14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.

 

 

 

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.

22 czerwca, drugi dzień lata, piątek

we wtorek „zapiski z wygnania” w teatrze polonia. nie sądziłam, że janda jest w stanie doprowadzić mnie do łez. od pierwszych słów duszne oczy, przy osieckiej i młynarskim strumyki łez, a dalej płakałam już regularnie do samego końca. monodram jak czołg, jak gwałtowna ulewa, ta gwałtowność i nachalność budzą nawet złość. na prawo i lewo festiwal widzów zbierających łzy z policzków, powiek, ust, szyj. i myślałam i myślę, że popis naszej reprezentacji w rosji, sine prognozy na najbliższe dni, wszystkie dobre rzeczy, jakie zjadłam w krakowie i warszawie, albo twoje wątpliwości na temat porządku usadzenia gości weselnych przy stołach, o których pisałaś mi we wtorek- myślę, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. żadnego.

 

a.

14 czerwca, czwartek

Nie mam głowy, żyję trochę za firanką, rutynę odbębniam na autopilocie. Na szafie komplet toreb, z papieru wystaje kłąb białego lnu, buty są już od dwóch lat, pierścionek z szafirowym oczkiem zrobi za niebieskie, a sukienka za pożyczone. Paznokcie, stopy, włosy i brwi – wszystko ma miejsce w kalendarzu. Śniadania i kolacje jemy na dywanie karteczek z nazwiskami gości, których ciągle nie wiadomo jak usadzić. Niech już będzie po wszystkim, żebyśmy mogli ruszyć na wakacje (żółty kostium kąpielowy już na szafie), i niech to nigdy nie nadejdzie i się nie skończy, to delikatne cudo, które się teraz dzieje. Nie wiem jaki będzie tort, nie mam pojęcia, jak będzie smakował szczawiowy humus i czy naprawdę dojedzie ser z Rancza Frontiera, ani czy czeka na nas w sklepie odpowiednio dużo butelek Foggy River z Marlborough (wspaniałe), czy dojedzie wino, które tata zamówił z Francji, nic już w zasadzie z rzeczy doczesnych mnie nie zajmuje tak bardzo, jak na samym początku. Skoro widząc wasze ukwiecone głowy w parku Krasińskiego musiałam się szczypać w ramię, że to już, że dla mnie, to nie wiem też, jak ogarnę umysłem moment stania przy ołtarzu. Nie wiem, czy po prostu nie położę się spać z mokrymi włosami, żeby ułożyły się jak zawsze, żebym siebie samą poznała w lustrze.

 

Czuję się odprawiona i gotowa do małżeństwa, nie tylko poprzez miniony weekend, którego początek oparł się dzięki Uli (i Monice i Monice, Toli która zostawiła dla mnie w domu Gustawa i Tobie, mimo lata w PKP) o bukiety kwiatów i pijane wianki, chipsy z solą i pieprzem, kolejne kieliszki prosecco i krzak bzu, którym pachniały, całe kolacyjne menu Bibendy i całe deserowe menu Mąki i Wody, a potem paczuszki sera, najlepsze warszawskie croissanty, najlepsze krakowskie chleby, solone masło, pół Hali Mirowskiej, jagody z creme fraiche – środek rozgrywał w środku podwarszawskiego lasu, gdzie na scenie ja i moje koleżanki z grupy baletowej odtańczyłyśmy przed skromną publicznością Walc Kwiatów z Dziadka do Orzechów – koniec, samotnie przeleżany w chłodnej ciemności i na kanapie, przetęskniony za powracającym z gór chłopcem i kosmatym psem. Trzy lata temu przebiegłyśmy z Ulą przez przejście dla pieszych i na szarej ulicy Świętego Antoniego zobaczyłam Marcka, o którym tyle słyszałam od tylu już lat (a potem poszliśmy do Szynkarni na niespecjalne podpłomyki i trzy szklanki piwa, które piliśmy na zmianę, bo jedno z nich też było niespecjalne i trzeba było wziąć za to odpowiedzialność), pomyślałam sobie, przysięgam: weźmiemy ślub. Od dziś za dziewięć dni.

 

k.

13 czerwca, środa

doris lessing dała światu „lato przed zmierzchem”, a świat zdaje się podarował w tym roku światu lato przed brzaskiem, bo grubo przed czasem. na straganach wszystko naraz- agrest, truskawki, jagody, fasola szparagowa, jeszcze szparagi, już bób. już hortensje, już lawenda. standardy prawdziwie włoskie, można gotować vignarolę, której zawsze zazdroszczę włochom, bo u nas jednak szparagi, groszek i bób nieczęsto spotykają się na tej samej drodze. wertuję obydwa tomy „tender” w odmiennych niż zwykle kierunkach, błąkam się między rozdziałami, które dotąd  nie leżały obok siebie. najgorsze jest chyba to, że nikt nie umie powiedzieć jak długo- choć mniej więcej- potrwa sezon na truskawki, agrest, bób czy jagody, przez co nie wiem ile mam na nie czasu i czy powinnam się śpieszyć, co trochę mnie jednak stresuje. poza tym jestem zachwycona. liczne wrażenia zmysłowe.

 

na przykład gdy tnę rukolę i nagie uda wspierają się o rozgrzane drewniane rabaty, w których moi rodzice uprawiają warzywa, liście i zioła, bardzo to lubię. krzak białego bzu wilgotny od deszczu i ranka, z którego w ubiegłą sobotę cięłam kwiaty na syrop i sok. suche albo zapłakane trawy trącające łydkę, ciało wilgotne od upału i nieruchomego południa, albo odwrotnie, jeżące się pod młodym wieczornym powietrzem. biedronka, która spada nagle na przedramię w łazienkach królewskich. nasze nowe rodzinne kocię, gigi (wszystko przez dalidę), sprężysty i elektryczny pod dłonią. ramiączko sukienki zbiegające z ramienia, stopa uciekająca z drewniaka. duszny, miodowy zapach falbaniastych lip. gdy podnosisz się na zajęciach do trikonasany, a za wielkim otwartym oknem drzewo, ptaki, światło leżakujące na murach kamienicy po drugiej stronie podwórka.

albo wczorajszy wieczór, gdy siedziałam w otwartym na oścież oknie, piłam miętę ze studzienki i czytałam „dom dzienny, dom nocny”, któremu zupełnie nie przybywa lat, bardzo piękna książka wciąż jest bardzo piękna. nad kamienicami błyskało i dudniło, ciężkie cielsko burzy przechadzało się gdzieś całkiem niedaleko, raz na jakiś czas zatańczył jesion i estragon w donicy na parapecie. wystawiłam na niego świecę w słoiku. pachniało deszczem, który najpierw nie chciał przyjść, a potem szemrał do rana.

 

zmysłowo też w buzi. truskawkowe lody od maślanki w kłodzku, od kiedy pamiętam smakujące po prostu truskawkami z tłustą śmietanką, i spacer przez kłodzki rynek, potem dwa kościoły, coraz mniejsze. placek z rabarbarem mojej mamy. pizza w vincenzo pedone- osiedle na ruczaju, piec, dwa stoliki, pachnie mąką, pracownicy jak recydywiści, sceneria neapolitańska- na niesmacznym cieście, ale z ekstatycznym wierzchem- mozzarella, peperoncino, friarielli, anchois, oliwki. affogato z lodami pistacjowymi w mące i wodzie, które było moim ulubionym daniem z twojej panieńskiej kolacji, bo bibenda jednak się zmieniła. jagody i creme fraiche. cynar w upalne południe przed żonglerką. niekończące się garnki scafaty, bo zjadam jeden i od razu robię kolejną- z mozzarellą, ricottą, fetą albo parmezanem, deszcz skórki otartej z cytryny. braised lettuces with olive oil and herbs, to też porcja za porcją. dorosłe już  głowy młodej kapusty duszonej z anchois. sobotnia kolacja- chleb, masło i anchois (ciężka choroba), szparagi i mozzarella  tłusta jak burrata, comte. botwinka z botwiny od rodziców i z jajami od kury. naleśniki z truskawkami w dzień dziecka, prezent od mamy. sałaty prosto z grządki. brązowy ryż gotowany z wanilią, truskawki, śmietana. czereśnie- w niedzielny ranek dzwonek do drzwi, sąsiadka z miską czereśni z działki, „trzeba się dzielić”. bób, oliwa, cheddar.

 

w ubiegłą niedzielę widzieliśmy jeszcze przedpremierowo  „zimną wojnę” i od tego czasu martwię się o swoje serce, bo wszystkim drga, a mi nie. „ida” też mnie nie szturchnęła i wydaje mi się, że to ten sam przypadek. okazuje się, że kamienie szlachetne to nie moja specjalność, „wojna” jest tak ładna i tak precyzyjna, że dla mnie nie wystarcza już miejsca; jest w tym coś nieludzkiego i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. to jak picie dobrego wina, które jest pod każdym względem dobre, a jednak się o nim nie rozmawia. tomasz kot piękny.

 

największa radość ostatnich dni- kiedy bunia, której zaleciłam ferrante myśli to samo co ty i deklaruje, że od dziś chce prowadzić rozmowy tylko na takim poziomie i gdy basia, której wmusiłaś franzena nie śpi i nie mówi przez „wolność”. gdy twoje dwie ulubione dziewczyny obejmują świat w ten sam co ty sposób, gdy przydarza się wam osieckowa wspólność przeżycia. i jeszcze gdy o tym rozmawiacie i wiesz, że będziecie rozmawiać nadal, na przykład przy ognisku w lipcu.

 

a.

 

 

ostatni maj, czwartek, święto

wyprowadziliśmy się na kilka dni do kochanych borkowskich, którzy wyprowadzili się na trzy miesiące do rodzinnego letniska w krempnej. byłam pod nieustannym wrażeniem ile dźwięków równie nieustannie wydaje świat, od rana do rana, co (to wrażenie)  jest uważam żenujące. na pierwszy rzut ucha czyny czynione nam przez miasto są niemożliwe do zrekompensowania. głuchniemy, ogłuszani samochodami, tramwajami i sąsiadami, a na dokładkę sami nie słuchamy i nie słyszymy. a tam- od rana stukot strumyka, ptasie radio, modły odprawiane przez pszczoły, świerszcze czy koniki polne, co rusz przyleci jakiś szerszeń. potem, gdy dom się zbudzi, skrzypienie drewnianych podłóg i schodów, kwilenie jasnego jak kaczeńce gustlika, pochrapywanie psa, nasze śmiechy. wieczorami znów nadaje ptasie radio, znów pszczoły wznoszą modły do kwiatów, znów śpiewają trawy, a koło dziesiątej wieczorem zaczyna drzeć się derkacz i krzyczy do rana. podobnie mam wrażenie w miastach ślepniemy- od zieleni i mienienia się drzew, zmian odcieni na niebie, dzikiej róży oplatającej kolejne beskidzkie kapliczki, słońca, łąk, albo cmentarzyka w żydowskiem całego w kwitnących chabrach można zwariować, to są wrażenia trudne do wytrzymania bez jęków pełnych egzaltacji, robienia bezsensownych, bo nieoddających zdjęć, opowiadania sobie nawzajem tego czy innego zachodu słońca czy zapachu jaśminu albo sosen (a może tylko o to chodzi w życiu, żeby opowiadać sobie i i sobie nawzajem świat? bo innego sensu jednak nie dostrzegam, mimo usilnych starań). bardzo trudno żyje mi się z tą świadomością, nawet w krakowie, który ugina się w tym roku pod nadmiarem jaśminu i w którym zakwitły róże pod teatrem słowackiego, i który jest przecież niebrzydki.

 

patrzenie i słuchanie poprzeplatane zwykłym życiem w jasnym bezczasie, wydarzającym się od rana do późnej nocy na ganku drewnianego letniska. pory dnia wyznaczane przez parzenie kolejnych kawiarek albo ziół. w sobotni ranek targ w dukli, wieczorami spacer do wsi, po mleko od gospodarza, jeszcze ciepłe, w drodze powrotnej droga przecięta przez jelenia albo żmije. wycieczki po kochanej okolicy. mówienie sobie ważnych i nieważnych rzeczy, na tym ganku albo w kuchni, przy wspólnej pracy. wycieczki po okolicy, serce w konwulsjach. proste, majowe jedzenie gotowane na kuchence gazowej z dwoma palnikami- botwinka i młode ziemniaki z ziołami, kaszanka z salsą z truskawek, szalotek i mięty, naleśniki z twarogiem i truskawkami, kasza gryczana z twarogiem ze szczypiorem i koprem, i jaja sadzone, i kefir. sery, zosiny chleb i placek z rabarbarem, które przywiozłam ze sobą. bose stopy. dużo czasu, mimo poczucia bezczasu.

 

bardzo kocham beskid niski i bardzo kocham borkowskich. byłam szczęśliwa.

 

zaraz zjemy po kromce żytniego chleba z masłem i jedziemy do innego lasu, lasu zachodniopolskiego, do rodziców. upały, dobrze.

po raz bardzo kolejny zaczęłam czytać „dom dzienny, dom nocny” najsłynniejszej olgi świata, taki nastroik i takie ochoty, a na dodatek za chwilę wambierzyce, ruda i krajanów za miedzą. ciekawe co myślę o „domu” w roku dwa tysiące osiemnastym.

 

a.

30 maja, środa

Trzy zachwyty minionego tygodnia:

 

po pierwsze, spróbowałam chleba Tartine Z TARTINE, który przywiózł mi na galę Kukbuk Poleca Kamil, z którym na temat jedzenia przegadaliśmy w Rzymie dwa dni. Moje kromki przeleżały co prawda przez weekend w Forcie Mokotów, ale w ogóle im to nie przeszkodziło mnie wzruszyć. Gdy wylazły z tostera, całe dziurawe, złote i cudownie kwaśne, obłożyliśmy je z Marckiem plastrami masła i zjedliśmy (przynajmniej ja) z solidnym wzruszeniem i gorgonzolą. Następne już pewnie na miejscu, moja wiza jest ważna jeszcze tylko rok. (Rzeczony Kamil obdarował nas wczoraj całym bochnem chleba z cebulką i ciastem z truskawkami, twarogiem i wielkimi bryłami kruszonki – glutenowi przyjaciele to w tych czasach skarb.)

 

Po drugie, dziś w pracy okazało się, że młodych ziemniaków nie da się rozgotować. Tomek gotował jedną z partii przez dwie godziny i one wciąż były kremowe, słodkie i w całości. Zjadam ich w tym sezonie całe tony, marzy mi się co prawda tarta tatin z młodymi ziemniakami, ale to się pewnie nigdy nie wydarzy, bo nie mam cierpliwości. Praktycznie przestałam gotować na serio, bo nic nie wygrywa z kartofelkami (a potem bobem, kalafiorem, fasolką) z masłem, a poza tym nasza kuchnia latem to trochę piekło na ziemi – słońce pali od czwartej rano, a w obliczu mniej lub bardziej rychłej przeprowadzki rolety to zbytek.

 

Po trzecie, naukowcy odkryli, że żuk gnojarz, tocząc swoją kulkę, kieruje się światłem Drogi Mlecznej. Co za romantyk! Muszę przyznać, że napełniło mnie to światłością i postanowiłam się podzielić, a nuż ktoś w potrzebie.

 

Zachwyt nadchodzący: pierwszy weekend czerwca po raz trzeci z rzędu spędzimy na festiwalu Czas na Ser w Lidzbarku Warmińskim, a więc w jury konkursu na najlepszy ser, w basenie, w saunie, na zakupach (cydrowy z Wańczykówki, pijana koza z Kaszub, niebieski z Rancza Frontiera, owcze piramidki w popiele od Lefevrów, gofry z prawdziwą bitą śmietaną i gniecionymi truskawkami), na wycieczkach (hotelowa restauracja nie zachęca, więc bierzemy koszyk piknikowy), przed telewizorem i nad książką (dostałam dwie powieści Michaela Chabona, pierwsze słyszę, ale na pierwszy rzut oka interesujące, a i objętości są apetycznej) w hotelowej pościeli. Przez szczęście rozumie się przyjemność.

 

k.

23 maja, środa

Festiwal martwienia się.

 

Zmieniają sie tylko pory dnia i powody. Tylko dziś o: ślub, przyjęcie, pogodę na ślub, jedzenie na przyjęciu, mieszkanie, pożegnanie z Pragą, martwię się nawet tym, że nie mam czasu tutaj nic napisać i tym, że misie w praskim zoo chodzą w tę i z powrotem i wyglądają rozpaczliwie.

 

Na stole truskawki i piwonie czyli festiwal czerwca w maju. W porze śniadania płatki kukurydziane z miodem, pistacjami i truskawkami, a w deszczowe dni w tym samym anturażu kokosowa kasza jaglana; pastelowe rzodkiewki z działki i humus, tony szpinaku i botwiny w omletach, szczawiowa z jajem, tony młodej kapusty we wszystkich możliwych konfiguracjach – ostatnio najbardziej smakuje mi przysmażona na brąz, z pancettą i fasola oraz krótkim makaronem. Jadłam juz polskie młode ziemniaki z kefirem. Wszystko delikatne, słodkie, co roku pierwszy raz.

 

To już oficjalne – wystawiliśmy na sprzedaż kącik na Grochowie, po czym błyskawicznie znaleźliśmy kupca i szukamy nowego mieszkania, z balkonem i przestrzenią. Oglądaliśmy jedno na Mokotowie – przezielone, skrzypiące, dziadkowe fest, bo chyba lekko tylko przestygnięte, na półce mydełko Fa i rzędy Chmielewskiej, w rogu złożony wózek inwalidzki, pod ścianą sztaluga z plakatówkowym obrazkiem drzewa, za kuchennym oknem właśnie to drzewo, w każdym razie widmo śmierci na futrynie – ale nie. Mokotów to taki skansen lewobrzeżnej Warszawy, bardziej artystyczny niż Artystyczny Żoliborz, wyluzowany, ale tylko w ubraniach z COSa, no i tak blisko do pracy, że aż za blisko. Serce zmierza ku Bielanom, byłam tam wczoraj po ważną sukienkę; zieleń, cisza, stare siwe bloki. Rozmyślamy nad trzecim piętrem jednego z takich bloków, ma balkon, parkiet, przestrzeń i niemiłego właściciela. Trudne to i bolesne, za każdą wizytą prawie się wprowadzam, patrzę, gdzie będę chodziła po pieczywo i warzywa, gdzie wytresuję psa, żeby umiał siedzieć ze mną na kawie (jeśli na Bielanach, to w Cafe de la Poste, nie mogę się doczekać ich croissantów, a do towarzystwa będzie Tola i Agata ze Zwykłego Życia, czyli wspaniale), czy będziemy mieli gdzie zjeść kolację w odległości spacerowej (Curry House i Lukullus to całkiem dobra obstawa). Nie przeszkadza mi żadna dzielnica, za to podwieszane sufity, oświetlenie ledowe, drzwi karton-gips i tego typu atrakcje dosyć smucą. No nie wiem jak to się skończy.

 

Dalej, na stole: dobrze wchodzi mi też ostatnio prosta „Japonia” – ryż, sos sojowy, olej sezamowy, czarny sezam i do tego świeży ogórek, szczypiorek, jajko, ryba, właściwie cokolwiek. Rzadko jadamy na mieście, a jeśli już, to bum bo nam bo w Viet Street na Saskiej Kępie albo blaszane miski ryżu, warzyw i surowej ryby w Pacyfiku. Lody – w tym roku wielki zawód, żadne nie smakują tak, jak powinny, za to odkryłam jedne, za którymi pojadę na Mazury – Kwaśne Drzewo Sauerbam produkuje je z owczego mleka, wiem, bo przysłali na nasz Kukbukowy konkurs. Jadłam i nie mogłam przestać i chciałam płakać, taka nostalgia i wibrująca słodycz. W planach na najbliższe lato jest misa do robienia lodów w domu, a póki co zostają truskawki ze śmietaną. Na stole są też książki – kończę „Szkice piórkiem” i łkam, że takich pięknych rzeczy nie można napisać więcej niż raz. Z zachwytów jeszcze Anna Król o rzeczach Iwaszkiewicza i niewielka książeczka Idy Linde („Poleciały w kosmos”), którą dawkuję sobie ostrożnie, bo jeszcze coś przegapię. W planach – królowa Olga.

 

Za miesiąc ślub.

 

k.

20 maja, niedziela

powroty do życia bywają złudne i kruche, chyba nie powinno się ich ogłaszać ani nawet żywić nadziei. „żywienie” czegokolwiek w obecnej kondycji jest niełatwe. sama nie wiem, co dokucza bardziej- ból fizyczny czy „klosz”, jaki zdaje mi się że mam wtedy na głowie- nic mi się nie myśli, niewiele mi się chce, źle mi się widzi, brakuje mi siły, jestem opieszała jak prawdziwi polacy na co dzień. nie chciałabym robić z tej przypadłości naczelnej narracji życia, ale tak się składa, że ona zagarnia to życie i już niewiele z niego zostaje dla mnie. ostatnio właśnie takie dni.

 

zanim znów odcięto mi dopływ życia był jednak piękny maj. trzeba być teraz bardzo czujnym i starannym, bo co rusz coś zakwita i gaśnie. na przykład kilka tłustych krzewów jaśminu na plantach- przed tygodniem w sobotę jeszcze spały, a w niedzielny ranek nagle w białych mundurkach, jak dzieci biegnące do pierwszej komunii, których wszędzie teraz pełno; mocno zachwycające (jaśminy, nie dzieci). wcześniej bzy i akacje, akacji będzie mi chyba nawet bardziej żal bzów, rzym w akacjach był bardzo piękny, a poza tym lubię ich cierpką słodycz. od tygodnia dość ostro dziwią mnie peonie w pierwszej połowie maja, to zdaje się chyba zbyt wcześnie. lipy prawie gotowe. a wczoraj na targu widziałam czereśnie.

 

za wielkich upałów był upalny piątek na kocu w lasku wolskim, pustym i zielonym. piknik na ulubionej polanie- szczuplutkie (teraz już przytyły) surowe szparagi zagryzane pecorino, pieprzne rzodkiewki z masłem i grubą solą, okręgi salami. było pierwsze w tym roku wielkie aioli- pieczone z ziołami ziemniaki, szparagi, rzodkiewki i słoik cytrynowego aioli. była miska dzikich sałat i ziół z bratkami i burrata z pieczonym rabarbarem. było kilka talerzy polskich serów w żonglerce i coraz wspanialsze wina (rachel zawsze dziękuje vino roma „for making my drinking life better”, ja dziękuję żonglerce. to są wybitne, ciekawe i piękne wina, przeżycia, lubię przeżycia). był ulubiony placek z rabarbarem. kilka partii rabarbaru pieczonego ze skórką zdjętą z pomarańczy albo z wanilią i deserowym winem. w jakąś sobotę szparagi z sosem gribiche (david lebovitz) i ciecierzyca wykąpana w oliwie z anchois. orkiszowy razowy bochenek zosi z tłustym twarogiem, kwitnącym szczypiorem i rzodkiewkami, które zjadam tej wiosny całe, razem z liśćmi (tu dziękuję szymkowi za cudne, pieprzne rzodkiewki bez chemikaliów), z plastrem masła i solą maldon. był jakiś piątkowy wieczór w en plato, gdzie coraz lepsza pizza, z brzegami złotymi od semoliny. jak co roku pęczak a la risotto ze szparagami i pesto ze wszystkiego co zielone, i jak co roku musujące wino. cabbage e pepe (food 52)- długie wstążki młodej kapusty duszone z połową kostki masła, z pieprzem i pecorino, wspaniały pomysł. stir-fry ze szparagami heidi swanson, tajska zielona zupa nigela, młoda kapusta duszona z anchois, dziś- szczawiowa. truskawki, wielkie i słodkie jak miód. niezliczone miski sałat (rukola, mizuna, musztardowiec, wielkie i zielone liście jakiejś cierpkiej cykorii od jedynie, pierwsza rzymska, szpinak, szczaw, zioła) ze wspaniałymi winegretami, ale o nich kiedy indziej.

 

pomimo jaśminu i truskawek nie chudnie rzewność za włochami. obejrzeliśmy już „wielkie piękno” (uczucia na jego temat nie gasną), czasami oglądamy „gomorrę”, czytam „rzymską komedię” mikołajewskiego, spacerek sentymentalny i uzupełniający. na wycieczkę zamówiłam sobie próbki perfum eau d’italie- rosa gretę, eau d’italie, magnolię romanę, bois d’ombrie (wędzone i dymne, matko mówi, że pachnę jak kościół) i sienne l’hivier (drzewne i pradawne) – i dalej sobie nimi pachnę. ostatnie dwa zapachy sprawiłabym sobie z ochotą, ale niestety zupełnie nie trzymają się mojej skóry. ale przynajmniej wiem, że chcę pachnieć jak włochy. chętnie jak zadymiony kościół przybrany w kwiaty albo jak kawiarnia, gdzie palą papierosy eleganckie panie.

 

poza tym przeczytałam francuskie opowiadania barnesa, widziałam nowego polańskiego i pierwszy odcinek narkotyzującego się benedicta cumberbatcha. cały (naprawdę cały) wczorajszy dzień spędziłam przy bbc 4 słuchając transmisji z royal wedding, komentarzy na temat royal wedding i wrażeń z royal wedding i świetnie się bawiłam. bardzo kocham bbc 4, w domu jest albo cicho, albo bbc. jaka to jest mądra stacja! ostatnio ze smutkiem stwierdziłam, że nie słucham już niczego co polskie. trójki od lat nie sposób, dwójka niespecjalnie mnie ostatnio interesuje, choć regularnie śledzę archiwum audycji. niepokoi mnie to trochę.

dwa tygodnie temu byłam sama w warszawie i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma już we mnie miłości. warszawa się we mnie skończyła, wróciłam do krakowa zmęczona i rozdrażniona, i z radością, że wróciłam. drzewostan centrum tego miasta i jego zachodnioeuropejski policzek widać stały mi się potrzebne. dość nieoczekiwane odkrycie.

 

a.

5 maja, sobota

dwie sprawy na wstępie. po jedno (jak zwykł mawiać nasz rodzinny stolarz)- zadanie od ciebie, którego jednak nie potrafię rozwiązać. ty umiałabyś wybrać jeden dzień? dla mnie to jak pytanie o ulubiony ser, drzewo albo drogę- jest ich zbyt wiele. gdybyś rozbiła to ćwiczenie na kilka podpunktów- posiłek, który chciałabym powtórzyć, droga, którą chciałabym przejechać jeszcze raz, uczucia towarzyszące jakiemuś spotkaniu- to może jeszcze, ale tak polecenie jest dla mnie zbyt ogólne. lubię zbyt wiele rzeczy i wspomnień.

 

po drugie- tawuły. pisząc „tawule” masz na myśli tawuły czy to może jeszcze coś innego? pytanie dyktowane ciekawością, planty ubrane w kożuch z tawuł, mój rodzinny dom też, i te to na pewno są tawuły, nie tawule. czy one mają jakąś siostrę?

 

i po trzecie- elena ferrante. już dawno się tyle nie naprzeżywałam nad czytaniem, do takiego stanu potrafi mnie doprowadzić może tylko franzen. jakie to nieefekciarskie, ludzkie, intymne, wspaniałe. uczciwe. lusterko dla dziewczyn, przewodnik po dziewczynach. o niczym innym od kilku dni nie myślę i nie chcę czytać nic innego. jeszcze trzy dni temu byłam w neapolu, co pewnie sprzyja tej wewnętrznej gorączce, a ostatnie zdanie doczytałam w chwili, gdy nasz samolot rąbnął o pas w balicach, cała we łzach i ze światem puchnącym w gardle. czytanie autorów w ich miejscach zawsze zdawało mi się efekciarskie i nachalne (wyjątek stanowi pakowanie pana samochodzika nad jeziora), ale neapol jest poza tą kategorią, on w ogóle jest poza każdą kategorią. poza tym chyba spotkałam linę- czarną, kocią i agresywną, kręcącą się po pizzerii da michele. myślę, że po to są książki- żeby przez pewien czas zapomnieć o sobie, albo na odwrót, wreszcie się sobie przyjrzeć. zupełnie nie wiem co mam teraz ze sobą zrobić, chyba popielęgnuję w sobie przez jakiś czas tę dziurę po ferrante w sercu i w życiu, a jak się zabliźnię to zabiorę się za franaszka. na razie nie chcę czytać nic innego, może z wyjątkiem „the vegetable book” jane grigson, nad którą już tu piałam- ostateczny dowód na to, że w polsce nikt w ogóle nie powinien zabierać się za pisanie o jedzeniu, może tylko jeden paweł bravo (felieton w ostatnim „tygodniku powszechnym” uroczy) i czasami kręglicka.

 

 

wreszcie włochy. niechętny powrót do krakowa. przejechaliśmy tysiąc dwieście kilometrów czarnym seatem ibizą, przeszliśmy wiele po rzymie. śpiewał nam głównie perry como i luigi tenco (kocham tego gościa), i jeszcze ścieżka dźwiękowa z ostatniego guadagnino. zbrunatniałam od słońca, pojaśniałam od środka, pogryzły mnie komary.

 

wpierw toskania jakiej nie znałam, mimo tego, że już tam przecież bywałam. pusta, leśna, wspinająca się w błękitną górę albo opadająca w doliny, dzikie połacie. nie byliśmy w sienie, najgłośniejszych miasteczkach ani trasach. byliśmy w ruderi di toiano (przez przypadek), radicofani pachnącym miodem z kasztanów, drobnym monticchiello, na bezdrożach, gdzie przez wiele kilometrów nie mijał nas żaden samochód, sarna ani dom. dostałam tę soczystość i nasycenie, po które poleciałam. trawy, maki, bzy, wielkie bąki w wielkich kiściach wisterii, drzewa, drzewa, drzewa (najdalej dwa tygodnie temu idąc ulicą smoleńsk perorowałyśmy z basią o wyższości drzew nad każdą inną formą istnienia, jednomyślne na ten temat).

potem lacjum i rzym, zmiana dekoracji na jeszcze bardziej odurzające- kwitnące akacje, drzewa pomarańczowe, róże, jaśmin. niekoszone pobocza i skwery w rzymie, bardziej prowincjonalnym niż stołecznym, co wyjątkowo mi odpowiada. na tych skwerach trawa do połowy łydki, maki, oset i polne kwiecie. przy drogach stoiska z bobem, wszędzie napisy głoszące sezon na „fava”. pistacjowy tybr, zupełnie nieprawdopodobny. na sznurkach do bielizny suszyła się zima- kurtki i płaszcze, które długo nie będą tu potrzebne. urocze, niewielkie testaccio objęte platanami, zielone, rdzawe, złote. kilkanaście ulic, piazza, targ, budynek starej rzeźni, szczupły tybr, kilka trattorii, bar barberini, droga na awentyn, też mogłabym tam mieszkać. cmentarz protestancki w tej dzielnicy, gdzie śpi keats, wszędzie róże, karczochy i grube koty. wielkie piękno.

i wreszcie- neapol z dołu, korki, niepokój, tłum, hipnotyzujący bajzel. i neapol z góry, z samolotu- wezuwiusz i zatoka, moja wielka czułość na ten temat. o coś mi chodzi, tylko jeszcze nie wiem o co.

 

jedzenie. pierwsza kawa przy barze na stacji benzynowej. obiad w willi lena (skądinąd naprawdę wspaniałej)- grillowane radicchio z truskawkami i ricottą, wiosenna pasta z zielonymi warzywami z grządki, drobne cukinie z polentą i romesco, dwa podwójne espresso z kostkami lodu. osteria la saletta w certaldo- hołubiona przez mieszkańców miasteczka- zupa cebulowa z lokalnej cebuli, z trzema serami, flan z karczocha, moje gnudi. śniadanie u gospodarzy w starej willi, gdzie spędziliśmy noc- on jak józef hen, cudny- kawa z kawiarki, rogale i masło, waniliowe ucierane ciasto gospodyni, jej konfitura z pomarańczy. obiad we florencji, w trattori il carmin0- dla mnie puntarelle z sosem z anchois (TAK) i ribollita, dla matko papardelle z dzikimi szparagami i pancettą. aperol, crodino, wino. spritz z cynaru, zamawiany przy każdej okazji- moje nowe ulubione aperitivo. kolacja przed kamiennym domem w dolinie chianti- lokalny pecorino i pecorino bleu i butelka chardonnay z chianti. pierwsze kwiaty cukinii, nadziewane ricottą i anchois. papardelle z ragu z dzika, przecież lasy. lody jogurtowe, czasami pistacjowe. wspomnienie kolacji w monticchiello, na tarasie enoteki zawieszonej nad doliną z widokiem na pienzę- pecorino (stary, młody, z truflami, z pieprzem, z winem) z miodem kasztanowym  i gruszki, chleb, masło i anchois (ostatnio w ścisłej czołówce ulubionych dań), burrata z równiny maremma i pomidory, butelka montepulciano, potem jeszcze pucharek tiramisu i prosecco, dym w głowie. rano cappuccino pod lipą przy długim stole w agroturystyce. affogato w drodze na wybrzeże, w parki krajobrazowe porośnięte piniami. ryby na wybrzeżu. późne śniadanie/wczesny obiad przy fontannie w rzymie- pizza bianca z il forno przy campo di fiori, moja z fior di latte i kwiatami cukinii, matko z bresaolą i rukolą. cannolo w sycylijskiej kawiarni, ale wolałam lody. pierwsza kolacja na testaccio- agustarello, które znam od rachel roddy, i od razu spełnienie marzenia- bo bób w strąkach, pecorino, chleb i białe wino, bo vignarola, bo zjawiskowe cacio e pepe, bo ogon wołowy i ziemniaki pieczone w mój ulubiony sposób, to jest bardzo dużo oliwy i bardzo dużo ziół. cappuccino i truskawki na śniadanie. obiad w da cesare (patrz rachel)- drugie kwiaty cukinii z mozzarellą i anchois, karczochy, carbonara, parmigiana. kolacja w la torricelli (rachel!)- wspaniała bruschetta z burratą i anchois, smażone oliwki nadziane mięsem, mój dorsz, cacio e pepe matko, maleńkie karczochy smażone w głębokim tłuszczu, podlane octem, jak czipsy. na deser- miseczka poziomek i domowe lody śmietankowe. kawa i ciastka w barze barberini. pomarańcze zjadane w ogrodzie pomarańczowym na awentynie. piknik z targu na testaccio- bób i pecorino, po kawałku pizzy, jeden z duszoną escarolą, oliwkami i anchois,  drugi z fior di latte, kwiatami cukinii i anchois (nic na to nie poradzę), pomidory spod wezuwiusza, bresaola, świeża ricotta, litr wina z wielkiej kadzi, za dwa euro. sery i salami w volpetti, obok którego akurat  przechodziliśmy, więc weszliśmy. wino i czipsy na ławce na piazza di testaccio, do późnej nocy, gdzie dzieci do tej samej późnej nocy grają w piłkę, a rodzice i dziadkowie robią to co my. i margherita w da michele w neapolu, pyszna, pyszna, pyszna. z neapolitańskiej trójcy świętej-da michele, di matteo i sorbillo najwięcej naprzeżywałam się chyba u matteo, choć dziś już sama nie wiem i będę musiała pojechać jeszcze raz.

 

piszę to wszystko, bo dla mnie to naprawdę duże przeżycie, w dodatku za każdym razem. cały ten ceremoniał we włoskim domu czy trattori, ortodoksyjny, choć nie onieśmielający. poważne podejście do kalendarza warzywnego i owocowego. fakt, że mogę zjeść w restauracji warzywa, dużo warzyw, czego niezmiennie brakuje mi w polsce. we włoszech nie umiem się zdecydować- teraz szparagi, karczochy, bób, różne cykorie i dzikie zielska, zupy, ziemniaki, fasole, szpinak, rukola. to, że włosi naprawdę zjadają te wszystkie warzywa- w knajpie!- dzieci, młodzi i dorośli przed miską makaronu wsuwają z zadowoleniem puntarelle z anchois, sałatę z rukoli i surowych karczochów z pecorino, karczochy na sto sposobów, uduszoną z czosnkiem dziką cykorię, cukinie, potrawki z warzyw albo fasolę. jest to niebywałe i piękne. wreszcie- prostota i prostolinijność tego jedzenia, które ląduje na stole, bardzo mnie to wzrusza. ten samotny karczoch, ryba z ćwiartką cytryny, miska cykorii, makaron z pieprzem i pecorino, przysadziste kieliszki na zwyczajne, codzienne wino, poziomki i śmietana. dziko mnie to wszystko interesuje i ujmuje (taka sama jest jane grigson), niby nic nowego, a nie umiem się od tego odkleić. praktycy życia. tak trzeba żyć i jeść, tak myślę.

 

ujmuje mnie we włoszech też wiele innych spraw. na przykład włosi i ich stosunek do dzieci. metodyczna powolność, z którą jedzą i piją wino, i pośpiech z jakim wypijają kawę. naturalne przyzwolenie na radość i przyjemności, żeby zamówić sobie dla siebie butelkę prosecco w południe, zjeść lody, przeczytać w słońcu gazetę- skąd to się bierze, przecież to też katolicki kraj, nie rozumiem. nieśpieszność w ogóle. przedramiona zwisające u okien samochodów. skłonność do zdrobnień. skłonność do uśmiechu. brak skłonności do pośpiechu. bezczelna, choć życzliwa ciekawość, z jaką przyglądają się wszystkiemu i wszystkim. krajobraz bez bilbordów i ogłoszeń w stylu „wynajm lawet” (to autentyk). ostatnio tam interesuje mnie coraz więcej spraw, a tu- coraz mniej- bo już przecież nie radio, coraz mniej prasa, zupełnie nie ludzie. idoli też mam gdzie indziej. moja mentalność życia codziennego daleka jest od tej polskiej. ostatnio zauważyłam, że angielski nie jest już dla mnie językiem obcym, jest jednym z dwóch języków w których mówię, myślę i w których czytam. myślę z przymrużeniem oka, że gdyby włochy miały śmietanę i chleb francji i jabłka oraz czarne porzeczki polski- to mogłabym tam mieszkać. coraz mniej wiem, co myślę o polsce. choć gdy sprowadzam ojczyznę do jabłek i czarnej porzeczki to chyba nie jest najlepiej.

 

a.

26 kwietnia, czwartek

To się chyba stało w ciągu jednej nocy – najpierw lunęło (siedzieliśmy wtedy w domu, z głośników płynął Coltrane i Grace Kelly, a zza okna grzmoty; ja czytałam „Szkice piórkiem” – cudowne – a Marcin biografię Van Gogha; w brzuchach mieliśmy świeży chleb, przesłodkie pomidory malinowe, miękkie i cieknące sokiem – jakim cudem w kwietniu?, oliwki z migdałami i ser z Wysp Kanaryjskich, który przywieźli nam moi rodzice) i przez jedną noc wybuchły liście i zakwitły jednocześnie wszystkie kasztany, tawule, mlecze i bzy tego miasta.

 

Nie wierzę specjalnie w cykle i rytmy, ale tegoroczny kwiecień co i rusz pachnie mi trochę jak szwajcarski rozdzialik sprzed sześciu lat. Nie wiem, skąd wziął się tu w redakcji ten miks domu moich hostów, ich ogrodu, ich kraju – leciutki zapach potu i trawy, kremu do opalania, dziecięcej główki, mleka i deszczu i gór. Wdycham i jest – pain grille z gruyerem, batoniki muesli na placu zabaw, placek z jabłkami na szczycie góry, na którą wdrapywaliśmy się w niedziele, wielkie bochenki miękkiego chleba z całymi orzechami laskowymi, emocjonujące zakupy we francuskich supermarketach i na targach, lody double creme de la Gruyere avec les meringues i tłuste truskawkowe, kupowane na jednym z mostków w Genewie, zapach piwnicy, w której była bawialnia i pająki, w walce z którymi nagle musiałam stać się stroną aktywną, zapach stosiku cienkich powieści, wydawanych specjalnie dla takich jak ja, nigdy nie biegłych we francuskim, prosta pizza z budki nad jeziorem (tata je, ja bardziej gonię jego dzieci po molo, w końcu wszyscy kończymy wgapieni w wielką zdechłą rybę), moje pierwsze fondue w najgorętszą ostatnią noc tamtego maja, wypływane potem w sukience, z braku stroju i z nadmiaru towarzystwa, w Jeziorze Genewskim, mój pierwszy pastis, mój ostatni w życiu, to pewne, pastis. Z nostalgią wspominam tę krwawicę, koszule poplamione sokiem z petites tomates, targanie hulajnóg (la trottinette) i śpiących dzieci po pałacowych dziecińcach pełnych ludzi w pięknych ubraniach, fryzurach i okularach, perliste śmiechy, chłodne białe wino w wąskich kieliszkach, żwir na podjeździe, którym w te kieliszki rzucały te z moich dzieci, które akurat nie spały. Piękne czasy.

 

Zanim jednak trzydziestoletniość, to jeszcze wiosna i warszawskie uciechy – Lexus Hybrid Cuisine, na którym przyszło mi tylko zjeść konferencyjny obiad dla dziennikarzy, ugotowany przez drużynę polskich kucharzy, ale bijący rekordy pyszności mimo spożywania na stojąco i w toksycznej atmosferze small talku – jesiotr w szczypiorku, ze słodko-cierpkim kawiorem (z jabłka? pigwy?) i majonezowym musem z groszku, bób z czarną soczewicą i bulgurem, w piąstkach marynowanej cebulki, ptyś z wątrobianką (trafił w mojej głowie do tej samej szuflady, w której do tej pory siedziała kaszanka z różą z konferencji Gault&Millau 2016, cudowny koktajl z sakrum i profanum), tiramisu upchnięte w szklaneczkę, mocno czekoladowy biszkopt i gorzkie jak czort kawowe szkło. Dalej: Restaurant Week, który w tym sezonie sprawnym ruchem zwalił mnie na kolana menu w Schabowym – chłodnik z botwiny z pieczonymi młodymi ziemniakami, rzodkiewką i jajkiem sadzonym, żytnia grzanka z tatarem i ogórkiem małosolnym, wreszcie krzepkie knedle, nadziane wędzonym twarogiem i ziołami, polane masłem i sowicie okraszone posiekanymi orzechami laskowymi oraz złotą bułką tartą (sól i cukier podstawą udanej okrasy bułczanej – przy okazji, czy wiedziałaś, że we francuskiej, a i światowej, terminologii kulinarnej sformułowanie „à la polonaise” dotyczy polewania rzeczy maślaną bułką tartą? Wspaniałe, zwłaszcza jak się czyta o podawanych w ten sposób sercach palm czy płaszczce). Na deser w tymże Schabowym duszony rabarbar, pod budyniem i kołdrą ze smażonych na maśle porwanych strzępków chałki. Masło, masło, masło – rdzeń zachwytu bez zmian. Test tej miłości już niebawem, w salonie Warsaw Poet, pod warstwą białego jedwabiu. Nadal nie mam butów, za to wiele snów o klęskach. Jedna z nich jest rzeczywista – baletowy występ, którego perspektywa od półrocza wyciska ze mnie siódme poty, pokrywa się terminami z wieczorem panieńskim ORAZ ze ślubem.

 

Na deser zdanie zadanie – gdybyś mogła powtórzyć dowolny dzień ze swojego życia, to który?

 

k.

 

 

 

23 kwietnia jak maj, poniedziałek

ten kwiecień to okamgnienie, ale wyjątkowo ładne. prędka wiosna i buchające bzy w okolicach dwudziestego dnia miesiąca to chyba niezbywalny dowód na globalne ocieplenie. kraków w ostatnich tygodniach jest wspaniały, przeżywam ostre wzmożenie na jego temat, i tak co roku. zapach świata przed deszczem, zapach świata po deszczu, w ogóle- zapach świata.

 

na czym mija czas, oprócz czasochłonnej terapii- na wycieczkach o świcie na giełdę kwiatową pod kierownictwem madzi (kupiłam sobie eukaliptus i paproć, która wygląda jak nać włoskiej pietruszki). na długich dniach ciepła i podglądaniu jesionu, który wyciąga co dzień bardziej zielone ręce w stronę naszych okien. na kolejnych pętlach wokół plant, które przypominają dżunglę i co chwila pachną czymś nowym. na rankach, popołudniach i wieczorach pod lipą przy żonglerce (od kilku dni już widać, że to będzie lipa). wieczorem można podglądać panią cukierniczkę pracującą w oknie cukierni po drugiej stronie ulicy, pachnie wtedy masłem i cukrem. na pierwszych burzach. na zachwytach tłustym szpalerem bzów przy ulicy retoryka. na częstych wędrówkach przez ulicę studencką, garncarską, wenecję (moja ulubiona), aż na zwierzyniec po drugiej stronie alei krasińskiego, albo w drugą stronę, przez batorego, łobzowską, szlakiem aż na stary kleparz- w pojedynkę, z matko albo z basią i małym guciem. na czytaniu w ogrodzie przy muzeum mehoffera, gdzie kwitną na biało drzewa owocowe, na ławce pod wyrośniętym białym bzem. na wycieczkach w beskid sądecki i nad jezioro rożnowskie. na jedzeniu- szparagów (to codziennie), serów i kiszonego czosnku niedźwiedziego (boski) w żonglerce, ziemniaków pieczonych z czosnkiem niedźwiedzim, ricotty i mozzarelli, niepokojących ilości zielonych liści, sals ze świeżych naci i ziół, lodów z placu szczepańskiego, ryb nad jeziorem, z pierwszym zachodem słońca; rukoli i sałat podlanych winem musującym, ale według pomysłu molly z jej pierwszej książki- z pistacjami i gorzką czekoladą, ale pomysł! pyszne z prosecco. i na piciu- głównie ziół, zjawiskowej prosy (żonglerka) i affogato. i na nieśmiałej myśli, że wraca we mnie życie- bo znowu chce mi się pisać, myśleć, biegać i pić.

 

w weekend znów przeczytałam „five quarters” rachel, piękna, piękna książka. dziś wieczorem lecimy do włoch, lądujemy w pizie, planujemy zajechać do rzymu jak najbardziej okrężnymi drogami (w końcu wszystkie i tak prowadzą do rzymu), a wracamy z neapolu. nie mogę doczekać się ostatniego tomu ferrante i paru innych rzeczy.

 

a.

9 kwietnia, poniedziałek

gałązka forsycji ze starego kleparza zakwitła po świętach, wbrew zapewnieniom pani z zielenią (swoją drogą co za czasy, płacić za ramiona drzew…). wraz z płonącą na parapecie forsycją przyszła wiosna. rano czytanie przy otwartym oknie, nieustające zdziwienie, że znów śpiewają ptaki i że świat ma zapach. piję kawę i oglądam słońce łażące po ścianach i kredensie, równie nieustająco (nieustająco oglądam i nieustająco łażące). jesień do społu z zimą to niepotrzebne okaleczenie.

 

w tym roku po raz pierwszy wyprawiłam święta, choć to chyba oświadczenie trochę na wyrost, bo trudno mi powiedzieć czy sposób obowiązujący od lat w mojej rodzinie- a właściwie jego brak- to jeszcze obchodzenie świąt. ale był bukszpan i rzeżucha, jaja i żurek, chleb i masło, pierwsza wiązka szparagów (z cypru, według informacji na tasiemce) z sosem gribiche (bon appetit), ćwikła i chrzan, ziemniaki pieczone z ziołami i czarnymi oliwkami ze słoikiem domowego aioli, szarlotka i laskowe ciasto nigela, kawa i musujące wino. wiatr, ulewy, chłód, pierwsze ciepło. i rola, w której jednak czuję się dobrze i bezpiecznie- lubię być gospodynią.

 

i ja jem sporo stir-frajów, głównie takich a la „fried rice”, gdzie w roli ryżu występują różne „fried grains”- ryż czarny lub brązowy, komosa albo biała kasza gryczana, z grubymi paluchami imbiru, całymi pęczkami dymki, zielonymi liśćmi (szpinak, jarmuż toskański, boćwina, czosnek niedźwiedzi), jajkiem i nerkowcami, z kimchi, które dostałam w prezencie od mojego ucznia-kucharza. tata z kolei podarował mi torbę wędzonych pstrągów- część zjadłam w sałatce z ciecierzycą, natkami, dymką i jajami na twardo, z pozostałych zrobiłam w sobotę wspaniałe brandade (smoked trout brandade, przepis z bon appetit), które zjedliśmy z entuzjazmem i z młodymi liśćmi z winegretem z dijon, śmietaną i piętką taleggio (strasznie mi ostatnio smakuje). śniadania- omlety z czosnkiem niedźwiedzim albo pokrzywą, grzanki z labneh i z tahiną, koktajle i soki z warzyw, jaja na miękko z pesto, komosa z duszonymi z gryczanym miodem renetami, które nie zmieściły się do szarlotki. wczoraj, po całej niedzieli włóczęgi po krakowie (wisła, stare dębniki, zwierzyniec, planty), na obiad sery (WSPANIALE I POLSKIE) i musujące wino w żonglerce, na podwieczorek galette complete z psa pianisty, na kolację- „kariera artura ui” w teatrze słowackiego (michał majnicz w głównej roli, poza tym nic interesującego).

 

poza tym kolejne miski sałat. wyniosłam z domu rodzinnego głęboką nieufność do nowalijek, pierwsze ogórki i pomidory kupuję w lipcu, rzodkiewki w okolicach czerwca. o ile cypryjskie czy włoskie szparagi albo ziemniaki nie budzą we mnie sprzeciwu- tam przynajmniej świeci słońce, i to nie od dziś, podobnie jak importowane zimą z włoch różne cykorie- w końcu liście zimowe- to rodzime warzywa na przednówku są jednak podejrzane. z tego co mi wiadomo, wzrastanie w egipskich ciemnościach służy głównie belgijskiej cykorii, a niespecjalnie hojne temperatury jarmużowi i kapustom. ufam właściwie dwóm gospodarstwom- podkrakowskiemu jedynie i rodzinnemu moich rodziców. a jako że u rodziców grządki jeszcze nagie (góry), jeżdżę po zakupy do jedynie i jem to, co już im urosło- czyli nieśmiałe pęczki musztardowca, rukoli, pokrzywy i mizuny, dymkę i cebulki przypominające te z kalabrii, drobną boćwinę, zioła, buraki chioggia i kwiaty do sałatek, plus czosnek niedźwiedzi z targu pietruszkowego i sporo awokado. cierpliwie czekam na resztę i wychodzę jednak z założenia, że wszystko w swoim czasie. jest to zresztą to, co w jedzeniu ostatnio interesuje mnie najbardziej. zmienia się też sposób, w jaki robię zakupy- dotąd listę sprawunków dyktowała druga lista, ta z przepisami, z których miałam zamiar gotować; teraz znoszę do domu pojawiające się kolejno warzywa, upolowane zioła albo zimowych jeszcze weteranów zastanawiając się po drodze, co z nich zrobię. więcej też wokół tego wszystkiego myślę.

 

przepadłam w ferrante (nie wiem, czy jest w tej sadze coś interesującego dla chłopaków, ale ja jestem przygnieciona szczerością relacji między tymi wpierw dziewczynkami, a potem dziewczynami- miłość i niechęć, przywiązanie, podziw i zazdrość, oddanie i zawłaszczanie, wzajemność i jej brak, uciekanie i powroty, moim zdaniem na tym zasadza się dziewczyńska przyjaźń; momentami porażające). wariuję już od niej i od neaoplu w krakowie. czekam na biografię herberta. cieszy mnie każdy dzień, kiedy nie boli.

 

a.

 

 

 

 

9 kwietnia, poniedziałek

Po mojej stronie cisza, bo żytko powoli rośnie gdzie indziej. Kiedy stał się kwiecień? Pierwszy ciepły weekend spędziliśmy na puściutkim Helu, w piasku drobnym i białym jak semolina, z psem opierającym pyszczek o kolana, butelką piwa w dłoni, przy kartach (przeciwko ludzkości, dawno mnie tak nie bolały dołeczki w policzkach). Mimo że wiatr od morza szedł jeszcze chłodny, to w Warszawie zastaliśmy lato (dziś już gołe kostki, buty bez skarpetek, rower), ale po drodze minęły święta, więc za pamięci odnotowuję: pascha zdobyła Dolny Śląsk (nie mogło być inaczej, kilogram sera śmietankowego ze Strzałkowa ma właściwości magiczne), mazurek różany nadal smaczny, pierwsze zaproszenia na nasz ślub rozdane. Mają pieczęć lakową z wzorem gałązki rozmarynu, akwarelowe malwy i każdą literkę napisaną ręką mojej prywatnej Pollyanny Uli.

 

W talerzach mamy ostatnio kuchnie świata. Marcin gotuje sporo prostej Azji – wieprzowina z zielonym pieprzem, fasolką i liśćmi bazylii w kokosowym curry, stir fraje z orzeszkami ziemnymi i chili, kleisty ryż z mango na niedzielne śniadanie – to wszystko efektem miesiąca odkryć, bo okazuje się, że na Grochowie, tuż koło nas, jest sklep irański i fromażeria, dalej, na Saskiej Kępie, przyzwoicie wyposażony francuski, między innymi w comté, st. felicien, którego nazwę pamiętam głównie dlatego, że tak miało na imię jasnowłose dziecię, którym opiekowałam się w Szwajcarii – i które w wieku trzech lat jadło te serki jak jabłka; herbatki tisane, kanistry kremów balsamicznych z figami, orzechami laskowymi, jabłkiem, bagietki, wino. Wreszcie, w małym boksie galerii na Szembeku, Azja. W temacie Francji – soupe au pistou Davida Lebovitza z fasolą borlotti, sporą garścią tartego parmezanu i pajdą chleba. W temacie sera – tacos z chili sin carne, pieczonym batatem, rzodkiewką, śmietaną i cheddarem. Na ostatniej stronie zimy kremowa fasolowa z pieczoną papryką i salami w ramach chorizo (z tego przepisu), z połową kostki masła, kremówką i złotą grzanką na talerzyku obok. Ale to już przeszłość, teraz lody (pierwsze w Sopocie, w jasnym i pięknym mieszkaniu Kasi), wszystko co chrupie (ta sałatka z czerwonej kapusty i ciecierzycy z orzechowym dressingiem nie przestaje mnie zachwycać, wzbogacona o pieczone bataty, smażonego bakłażana lub paprykę i ogórka oraz dodatkową garść orzeszków ziemnych przejęła moje zeszłotygodniowe obiady), granola lub jogurt z lemon curdem, który wypiera ciepłe śniadania. Oczekiwanie na pierwszego szparaga i prawdziwy owoc.

 

Nie wiem co się ze mną stało, ale w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam ze dwa kilogramy surowej czerwonej papryki, kilkanaście bukietów rzodkiewek i furę zielonych ogórków, nie ma posiłku bez wściekłej ilości sałaty z winegretem, polubiłam się też z wędzonym tofu – tylko musi być twardziutkie – a ostatnio ugotowałam nawet, chyba pierwszy raz w życiu, budyń. Zwykły, waniliowy, z żółtkiem i masłem. Życia się zmieniają. Nie zmienia się za to stosunek do fine diningu, który jest niejako obowiązkiem zawodowym – w czwartek w Bez Tytułu na prasowej kolacji było wszystko – ośmiorniczka, płaszczka, kaczka, przegrzebek – bez zarzutu i bez emocji, chleb z solonym masłem z gałką muszkatołową i orzechami laskowymi znów wygrał z każdym wielkim talerzem upstrzonym kropkami z sosu.

 

Cieszę się na tyle spraw, że aż mi nieswojo: wylegiwanie się w ogrodzie moich rodziców i na działce rodziców Marcina, truskawki ze śmietaną, pomidory z brzoskwiniami, obiady złożone z gotowanych jarzyn w bułce tartej i jajek sadzonych, na noszenie mojej nowej lnianej sukienki, w której wyglądam jak matka, na życie na kocu. Jak tylko wybuchną liście, to uwierzę w ten czerwiec, ale dziś jeszcze nie wierzę, że to już, że ja.

 

k.

 

18 marca, niedziela

po mojej stronie cisza, bo wydobywają się ze mnie ostatnio głównie onomatopeje wyrażające różne szczeble bólu i wrażeń cielesnych oraz takich natury nieurologicznej, a to niespecjalnie ciekawe. choć dzieją się ze mną sprawy przedziwne, w życiu nie dałabym nikomu wiary w takie rewelacje. jest to wszystko bardzo czasochłonne i wyczerpujące. marzec ukradły mi herxy, o których istnieniu miesiąc temu nie miałam pojęcia, a teraz, skoro już je znam, to zamierzam chociaż wykorzystywać je w rozgrywkach w scrabble.

 

nie pomaga mi też łachudrowaty klimat umiarkowany, który, jak wszystko w tym kraju, nie zna umiaru. albo słoneczna niedziela pod niebem i siedemnaście stopni na plusie i rozbudzone nadzieje, albo taka z zamiecią śnieżną, jedenastoma stopniami na minusie i ogniem w kominku. ostatnio stoję (twardo) na stanowisku, że życie w ojczyźnie to straszna strata czasu.

 

jem to, co rozsądne, ale nie jest to dla mnie specjalnie przykre. co tydzień nie wolno mi czegoś innego, ale i z tym nieźle sobie radzę. sporo na ten temat myślę, ale o tym innym razem.

 

duży entuzjazm na temat magazynu „pismo”, co o nim myślisz? dawno nie zdarzyło mi się czytać gazety od okładki do okładki, w dodatku z dużym zacięciem i z poczuciem, że mnie od tego przybywa. alleluja. chyba jeszcze większy entuzjazm na temat „the food programme” radia bbc, dzisiejsza audycja z nathanem myhrvoldem o przeszłości i przyszłości chleba pasjonująca. boże jedyny, jak ja lubię, gdy ktoś w końcu nie plecie oczywistości na bardziej lub mniej oczywisty temat (pewnie stąd po części sympatia do „pisma”). miewam dość poważne reakcje alergiczne na oczywistości, od razu wszystko mi mdleje i krew mnie zalewa. inne ulubione ostatnio odcinki „the food programme” to ten o aperitifach, pionierskich włoskich knajpach na londyńskim soho, o gorzkim smaku albo o strączkach.

czytam ferrante, jeszcze nie wiem, co o tym myślę. wstrząsnął mną wywiad z jackiem leociakiem w „świątecznej”, jestem załamana. dla równowagi poczytam sobie do snu dziennik osieckiej i może wypiję inkę.

 

a.

5 marca, poniedziałek

„An almost used-up luxury” – przeczytałam dziś w internecie, że to podobno mają w swoich kuchniach szczęśliwi ludzie. Oliwa truflowa i pasta z tegoż grzyba nietknięta. Pistacji pełen worek, włoska polenta nie odpakowana od miesiąca, sztabka marcepanu od trzech. Ale jednak jestem szczęśliwa, bo jem ostatnio dużo prostych kanapek, trzy dni w tygodniu na śniadanie orkisz z granatem, różanym jogurtem i płatkami migdałów, zupę pomidorową, do której passatę podsmażam na ćwiartce kostki masła. Pieczone w oliwie drobne kostki ziemniaków z jajkiem sadzonym i majonezem, takie patatas marzec. Jabłka z masłem orzechowym i waniliowe serki. Na wszystko przyjdzie czas, ale te trufle to chyba jednak komuś oddam.

 

Wart odnotowania jest fakt, że ostatki tłustej zimy przyszło nam spędzić w Salzburgu, gdzie jechaliśmy sto godzin, grając w Masterminda i jedząc kanapki z serem, po to by godnie towarzyszyć Uli w przejściu przez granicę trzydziestu lat życia. Najpierw była sama niespodzianka, rozdziawiona buzia i dużo uścisków, a potem kajzera (czy ta nędzna bułka ma coś wspólnego z jakimkolwiek cesarzem?) z leberkäse („zapiekany pasztet wątrobiany”, jezu, google), musztardą i marynowaną papryką i wędrówka pod zaśnieżoną górę, do schroniska. Na kolację dostaliśmy wyjątkowo smaczną lazanię z grubą pierzyną sera, a potem jeszcze pani przyniosła nam na srebrnej tacy knedle chlebowe ze szpinakiem, ciężkie kule z koroną z prażonej cebulki, utaplane w maśle. Trochę szkoda, że sezon na ciężkie i w maśle nieśmiało zmierza ku końcowi, bo mam ochotę przerobić w ten sposób własny bochen, ale znając polską wiosnę, to jeszcze nie raz będziemy wycierać buty z błota. Co się odwlecze, to zjem. Następnego ranka wyszliśmy na biel, wsiedliśmy na sanki i ruszyliśmy w dół najpiękniejszą trasą, jaką widział świat (czyli tą samą, co wieczorem). Nie wiem, jak inni dorośli to robią, że panują nad emocjami, ale mnie się to rzadko udaje, a już na pewno nie wtedy, gdy strzygę piętami świeży śnieg, wywracam się na zakrętach i sunę w upstrzony sosenkami biały bezkres jak jakiś górski łobuz. Kwikom nie było więc końca, a wisienką na torcie tej podniety był gigantyczny kaiserschmarrn, który zjadłam u podnóża góry, zanurzając kolejne chrupkie kęsy w musie jabłkowym i śliwkowym i popijając mlekiem z kartonu. Na odchodne Ula spakowała nam prowiant, jak zawsze na medal – oprócz ładnie wypakowanych kanapek dostaliśmy kawał wspaniałego tortu czekoladowego z masłem orzechowym i dżemem ze śliwek z Gubina, który zjedliśmy w jednym z pociągów za pomocą wspólnej łyżeczki. To już postanowione, za rok prawdziwe ferie i wreszcie nauczę się jeździć na nartach. Kto wie, może potem zaszaleję i zrobię prawo jazdy!

 

Jestem całkiem zadowolona z efektów Gali Oscarowej, chociaż oczywiście jej nie oglądałam, bo niemożliwością jest dla mnie szczęśliwie przetrwać noc bez snu, to już wiem. „Kształt wody” urzekł mnie zupełnie już w zeszłym tygodniu (może również dlatego, że podczas seansu jadłam oburącz wielką, oblepioną kruszonką, drożdżówkę z serem z Lukullusa), naiwny, słodki i dziwny, jak skrzyżowanie Amelii z Avatarem. No i te wszystkie nagie piersi na ekranie, takie dorodne! Z kolei w miniony weekend obejrzałam „Florida Project” – strasznie głośny i kolorowy, nie mogłam przestać uciekać myślami w kierunku obiadu – i „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” z którego wyszłam z kina taka zła, taka roztupana i zachwycona. „Lady Bird” jeszcze przed nami, czekam jak na najlepszy deser.

 

W temacie „Stu lat” – ona jadła też wapno ze ścian, pamiętasz? Czytałam to dawno temu, na plaży w Hiszpanii, żując swoją zakładkę zrobioną z kartki w kratkę (obecna: saszetka szamponu pszenicznego marki Vianek, w „Romansie prowincjonalnym”) i chciałam tej ziemi i wapna spróbować. Zwalam to na niedostatki (umysłowe lub biochemiczne) wieku szczenięcego.

 

W temacie szczeniąt – wreszcie jest w domu ktoś, kto je ze mną poranną owsiankę. W mojej misce tahini, kardamon, granat i jeszcze garść sezamu, w Chałki pieczone jabłko i twaróg. Odtłuszczony. Ewenement.

 

k.

4 marca, niedziela

życie nagle zrobiło się małe. przychodnie, laboratoria, szpital, gabinet, w którym spędzam dziesięć i pół godziny każdego tygodnia (do odwołania). codzienność wspierająca się o nowe filarki. plany i podróże, które trzeba przesunąć na trochę później. boleści, które szturmują nagle i nigdy nie wiadomo z której strony. to wszystko jest dla mnie niełatwe, frustrujące i nowe. najtrudniejsze jest chyba przyjęcie do wiadomości, że choruję i że to potrwa. że pewnych rzeczy mi nie wolno albo odwrotnie, właśnie że coś powinnam, choć jestem temu niechętna. jak widać mój programowy fatalizm jednak znajduje uzasadnienie w tak zwanej rzeczywistości (taki jak ten rebeki ze „stu lat samotności”, tej, która jadła ziemię ze smutku. swoją drogą zamierzam przeczytać od nowa marqueza, ciekawi mnie, czy „sto lat samotności”, „jesień patriarchy” albo „miłość w czasach zarazy” robi wrażenie tylko na pesjonarkach, czy może na większych dziewczynach też)- bo jednak często towarzyszy mi myśl i jakiś zgrzyt sumienia, czy można bezkarnie miło żyć, skoro za drzwiami wiadomo co się wyprawia. duża lekcja.

 

w dodatku przez jakiś czas (do odwołania) nie mogę jeść ani pić bardzo wielu rzeczy, które jednak dotąd bardzo jadłam i bardzo piłam. w ich miejsce pokaźne ilości witaminy c (plus kroplówki), magnezu (plus kroplówki), witaminy d i innych witamin. piję jakieś dziwne oleje, jem siemię lniane, piję zioła, wyjadam drugi słój kapusty kiszonej (od taty). w ogóle mam wrażenie, że pół doby tylko coś łykam i wypijam. żeby było jeszcze bardziej atrakcyjnie mój chłopiec do końca marca może jeść jedynie produkty w kolorze śniegu albo bladości. niestety, dość często nasze zalecenia dietetyczne wzajemnie się wykluczają, wobec czego gotowanie czy wybór restauracji przypomina nagle grę w scrabble. wygląda na to, że przez miesiąc będę prowadziła podwójną kuchnię- dla matko puree ziemniaczane, ryż, białe kasze, owsianki, chleb i makaron, dla mnie warzywa, curry, ryby, kiszonki i bardziej złożone zboża.

pierwszy szok minął i znoszę to wcale nieźle. wczoraj, przygotowując się do zakupów na hali targowej (teraz muszę przygotowywać się nawet do zakupów na bazarku), pomyślałam nawet, że to całkiem interesujące i pouczające. mamy w tym roku prawdziwy wielki post. z plusów- zaprzyjaźniłam się na dobre z heidi swanson, nie rozstaję się z „plenty more”, zamierzam w końcu skorzystać z przepisów, które wiecznie odkładałam na później albo które wydawały mi się „za zdrowe”, mam bardzo ładną cerę, a przez mieszankę ziół, którą muszę pić trzy razy dziennie, już naprawdę nic innego nie jest dla mnie za gorzkie.

 

co na talerzu- dziś rano gryczane galette z moim nowym ulubionym twarogiem (nie powinnam), ze słoikiem czarnej porzeczki od mamy (to ja). wczoraj na obiad placki z pora yotama (samograj, przepis z „plenty”, wyrzuciłam z nich natkę pietruszki, kurkumę, kolendrę i chili, bo matko), z cykorią z orzechami włoskimi i olejem z orzechów włoskich. w ubiegłym tygodniu- brokuły pieczone w curry, z ziołami i fistaszkami, na kałuży tahiny (heidi swanson), kolendrowa zupa z soczewicy (heidi), zupa z porem (dostałam torbę grządkowych od rodziców), fasolą i pieczonym kalafiorem z brązowym ryżem, jedzona z prażonymi laskowymi i śmietanką kokosową (heidi, mówiłam, a poza tym jest biała. w oryginale kalafior nie jest pieczony, a jedynie wrzucony do zupy, ale stwierdziłam, że to będzie mdłe i go opiekłam), sporo niepalonej kaszy gryczanej, cykorie z cytrusami, dużo awokado, miski sałatek z siekaną brukselką i jarmużem, humus, grejpfruty i orzechy. w ubiegłą sobotę pęczak a la risotto z pieczoną brukselką i skórką zdjętą z dwóch cytryn („plenty more”, pyszne, jeszcze p.b.e [przed białą erą]), w niedzielę poszliśmy do fariny na ryby- smaczna zupa rybna i cały okoń pieczony z nacią pietruszki i czosnkiem, do tego szpinak z rodzynkami. kefiry (klimeko, jako jeden nielicznych nie w składzie mleka w proszku. wraz z nowym rokiem wypowiedziałam wojnę mleku w proszku w moim nabiale) i kapusta kiszona. dziś pstrąg w karakterze, taki z oliwą z fermentowanym czosnkiem i bundzem, wyjątkowo niezły. po dwóch tygodniach z inką znów piję kawę. z przyczyn ode mnie niezależnych niespecjalnie mogę pić mleko, w związku z tym w zeszłym tygodniu zrobiłam słoik mleka z (prażonych) pestek dyni (bardzo dobre!), dziś moczę migdały na kolejny słoik. uwaga na marginesie- uważam roślinne mleko w kartonie za wyjątkowe gnojowisko, czego tam nie ma w składzie- maltodekstryna, skrobia, cukier, soja, gumy, karagen, jakieś szyfry; samobój. jak widać daję szansę organizmowi żeby się wykazał.

 

jeśli nie ma mnie w domu albo akurat nie walczę ze sobą w przybytkach okołozdrowotnych to jestem w kinie. wiele dobrych historii, nie pamiętam takiego sezonu. w zeszłą sobotę spłakałam się na filmie o demokracji (nowy spielberg), w niedzielę piękna „nić widmo”, duża przyjemność. wczoraj urocza „lady bird”, wzruszenie za szczenięcą dziewczyńskością. razem z „tamtymi dniami, tamtymi nocami” i dziennikiem osieckiej tworzy triduum tęsknot za młodością i za czasami kiedy było dużo czasu, jakoś jest mi to ostatnio potrzebne. a dziś na drugie śniadanie „ja, tonya”- i znowu dobre. dziękuję ci, kino i arsie.

 

a teraz muszę iść spać (21:45), bo przed trzecią rano wstajemy na galę oscarową. będziemy jeść włoskie sery, orzechy i gorzką cykorię, a rano zaparzę nam inkę, to jeszcze razem możemy.

 

a.