem z dijon i natką pietruszki (warzywny tom „tender” nigela slatera), mleczna mozzarella, pomidory i białe wino z francji.

 

przyniosłam z kleparza wielkie naręcze różowoczerwonych róż, są zjawiskowe. bardzo chciałabym wiedzieć, co to za odmiana. przymierzam się do kupna atlasu drzew collinsa i czegoś o kwiatach, bo denerwuje mnie to, jak często nie wiem. w sypialni mam jeszcze spory bukiet pastelowych hortensji, na talerzykach dojrzewają pomidory.

 

upały. jedziemy dziś z basiami na letnisko do krempnej pod duklę, umówiliśmy się na wschód słońca, targ staroci w dukli, spacery nad rzekę i kaszankę z ogniska. idę piec placek jak lato.

 

a.

27 czerwca, poniedziałek

wróciliśmy z letniska w studzience. zbierałam jagody i poziomki, chodziłam z psami na przechadzki przez smukłe trawy sięgające moich bioder, pociły mi się w dłoniach kolejne kieliszki rieslinga albo prosecco, liczyliśmy robaczki świętojańskie, uginały się pod nami nogi podczas transmisji meczu naszej reprezentacji. trudno nam było uwierzyć, że noce takie ciepłe, że maciejka aż tak wodzi za nosy, że wcale nie wieje, że jutro kolejny taki dzień. i tylko w niedzielę od rana chmury i deszcz, tym bardziej dotkliwe, że poprzedni wieczór nie sugerował takiego scenariusza. na deszcz najlepsze są wycieczki typu safari- więc okrężna droga do tłumaczowa, czeskie wsie w drodze do broumova, piękne; kawiarnia w broumovskim opactwie, kwitnące jaśminowce, olbrzymie.

wieczorem żegnało nas słońce i tata z różami, które podarowywał mi na do zobaczenia przez okno samochodu. po drodze słuchaliśmy ballady z „prawa i pięści”, kilkakrotnie; później piosenki z „czterech pancernych i psa”. osiecka jest kolosem. komeda i fetting takoż.

przywiozłam ze sobą pęk mięty i melisy, domową wodę różaną, jagody i poziomki, lubczyk, liście selera na bulion, szczaw i kilka herbacianych róż.

 

od kilku dni nie mogę spać. budzę się przed piątą rano, o piątej rano, o szóstej. udaje mi się zasnąć albo nie, wieczorem zasypiam w pół minuty. tak rozumiem czas letni.

 

co jadłam w ostatnich dniach: dużo potrawek z młodych warzyw. jagody ze śmietaną. w piątek przekąskę w podróży do rodziców, w katowickiej local bakery, ja- kanapkę z cheddarem, dijon i miodem. chłodnik litewski z opiekanymi ziemniakami, kaszankę, pomidory z truskawkami, bób z miętą, więcej młodych ziemniaków z patelni. zupę ogórkową. kaczkę. rabarbar z mascarpone pod kruszonką. poziomki. kawę, gdy cały dom jeszcze spał. a dziś- fasolę szparagową duszoną w pomidorach, dwie garści bazylii. i pierwszą kukurydzę na kolbie. i pierwszą czarną porzeczkę.

 

co czytam- „tempo di roma” alexisa curversa, „czuła jest noc” fitzgeralda (lato) i „anię z avonlea” (tak) (przywiozłam z domu trzy kolejne części).

 

nie wiem, co myślę o krakowie po brodzeniu w rosie o świcie, bo rwaniu pietruszki do zupy z grządki przy domu, po robaczkach świętojańskich oczywistych w lesie tak, jak tutaj muszki owocówki, i po zapachu sosen o poranku i potem o zmierzchu (chciałabym mieć takie perfumy).

 

to uczucie, gdy jadę przez kłodzko i myślę, czy umiałabym znów mieszkać w niedużym miasteczku. myślałam, jakby pachniało to życie (pierwsze skojarzenie- nagrzane płytki i balustrada balkonu w domu babci i przylepka pszennego chleba z masłem z ogórkiem małosolnym), którędy by biegło, jak szybko, co robiłabym w niedzielę, czy robiła zakupy w tych miejscach, do których zawsze jeździłam po jabłka, mąkę czy maślankę. w brzuchu ciepło i jakaś zaprzeszłość, zapachy których już nie ma, twarze, które wyglądają zupełnie inaczej. tęsknota, czułość, niepokój.

 

w krakowie szary, deszczowy poniedziałek. szkoda czerwca.

 

a.

22 czerwca, środa

jem na śniadanie jagody i maliny z tłustą śmietaną. ucięłam sobie rano pogawędkę z panią, od której kupuję na hali owoce jagodowe, o tym, że wszystko wydarza się dziś za wcześnie i za szybko. obie używałyśmy figury „za moich czasów…”, co jest niepokojące, bo pani jagodowa jest ode mnie pewnie ze czterdzieści lat starsza. jeśli chodzi o lato, to w krakowie brakuje właściwie tylko porzeczek. wszystko inne jest.

 

za nami podręcznikowa niedziela- śniadanie w południe, a w dodatku jedliśmy naleśniki z twarogiem i truskawkami. potem leżenie nad wilgą, czarny bez już przekwitł. spóźniony obiad, naprędce- pomidory i truskawki pod kruszonką z rozmarynem, smażona cukinia z ziołami i kaparami, panzanella z bobu, młode sałaty z octem aromatyzowanym szalotką, oliwki, dwie butelki rieslinga. potem podwieczorek, cobbler z rabarabrem i truskawkami, a do snu jeszcze butelka prosecco. po parnym dniu- ulewa, otwieranie okien, wciąganie spodni, niepotrzebne. od dwóch dni znowu grzeje.

 

wczoraj na obiad, z okazji imienin mamy ali i pierwszego dnia lata- pasta fresca z młodym groszkiem, bobem i bazylią, przesadna ilość oliwy i masła, chlust śmietanki, skórka otarta z cytryny, parmezan, pieprz. do podania- przysmażona bułka tarta (z czerstwego sobotniego chleba), jeszcze więcej skórki cytryny. skrzyżowanie przepisu nigela z drugiej części „kitchen diaries”, zdjęć widzianych na instagramie i pomysłu dominiki wójciak z „warzywa”. jakie to było dobre, słodkawe, kwaśne, winne, maślane i orzeźwiające. butelka białego wina z francji.

wieczorem zjadłam jeszcze minestrone we włoskiej, słabiutkie, ale byłam bardzo głodna i postanowiłam nie marudzić. to nad tą cienką zupką przyrzekłam sobie na śniadanie jagody i śmietanę.

 

w poniedziałek doczytywałam w tramwaju „wielki przypływ” i oczywiście się rozpłakałam. tak jak jestem bardziej roślinna niż zwierzęca, tak w największym stopniu doświadczam świata przez czytanie. nic innego mi tak nie robi. coraz częściej nudzę się w kinie, teatr częściej jest niezrozumiały, wciąż nie umiem oglądać sztuki. właściwie nie słucham muzyki, ja chyba nie lubię muzyki. mało popularne wyznanie; najbardziej lubię ciszę i odgłosy dnia- ptaki, ciche pomruki miasta, wiatr, krzyk czajnika u sąsiadów, trzaskanie drzwiami, ciszę nocy. muzyka mi przeszkadza. od czasu do czasu przygrywa mi pan marek, siesta, muzyka filmowa, jakieś pianino, lista trójki, piosenki z lat 70. i 80., osiecka, tyle. chociaż to bardziej rytuały niż potrzeba obcowania z muzyką. perspektywa najdotkliwszej kary, zaraz po weselu- festiwal muzyczny. oba te wydarzenia mają wspólny mianownik- nadmiar ludzi i hałas. byłam dzieckiem, które nie lubiło się przytulać i nie garnęłam się do ludzi, rodzice zwykli się ze mnie podśmiewywać, że z pewnością jest to jakaś forma autyzmu. czasami myślę, że mają rację.

 

idę sobie pomilczeć,

 

a.

22 lipca, piątek

Wczoraj znalazłam w rowerowym koszyku pierwszy złoty liść, a przecież jeszcze nawet nie zaczęło się lato. Od poniedziałku wicher codziennie zwiewa mnie z Mostu Poniatowskiego i wdmuchuje pod autobusy na Puławskiej. Pierwsze ciasto ze śliwkami już za mną – olive oil ricotta cake z tego przepisu, rozkoszne! Własnej produkcji ricottę w dodatku podarował mi brat. Nasza lodówka stoi serami – oprócz trzech kawałów austriaka mamy też strzępek bundzu i trochę ricotty solonej również jego produkcji, no i trzy owcze cuda, po które we wtorek pojechałam aż pod Jeziorany, na reportaż. Pierwszy raz głaskałam wełniste łebki owiec, a pola i niebo, bielone ściany domku i lśniące oczka wodne, wszystko było bardzo jaskrawe i ciężko mi było się stamtąd ruszyć – czasami moja praca jest rozdzierająco przyjemna. Jak byłam mała, to najsmutniejsze wydawały mi się piękne sny. No bo trzeba się było obudzić i dowiedzieć, że po powrocie z przedszkola wcale nie znalazłam za szafą czteropiętrowego domku dla lalek. Trzeba było wrócić do rzeczywistości. Ale zanim dzień się skończył, długo rozmawialiśmy, z kotem plączącym się od miski z tuńczykiem do nagrzanego rombu na dywanie w salonie. Przyglądałam się, jak gotuje polsko-francuska rodzina i jak już wszystko sfotografowaliśmy, zjadłam: muszle św. Jakuba z farszem ze świeżego tuńczyka i leśnych grzybów (dużo masła i śmietany), marynowaną fasolkę w bekonie, owczy ser w cieście francuskim, sałatę z orzechami, szalotką i winegretem, tartę z cudownie słodką cebulą (dużo masła i miodu), tatin z jabłkami z ogrodu i lodami z owczego mleka, trzy deski serów. Z suszoną figą, orzechami, ziołami i w maku, piramidkę w popiele i bez popiołu, Saint Marcelin i brique, suszony brique, musujący na języku, to jeszcze przed obiadem. Plasterek sera na nożu, orzech włoski w drugiej ręce, kieliszek z rose. Samo przebywanie w towarzystwie ludzi, którym radość daje to, co mnie, to już mała lewitacja, no i ta porozumiewawczość: weź łyżkę, zobacz jaki ten farsz wyszedł, a tego sera to chyba jeszcze nie próbowałaś, masz jeszcze wino? Tak wygląda moja praca. Praca.

 

Dobrze jednak, że ten tydzień zmierza ku końcowi, bo o tym wszystkim trzeba było potem napisać. Zaraz przyjeżdża po mnie Marcin (z portkami na przebranie, bo na sukienkę to dziś jednak niezbyt przyjemnie), jedziemy poszukać przeciwdeszczowego płaszcza (nie dowierzam latu) i po kurki i bukiet tymianku. Do przerobienia mamy też oławską fasolkę szparagową, cukinie i śliwki. Razem z bawolimi sercami, cukierkami i torebką czosnku z działki przyszły pocztą od marcinowej mamy, uwierzysz?

 

Jutro próba chlebowa – mam gar.

 

k.

21 lipca, czwartek

znajoma gorączka przed dłuższą nieobecnością i tępe łupanie w krzyżu- upiekłam dziś dziesięć ciast, w lodówce dochodzą do siebie dwa bochenki tartine, zakwasy do karmienia, jakieś kartki z notatkami, czego nie zapomnieć, co zrobić, stopniowo rosnący stosik książek i gazet „na wakacje”.

 

we wtorek zaprosiliśmy się nawzajem z matko na kolację do nolio z okazji dwulecia znajomości. oboje byliśmy pod wrażeniem i wyjątkowo zadowoleni, nolio krzepnie i dojrzewa. na początek podzieliliśmy się białą pizzą aglio z czosnkiem jak płatki uszu, mozzarellą di bufala, smaczną wędlinką, która widnieje w menu jako ventricina piccante, peperoncino, natką pietruszki i oliwą. no kochana, byłabyś szczęśliwa. największą przyjemność sprawiła mi chyba ta pietruszka oraz kąpiel w oliwie. wciąż jednak nie umiem się pogodzić z brzeżkami tej pizzy- nie to. trudno, czekam dalej. matko zajadał pizzę chłodnikiem z buraków z gałką lodów z gorgonzolą i twierdził, że to jeden z chłodników jego życia. ja twierdzę, że jedzenie pizzy z chłodnikiem to profanacja.

a potem dwie domowe pasty- maltagliati z ricottą di bufala, kurkami, żółtkiem, prosciutto di parma i pistacjami. pyszne i piękne. i papardelle z ogonem wołowym (a la pogromcy meatów), sosem z pomidorów san marzano, demi-glacem, oliwkami taggiasche (jedna kolacja, a tyle nowych słów- czarne, z ligurii), natką pietruszki i caciocchione di bufala (znowu, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. pójdę spytać mirco). pomruki, radość, wymienianie się talerzami, wreszcie wylizywanie talerzy. dawno nie jadłam tak smacznego makaronu. chapeau bas.

 

od wczoraj festiwal resztek i sprzątanie w lodówce- wczoraj pieczone marchewki (ze studzienki, małe i szczupłe) z za`atarem i laskowymi. pod marchewkami czarna soczewica beluga, na marchewkach mazidło z tahiny i jogurtu greckiego. w miseczce obok uduszone na sporym naparstku masła cukinie jak szczypior, garść bobu. a dziś zielona sałatka szparagowa w płaszczyku z sosu tahini z dna słoika (a la „plenty more”), kilka odsmażonych ziemniaczków z łyżeczką pesto i sałatka, którą jadłonomia reklamowała kilka dni temu jako mistrzowską- bób, pomidory, cebulka i awokado z winegretem z wędzoną papryką. smaczne, ale do mistrzostwa daleko.

 

upiekłam dzisiaj pierwsze w tym sezonie ciasto jak las (nigel slater, owocowy tom „tender”, już  je u mnie jadłaś- czarna porzeczka i orzechy włoskie, choć oryginalny przepis mówi o jeżynach i orzechach laskowych). nie mogłam się powstrzymać, poza tym miałam wielką ochotę na podwieczorek i pudełko porzeczki w lodówce. myślałam o nim rwąc porzeczki u rodziców. cieszy tak samo jak zawsze, co jest krzepiące i kojące.

 

jutro rano zjem pajdę ciepłego chleba z malinówką, masłem i szczypiorkiem. na obiad kolbę kukurydzy. a później jedziemy do jarosławia, a stamtąd, na około i przez małe mieściny, na podlasie, na tydzień. pierwszy tydzień sierpnia, jak co roku od lat, przebędę w kazimierzu dolnym na dwóch brzegach.

jestem bardzo szczęśliwa.

 

a.

19 lipca, wtorek, buro

obóz pracy w studzience.

zapamiętamy ten lipiec wyraźnie i pewnie za kilka lat będziemy do niego wracać w opowieściach, uśmiechając się porozumiewawczo do klęski urodzaju porzeczek, jaka nam się wtedy zdarzyła. ja jeszcze czegoś podobnego nie widziałam, wszędzie wątłe ramiona gałązek, które prosiły, żeby uwolnić je od ciężaru owoców. zerwałam blisko 30 kilo czerwonej porzeczki i pewnie około 15 kilogramów czarnej. w niedzielę pomagał mi tata, więc końcowy rachunek jeszcze wyższy. wszystkie kilogramy zamknięte w słoikach, soki na zimę. z czterech nieobranych krzaków mama usmaży konfitury. kocham porzeczki.

 

co poza tym:

fasolka szparagowa z bułką tartą i kubek maślanki (koneckiej)

sałaty z liści rosnących na grządkach

czereśnie-dziczki, prosto z drzewa

porzeczki, wiśnie i poziomki ze śmietaną

jagody ze śmietaną i cukrem

lipcowa minestrone z tego, co w ogródku

kukurydza na kolbie, masło, wędzona sól

kanapki z latem, pomidory, ogórki małosolne, sałata, szczypior, wędzony ser

pasta fresca z cukiniami grubości palca, z kwiatami cukinii, garścią zielonego groszku, prosciutto, skórką otartą z cytryny, parmezanem, świeżo utartym pieprzem, masłem i cytrynową tartą bułką

powrót do czerwonego wina, na chłodne wieczory

w poniedziałek chłodnik w niemczy, po dopołudniu w arboretum w wojsławicach, mama opowiadała mi o bodziszkach, hortensjach i różanecznikach, pojechałyśmy też po wspomnienia pod pałac w piotrkówku, szare chmury i warkocze zboża na polach.

 

a wczoraj późnym wieczorem, już w krakowie, gdy matko odebrał mnie z dworca- najlepsze resztki w tym miesiącu. malinówki, małe żółte pomidorki od pomidorowego pana z hali targowej, jakaś bazylia, jakaś mozzarella, ricotta, oliwa, pesto, czerstwy chleb, migdały, po łyku różowego wina. widać najlepsza panzanella rodzi się w głodzie, chłodzie i po rozłące.

 

a.

 

Nadal 15 lipca, o Austrii

Piwo i mięso, tak mogłabym podsumować ten tydzień.

 

Zaczęło się od walki z ekspresem do kawy, który miał mnie uratować po dwunastogodzinnej podróży autobusem. Drożdżówkę makową z Meryka, sześć kanapek z cheddarem, pesto i szpinakiem, pudło pomidorków koktajlowych i dwa ogórki pochłonęliśmy jeszcze przed opuszczeniem mazowieckiego. Na śniadanie, już w Graz, dostaliśmy suszoną kiełbaskę z tartym chrzanem, pomidory z olejem z pestek dyni, ten ser, którego potem kupiliśmy półtora kilograma, a do tego gęsty chleb na miodzie.

 

No więc chleb, piwo, mięso i dużo aperolu, w sumie to tak było. No i spacery. Wśród winnic, w tępym upale – na deser sałatka z fasoli, cebulki i znowu tego zielonego oleju, chleb z jajkiem, szynką i chrzanem, grubo masła – trochę wróciłam do czasów podstawówki, kiedy kanapki nie były jeszcze obciążone ryzykiem węglowodanowej zapaści i tak dalej. No i tym razem wino, chłodne i kwiatowe.

 

W niedzielę wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do Salzburga, z ciastem Yotama (znowu… no ale muszę rozgłaszać tę lawendową wieść, co poradzić). Obiadowy przystanek wypadł w przydrożnym zajeździe, gdzie padł pierwszy wielki zachwyt – na woskowanym papierze makrela z rusztu, nabita na drewnianą szpadkę, cząstki cytryny, octowa sałatka ziemniaczana. I znów piwo – w wielkim ogrodzie starego browaru, a potem przechadzka po wzgórzach – Salzburg jest miastem różnych odcieni bieli, odcina się na tle zieleni i skał. Na deser skok do basenu, już w domu Benjamina, i o złotej godzinie hot dogi z kiełbaską i sosem z majonezu estragonowego, curry i cebulki.

 

A najmilszy posiłek to chyba było moje śniadanie w schronisku górskim nad niebieskim od nieba jeziorem. Wspinaliśmy się tam w deszczu przez dwie godziny, a gdy w końcu przekroczyliśmy poziom chmur, zrobiło się pięknie. Po kolejnych dwóch byliśmy na 2500 metrach, zupełnie sami, zupełnie na dachu, chociaż to przecież nie tak wysoko. Za dzielność i umiarkowane marudzenie (nieużywane od dziesięciu lat buty do wspinaczki zrobiły mi z pięty tatara) dostałam bukiet ze wszystkich możliwych kwiatów, dzwonków i innych zagrożonych cudów, mam nadzieję, że nie pójdziemy za to wyznanie do więzienia. A potem, już na dole, podczas gdy uda trzęsły mi się niemożliwie, pożarłam sznycla z ziemniakami i octową sałatką. Piwo, chińczyk, uno, brak ciepłej wody na prysznic, przygrywki na harmoszce, zacinający deszcz za oknem, dziesięć stopni w naszym ciasnym pokoju z piętrowymi łóżkami i szorstkimi kocami. Odrobina listopada w środku lipca. A rano to śniadanie – kaiserschmarrn z jagodami i cukrem pudrem, ciepłe mleko z widokiem na góry. Wiłam się ze szczęścia i nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze na kubek maślanki z czerwonymi borówkami, a potem wróciliśmy do domu, na prysznic i białą kiełbaskę ze słodką musztardą na werandzie, o której ściany bębniła ulewa.

 

Nad chłodnym jeziorem wśród gór przeczytałam „Fatum i furię” (całkiem całkiem, chociaż momentami napisana trochę tanio – wszystkie te grube amerykańskie powieści z tego roku zlewają mi się w jedną) oraz „Skandynawski raj”, zbiór reportaży o Europie Północnej. Bardzo dobra pozycja, zwłaszcza tekst Leszka Talko, ale Europę Centralną przygnębia jak diabli. Leniwie popływaliśmy, bo woda aż się prosiła, przezroczysta i zimna. Opaliliśmy nosy na kamiennym cypelku i wszystko dookoła było wielokrotnie błękitne, jak za czasów szwajcarskich. Powietrze kryształ, pachnące lasem iglastym.

 

Mimo że już zjadłam mazowieckich jagód, pomidorów i moreli, to nie koniec wakacji – jutro jedziemy odwiedzić lubelszczyznę, z miską sałatki ziemniaczanej i pudełkiem ciastek lawendowych. W gości do domu. Opowiem.

 

k.

15 lipca, po wakacjach

Zanim przeczytam Twoje wspominki i opiszę Austrię, wydam z siebie pean, bo nie wytrzymam. W naszym dzisiejszym przed chwilą obiedzie wystąpiły: dojrzałe malinówki, kapiąca sokiem brzoskwinia, mozzarella, szynka serrano, świeża mięta i bazylia, portugalska niefiltrowana oliwa, którą dostałam w paczce świątecznej od „zakładu pracy” i która zapakowana jest w wielką, prossecopodobną butelkę z korkiem, płatki soli, grubo mielony pieprz. Już od pierwszego kęsa myślałam, że zemdleję, a po ostatnim przetarciu talerza kromką (zaskoczenie płynące z Grzybków, dałam szansę ich chlebowi alzackiemu, którego bochenek kosztuje trzy złote a nie osiem, jak w coraz częściej zawodzącym SAMie) odpłynęłam miękko. Być może to zasługa rieslinga schłodzonego malinami i porzeczkami z zamrażarki, a być może soczystego lata. Wiem, że wiesz, jak to wszystko smakuje i tak samo cieszy Ci się buzia po każdym kęsie. Będę to teraz jadła przez tydzień, a na desery i śniadania – twaróg z jagodami.

 

Jestem w niebie, tu, na miejscu.

 

k.

15 lipca, piątek

wczoraj dzień pomidora- na śniadanie malinówki z malinami, bazylią i mozzarellą, która miała mięciutki, mleczny brzuszek. na obiad pasta fresca ze świeżym pesto i pieczonymi przez dwie godziny z okładem kolorowymi pomidorkami koktajlowymi, słodkimi jak landrynki. garść bazylii i ricotta. i kolacja, oda do resztek- pomidory i pieczone pomidory z mozzarellą, której nie dojadłam rano, z pesto z dna słoika, z ostatnią gałązką bazylii i czterema migdałami. wciąż się waham, czy mentalnie bliżej mi do włoszki, czy francuzki.

 

07:20, rześki poranek po wietrznej nocy. czytam o nicei i łapię się za głowę, wolałabym nie wiedzieć. za godzinę mam pociąg do wrocławia, a potem przesiadam się do suzi i jadę na roboty do studzienki- czekają na mnie porzeczki, jagody, agrest, lawenda i chwasty.

 

a.

14 lipca, czwartek, parno i deszcze

już są, malinowe pajęczynki i żyłki pod chrupką skórką, jak ślad po szmince. genewy.

jem je na drugie śniadanie, na podwieczorek i od dwóch dni na kolację.

 

co ostatnio- na śniadanie kromki żytniego chleba (zaczyn) z masłem, malinówką i szczypiorem.

we wtorek zrobiłam sałatkę nicejską na podstawie przepisu z bon appetit, a więc pieczony łosoś zamiast tuńczyka z puszki, drobne ziemniaki w mundurkach, przesmażone na chrupko kapary, winegret z całą cytryną i siekaną szalotką. odstępstwa od oryginalnej receptury- sałata rzymska i kolonia oliwek o różnych kolorach i smakach, które zostały mi z niedzielnego pikniku. przepadam za porządną sałatką nicejską, jest ładna, chrupka, intensywna. wypiliśmy do niej butelkę różowego vinho verde.

 

od tygodnia czytam „złoty notes” doris lessing i przez pierwsze sto stron byłam zachwycona, potem zachwyt stopniowo mdlał, a teraz jestem znużona. szkoda.

 

a.

 

 

z wczoraj, 11 lipca, poniedziałek

siedzę na plantach pod klonem, płaczą dzieci, krzyczą tramwaje, upał tężeje. siedzę i rozmyślam, że byłabym fatalną hiszpanką. to była moja trzecia wizyta w hiszpanii i myślę, że między nami wszystko skończone. czego jest w madrycie za dużo- wrzasku, ludzi, stopni na termometrze, jakiejś prowizorki wiszącej w powietrzu. czego jest za mało- owoców, powściągliwości, umiaru, dobrej kawy, alternatyw dla porannej bułki z szynką, bezpiecznie smacznego jedzenia. wszystkie atrakcje madrytu okazały się dla mnie mocno opresyjne. rozumiem, że mogą cieszyć i angażować, ale mnie głównie doprowadzają do pasji. na przykład słynne madryckie targi pod daszkiem- tłum, ścisk, wrzask, często zwiędłe, letnie jedzenie, które odleżało już swoje; do tego ja nie lubię jeść na stojąco, nie lubię nie mieć swojego miejsca, a na brak przestrzeni reaguję histerią.

 

polecieliśmy do madrytu, bo w muzeum prado wisi od niedawna cały bosch. robi wrażenie, podobnie jak całe prado. na przykład tomas hiepes, melendez luis, kwiaty juana de arellano, „senses” breugla. jestem z tej wizyty wyjątkowo zadowolona, tym bardziej, że z reguły boję się muezeów i nie do końca wiem, jak patrzeć na obrazy (matko reprezentuje przeciwny obóz- nie wie, jak nie patrzeć na obrazy. na boscha poszedł dwukrotnie, wcześniej zgubił się na wiele godzin przy goi (zdania na temat deklinacji jego nazwiska podzielone), oznajmił mi, że tycjan to cienias, jezu, jak mi się to podoba). może to jak ze wszystkim, podobny mechanizm- trening czyni mistrza itp. itd. a może powinnam poczytać herberta.

 

co mi się naprawdę podobało- bary w porze aperitivu, lubię ten sznyt. słodki zapach drzew o zmierzchu. olbrzymie magnolie, wielkie kamienice. sroki grube jak koty. ciepłe wieczory. francuzi posyłający do domu niemców. kryształowy pałac w największym miejskim parku. i nasz hotelik, z tarasem widokowym na dachu, dziesiąte piętro.

 

próbowałam tego, czego należy spróbować w stolicy hiszpanii, w miejscach, gdzie podobno warto jeść. smakowały mi pimientos de padron, kozi ser payoyo, karczochy w tempurze, lodowate piwo z dodatkowym lodem i solone czipsy, wino. pod prado kupiłam gałkę lodów z wanilią, tłuściutkich, ciężkich, z piegami wanilii, o wyraźnym posmaku żółtek. nieczęste. ucieszyła mnie też pierwsza bułka z jamon, ale po tej jednej miałam już dość. tęskniłam do warzyw i jajka na miękko na śniadanie.

 

a potem powrót do domu, i radości, których się nie spodziewałam. bo wyjątkowo słodkie tego lata maliny i miejski piknik w parku krakowskim, gdzie można kupić świetny chleb zosi z zaczynu, oliwki, do których tęskni się nad oliwkami w hiszpanii (na przykład te duże zielone nadziewane cytryną, albo czarne węgielki z rozmarynem i skórką z pomarańczy), talerzyk humusu od humus amamamusi, miskę curry, dwa pierogi z botwiną i zjeść pyszny obiad na trawie. wypić na deser smaczną kawę i czytać na kocu do późnego popołudnia. a potem spędzić wieczór w ogrodzie kawiarni przy muzeum mehoffera, na który natknęliśmy się rano w drodze do parku. czekać, aż zmierzch zamieni się w wieczór i zaczną pachnieć róże, drzewa i lawenda (lawendula?). podnosić głowę znad książki czy gazety i patrzeć na jabłka wiszące na gałęziach, na tłuste hortensje i czarne ptaki bawiące się w trawie, a potem słuchać matko, który sprawdził, że te ptaki to kosy. kosy lubią siadać na mrowiskach, sprawia im to przyjemność. śmiać się z kosów aż bolą brzuchy. pić rieslinga i jeździć długopisem po mapie wschodniej polski, planując wakacje. przerzucić kolejną stronę gazety, znaleźć tekst mikołajewskiego, rozpłakać się. zjeść kolację w pino, smaczną makrelę w sosie curry z cydrem, jak zawsze. upaprać sobie żółtawym sosem bardzo lubianą jasną sukienkę. zamówić lampkę świetnego rose, jednym okiem patrzeć na brzoskwiniowy wieczór nad kominem nad krupniczą, drugim- na finałowy mecz mistrzostw europy. uderzać się po łydkach, odganiając komary. doceniać to, co jest i co było.

 

życie jak w madrycie, ale też życie jak w krakowie.

dobrze czasami wyjechać do innego miasta w europie, żeby znów sobie o tym przypomnieć.

 

a dziś ugotowałam sobie na śniadanie wytęsknione jajko na miękko. pierwsza kromka (pszenno-żytnia) z masłem, druga (żytnia razowa na piwie) z cheddarem i pomidorem malinowym.

a na kolację upiekłam clafoutis z wiśniami i czereśniami. stragany krzyczą. przepis claire ptak z jej felietonu w guardianie (tutaj), właśnie na taki deser miałam ochotę. letnie clafoutis, tłusta śmietana, szklanka mleka.

słyszałaś o noyau, gorzkim sercu wiśni? ja niby o tym wiedziałam, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby rozłupać pestkę (stolnica, ściereczka kuchenna i tłuczek do mięsa), wyjąć ten biały rdzeń i wmieszać w piekące się owoce. bardzo odpowiada mi ta wytrawna goryczka, przypomina alkohol albo posmak pierogów z wiśniami, dzieciństwo. właśnie dla takich niespodzianek tak bardzo lubię gotować. i jeść.

 

a.

 

 

6 lipca, wicher

Ułamek wakacji za nami. Morze mnie nie zawiodło, chociaż sam festiwal już tak – niekończące się kolejki, rozdarte małolaty, snapczaty, selfies, zbyt drogie i niezbyt dopracowane jedzenie (zwykle pyszna a tym razem odgrzewana pljeskavica z ajvarem w Yugo, niesłona pizza z Happy Little Truck, nudne klopsiki od Pana Szamy) zespoły, których znam trzy piosenki i oni ich akurat nie grają. Trochę tak było. Ale podczas koncertów Florence and the Machine, LCD Soundsystem, PJ Harvey czy Beirutu miałam trochę gęsiej skórki. Najpiękniejszy był moment, gdy strzeliliśmy pierwszego gola (40 tysięcy ludzi w zorganizowanej naprędce strefie kibica) oraz ten, gdy zdecydowaliśmy, że ostatniego dnia zostajemy w domu.

 

Rowerami wjechaliśmy więc na Klif Orłowski, a potem zjechaliśmy prosto do portu w Gdyni, na flądrę z kutra, z frytkami i sosem kaszubskim (puszyste masło i czosnek). W drodze powrotnej złapała nas ulewa, ale udało się jeszcze wpaść do sklepu po maliny i kolby kukurydzy, żeby wieczór spędzić przy Listach z Iwo Jimy i jeszcze jakimś filmie z Bradem Pittem, na którym zasnęłam.

 

Była też plaża, a na niej drzemanie, moczenie koniuszków palców w burej i lodowatej wodzie, wyplatanie wianków ze znalezionych po drodze kwiatów i ostatnie kawałki ciasta Yotama – dzięki mące kokosowej z biegiem czasu robiło się tylko lepsze – i było jedzenie malin i porzeczek z dziko rosnących krzaczków, na które trafiliśmy w lesie. Pudełko malin to teraz moja stabilizacja. Mam nadzieję, że poczekają, bo zaraz wsiadamy w autobus i wyposażeni w dziesięć filmów i kanapki jedziemy do Wiednia, a stamtąd dalej w kraj. Będę jeść kluseczki i kaiserschmarrn.

 

Na talerzu jak co lato, rozkoszne repety – twarożek z malinami, migdałami i miodem, z jagodami i chrzęszczącym w zębach cukrem, jajecznica na maśle bez chleba, to rano. Po południu cukinie z oławskiej działki, z orkiszem, pomidorami malinowymi, czosnkiem, grubym portugalskim tuńczykiem, pecorino i ziołami, to dziś. Bób z fetą, miętą, rzodkiewką i młodymi ziemniakami, tortilla hiszpańska z rozmarynem, kalafior z masłem, kukurydza w ręku, to na co dzień. A od święta, czyli wczoraj, Pogromcy Meatów: kanapka z żeberkiem, chorizo, pieczoną papryką, owczym serem, chimichurri i siewkami rukwi wodnej oraz druga z karkiem, czarną fasolą, marynowaną czerwoną cebulą i już nie wiem czym jeszcze. Cuda, cieknące po rękach cuda, no i te trzymające całość brioszki…

 

Jadę, trzymaj kciuki za proste drogi. Do usłyszenia nad kluseczkiem.

 

k.


 

 

6 lipca, środa

wczoraj na obiad scafata i udawana polenta z kaszy jaglanej (już o niej było). tak jak zimą codziennie umiem jeść fasolę, tak w tym sezonie letnim mogłabym polegać jedynie na scafacie i kolejnych owocach ze śmietaną. do obiadu fantastyczne pinot bianco (mirco), co to jest za wino.

 

na śniadanie bircher muesli, a po 11 mamy samolot do madrytu. w hiszpanii 37 stopni, ratunku.

 

a.

4 lipca, poniedziałek

złoty miesiąc. złote pola, złote lipy, złotawe zmierzchy i wczesne poranki; złotawy riesling, na straganach złote czereśnie, fasola szparagowa, morele i brzoskwinie.

 

dwa dni w beskidzkiej krempnej. w piątkową noc nie położyliśmy się spać, czekaliśmy przy ognisku na sobotę, a o piątej rano zaparzyłyśmy z basią kawę i poszliśmy z parującymi szklankami przez mokrą łąkę na bieńkówkę górną, pomachać do ziewającego słońca. było to wszystko bardzo ładne- wschód, wilgotne trawy, biegający między nogami pies, szklanki z kawą na poręczy ganku, radość z nowego dnia. zasnęłam przed szóstą, obudziłam się o dziewiątej, gotowa na targ w dukli. droga przez zieleń i wsie, i letniskowe sprawunki- gazety, chleb, kiełbaski, pomidory, cebula, czarna porzeczka i mleko. upalna sobota przesiedziana na zacienionym ganku- czytanie, mówienie, jedzenie, scrabble, drzemki, zapach świeżo skoszonej trawy.

 

co to za lipiec bez kiełbaski z ogniska, z pszennym chlebem i musztardą. i bez kaszanki o zmroku. jedliśmy dużo pomidorów, chleb z katowickiej lokal bakery, ja jadłam dużo masła. twaróg ze szczypiorem. dwa i pół kilograma czereśni, maliny. bób. upiekłam na deser placek yotama, w którym też się kochasz, ten z orzechami, morelami i lawendą („plenty more”). wystarczyło go na dwa desery, zjedliśmy do niego dwa kubeczki śmietany 22%. kawa w zbyt dużych, niezgrabnych szklankach, wakacje. wino, od którego ciążyły powieki i błędnik. dobre, proste życie.

 

na piątkowy obiad przed podróżą- zielona fasolka szparagowa duszona z pomidorami, bazylią i oregano, resztki ziemniaków z pesto, skwarki z tłuściutkiego włoskiego salami, i toma, młody owczy ser, o którym się ostatnio naczytałam („kropla oliwy”), to fantastyczne, że można go kupić w krakowie, pod nosem.

obiad po podróży- bistro 11, na zupę podzieliliśmy się porcją leczo, na drugie danie zjadłam polędwicę z dorsza ubraną w zieloną część pora, z fasolą szparagową, młodym porem i kalafiorem, z sosem podobno francuskim. bardzo piękne danie, które równie bardzo skrzypiało. polędwica gotowana próżniowo, choć nie odnosiło się takiego wrażenia; sos piekielnie słodki, byłam zasmucona.

 

do krempnej jechaliśmy okrężną drogą, przez wsie nad dunajcem i jezioro rożnowskie. zrobiło na nas wrażenie, umówiłam się z matko na wycieczkę w jakiś wolny krakowski weekend. on mówił, że tam jest jak w panu samochodziku; ja wspominałam wakacje w lutrach i kaszuby, gdzie jeździłam z rodzicami na wakacje dawno temu. jedliśmy czereśnie, w radio lista, niebo w złocie i różach, potem nagle spadła noc.

 

wyjadamy resztki przed kolejną podróżą, nie chcę, żeby lato więdło w lodówce.

 

a.

pierwszy dzień lipca, piątek

siódma rano i żal za czerwcem. bób coraz twardszy, młode ziemniaki coraz większe, są już hortensje.

 

we wtorek jedliśmy zupę pomidorową, taką z połową pęczka oregano i bazylii, gęstą, „zupa jak hymn”. w środę byłam sama w domu i ugotowałam sobie garnuszek sosu pomidorowego z czosnkiem i ziołami, i zjadłam go z usmażoną z oregano cukinią i mozzarellą. to chyba będzie lato sosu pomidorowego i świeżych ziół.

a wczoraj jedliśmy młode ziemniaki z pesto i nie mogę uwierzyć, że dotąd mogłam się bez nich obyć. najpierw podsmażyłam blisko kilogram małych ziemniaków na maśle, a następnie wymieszałam je z trzema łyżkami pesto (proporcje na pesto według przepisu molly wizenberg). jakie to dobre i ładne. na boku- coppa z bobem i dressingiem z dijon i natką pietruszki (warzywny tom „tender” nigela slatera), mleczna mozzarella, pomidory i białe wino z francji.

 

przyniosłam z kleparza wielkie naręcze różowoczerwonych róż, są zjawiskowe. bardzo chciałabym wiedzieć, co to za odmiana. przymierzam się do kupna atlasu drzew collinsa i czegoś o kwiatach, bo denerwuje mnie to, jak często nie wiem. w sypialni mam jeszcze spory bukiet pastelowych hortensji, na talerzykach dojrzewają pomidory.

 

upały. jedziemy dziś z basiami na letnisko do krempnej pod duklę, umówiliśmy się na wschód słońca, targ staroci w dukli, spacery nad rzekę i kaszankę z ogniska. idę piec placek jak lato.

 

a.

28 czerwca, szaro

Też się tak budzę, całą noc nie mogę doczekać się poranka. A więc dziś o szóstej, a kolejne nadmorskie noce będą niepełne, bo przecież jasno jest już o czwartej (wiem, bo z soboty na niedzielę Marcin o tej porze gonił muchę po grudziądzkim pokoju, ja byłam przynętą, łasiła mi się na ramiona i uda), a niektóre koncerty zaczynają się o pierwszej. Nie szkodzi, na co komu spanie latem.

 

Pierwszy sobotni gol zastał nas z Monią między krzaczkami truskawek w podgrudziądzkiej wsi – sąsiedzi zaryczeli,  a świnie w chlewiku trochę się podekscytowały. Resztę meczu obejrzałam już niemal uważnie (była jedna przerwa na truskawki ze śmietaną), a podczas karnych dostałam choroby sierocej.Babcia Moni ze stoickim spokojem polowała w tym czasie z łapką na muchę, która co rusz przysiadała na obudowie telewizora. Jak już było wiadomo, chciało mi się płakać, ale nikt inny nie płakał, więc pozwoliłam sobie tylko na gęsią skórkę.

 

Co z tym Grudziądzem – to było nasze letnisko na ten weekend, chociaż zwiedzanie miasta w upale polegało w zasadzie na człapaniu od fontanny do kurtyny wodnej. Pojechaliśmy z Monią i Jackiem, kanapkami z resztką comte, ciastkami z białą czekoladą i morelą oraz jagodziankami, zahaczając po drodze do ciasnej piekarenki Piwońskich. Monina babcia uraczyła nas tym, o czym marzyłam od dawna, chociaż może nie w taki upał – panierowany złoty kotlet z jednego z domowych kurczaków, ziemniaki z koperkiem, mizeria, kompot truskawkowy. Na deser te truskawki – grudziądzka śmietana osiemnastka, kochana… przypomniały mi się czasy, kiedy moja mama robiła mizerię i namiętnie wyskrobywała łyżeczką wieczko od śmietany (z Krasnystawu), czasami dała mi spróbować tej gęstej, tłustej warstwy. Dziś wszędzie jogurt, zdrowe odżywianie i otyłość. Niemniej, ta śmietana… a następnego dnia jeszcze masło i twaróg na pytlowym, pomidory malinowe i chrupiące ogórki, cheddar, jajecznica od domowych kurek, truskawki z pola, no i dla mnie mleko. Na obiad lody i upalna wycieczka do Torunia. Bardzo lubię tamte okolice – piękna zabudowa i ten nabiał.

 

Siąkam nosem i nie wiadomo czy z powodu fruwających pyłków czy innego wzruszenia, które się trochę czai w powietrzu. Wczoraj ułożyłam w szafie koszule. Ostatni samotny wieczór upłynął nad ciastem (Yotama z morelami i lawendą, dodałam jagody, no i tę nieszczęsną mąkę kokosową zamiast włoskiej, zobaczymy), bulgurem (indyk, cukinie, mięta, feta, pinie) i sprzątaniem oraz radiem – kocham głos Anny Gacek, bez względu na to, o czym mówi. W ostatnim Dużym Formacie było o ludziach, którzy słuchają Trójki. To banał, ale ja też tak mam, że jak kierowca autobusu czy sklepowa mają włączony program trzeci, to się cieszę, a lista, Powtórka z rozrywki, pan Sułek, Kydryński, Mann, Strzyczkowski w Wigilię, Muzyka ciszy i tak dalej – to było zawsze i ważne. Gdzie jest radio, tam jest dom.

 

Od wielu dni rozważam te małe miasteczka, bo Warszawa czasem dusi. Półśrodkiem byłby ogródek działkowy, ale przecież ja nic nie potrafię zrobić w ziemi. To takie dziwne, że tutaj trzeba poziomki, porzeczki, jagody kupować, a nie zrywać.

 

Czytam „Lalę” Dehnela, ale jeszcze nie wiem, czy mi się podoba. Pora na nowy magazyn Książki.

 

k.

27 czerwca, poniedziałek

wróciliśmy z letniska w studzience. zbierałam jagody i poziomki, chodziłam z psami na przechadzki przez smukłe trawy sięgające moich bioder, pociły mi się w dłoniach kolejne kieliszki rieslinga albo prosecco, liczyliśmy robaczki świętojańskie, uginały się pod nami nogi podczas transmisji meczu naszej reprezentacji. trudno nam było uwierzyć, że noce takie ciepłe, że maciejka aż tak wodzi za nosy, że wcale nie wieje, że jutro kolejny taki dzień. i tylko w niedzielę od rana chmury i deszcz, tym bardziej dotkliwe, że poprzedni wieczór nie sugerował takiego scenariusza. na deszcz najlepsze są wycieczki typu safari- więc okrężna droga do tłumaczowa, czeskie wsie w drodze do broumova, piękne; kawiarnia w broumovskim opactwie, kwitnące jaśminowce, olbrzymie.

wieczorem żegnało nas słońce i tata z różami, które podarowywał mi na do zobaczenia przez okno samochodu. po drodze słuchaliśmy ballady z „prawa i pięści”, kilkakrotnie; później piosenki z „czterech pancernych i psa”. osiecka jest kolosem. komeda i fetting takoż.

przywiozłam ze sobą pęk mięty i melisy, domową wodę różaną, jagody i poziomki, lubczyk, liście selera na bulion, szczaw i kilka herbacianych róż.

 

od kilku dni nie mogę spać. budzę się przed piątą rano, o piątej rano, o szóstej. udaje mi się zasnąć albo nie, wieczorem zasypiam w pół minuty. tak rozumiem czas letni.

 

co jadłam w ostatnich dniach: dużo potrawek z młodych warzyw. jagody ze śmietaną. w piątek przekąskę w podróży do rodziców, w katowickiej local bakery, ja- kanapkę z cheddarem, dijon i miodem. chłodnik litewski z opiekanymi ziemniakami, kaszankę, pomidory z truskawkami, bób z miętą, więcej młodych ziemniaków z patelni. zupę ogórkową. kaczkę. rabarbar z mascarpone pod kruszonką. poziomki. kawę, gdy cały dom jeszcze spał. a dziś- fasolę szparagową duszoną w pomidorach, dwie garści bazylii. i pierwszą kukurydzę na kolbie. i pierwszą czarną porzeczkę.

 

co czytam- „tempo di roma” alexisa curversa, „czuła jest noc” fitzgeralda (lato) i „anię z avonlea” (tak) (przywiozłam z domu trzy kolejne części).

 

nie wiem, co myślę o krakowie po brodzeniu w rosie o świcie, bo rwaniu pietruszki do zupy z grządki przy domu, po robaczkach świętojańskich oczywistych w lesie tak, jak tutaj muszki owocówki, i po zapachu sosen o poranku i potem o zmierzchu (chciałabym mieć takie perfumy).

 

to uczucie, gdy jadę przez kłodzko i myślę, czy umiałabym znów mieszkać w niedużym miasteczku. myślałam, jakby pachniało to życie (pierwsze skojarzenie- nagrzane płytki i balustrada balkonu w domu babci i przylepka pszennego chleba z masłem z ogórkiem małosolnym), którędy by biegło, jak szybko, co robiłabym w niedzielę, czy robiła zakupy w tych miejscach, do których zawsze jeździłam po jabłka, mąkę czy maślankę. w brzuchu ciepło i jakaś zaprzeszłość, zapachy których już nie ma, twarze, które wyglądają zupełnie inaczej. tęsknota, czułość, niepokój.

 

w krakowie szary, deszczowy poniedziałek. szkoda czerwca.

 

a.

22 czerwca, środa

jem na śniadanie jagody i maliny z tłustą śmietaną. ucięłam sobie rano pogawędkę z panią, od której kupuję na hali owoce jagodowe, o tym, że wszystko wydarza się dziś za wcześnie i za szybko. obie używałyśmy figury „za moich czasów…”, co jest niepokojące, bo pani jagodowa jest ode mnie pewnie ze czterdzieści lat starsza. jeśli chodzi o lato, to w krakowie brakuje właściwie tylko porzeczek. wszystko inne jest.

 

za nami podręcznikowa niedziela- śniadanie w południe, a w dodatku jedliśmy naleśniki z twarogiem i truskawkami. potem leżenie nad wilgą, czarny bez już przekwitł. spóźniony obiad, naprędce- pomidory i truskawki pod kruszonką z rozmarynem, smażona cukinia z ziołami i kaparami, panzanella z bobu, młode sałaty z octem aromatyzowanym szalotką, oliwki, dwie butelki rieslinga. potem podwieczorek, cobbler z rabarabrem i truskawkami, a do snu jeszcze butelka prosecco. po parnym dniu- ulewa, otwieranie okien, wciąganie spodni, niepotrzebne. od dwóch dni znowu grzeje.

 

wczoraj na obiad, z okazji imienin mamy ali i pierwszego dnia lata- pasta fresca z młodym groszkiem, bobem i bazylią, przesadna ilość oliwy i masła, chlust śmietanki, skórka otarta z cytryny, parmezan, pieprz. do podania- przysmażona bułka tarta (z czerstwego sobotniego chleba), jeszcze więcej skórki cytryny. skrzyżowanie przepisu nigela z drugiej części „kitchen diaries”, zdjęć widzianych na instagramie i pomysłu dominiki wójciak z „warzywa”. jakie to było dobre, słodkawe, kwaśne, winne, maślane i orzeźwiające. butelka białego wina z francji.

wieczorem zjadłam jeszcze minestrone we włoskiej, słabiutkie, ale byłam bardzo głodna i postanowiłam nie marudzić. to nad tą cienką zupką przyrzekłam sobie na śniadanie jagody i śmietanę.

 

w poniedziałek doczytywałam w tramwaju „wielki przypływ” i oczywiście się rozpłakałam. tak jak jestem bardziej roślinna niż zwierzęca, tak w największym stopniu doświadczam świata przez czytanie. nic innego mi tak nie robi. coraz częściej nudzę się w kinie, teatr częściej jest niezrozumiały, wciąż nie umiem oglądać sztuki. właściwie nie słucham muzyki, ja chyba nie lubię muzyki. mało popularne wyznanie; najbardziej lubię ciszę i odgłosy dnia- ptaki, ciche pomruki miasta, wiatr, krzyk czajnika u sąsiadów, trzaskanie drzwiami, ciszę nocy. muzyka mi przeszkadza. od czasu do czasu przygrywa mi pan marek, siesta, muzyka filmowa, jakieś pianino, lista trójki, piosenki z lat 70. i 80., osiecka, tyle. chociaż to bardziej rytuały niż potrzeba obcowania z muzyką. perspektywa najdotkliwszej kary, zaraz po weselu- festiwal muzyczny. oba te wydarzenia mają wspólny mianownik- nadmiar ludzi i hałas. byłam dzieckiem, które nie lubiło się przytulać i nie garnęłam się do ludzi, rodzice zwykli się ze mnie podśmiewywać, że z pewnością jest to jakaś forma autyzmu. czasami myślę, że mają rację.

 

idę sobie pomilczeć,

 

a.

20 czerwca, leje

Sobota rano – moje pierwsze drożdżówki z truskawkami i mleko, a potem stary podmiejski pociąg, który wyglądał tak samo, jak podczas wycieczek szkolnych w gimnazjum, tak samo, jak we wszystkich letnich książkach Musierowicz – lepko i przygodowo.

 

Sobota południe – działka w Oławie, naręcza botwiny, młodych marchewek i pietruszek, cukinia i malutkie ogórki, groszek cukrowy, kubki poziomek, truskawek, czerwonej porzeczki (co druga do buzi), kwaśny agrest z krzaka, wór rukoli, małych i grubych listków szpinaku, głowa sałaty, bazylia i koper, palce w ziemi. W nagrodę czekoladowe ciasto z truskawkami i kawa z termosu na kraciastym obrusie. Bieg przez trawę, przełażenie przez płot, pies przy nodze. Strasznie mi się marzy działka i zwierzak.

 

Sobota wieczór – pożegnalny wrocławski grill Marcina. Hot-dogi z merguezami, rukolą i dijon, na zalanym deszczem i słońcem wzgórzu. Amerykańskie czekoladki i dużo, dużo piwa, dużo miłych ludzi, do nocy.

 

Niedziela to były przede wszystkim trzy różne bardzo dobre lodziarnie: Polish Lody i gałka ferrero rocher, Tralala i mascarpone z malinami (o Chryste) oraz zwijane tajskie rolki, które powstawały z wylanej na zmrożoną płytę kremówki, dziarsko siekanej z dodatkami (u nas kinder bueno) i zeskrobywanej do kubeczka. Na szybki obiad dorada pieczona z tym, co wyciągnęliśmy z oławskiej ziemi, do tego pesto z rukoli i migdałów. I do domu. Ostatni wrocławski turnus zakończony. Robię miejsce w szafie i komodzie.

 

k.