7 grudnia, środa

Wróciłam ze Szwecją nie tylko odbitą na siatkówce, lecz także schowaną w walizce, i teraz mamy ją wszędzie w domu. Na oknie błyszczy gwiazda, w wazonie stoją te patyczki obsypane czerwonymi kulkami, które tam, w Skanii, rosną na drzewach, a my ich musieliśmy szukać po warszawskich kwiaciarniach. Na choince, jak już ją wreszcie znajdziemy, zawisną, oprócz bombek i światełek, grube filcowe sikory i wełniany sweter dziesięć na dziesięć centymetrów, który Marcin któregoś dnia przyniósł z zakupów. Upiekę towarzystwu pierniki z dziurkami i już w ogóle nie będzie się dało wyjść z domu. Tak jak wczoraj i przedwczoraj wieczorem, kiedy to siedzieliśmy w mikołajkowych skarpetach przy nowych książkach (ja – o słodyczach na fikę, plus nowiutka Walecka i polskie wydanie Smitten Kitchen), jedliśmy pepparkakor i biscotti z szafranem i migdałami, popijając to wszystko herbatą z suszonymi jabłkami od babci.

 

Szwecja w Szwecji prezentowała się absolutnie rozczulająco. W saluhall w Malmö poczęstowano nas regionalnymi serami, cudowną wędzoną szynką i kiełbaską z jelenia, kawą, którą oni opijają się bez pamięci – te duże kubki, a w nich czarna kawa z ekspresu przelewowego, zza okna wpada przez zasłonkę szare światło, na stole leży gazeta i talerzyk z kanapką z serem, na ramionach sweter, cisza; tak wszystko wygląda w filmach i chyba w rzeczywistości też (mojej dzisiejszej porannej na pewno) – i bułeczką szafranową zaplecioną tak misternie, że od razu zapragnęłam włożyć ręce w ciasto – ale najpiękniej smakowała pizza. Mąka ze zboża uprawianego i mielonego lokalnie, ciasto na pszennym zakwasie, mozzarella i creme fraiche od wesołych krów ze Skanii, a na tym wszystkim upieczona wcześniej na złoto biała, słodka kapusta, odrobina miodu i chili, ziarna rzepaku. Włosi z tymi ich pomidorami i serem automatycznie wydali mi się strasznie przewidywalni. Ta kapusta to było objawienie, a kolejne przyszły wieczorem, podczas kolacji w Kockeriet. Nie wiem co mi bardziej smakowało, czy tatar z wiśniami, burakami i pudrem (no niestety) pietruszkowym, a do tego pajda chleba gruba jak mój nadgarstek, z grudką ukwaszanego masła, czy może polędwica z jelenia z czarną porzeczką i mięsistym liściem maślanego jarmużu, w każdym razie na brzegu stołka usiadłam i płakałam z rozkoszy, a najpiękniejsze było to, że przecież u nas są dokładnie te same produkty, że my dwa bratanki i tak samo kochamy lasy i ich owoce, a z czarnej ziemi wygrzebujemy podobne buraki. Łyknęliśmy do tego sporo wina, a wśród butelek pojawiła się nawet jedna szwedzka. Globalne ocieplenie nie przestaje zaskakiwać!

 

W sobotni poranek obudziłam się na trzynastym piętrze betonowego hotelu Studio z widokiem na port i latarenkę morską, pobiegłam na dach zjeść z pięknych kamionkowych naczyń jajko na miękko i słodkawy, ciężki chleb z serem i można już było ruszać na szwedzką wieś, na świąteczny jarmark w dworku z końca osiemnastego wieku, gdzie dzieci poniewierały się po wielkim stogu siana, brudząc skafandry musztardą z trzymanych w łapkach hot-dogów, ich rodzice siorbali glogg, a ja oprócz prezentów kupiłam bochen żytniego chleba z solą morską i rozmarynem, słój leśnego miodu i kiełbaski z jelenia z parmezanem (które przyniósł Mikołaj Marckowi, zamiast cukierków). Na lancz zjedliśmy tradycyjny resztkowy posiłek poświąteczny, czyli smorebrod z pieczoną szynką, z rzeżuchą i musztardą i jeszcze taki ze smażonym śledziem, marynowaną czerwoną cebulą i wielką kulą creme fraiche. Kto trawi laktozę, ten dostał jeszcze po misce puddingu ryżowego z kołderką cynamonu i sosem czereśniowym. Jak mam nie kochać kraju, który oficjalnie i publicznie zajada się ryżem na mleku, no jak!

 

Po tych wszystkich atrakcjach wywieziono nas do uroczego Lund, gdzie brukowane uliczki już dawno udekorowano światełkami. Na rynku głównym mieszkańcy rozwaleni byli na ławkach i leżankach, dzieci łaziły tym razem po wielkiej pryzmie śniegu (oprócz niej nic nie było w ten weekend białe, zimne i mokre, pogoda złoty kryształ), a mikołajowa orkiestra wygrywała dęte piosenki. Mój pokój w Grand Hotelu też wyglądał jak z bajki – na ścianach piękne tapety i stare mozaikowe kafelki, drewniany skrzypiący parkiet, żyrandol z kryształków – no nic, tylko królewska koja na Titanicu. Nie wiedziałam gdzie to wszystko w sobie pomieścić. Po spacerze pojechaliśmy jeszcze piec szafranowe bułeczki św. Łucji, dekorować pierniczki i opróżniać wielki garnek gloggu. Taksówka zawiozła nas potem z powrotem do hotelu, w każdym oknie błyszczała gwiazda, świeczki albo lampki, a w objęciach miałam ciepły i ciężki pakiecik drożdżowego ciasta i wtedy też nie wiedziałam, gdzie to wszystko pomieścić, żeby się nie rozkleić. Na otarcie łez zaproszono nas na świąteczny bufet i pod tymi wszystkimi żyrandolami dostaliśmy kolejno: talerz pięciu różnych śledzi, talerz ryb wędzonych na ciepło i zimno z buraczkami, sałatką z sardeli i jajek, sosem musztardowo-koperkowym, talerz zimnych mięs, talerz ciepłych cudów – kipiąca od śmietany pokusa Janssona, klopsiki, sos borówkowy, duszona kapusta. Taka Ikea, tylko ze złota. Na deser cukierki. Mamo, możemy tu zostać na zawsze?

 

W szarym świetle poranka przyszło mi jeszcze zjeść świeżo upieczonego gofra z kleksem kwaśnego mleka i dżemem z maliny moroszki i już.

 

W głębi duszy jestem dzieckiem z Bullerbyn, wiesz? Tylko nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

 

k.

1 grudnia, grudnia!

Nie wiem gdzie ja się podziałam. Pewnie, że jem, ale ostatnio mało spektakularnie. Kolacyjnie raczymy się zupami – porową z koperkiem i śmietaną czy kremem z gruszki i pietruszki, ale zagryzamy jak królowie – takimi serami, że spadamy z krzeseł. Przyjechały do nas z Terra Madre, no i teraz cieszą oczy, nosy i palce. Bryła grana stravecchio, comte strugany z półkilogramowego bloku, stilton od którego łzy stają w oczach, gdy go zagryźć migdałem i grubym plasterkiem ligola. Piekarnik rozgrzewam wtedy, kiedy jestem już tak zmęczona, że bardziej się nie da i wkładam do niego ciastka owsiane z żurawiną, słodzone cukrem kokosowym (pyszna sprawa, czy Ty go przyswajasz?), chlebek bananowy z solonym karmelem (kolejny będzie od Molly, z kandyzowanym imbirem, który elektryzuje mi buzię), te same ciastka z czekoladą i solą co zawsze, a których więcej i więcej doprasza się Marcek, albo prażę sobie orzechy laskowe, które ostatnio zdetronizowały nawet migdały i które zagryzam żurawiną, bo jej nigdy dość. A tak naprawdę to bym chciała upiec kardamonowe ślimaki z cynamonem i podłączyć sobie pojnik z ciepłym mlekiem w kolorze pistacji, bo z roztrzepanym bambusową miotełką z łyżeczką matchy. Odkrycie.

 

Z przeżyć: w ubiegły czwartek gościliśmy w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych na kolacji z okazji święta dziękczynienia. Nie wiem jak to się stało, że w jednej chwili brnęliśmy przez błotną osiedlową dróżkę, a w następnej staliśmy na puchatym dywanie w wielkim, amerykańskim domu, a dłonie ściskali nam wszyscy ludzie prezydenta, na czele z ambasadorem, który przedstawił nam swojego psa (Mikołaj rasy labradoodle, przyjechał z Gdyni, chodzi do „puppy school”, a mimo to wyjadał ludziom indycze skórki z talerzy, widocznie pierwszak). Pan domu siedział potem koło mnie przez całą kolację, mimo że miał do obskoczenia 70 osób, no i tak sobie rozmawialiśmy o życiu i pracy, a na fortepianie stały jego zdjęcia z tym Clintonem i tą Clinton, Obamą i tak dalej. Było to zupełnie kosmiczne przeżycie ubarwione ścieżką dźwiękową z Titanica, która delikatnie sobie szemrała w głośnikach, jak boga kocham.

 

Do rzeczy – nakarmiono nas wszystkim, co przez ostatni miesiąc widywałam na instagramach przeróżnych amerykańskich żarłoków. Pieczony w ziołach indyk z nadzieniem chlebowym, szynka w glazurze, sos grzybowy i żurawinowy, relisz pomarańczowy z miętą i żurawiną. Węglowodany: puree ziemniaczane, południowoamerykańskie casserole ze słodkich ziemniaków z marshmallows (Marcin oszalał z radości), bułeczki, kukurydziane muffiny z żurawiną, popoversy wielkie jak grzyby atomowe. Warzywa: szpinak w morzu śmietany, kukurydziana zapiekanka z serem i jalapenio, pieczone marchewki i brukselki, słodko-kwaśna czerwona kapusta. Na deser oczywiście dynia i pekan, a więc klasyczne paje, cudownie korzenne i uroczyste. Zjedliśmy z jednego talerzyka, hojnie obłożonego bitą śmietaną z bourbonem. Kieliszek sam uzupełniał się kalifornijskim winem, delikatnie stukały widelce, i co przedziwne, nikt nie robił zdjęć. Błogość. Co ciekawe, ani razu nie padło imię Trumpa. No a potem podreptaliśmy błotnym szlakiem do tramwaju, jak dwa Kopciuszki, nadziewane indykiem i uwolnione od small talków.

 

Jutro wsiadam w samolot do Malmo. Z planu zajęć weekendowych wynika, że spędzę 48 godzin w pachnącym cynamonem raju. W poniedziałek zakładowa Wigilia, a potem można będzie kupić choinkę.

 

k.

22 listopada, wtorek

Nasze mieszkanie bezustannie pachnie mięsem. W piątek wiozłam między nogami wielki gar bulionu na ramen (dwa kilo raciczek, dwa kilo skrzydełek, wielkie głowy pieczarek, cebule, pory i pewnie, gdzieś tam, ta Twoja ściera), który Tomek gotował od 11 do 16 w redakcji, a który dokończyć miałam ja. Wyłączyłam go przed północą, kiedy nie sposób już było znieść słodkawej woni smalcu, ale smak, jaki zastaliśmy w miskach w niedzielne popołudnie, wynagrodził wszystkie cierpienia. O tym za chwilę. Poza raciczkami, w piątek przygrywał nam chleb (wielki chlust wody, który rozrzedził ciasto do konsystencji naleśnikowego – prawie zeszło z blatu prosto do zmywarki – okazał się darem od niebios, bo takiego smaku i takich dziur nie było dawno) oraz ciasto na pizzę na zakwasie z przepisu Jeffreya Hamelmana. Gotowe placki zjedliśmy razem z Tolą i Pawłem w sobotę – na pierwszym były cieniutko krojone ziemniaki, parmezan i rozmaryn, na kolejnym szynka parmeńska i rukola, a ostatni podzieliśmy na pół, bo nie wszyscy kochają anchovies (z kaparami, oliwkami i bazylią), za to wszyscy chorizo. Oliwa lała się strumieniami, pizza przywierała do papieru, skubana, mimo pieczenia według wszystkich możliwych zaleceń. Ciasto wyszło kwaskowate i ładnie dziurawe, ale blade jak moje lico i trochę zbyt bułowate. Powtórki nie będzie – to, co nam ostatnio wyszło jako skutek uboczny produkcji mojego pierwszego całonocnego chleba na drożdżach z tej książki, zapamiętaliśmy dużo lepiej. Kończąc temat Włoch – kupiliśmy bilety do Rzymu na styczeń. Cannolo, cassata, ogony po rzymsku, karczochy, wszystkie moje drogie pizze na metry – brzuszek na was czeka.

 

Niedzielę powitaliśmy chlebem z makrelą i rzodkiewką, po czym przeleżeliśmy w pościeli przy „The Crown” oraz ćwiartkach ligola z gruboziarnistym masłem orzechowym i rumieńcami z cynamonu i kardamonu. Listopadowa wiosna wygnała nas z domu do parku i w uliczki Saskiej Kępy – ja całowałam się z fasadami kamienic i tych wszystkich modernistycznych cacuszek, a Marcin zaglądał w okna samochodów, które mogłyby być nasze. Po trzech godzinach takiego spaceru łzy szczęścia (a może to były chlusty zupy, te krople na policzkach) wywołała miska gorącego ramenu z grubym makaronem (który uratował część naszej kolekcji szkła – spadającą szafkę zamortyzowała reklamówka azjatyckich klusek, piękne i wieloznaczne), marynowanym jajem, smażoną z czosnkiem wieprzowiną, pastą miso, szczypiorkiem i olejem z czarnego czosnku. Na deser te same setny raz ciastka z palonym masłem i mleczną czekoladą.

 

Poniedziałek – pierwsze w tym roku pierniczki, kawa z masłem i korzennymi przyprawami, a przed snem barszcz ukraiński na tym wieprzowym bulionie – wspaniały. Pragnę fasoli i kapusty, pragnę śledzi i ogórków kiszonych, kwasu i chrupania. Czyli idzie zima.

 

k.

18 listopada, świt

Miałam wielką nadzieję, że wczorajszy przygodowy dzień będzie inspiracją do ciekawych wspominek, ale niestety, przedłużył pasmo zawodów warszawską gastronomią. Kolegium redakcyjne miałyśmy w Reginie – to nowe, z wierzchu pięknie jak cukierek miejsce pana Trisno. Na suficie kryształy, na oknach ciężkie story, piękna drewniana podłoga, szkolne krzesełka, kwietniki z lat 60 i kamionkowe ryby z Zara Home, a do tego ciekawa karta, żeniąca Włochy z Azją. Kiedy już odpakowałyśmy celofan, dostałyśmy: dorsza z krabem i porami woniejącego (pardonez moi) zasikaną przez koty piwnicą, suchą i smutną kaczkę po kantońsku, azjatycką sałatkę z marynowanym w błotnej kałuży łososiem, całkiem dobre przegrzebki (o ile ktoś lubi przegrzebki), podaną z tajską bazylią burratę z której nie wyciekła ani jedna śmietanowa łza oraz bardzo dobrego bakłażana, lepkiego, słodko-ostrego i miękko rozpływającego się w buzi. Zgniłą wisienką na torcie była pizza – wielki niesłony racuch z jarmużem, słoniną i miodem (to się miało prawo obronić, uważam). Ukojenie znalazłam w kęsie bananowego tiramisu, w którym niewyraźnie majaczył urok lizaka chupa chups czy innej bananowej przyjemności z dzieciństwa, ale Ty wiesz, że ja lubię takie proste, słodkie ratunki, przy których jedzeniu nie trzeba używać zębów. Wiesz też, co myślę o miejscach i ludziach i wszystkich innych zjawiskach, które najpierw dbają o to, jak wyglądają, a potem o to, co reprezentują. Myślisz to samo i jest nam z tego powodu smutno.

 

Na kolację byliśmy zaproszeni do Lokalu Na Rybę, na rybę – żeby narobić sobie apetytu po tym obiedzie wybuchającym co chwilę nowym niesmacznym zawodem jak kapiszony, przeszliśmy się przez wilgotne Pole Mokotowskie i to było bardzo miłe, iść niezwykłym szlakiem o niezwykłej porze. Nadzieje były duże, bo w tym tygodniu miały panować tam klimaty skandynawskie. Nie rozbiliśmy się o żaden fiord tak spektakularnie, jak w opisie wyżej – zastaliśmy domowe jedzenie, które ja (no proszę mi wybaczyć ego, ale Ty moja droga znasz dobrze to uczucie) ugotowałabym jednak trochę lepiej. Fakt, śledź marynowany w jeżynówce i zagryzany pulchnym, szwedzkim chlebkiem z masłem, był przerozkoszny, ale ostatnio jestem wielce rozbuchana śledziowo i może byłam bezkrytyczna (pora nastawić słój korzennych albo takich w tłuczonym zielu angielskim). Miło grzała zupa grochowa z wędzonym łupaczem i glogg (pora zagrzać gar), trochę rozbawiła łatwa przecież do zrobienia (bo sukces swój opierająca na porządnej ilości tłuszczyku) zapiekanka z ziemniaków i łososia, która powinna ociekać śmietanką, ale zamiast tego się kruszyła, nie pamiętam gładzicy z żurawiną. Najbardziej ochoczo z tego wszystkiego zjadłam surówki (takie szkolne, z tartej marchwi i kapusty), ale nie wypuszczono nas bez spróbowania deseru – podzieliliśmy więc trójkącik szwedzkiego ciasta z jabłkami, posypanego migdałami i cynamonem i to było naprawdę dobre, na szczęście (pora upiec).

 

Swoją drogą, ostatnio sporo u mnie Szwecji – w środę razem z Liską kręciłam szafranowe bułeczki św. Łucji, przyjęłam kolejną porcję śledzi (w cytrusach, bardzo ciekawe), pokusę Janssona i łososia wędzonego w wiórkach cyprysa, na początku grudnia szykuje się wyjazd prasowy na jarmarki bożonarodzeniowe do Skanii, a w przyszły czwartek fika – ambasador szwedzki zje ze mną cynamonowego ślimaka i wypije kawę w ramach targów turystycznych. Jestem pełna nadziei na przyszłość, a że dziś świt różowy i pomarszczony, to także na dzisiejszość.

 

k.

już 9 grudnia, piątek

jakoś nieszczególnie interesują mnie pierniki, ciasta, korzenne owsianki i grzane wino. najszczęśliwsza jestem od zupy warzywnej z włoskim sznytem i jestem w takim momencie życia, że jest to moje comfort food, obiad, kolacja, często śniadanie. wczoraj uzupełniłam zapasy, trzy litry domowego bulionu, szklanka czerwonego wina i warzywa. tym razem- pomidory, biała kapusta, włoska kapusta, jarmuż, jaś, seler naciowy, fenkuł, por, czosnek, marchewka, kawałek dyni, szałwia, rozmaryn, tymianek. do zupy pesto z pietruszki i pestek dyni, gęsty jogurt ze skórką otartą z cytryny, szalik dziergany z parmezanu, oliwa, nać pietruszki. potwierdzam- ty jesteś dzieckiem z bullerbyn, a ja jestem jak ta włoska kapusta w pomidorach- całkiem przewidywalna i podstawowa, i wcale nie uważam, żeby to był jakiś brak. przeciwnie, to fundament, o który wspieram się ja i cała cywilizacja europejska. trochę apropos- widziałam kilka dni temu tessę capponi-borawską w degustacjach agi kozak i zemdlałam z zachwytu. boże, co za klasa. padło w tej rozmowie takie zdanie, że kuchnia włoska to kuchnia trzech-czterech składników, i zasadza się ona nie na dodawaniu, a wręcz na odejmowaniu. jest mi do tego blisko. to też moment życia, w którym teraz jestem.

 

gdy nie jem zupy, jem całkiem niezły żytni chleb, który przefermentowałam w lodówce dobę z hakiem (a zaczyn stał dwadzieścia sześć godzin), najlepszy jest  z masłem. w środę jedliśmy łososia w sosie curry, we wtorek- dhal. dziś kupiłam ponad kilogram łopatki wieprzowej (na pulled pork), kiełbaski (do soczewicy) i świeży makaron.

 

byliśmy wczoraj w mocaku na spotkaniu wokół listów wisławy i filipowicza. listy czytali ewa kaim i marcin czarnik, a jakiś okropny facet z radia tok fm odpytywał na tę okazję teresę walas, tomasza fiałkowskiego i marcina wichę. na podstawie tego, co wczoraj usłyszałam, dziewiątego grudnia uważam, że kornel nie wyrasta przyborze za piętę, a pełen ogląd zamierzam posiąść w okolicach gwiazdki, bo to będzie moja lektura choinkowa; listy pojadą ze mną do studzienki.

 

w krakowie od wczoraj festiwal boska komedia. co napawa mnie pewną otuchą- ludziom naprawdę wypełnia to życie, na przykład tym, których podsłuchałam dzisiaj na kleparzu, albo starszym paniom z mojej porannej grupy jogi. i mi także. jutro wieczorem „robert robur” gorbaczewskiego.

 

a.

5 grudnia, poniedziałek

ostatnio więcej czytam niż jem.

 

skończyłam czwarty dziennik hena („powrót do bezsennych nocy”) i jest mi smutno, głównie dlatego, że martwię się, że wraz z panem józefem odejdzie pewien rodzaj pisania. nikt w polsce już tak nie pisze, nie mówi, nie konstruuje w ten sposób myśli i zdań. to jest taki sposób, który mnie uspokaja i prostuje.

 

lubię mieć przy łóżku jakiś dziennik (na przykład na okazję, gdy nuży mnie houellebecq, a trochę mnie właśnie nuży), więc ściągnęłam z regału drugi tom dziennika stefana chwina („dziennik dla dorosłych”, z 2008 roku). jakiś czas temu matko wrócił do domu z całym chwinem kupionym za grosze na allegro. ucieszyłam się, bo niewiele o nim (o chwinie) wiem- tylko tyle, że gdańsk, że broda, „hanemann” i jakieś wywiady w wyborczej. no więc bardzo mi się ten dziennik podoba- jezu, jak on ładnie pisze o swojej żonie, z jaką miłością. poza tym notuje różne małe sprawy z ciepłą uwagą, to taki rodzaj inteligenckości, który mnie wyjątkowo uspokaja, myślę o tym zawsze jako o inteligencji krakowskiej. zresztą huelle też taki jest, a też z gdańska. w ogóle przepadam za tymi piszącymi panami w za szerokich spodniach i w marynarkach (marynarki jerzego illga nie biorą udziału w tej dyscyplinie), którzy piją herbatę z porcelany, mają jakąś żonę, jakiś dom, jakieś swoje miasto, jakieś kwiaty w wazonie, jakiegoś boga (o pilchu też tak myślę, choć tu ani żony, ani porcelany, ani kwiatów).

u chwina najbardziej czekam na relacje widoków z jego okna, z którego widać zatokę. sporo podkreślam. ja mam kiepską pamięć. mam całkiem żywą pamięć przeszłą, to znaczy mam wiele wspomnień z bardzo wczesnego dzieciństwa i pamiętam wiele szczegółów z tego, co było, wszystko mi się ze wszystkim kojarzy; ale jeśli chodzi o pamięć doraźną- zapominam wszystko. nie pamiętam nawet, o czym są książki, które znowu nie tak dawno temu czytałam. matko zasugerował, żebym robiła notatki, myślniki i kluczowe hasła, że to pomocne i podoba mi się ten pomysł. to będzie jedno z postanowień na nowy rok.

 

oprócz czytania- porządki przed gwiazdką, za którymi więcej niż przepadam, i to od kiedy pamiętam. najbardziej lubię myć książki. odsłuchuję stare markomanie i sprzątam wszystko jak leci (apropos- obawiam się, że dni pana marka w trójce są policzone, takie komentarze jak te na jego blogu nikomu dziś nie uchodzą na sucho).

 

a wczoraj wreszcie wrócił matko i zjedliśmy kolację w nolio. najpierw po porcji tych świetnych cappelletti z ogonem wołowym, demi glacem, orzechami i ricottą di bufala, a później pizzę z puree z dyni, z gorgonzolą i z pestkami dyni (to matko) i wyjątkowo udaną sałatę z marynowanymi burakami (a marynowane w soku pomarańczowym), burratą, kaparami z ogonkiem, pecorino, pestkami dyni, „zestem z pomarańczy” i całkiem niezłymi sałatami, a to największy problem wszystkich restauracyjnych sałatek (tutaj szpinak i drobna sałata rzymska) (ja). niezłe primitivo.

 

na kuchence mruczy bulion, w foremce rośnie żytni chleb.

 

a.

już grudzień, czwartek

od poniedziałku jestem sama w domu i w związku z tym postanowiłam urządzić (w) sobie oczyszczalnię. zasady są proste jak drut (kocham zasady)- nie piję kawy, czarnej herbaty i mleka; nie jem nabiału, kasz, mięsa, ryb ani orzechów. właściwie jem tylko lekkie zupki, piję soki z warzyw i koktajle. zjadłam już gar pomidorowej heidi swanson, tylko bez mleka kokosowego i śmietanki; gar postnego kapuśniaczku ze słodkiej kapusty, z kminkiem i kuminem, który dziko mi smakował, a od dzisiaj jem zupę warzywną trochę po włosku, taką trochę ribollitę, minus fasola, wino, masło i chleb (jarzynówka to chyba moja ulubiona zupa). z braku pesto i parmezanu- ścieram sobie do miski skórkę z cytryny i dużo natki pietruszki, i jestem całkiem zadowolona. po wariackiej migrenie we wtorek i w pół środy (nie wiedziałam, że głowa może tak boleć, i w dodatku cały czas) od wczoraj czuję się dobrze, niespecjalnie myślę o jedzeniu, nie jestem głodna, zjadam kolejne zupy z ochotą i wypatruję soku marchiowego z imbirem. forma mi ostatnio zemdlała- bóle głowy, wysypka, sińce pod oczami, niekończące się zajady, a takie czyszczenie zazwyczaj mi służy. zamierzam pociągnąć do soboty, wtedy wraca matko i znowu będzie dom, a jak dom- to chleb i ciasto na niedzielę.

 

nie wiem, czy ostatnio coś wstrząsnęło mną bardziej niż coming out molly orangette. od wczoraj wymieniam z bunią głównie wyrazy niedowierzania. takie zdarzenia źle robią mi na głowę, bo ja potwornie lubię mieć gwarancje na wszystko i myśleć, że pewne rzeczy są pewne. a potem buch, grunt spod stóp, nauka.

 

wczoraj niespodzianka- kurier przyniósł mi największy i najładniejszy bukiet kwiatów, jaki kiedykolwiek dostałam. „małe zastępstwo”. nie wiem nawet, jak nazywa się połowa poupychanych w nim gałązek i kwiatów. jest taki duży, że stoi w kielichu dużego blendera, bo nie zmieścił się w żadnym słoiku. wygląda jak obraz.

 

powariowaliście wszyscy z tą matchą, ja mam na ten temat syndrom hygge. to pachnie i smakuje śledziem, ale ty lubisz śledzie, więc w sumie wszystko się zgadza.

 

a.

28 listopada, poniedziałek

między mną i warszawą ostatnio zima. może odzwyczaiłam się od dużych miast, ale tej jesieni jakoś nie bardzo się tam czuję, wszystko opresyjne.

 

poza tym wszystko jak zawsze- spacery, obiady, teatr, ludzie, z którymi jesteśmy zaprzyjaźnieni. w piątek bibenda i dużo wszystkiego, co znamy- kiełbaska z soczewicą (wyjątkowa, smak i faktura włoskiej salsicci), kulki, które zawsze zamawiam, tym razem z twarogu i komosy; ziemniaki z aioli, kanapka w brioszce, na deser- świetny sernik chałwowy, bardzo wytrawny, niesłodki. smakuje jak cukierki iryski, których już chyba nigdzie nie można kupić. w sobotę bankiet w wielogwiazdkowym hotelu i zaskoczenie, że na imprezach tego typu zamiast nieśmiertelnych zup-kremów i carpaccio o konsystencji plastiku podaje się teraz smaczną kaczkę i suma, i jeszcze dobiera się do nich smaczne wina. a w niedzielę tuż przed gradobiciem usiedliśmy w mące i wodzie i zamówiliśmy kolejno raviolo, meatballs (smaczne, ale słodki sos z chili, który im towarzyszy dość paskudny, co to w ogóle za pomysł), tagliatelle z sarną, gruszką i kakao (to matko, ale bez entuzjazmu), sałata z salami, twardym serem, ciecierzycą i miłym winegretem i bruschetta z kaparami i pistacjami (ja, a bruschetta świetna).

 

a dla ducha:

 

w piątek „księgi jakubowe” marciniak w teatrze powszechnym, słodki jezu, ale show. scenografia, która porywa, świetna muzyka, śpiewa maja kleszcz. wszystko, czego nie spodziewasz się po książce tokarczuk i wszystko dobre, czego można spodziewać się po marciniak. zabawny, angażujący, atrakcyjny spektakl, o którym się myśli, na przykład w sobotę od rana po zarwanej nocy. złoto, rząd dusz, kadzidło, energia, za którą się idzie;  świetna rozrywka.

 

wczoraj natomiast załapaliśmy się na wejściówki na „matkę courage” w teatrze narodowym, reżyseruje zadara, i to był spektakl równoważący radość z tego piątkowego- dość okropny. zupełnie niezajmujący, nieciekawy, mocno męczący i chyba mocno wymęczony, niezrozumiały. nie ratuje tego ani stenka, ani zamachowski, ani muzyka, ani nerwy reżysera. co było przyjemne- duża scena teatru narodowego i sędziwa widownia, pachnąca chanel 5.

 

w nowym numerze magazynu „książki” jest bardzo ładna rozmowa z jerzym radziwiłłowiczem, on mnie bardzo uspokaja. duże wrażenie robi twarz stasiuka na okładce środowego „tygodnika powszechnego”. ale to wszystko jest niczym w obliczu wywiadu, który dziennikarze new york timesa przeprowadzili z prezydentem elektem trumpem i który przedrukowała sobotnia „świąteczna”, czytałaś to? myślałam, że oszaleję. niestety, śmiech zamiera na ustach przy tekście z ostatniej strony, tym o pokoju w syrii, czytałam to dziś rano w pociągu do krakowa i mocno przeżyłam. za oknami pierwsza śnieżyca, jakoś wciąż się temu dziwię.

 

a.

 

 

 

22 listopada, wtorek

od niedzieli mamy w krakowie kwiecień- jest ciepło, jasno, złoto i mniej śmierdzi dymem. przechodnie bez szalików, biegacze w szortach i bez rękawów. klimat umiarkowany jest schizofrenikiem. przewiduję, że jak to się skończy, czyli niechybnie i w czwartek, to przez miasto przejdzie fala samobójstw. w końcu przed nami cała zima….

cała zima którą przeczuwasz, bo ja jakoś nie bardzo- po tygodniach porannych jajek z jabłkami wróciła ochota na gęste jak budyń koktajle z awokado, boćwiny, natki pietruszki, sałaty rzymskiej, całych cytryn i pomrożonych latem porzeczek. specjalnie mnie to nie martwi. psioczyłam tu jakiś czas temu na jajka z jabłkami i dziś składam samokrytykę- wróciły dobre renety, czasami trafią się nawet boskoopy, wrócił smak i faktura, które lubię. bardzo mi smakują.

 

dając dowód swojej staro-zachodnioeuropejkości i pozostając w dominującym nastroju- przez cały weekend jedliśmy włoskie klopsy z przepisu z „tartine bread no 1”. to jest przepis-hymn, od którego prostują się plecy i szlachetnieje spojrzenie, mam do niego duży szacunek. wołowina, wieprzowina, natka pietruszki, tłuste mleko, jaja, dwie szklanki okruchów chleba, czerwone wino, zeszklona na oliwie cebula, szklanka tartego parmezanu, sporo pieprzu. zapach wina przy obsmażaniu klopsów, pełna, esencjonalna mgiełka nad patelnią. trzy razy pod rząd jedliśmy je zapieczone w sosie pomidorowym i pod szalikiem z mozzarelli, w sobotę z polentą (cwaniaczę, ale to końcówka zabawy, jutro rano idę do diabetologa i pewnie dostanę opieprz i szlaban na życie) i z dodatkową ulewą z parmezanu, w niedzielę z chlebem do wytarcia sosu i ostatnią w tym sezonie sałatą rzymską z parmezanem i octem aromatyzowanym orzechami włoskimi (w sobotę pożegnałam się z państwem od ziół, podziękowałam im za piękne wiosnę i lato, umówiliśmy się na kwiecień), dziś- ze szpinakiem z czosnkiem i resztką polenty (patrz diabetolog).

 

w niedzielę na śniadanie ciepły bochenek pszennego tartine, ricotta od mirco, masło, oliwa, wędzona sól maldon, miód, konfitura z czarnej porzeczki. kłóciliśmy się trochę o „nocne zwierzęta” toma forda- matko uważa, że to bardzo zły film, a ja jestem zdania, że jest niedobry, ale znowu bez przesady. te pierwsze sceny oglądałam w napięciu, przestraszona, wszystko mi cierpło; doceniam, gdy ktoś potrafi mi tak zrobić. to słaby, bardzo subtelny wizualnie, a mało subtelny pod wszystkimi innymi względami film, który ma momenty i wywołuje fizyczny lęk, podobny do tego, który towarzyszył czytaniu wywiadu z natalią fiedorczuk („wysokie obcasy”). szkoda, bo „samotny mężczyzna” to wielka sprawa. skrzypki abla korzeniowskiego takoż.

 

na podwieczorek- słynna szarlotka pani waleckiej, ta z mielonymi orzechami włoskimi, tylko bez bezy, bo oboje za bezą nie przepadamy.

 

od dwóch miesięcy chodzę na jogę i zaczynam się przyzwyczajać. jestem z siebie całkiem zadowolona. zdania póki co nie zmieniam- żal mi tego czasu, wkurza mnie to pieprzenie o zaglądaniu w siebie czy regulowaniu oddechu, ale nie bardzo mam wyjście. biegam dlatego, że mogę w tym czasie słuchać audycji albo rozmawiać przez telefon. oswajam się z tym, że joga to już na życie- podobnie jak szorowanie na sucho i okrzemki na czczo.

 

sporo pracy, mało czasu. w weekend warszawa.

 

a.

19 listopada, sobota

dziś będzie o słodkich plackach, za którymi, jak wiesz, nie bardzo przepadam i przy których, jak widzisz, nie ustaję w wysiłkach. nie ustaję w wysiłkach z dwóch powodów- po pierwsze matko za nimi przepada i często wspomina te, które smażono mu na alasce, a po drugie myślę o dzieciach, które w końcu zamierzam mieć, a zdaje mi się, że mama, która nie sypie z rękawa smacznymi plackami, to jakaś bida z nędzą. ja w każdym razie będąc dziewczynką za plackami przepadałam, najchętniej jadłam placki z jabłkami mojej mamy albo racuchy z jabłkami, i jeszcze usmażoną na maśle chałkę, którą traktuję jak placki, dla mnie to jeden i ten sam worek.

 

otóż usmażyłam dziś pancakes według przepisu z książki mikołajka, którym podzieliła się liska i który ostatnio zachwalałaś. skusiło mnie zdjęcie, bardzo apetyczne. efekty- ze mną jak zawsze, to znaczy bez emocji, natomiast matko zjadł trzy- czwarte tego, co usmażyłam i był szczęśliwy. jak wiesz, jedyne słodkie placki, które smakowały mi w życiu dorosłym, to te, które mi kiedyś usmażyłaś. były świetne, choć tu warunek jest taki, że muszą być koniecznie zrobione przez ciebie, bo gdy sama biorę się za twój przepis, to finalnie wcale nie chcę iść jeść. i wiesz o czym dzisiaj pomyślałam- może ja naprawdę nie lubię placków i powinnam dać sobie spokój, a tamte lubiłam dlatego, bo- według ciebie- nie bardzo wyszły i były nie do końca takie, jakie być powinny? i teraz szukam ideału, który nie ma racji bytu? pamiętasz, jak to było- miałaś jakąś maślankę z biedronki, która zachowywała się dziwnie, zupełnie nie wiązała ciasta; placki były w związku z tym całkiem wyluzowane i rozłaziły się w każdą stronę, ty się denerwowałaś, zmieniałaś patelnię, koniec końców byłaś trochę chmurna, a mi te krzywe, mokre placki smakowały jak nigdy. albo powinnam zarzucić starania, albo może kupić maślankę w biedronce i sprawdzić, co będzie.

 

kończąc temat- bardzo podobają mi się wieże placków, przybrane w owoce, orzechy i kremy, które mam okazje oglądać na blogach czy instagramie, ale zupełnie mi to nie smakuje. wszystko naraz, wszystko dużo, wszystko słodkie. okazuje się, że przy plackach, jak przy owsiankach i słodkich kaszach, jestem purystką- tylko masło, inaczej jestem zdezorientowana.

 

byłam wczoraj w collegium maius na rozdaniu dyplomów i promocji magisterskiej i wszystko było jak w harrym potterze- ciemno, absolwenci w togach, muzyka z zegara, krużganki. co to jest za miasto… później kolacja w pino, coraz słabszym, pod każdym względem.

 

ja pewnie zupełnie nie nadawałabym się do skandynawii- nie przepadam ani za tymi słodkimi bułkami i gloggiem, ani za śledziami, przestałam jeść też wędzonego łososia, bo jest śliski i mnie to drażni (chyba że gruby brzuszek, to co innego). źle się czuję bez słońca i w chłodzie. jestem całkiem starozachodnioeuropejska.

 

a.

 

 

już 9 grudnia, piątek

jakoś nieszczególnie interesują mnie pierniki, ciasta, korzenne owsianki i grzane wino. najszczęśliwsza jestem od zupy warzywnej z włoskim sznytem i jestem w takim momencie życia, że jest to moje comfort food, obiad, kolacja, często śniadanie. wczoraj uzupełniłam zapasy, trzy litry domowego bulionu, szklanka czerwonego wina i warzywa. tym razem- pomidory, biała kapusta, włoska kapusta, jarmuż, jaś, seler naciowy, fenkuł, por, czosnek, marchewka, kawałek dyni, szałwia, rozmaryn, tymianek. do zupy pesto z pietruszki i pestek dyni, gęsty jogurt ze skórką otartą z cytryny, szalik dziergany z parmezanu, oliwa, nać pietruszki. potwierdzam- ty jesteś dzieckiem z bullerbyn, a ja jestem jak ta włoska kapusta w pomidorach- całkiem przewidywalna i podstawowa, i wcale nie uważam, żeby to był jakiś brak. przeciwnie, to fundament, o który wspieram się ja i cała cywilizacja europejska. trochę apropos- widziałam kilka dni temu tessę capponi-borawską w degustacjach agi kozak i zemdlałam z zachwytu. boże, co za klasa. padło w tej rozmowie takie zdanie, że kuchnia włoska to kuchnia trzech-czterech składników, i zasadza się ona nie na dodawaniu, a wręcz na odejmowaniu. jest mi do tego blisko. to też moment życia, w którym teraz jestem.

 

gdy nie jem zupy, jem całkiem niezły żytni chleb, który przefermentowałam w lodówce dobę z hakiem (a zaczyn stał dwadzieścia sześć godzin), najlepszy jest  z masłem. w środę jedliśmy łososia w sosie curry, we wtorek- dhal. dziś kupiłam ponad kilogram łopatki wieprzowej (na pulled pork), kiełbaski (do soczewicy) i świeży makaron.

 

byliśmy wczoraj w mocaku na spotkaniu wokół listów wisławy i filipowicza. listy czytali ewa kaim i marcin czarnik, a jakiś okropny facet z radia tok fm odpytywał na tę okazję teresę walas, tomasza fiałkowskiego i marcina wichę. na podstawie tego, co wczoraj usłyszałam, dziewiątego grudnia uważam, że kornel nie wyrasta przyborze za piętę, a pełen ogląd zamierzam posiąść w okolicach gwiazdki, bo to będzie moja lektura choinkowa; listy pojadą ze mną do studzienki.

 

w krakowie od wczoraj festiwal boska komedia. co napawa mnie pewną otuchą- ludziom naprawdę wypełnia to życie, na przykład tym, których podsłuchałam dzisiaj na kleparzu, albo starszym paniom z mojej porannej grupy jogi. i mi także. jutro wieczorem „robert robur” gorbaczewskiego.

 

a.

7 grudnia, środa

Wróciłam ze Szwecją nie tylko odbitą na siatkówce, lecz także schowaną w walizce, i teraz mamy ją wszędzie w domu. Na oknie błyszczy gwiazda, w wazonie stoją te patyczki obsypane czerwonymi kulkami, które tam, w Skanii, rosną na drzewach, a my ich musieliśmy szukać po warszawskich kwiaciarniach. Na choince, jak już ją wreszcie znajdziemy, zawisną, oprócz bombek i światełek, grube filcowe sikory i wełniany sweter dziesięć na dziesięć centymetrów, który Marcin któregoś dnia przyniósł z zakupów. Upiekę towarzystwu pierniki z dziurkami i już w ogóle nie będzie się dało wyjść z domu. Tak jak wczoraj i przedwczoraj wieczorem, kiedy to siedzieliśmy w mikołajkowych skarpetach przy nowych książkach (ja – o słodyczach na fikę, plus nowiutka Walecka i polskie wydanie Smitten Kitchen), jedliśmy pepparkakor i biscotti z szafranem i migdałami, popijając to wszystko herbatą z suszonymi jabłkami od babci.

 

Szwecja w Szwecji prezentowała się absolutnie rozczulająco. W saluhall w Malmö poczęstowano nas regionalnymi serami, cudowną wędzoną szynką i kiełbaską z jelenia, kawą, którą oni opijają się bez pamięci – te duże kubki, a w nich czarna kawa z ekspresu przelewowego, zza okna wpada przez zasłonkę szare światło, na stole leży gazeta i talerzyk z kanapką z serem, na ramionach sweter, cisza; tak wszystko wygląda w filmach i chyba w rzeczywistości też (mojej dzisiejszej porannej na pewno) – i bułeczką szafranową zaplecioną tak misternie, że od razu zapragnęłam włożyć ręce w ciasto – ale najpiękniej smakowała pizza. Mąka ze zboża uprawianego i mielonego lokalnie, ciasto na pszennym zakwasie, mozzarella i creme fraiche od wesołych krów ze Skanii, a na tym wszystkim upieczona wcześniej na złoto biała, słodka kapusta, odrobina miodu i chili, ziarna rzepaku. Włosi z tymi ich pomidorami i serem automatycznie wydali mi się strasznie przewidywalni. Ta kapusta to było objawienie, a kolejne przyszły wieczorem, podczas kolacji w Kockeriet. Nie wiem co mi bardziej smakowało, czy tatar z wiśniami, burakami i pudrem (no niestety) pietruszkowym, a do tego pajda chleba gruba jak mój nadgarstek, z grudką ukwaszanego masła, czy może polędwica z jelenia z czarną porzeczką i mięsistym liściem maślanego jarmużu, w każdym razie na brzegu stołka usiadłam i płakałam z rozkoszy, a najpiękniejsze było to, że przecież u nas są dokładnie te same produkty, że my dwa bratanki i tak samo kochamy lasy i ich owoce, a z czarnej ziemi wygrzebujemy podobne buraki. Łyknęliśmy do tego sporo wina, a wśród butelek pojawiła się nawet jedna szwedzka. Globalne ocieplenie nie przestaje zaskakiwać!

 

W sobotni poranek obudziłam się na trzynastym piętrze betonowego hotelu Studio z widokiem na port i latarenkę morską, pobiegłam na dach zjeść z pięknych kamionkowych naczyń jajko na miękko i słodkawy, ciężki chleb z serem i można już było ruszać na szwedzką wieś, na świąteczny jarmark w dworku z końca osiemnastego wieku, gdzie dzieci poniewierały się po wielkim stogu siana, brudząc skafandry musztardą z trzymanych w łapkach hot-dogów, ich rodzice siorbali glogg, a ja oprócz prezentów kupiłam bochen żytniego chleba z solą morską i rozmarynem, słój leśnego miodu i kiełbaski z jelenia z parmezanem (które przyniósł Mikołaj Marckowi, zamiast cukierków). Na lancz zjedliśmy tradycyjny resztkowy posiłek poświąteczny, czyli smorebrod z pieczoną szynką, z rzeżuchą i musztardą i jeszcze taki ze smażonym śledziem, marynowaną czerwoną cebulą i wielką kulą creme fraiche. Kto trawi laktozę, ten dostał jeszcze po misce puddingu ryżowego z kołderką cynamonu i sosem czereśniowym. Jak mam nie kochać kraju, który oficjalnie i publicznie zajada się ryżem na mleku, no jak!

 

Po tych wszystkich atrakcjach wywieziono nas do uroczego Lund, gdzie brukowane uliczki już dawno udekorowano światełkami. Na rynku głównym mieszkańcy rozwaleni byli na ławkach i leżankach, dzieci łaziły tym razem po wielkiej pryzmie śniegu (oprócz niej nic nie było w ten weekend białe, zimne i mokre, pogoda złoty kryształ), a mikołajowa orkiestra wygrywała dęte piosenki. Mój pokój w Grand Hotelu też wyglądał jak z bajki – na ścianach piękne tapety i stare mozaikowe kafelki, drewniany skrzypiący parkiet, żyrandol z kryształków – no nic, tylko królewska koja na Titanicu. Nie wiedziałam gdzie to wszystko w sobie pomieścić. Po spacerze pojechaliśmy jeszcze piec szafranowe bułeczki św. Łucji, dekorować pierniczki i opróżniać wielki garnek gloggu. Taksówka zawiozła nas potem z powrotem do hotelu, w każdym oknie błyszczała gwiazda, świeczki albo lampki, a w objęciach miałam ciepły i ciężki pakiecik drożdżowego ciasta i wtedy też nie wiedziałam, gdzie to wszystko pomieścić, żeby się nie rozkleić. Na otarcie łez zaproszono nas na świąteczny bufet i pod tymi wszystkimi żyrandolami dostaliśmy kolejno: talerz pięciu różnych śledzi, talerz ryb wędzonych na ciepło i zimno z buraczkami, sałatką z sardeli i jajek, sosem musztardowo-koperkowym, talerz zimnych mięs, talerz ciepłych cudów – kipiąca od śmietany pokusa Janssona, klopsiki, sos borówkowy, duszona kapusta. Taka Ikea, tylko ze złota. Na deser cukierki. Mamo, możemy tu zostać na zawsze?

 

W szarym świetle poranka przyszło mi jeszcze zjeść świeżo upieczonego gofra z kleksem kwaśnego mleka i dżemem z maliny moroszki i już.

 

W głębi duszy jestem dzieckiem z Bullerbyn, wiesz? Tylko nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

 

k.

5 grudnia, poniedziałek

ostatnio więcej czytam niż jem.

 

skończyłam czwarty dziennik hena („powrót do bezsennych nocy”) i jest mi smutno, głównie dlatego, że martwię się, że wraz z panem józefem odejdzie pewien rodzaj pisania. nikt w polsce już tak nie pisze, nie mówi, nie konstruuje w ten sposób myśli i zdań. to jest taki sposób, który mnie uspokaja i prostuje.

 

lubię mieć przy łóżku jakiś dziennik (na przykład na okazję, gdy nuży mnie houellebecq, a trochę mnie właśnie nuży), więc ściągnęłam z regału drugi tom dziennika stefana chwina („dziennik dla dorosłych”, z 2008 roku). jakiś czas temu matko wrócił do domu z całym chwinem kupionym za grosze na allegro. ucieszyłam się, bo niewiele o nim (o chwinie) wiem- tylko tyle, że gdańsk, że broda, „hanemann” i jakieś wywiady w wyborczej. no więc bardzo mi się ten dziennik podoba- jezu, jak on ładnie pisze o swojej żonie, z jaką miłością. poza tym notuje różne małe sprawy z ciepłą uwagą, to taki rodzaj inteligenckości, który mnie wyjątkowo uspokaja, myślę o tym zawsze jako o inteligencji krakowskiej. zresztą huelle też taki jest, a też z gdańska. w ogóle przepadam za tymi piszącymi panami w za szerokich spodniach i w marynarkach (marynarki jerzego illga nie biorą udziału w tej dyscyplinie), którzy piją herbatę z porcelany, mają jakąś żonę, jakiś dom, jakieś swoje miasto, jakieś kwiaty w wazonie, jakiegoś boga (o pilchu też tak myślę, choć tu ani żony, ani porcelany, ani kwiatów).

u chwina najbardziej czekam na relacje widoków z jego okna, z którego widać zatokę. sporo podkreślam. ja mam kiepską pamięć. mam całkiem żywą pamięć przeszłą, to znaczy mam wiele wspomnień z bardzo wczesnego dzieciństwa i pamiętam wiele szczegółów z tego, co było, wszystko mi się ze wszystkim kojarzy; ale jeśli chodzi o pamięć doraźną- zapominam wszystko. nie pamiętam nawet, o czym są książki, które znowu nie tak dawno temu czytałam. matko zasugerował, żebym robiła notatki, myślniki i kluczowe hasła, że to pomocne i podoba mi się ten pomysł. to będzie jedno z postanowień na nowy rok.

 

oprócz czytania- porządki przed gwiazdką, za którymi więcej niż przepadam, i to od kiedy pamiętam. najbardziej lubię myć książki. odsłuchuję stare markomanie i sprzątam wszystko jak leci (apropos- obawiam się, że dni pana marka w trójce są policzone, takie komentarze jak te na jego blogu nikomu dziś nie uchodzą na sucho).

 

a wczoraj wreszcie wrócił matko i zjedliśmy kolację w nolio. najpierw po porcji tych świetnych cappelletti z ogonem wołowym, demi glacem, orzechami i ricottą di bufala, a później pizzę z puree z dyni, z gorgonzolą i z pestkami dyni (to matko) i wyjątkowo udaną sałatę z marynowanymi burakami (a marynowane w soku pomarańczowym), burratą, kaparami z ogonkiem, pecorino, pestkami dyni, „zestem z pomarańczy” i całkiem niezłymi sałatami, a to największy problem wszystkich restauracyjnych sałatek (tutaj szpinak i drobna sałata rzymska) (ja). niezłe primitivo.

 

na kuchence mruczy bulion, w foremce rośnie żytni chleb.

 

a.

już grudzień, czwartek

od poniedziałku jestem sama w domu i w związku z tym postanowiłam urządzić (w) sobie oczyszczalnię. zasady są proste jak drut (kocham zasady)- nie piję kawy, czarnej herbaty i mleka; nie jem nabiału, kasz, mięsa, ryb ani orzechów. właściwie jem tylko lekkie zupki, piję soki z warzyw i koktajle. zjadłam już gar pomidorowej heidi swanson, tylko bez mleka kokosowego i śmietanki; gar postnego kapuśniaczku ze słodkiej kapusty, z kminkiem i kuminem, który dziko mi smakował, a od dzisiaj jem zupę warzywną trochę po włosku, taką trochę ribollitę, minus fasola, wino, masło i chleb (jarzynówka to chyba moja ulubiona zupa). z braku pesto i parmezanu- ścieram sobie do miski skórkę z cytryny i dużo natki pietruszki, i jestem całkiem zadowolona. po wariackiej migrenie we wtorek i w pół środy (nie wiedziałam, że głowa może tak boleć, i w dodatku cały czas) od wczoraj czuję się dobrze, niespecjalnie myślę o jedzeniu, nie jestem głodna, zjadam kolejne zupy z ochotą i wypatruję soku marchiowego z imbirem. forma mi ostatnio zemdlała- bóle głowy, wysypka, sińce pod oczami, niekończące się zajady, a takie czyszczenie zazwyczaj mi służy. zamierzam pociągnąć do soboty, wtedy wraca matko i znowu będzie dom, a jak dom- to chleb i ciasto na niedzielę.

 

nie wiem, czy ostatnio coś wstrząsnęło mną bardziej niż coming out molly orangette. od wczoraj wymieniam z bunią głównie wyrazy niedowierzania. takie zdarzenia źle robią mi na głowę, bo ja potwornie lubię mieć gwarancje na wszystko i myśleć, że pewne rzeczy są pewne. a potem buch, grunt spod stóp, nauka.

 

wczoraj niespodzianka- kurier przyniósł mi największy i najładniejszy bukiet kwiatów, jaki kiedykolwiek dostałam. „małe zastępstwo”. nie wiem nawet, jak nazywa się połowa poupychanych w nim gałązek i kwiatów. jest taki duży, że stoi w kielichu dużego blendera, bo nie zmieścił się w żadnym słoiku. wygląda jak obraz.

 

powariowaliście wszyscy z tą matchą, ja mam na ten temat syndrom hygge. to pachnie i smakuje śledziem, ale ty lubisz śledzie, więc w sumie wszystko się zgadza.

 

a.

1 grudnia, grudnia!

Nie wiem gdzie ja się podziałam. Pewnie, że jem, ale ostatnio mało spektakularnie. Kolacyjnie raczymy się zupami – porową z koperkiem i śmietaną czy kremem z gruszki i pietruszki, ale zagryzamy jak królowie – takimi serami, że spadamy z krzeseł. Przyjechały do nas z Terra Madre, no i teraz cieszą oczy, nosy i palce. Bryła grana stravecchio, comte strugany z półkilogramowego bloku, stilton od którego łzy stają w oczach, gdy go zagryźć migdałem i grubym plasterkiem ligola. Piekarnik rozgrzewam wtedy, kiedy jestem już tak zmęczona, że bardziej się nie da i wkładam do niego ciastka owsiane z żurawiną, słodzone cukrem kokosowym (pyszna sprawa, czy Ty go przyswajasz?), chlebek bananowy z solonym karmelem (kolejny będzie od Molly, z kandyzowanym imbirem, który elektryzuje mi buzię), te same ciastka z czekoladą i solą co zawsze, a których więcej i więcej doprasza się Marcek, albo prażę sobie orzechy laskowe, które ostatnio zdetronizowały nawet migdały i które zagryzam żurawiną, bo jej nigdy dość. A tak naprawdę to bym chciała upiec kardamonowe ślimaki z cynamonem i podłączyć sobie pojnik z ciepłym mlekiem w kolorze pistacji, bo z roztrzepanym bambusową miotełką z łyżeczką matchy. Odkrycie.

 

Z przeżyć: w ubiegły czwartek gościliśmy w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych na kolacji z okazji święta dziękczynienia. Nie wiem jak to się stało, że w jednej chwili brnęliśmy przez błotną osiedlową dróżkę, a w następnej staliśmy na puchatym dywanie w wielkim, amerykańskim domu, a dłonie ściskali nam wszyscy ludzie prezydenta, na czele z ambasadorem, który przedstawił nam swojego psa (Mikołaj rasy labradoodle, przyjechał z Gdyni, chodzi do „puppy school”, a mimo to wyjadał ludziom indycze skórki z talerzy, widocznie pierwszak). Pan domu siedział potem koło mnie przez całą kolację, mimo że miał do obskoczenia 70 osób, no i tak sobie rozmawialiśmy o życiu i pracy, a na fortepianie stały jego zdjęcia z tym Clintonem i tą Clinton, Obamą i tak dalej. Było to zupełnie kosmiczne przeżycie ubarwione ścieżką dźwiękową z Titanica, która delikatnie sobie szemrała w głośnikach, jak boga kocham.

 

Do rzeczy – nakarmiono nas wszystkim, co przez ostatni miesiąc widywałam na instagramach przeróżnych amerykańskich żarłoków. Pieczony w ziołach indyk z nadzieniem chlebowym, szynka w glazurze, sos grzybowy i żurawinowy, relisz pomarańczowy z miętą i żurawiną. Węglowodany: puree ziemniaczane, południowoamerykańskie casserole ze słodkich ziemniaków z marshmallows (Marcin oszalał z radości), bułeczki, kukurydziane muffiny z żurawiną, popoversy wielkie jak grzyby atomowe. Warzywa: szpinak w morzu śmietany, kukurydziana zapiekanka z serem i jalapenio, pieczone marchewki i brukselki, słodko-kwaśna czerwona kapusta. Na deser oczywiście dynia i pekan, a więc klasyczne paje, cudownie korzenne i uroczyste. Zjedliśmy z jednego talerzyka, hojnie obłożonego bitą śmietaną z bourbonem. Kieliszek sam uzupełniał się kalifornijskim winem, delikatnie stukały widelce, i co przedziwne, nikt nie robił zdjęć. Błogość. Co ciekawe, ani razu nie padło imię Trumpa. No a potem podreptaliśmy błotnym szlakiem do tramwaju, jak dwa Kopciuszki, nadziewane indykiem i uwolnione od small talków.

 

Jutro wsiadam w samolot do Malmo. Z planu zajęć weekendowych wynika, że spędzę 48 godzin w pachnącym cynamonem raju. W poniedziałek zakładowa Wigilia, a potem można będzie kupić choinkę.

 

k.

28 listopada, poniedziałek

między mną i warszawą ostatnio zima. może odzwyczaiłam się od dużych miast, ale tej jesieni jakoś nie bardzo się tam czuję, wszystko opresyjne.

 

poza tym wszystko jak zawsze- spacery, obiady, teatr, ludzie, z którymi jesteśmy zaprzyjaźnieni. w piątek bibenda i dużo wszystkiego, co znamy- kiełbaska z soczewicą (wyjątkowa, smak i faktura włoskiej salsicci), kulki, które zawsze zamawiam, tym razem z twarogu i komosy; ziemniaki z aioli, kanapka w brioszce, na deser- świetny sernik chałwowy, bardzo wytrawny, niesłodki. smakuje jak cukierki iryski, których już chyba nigdzie nie można kupić. w sobotę bankiet w wielogwiazdkowym hotelu i zaskoczenie, że na imprezach tego typu zamiast nieśmiertelnych zup-kremów i carpaccio o konsystencji plastiku podaje się teraz smaczną kaczkę i suma, i jeszcze dobiera się do nich smaczne wina. a w niedzielę tuż przed gradobiciem usiedliśmy w mące i wodzie i zamówiliśmy kolejno raviolo, meatballs (smaczne, ale słodki sos z chili, który im towarzyszy dość paskudny, co to w ogóle za pomysł), tagliatelle z sarną, gruszką i kakao (to matko, ale bez entuzjazmu), sałata z salami, twardym serem, ciecierzycą i miłym winegretem i bruschetta z kaparami i pistacjami (ja, a bruschetta świetna).

 

a dla ducha:

 

w piątek „księgi jakubowe” marciniak w teatrze powszechnym, słodki jezu, ale show. scenografia, która porywa, świetna muzyka, śpiewa maja kleszcz. wszystko, czego nie spodziewasz się po książce tokarczuk i wszystko dobre, czego można spodziewać się po marciniak. zabawny, angażujący, atrakcyjny spektakl, o którym się myśli, na przykład w sobotę od rana po zarwanej nocy. złoto, rząd dusz, kadzidło, energia, za którą się idzie;  świetna rozrywka.

 

wczoraj natomiast załapaliśmy się na wejściówki na „matkę courage” w teatrze narodowym, reżyseruje zadara, i to był spektakl równoważący radość z tego piątkowego- dość okropny. zupełnie niezajmujący, nieciekawy, mocno męczący i chyba mocno wymęczony, niezrozumiały. nie ratuje tego ani stenka, ani zamachowski, ani muzyka, ani nerwy reżysera. co było przyjemne- duża scena teatru narodowego i sędziwa widownia, pachnąca chanel 5.

 

w nowym numerze magazynu „książki” jest bardzo ładna rozmowa z jerzym radziwiłłowiczem, on mnie bardzo uspokaja. duże wrażenie robi twarz stasiuka na okładce środowego „tygodnika powszechnego”. ale to wszystko jest niczym w obliczu wywiadu, który dziennikarze new york timesa przeprowadzili z prezydentem elektem trumpem i który przedrukowała sobotnia „świąteczna”, czytałaś to? myślałam, że oszaleję. niestety, śmiech zamiera na ustach przy tekście z ostatniej strony, tym o pokoju w syrii, czytałam to dziś rano w pociągu do krakowa i mocno przeżyłam. za oknami pierwsza śnieżyca, jakoś wciąż się temu dziwię.

 

a.

 

 

 

22 listopada, wtorek

od niedzieli mamy w krakowie kwiecień- jest ciepło, jasno, złoto i mniej śmierdzi dymem. przechodnie bez szalików, biegacze w szortach i bez rękawów. klimat umiarkowany jest schizofrenikiem. przewiduję, że jak to się skończy, czyli niechybnie i w czwartek, to przez miasto przejdzie fala samobójstw. w końcu przed nami cała zima….

cała zima którą przeczuwasz, bo ja jakoś nie bardzo- po tygodniach porannych jajek z jabłkami wróciła ochota na gęste jak budyń koktajle z awokado, boćwiny, natki pietruszki, sałaty rzymskiej, całych cytryn i pomrożonych latem porzeczek. specjalnie mnie to nie martwi. psioczyłam tu jakiś czas temu na jajka z jabłkami i dziś składam samokrytykę- wróciły dobre renety, czasami trafią się nawet boskoopy, wrócił smak i faktura, które lubię. bardzo mi smakują.

 

dając dowód swojej staro-zachodnioeuropejkości i pozostając w dominującym nastroju- przez cały weekend jedliśmy włoskie klopsy z przepisu z „tartine bread no 1”. to jest przepis-hymn, od którego prostują się plecy i szlachetnieje spojrzenie, mam do niego duży szacunek. wołowina, wieprzowina, natka pietruszki, tłuste mleko, jaja, dwie szklanki okruchów chleba, czerwone wino, zeszklona na oliwie cebula, szklanka tartego parmezanu, sporo pieprzu. zapach wina przy obsmażaniu klopsów, pełna, esencjonalna mgiełka nad patelnią. trzy razy pod rząd jedliśmy je zapieczone w sosie pomidorowym i pod szalikiem z mozzarelli, w sobotę z polentą (cwaniaczę, ale to końcówka zabawy, jutro rano idę do diabetologa i pewnie dostanę opieprz i szlaban na życie) i z dodatkową ulewą z parmezanu, w niedzielę z chlebem do wytarcia sosu i ostatnią w tym sezonie sałatą rzymską z parmezanem i octem aromatyzowanym orzechami włoskimi (w sobotę pożegnałam się z państwem od ziół, podziękowałam im za piękne wiosnę i lato, umówiliśmy się na kwiecień), dziś- ze szpinakiem z czosnkiem i resztką polenty (patrz diabetolog).

 

w niedzielę na śniadanie ciepły bochenek pszennego tartine, ricotta od mirco, masło, oliwa, wędzona sól maldon, miód, konfitura z czarnej porzeczki. kłóciliśmy się trochę o „nocne zwierzęta” toma forda- matko uważa, że to bardzo zły film, a ja jestem zdania, że jest niedobry, ale znowu bez przesady. te pierwsze sceny oglądałam w napięciu, przestraszona, wszystko mi cierpło; doceniam, gdy ktoś potrafi mi tak zrobić. to słaby, bardzo subtelny wizualnie, a mało subtelny pod wszystkimi innymi względami film, który ma momenty i wywołuje fizyczny lęk, podobny do tego, który towarzyszył czytaniu wywiadu z natalią fiedorczuk („wysokie obcasy”). szkoda, bo „samotny mężczyzna” to wielka sprawa. skrzypki abla korzeniowskiego takoż.

 

na podwieczorek- słynna szarlotka pani waleckiej, ta z mielonymi orzechami włoskimi, tylko bez bezy, bo oboje za bezą nie przepadamy.

 

od dwóch miesięcy chodzę na jogę i zaczynam się przyzwyczajać. jestem z siebie całkiem zadowolona. zdania póki co nie zmieniam- żal mi tego czasu, wkurza mnie to pieprzenie o zaglądaniu w siebie czy regulowaniu oddechu, ale nie bardzo mam wyjście. biegam dlatego, że mogę w tym czasie słuchać audycji albo rozmawiać przez telefon. oswajam się z tym, że joga to już na życie- podobnie jak szorowanie na sucho i okrzemki na czczo.

 

sporo pracy, mało czasu. w weekend warszawa.

 

a.

22 listopada, wtorek

Nasze mieszkanie bezustannie pachnie mięsem. W piątek wiozłam między nogami wielki gar bulionu na ramen (dwa kilo raciczek, dwa kilo skrzydełek, wielkie głowy pieczarek, cebule, pory i pewnie, gdzieś tam, ta Twoja ściera), który Tomek gotował od 11 do 16 w redakcji, a który dokończyć miałam ja. Wyłączyłam go przed północą, kiedy nie sposób już było znieść słodkawej woni smalcu, ale smak, jaki zastaliśmy w miskach w niedzielne popołudnie, wynagrodził wszystkie cierpienia. O tym za chwilę. Poza raciczkami, w piątek przygrywał nam chleb (wielki chlust wody, który rozrzedził ciasto do konsystencji naleśnikowego – prawie zeszło z blatu prosto do zmywarki – okazał się darem od niebios, bo takiego smaku i takich dziur nie było dawno) oraz ciasto na pizzę na zakwasie z przepisu Jeffreya Hamelmana. Gotowe placki zjedliśmy razem z Tolą i Pawłem w sobotę – na pierwszym były cieniutko krojone ziemniaki, parmezan i rozmaryn, na kolejnym szynka parmeńska i rukola, a ostatni podzieliśmy na pół, bo nie wszyscy kochają anchovies (z kaparami, oliwkami i bazylią), za to wszyscy chorizo. Oliwa lała się strumieniami, pizza przywierała do papieru, skubana, mimo pieczenia według wszystkich możliwych zaleceń. Ciasto wyszło kwaskowate i ładnie dziurawe, ale blade jak moje lico i trochę zbyt bułowate. Powtórki nie będzie – to, co nam ostatnio wyszło jako skutek uboczny produkcji mojego pierwszego całonocnego chleba na drożdżach z tej książki, zapamiętaliśmy dużo lepiej. Kończąc temat Włoch – kupiliśmy bilety do Rzymu na styczeń. Cannolo, cassata, ogony po rzymsku, karczochy, wszystkie moje drogie pizze na metry – brzuszek na was czeka.

 

Niedzielę powitaliśmy chlebem z makrelą i rzodkiewką, po czym przeleżeliśmy w pościeli przy „The Crown” oraz ćwiartkach ligola z gruboziarnistym masłem orzechowym i rumieńcami z cynamonu i kardamonu. Listopadowa wiosna wygnała nas z domu do parku i w uliczki Saskiej Kępy – ja całowałam się z fasadami kamienic i tych wszystkich modernistycznych cacuszek, a Marcin zaglądał w okna samochodów, które mogłyby być nasze. Po trzech godzinach takiego spaceru łzy szczęścia (a może to były chlusty zupy, te krople na policzkach) wywołała miska gorącego ramenu z grubym makaronem (który uratował część naszej kolekcji szkła – spadającą szafkę zamortyzowała reklamówka azjatyckich klusek, piękne i wieloznaczne), marynowanym jajem, smażoną z czosnkiem wieprzowiną, pastą miso, szczypiorkiem i olejem z czarnego czosnku. Na deser te same setny raz ciastka z palonym masłem i mleczną czekoladą.

 

Poniedziałek – pierwsze w tym roku pierniczki, kawa z masłem i korzennymi przyprawami, a przed snem barszcz ukraiński na tym wieprzowym bulionie – wspaniały. Pragnę fasoli i kapusty, pragnę śledzi i ogórków kiszonych, kwasu i chrupania. Czyli idzie zima.

 

k.

19 listopada, sobota

dziś będzie o słodkich plackach, za którymi, jak wiesz, nie bardzo przepadam i przy których, jak widzisz, nie ustaję w wysiłkach. nie ustaję w wysiłkach z dwóch powodów- po pierwsze matko za nimi przepada i często wspomina te, które smażono mu na alasce, a po drugie myślę o dzieciach, które w końcu zamierzam mieć, a zdaje mi się, że mama, która nie sypie z rękawa smacznymi plackami, to jakaś bida z nędzą. ja w każdym razie będąc dziewczynką za plackami przepadałam, najchętniej jadłam placki z jabłkami mojej mamy albo racuchy z jabłkami, i jeszcze usmażoną na maśle chałkę, którą traktuję jak placki, dla mnie to jeden i ten sam worek.

 

otóż usmażyłam dziś pancakes według przepisu z książki mikołajka, którym podzieliła się liska i który ostatnio zachwalałaś. skusiło mnie zdjęcie, bardzo apetyczne. efekty- ze mną jak zawsze, to znaczy bez emocji, natomiast matko zjadł trzy- czwarte tego, co usmażyłam i był szczęśliwy. jak wiesz, jedyne słodkie placki, które smakowały mi w życiu dorosłym, to te, które mi kiedyś usmażyłaś. były świetne, choć tu warunek jest taki, że muszą być koniecznie zrobione przez ciebie, bo gdy sama biorę się za twój przepis, to finalnie wcale nie chcę iść jeść. i wiesz o czym dzisiaj pomyślałam- może ja naprawdę nie lubię placków i powinnam dać sobie spokój, a tamte lubiłam dlatego, bo- według ciebie- nie bardzo wyszły i były nie do końca takie, jakie być powinny? i teraz szukam ideału, który nie ma racji bytu? pamiętasz, jak to było- miałaś jakąś maślankę z biedronki, która zachowywała się dziwnie, zupełnie nie wiązała ciasta; placki były w związku z tym całkiem wyluzowane i rozłaziły się w każdą stronę, ty się denerwowałaś, zmieniałaś patelnię, koniec końców byłaś trochę chmurna, a mi te krzywe, mokre placki smakowały jak nigdy. albo powinnam zarzucić starania, albo może kupić maślankę w biedronce i sprawdzić, co będzie.

 

kończąc temat- bardzo podobają mi się wieże placków, przybrane w owoce, orzechy i kremy, które mam okazje oglądać na blogach czy instagramie, ale zupełnie mi to nie smakuje. wszystko naraz, wszystko dużo, wszystko słodkie. okazuje się, że przy plackach, jak przy owsiankach i słodkich kaszach, jestem purystką- tylko masło, inaczej jestem zdezorientowana.

 

byłam wczoraj w collegium maius na rozdaniu dyplomów i promocji magisterskiej i wszystko było jak w harrym potterze- ciemno, absolwenci w togach, muzyka z zegara, krużganki. co to jest za miasto… później kolacja w pino, coraz słabszym, pod każdym względem.

 

ja pewnie zupełnie nie nadawałabym się do skandynawii- nie przepadam ani za tymi słodkimi bułkami i gloggiem, ani za śledziami, przestałam jeść też wędzonego łososia, bo jest śliski i mnie to drażni (chyba że gruby brzuszek, to co innego). źle się czuję bez słońca i w chłodzie. jestem całkiem starozachodnioeuropejska.

 

a.

 

 

18 listopada, świt

Miałam wielką nadzieję, że wczorajszy przygodowy dzień będzie inspiracją do ciekawych wspominek, ale niestety, przedłużył pasmo zawodów warszawską gastronomią. Kolegium redakcyjne miałyśmy w Reginie – to nowe, z wierzchu pięknie jak cukierek miejsce pana Trisno. Na suficie kryształy, na oknach ciężkie story, piękna drewniana podłoga, szkolne krzesełka, kwietniki z lat 60 i kamionkowe ryby z Zara Home, a do tego ciekawa karta, żeniąca Włochy z Azją. Kiedy już odpakowałyśmy celofan, dostałyśmy: dorsza z krabem i porami woniejącego (pardonez moi) zasikaną przez koty piwnicą, suchą i smutną kaczkę po kantońsku, azjatycką sałatkę z marynowanym w błotnej kałuży łososiem, całkiem dobre przegrzebki (o ile ktoś lubi przegrzebki), podaną z tajską bazylią burratę z której nie wyciekła ani jedna śmietanowa łza oraz bardzo dobrego bakłażana, lepkiego, słodko-ostrego i miękko rozpływającego się w buzi. Zgniłą wisienką na torcie była pizza – wielki niesłony racuch z jarmużem, słoniną i miodem (to się miało prawo obronić, uważam). Ukojenie znalazłam w kęsie bananowego tiramisu, w którym niewyraźnie majaczył urok lizaka chupa chups czy innej bananowej przyjemności z dzieciństwa, ale Ty wiesz, że ja lubię takie proste, słodkie ratunki, przy których jedzeniu nie trzeba używać zębów. Wiesz też, co myślę o miejscach i ludziach i wszystkich innych zjawiskach, które najpierw dbają o to, jak wyglądają, a potem o to, co reprezentują. Myślisz to samo i jest nam z tego powodu smutno.

 

Na kolację byliśmy zaproszeni do Lokalu Na Rybę, na rybę – żeby narobić sobie apetytu po tym obiedzie wybuchającym co chwilę nowym niesmacznym zawodem jak kapiszony, przeszliśmy się przez wilgotne Pole Mokotowskie i to było bardzo miłe, iść niezwykłym szlakiem o niezwykłej porze. Nadzieje były duże, bo w tym tygodniu miały panować tam klimaty skandynawskie. Nie rozbiliśmy się o żaden fiord tak spektakularnie, jak w opisie wyżej – zastaliśmy domowe jedzenie, które ja (no proszę mi wybaczyć ego, ale Ty moja droga znasz dobrze to uczucie) ugotowałabym jednak trochę lepiej. Fakt, śledź marynowany w jeżynówce i zagryzany pulchnym, szwedzkim chlebkiem z masłem, był przerozkoszny, ale ostatnio jestem wielce rozbuchana śledziowo i może byłam bezkrytyczna (pora nastawić słój korzennych albo takich w tłuczonym zielu angielskim). Miło grzała zupa grochowa z wędzonym łupaczem i glogg (pora zagrzać gar), trochę rozbawiła łatwa przecież do zrobienia (bo sukces swój opierająca na porządnej ilości tłuszczyku) zapiekanka z ziemniaków i łososia, która powinna ociekać śmietanką, ale zamiast tego się kruszyła, nie pamiętam gładzicy z żurawiną. Najbardziej ochoczo z tego wszystkiego zjadłam surówki (takie szkolne, z tartej marchwi i kapusty), ale nie wypuszczono nas bez spróbowania deseru – podzieliliśmy więc trójkącik szwedzkiego ciasta z jabłkami, posypanego migdałami i cynamonem i to było naprawdę dobre, na szczęście (pora upiec).

 

Swoją drogą, ostatnio sporo u mnie Szwecji – w środę razem z Liską kręciłam szafranowe bułeczki św. Łucji, przyjęłam kolejną porcję śledzi (w cytrusach, bardzo ciekawe), pokusę Janssona i łososia wędzonego w wiórkach cyprysa, na początku grudnia szykuje się wyjazd prasowy na jarmarki bożonarodzeniowe do Skanii, a w przyszły czwartek fika – ambasador szwedzki zje ze mną cynamonowego ślimaka i wypije kawę w ramach targów turystycznych. Jestem pełna nadziei na przyszłość, a że dziś świt różowy i pomarszczony, to także na dzisiejszość.

 

k.